Ruprecht ‚Hycel’ Munk

Jak na wychowanego w małomieszczańskiej, ubogiej rodzinie syna hycla, jest Ruprecht heroicznie wręcz odważny i pełen fantazji. Zamiast jak ojciec, dziad i pradziad doskonalić się w sztuce łapania bezpańskich psów, kotów i szczurów, postanowił spróbować sił w Nowym Świecie, daleko od heimatu, znajomej ulicy, między obcymi ludźmi, dla których ze swym niemieckim akcentem i wtrącanymi co i rusz słówkami jest co najmniej dziwadłem.

Jednak obcy, dziki jak na przyzwyczajenia młodego Niemca kraj, nie pasował zupełnie do jego wyobrażeń. Fakt, można tu znaleźć złoto, a od niedawna i upioryt, ale znacznie łatwiej o kulkę w łeb, lub strzałę między łopatki. Przyzwyczajony do niemieckiej dyscypliny i porządku, wszechobecnego „ordnung muss sein”   był zszokowany nawet cywilizowanym Wschodem, a co dopiero mówić o Dzikim Zachodzie, teraz jeszcze do tego Dziwnym. Jednak twardy charakter, szacunek do siebie i „spalone mosty” kazały mu zostać i na przekór sobie dopasować się do tego kraju i zamieszkujących go ludzi.

Początkowo Ruprecht imał się różnych przypadkowych zajęć, jak tysiące młodych robotników przybyłych do Ameryki w poszukiwaniu lepszego życia, potem jednak przypomniał sobie ojcowskie nauki i postanowił zostać hyclem. Tyle tylko, że w rozpasanej Ameryce, gdzie każdy może nosić colta u pasa, nikt nie chciał płacić specjalnie za łapanie bezpańskich zwierząt, bo był to zwyczajowo obowiązek szeryfów. No i wtedy, nieco przypadkiem został Ruprecht łowcą nagród.

To było w małym miasteczku Doublerock, gdzieś w Illinois, kiedy zdesperowany sączył piwo w saloonie. Może jego jasne blond włosy i miejski strój, a może fakt że pił właśnie piwo, a nie whisky, jak cała reszta, zwróciły na niego uwagę mocno już podpitego Meksykanina o pryszczatej gębie. Najpierw były zaczepki, wybełkotane po anglo-hiszpańsku, których Ruprecht nie rozumiał i które zignorował, mimo głośnego rechotu śmierdzących whisky kolesi Meksa. Ale na tym się nie skończyło, pryszczaty hombre najwyraźniej chiał tego dnia kogoś zabić, bo chwycił Niemca za poły marynarki i zaczął nim potrząsać. A kiedy ten odruchowo odepchnął natręta, rozeźlony Meks sięgnął po spluwę!

W tym miejscy zwykły żółtodziób powinien był zastygnąć w przerażeniu i dać się zastrzelić. Jednak Ruprecht o dziwo zareagował szybciej niż zdążył pomyśleć. Odbił się od baru i wyrżnął czołem w nos Meksa, rozciągając go na ziemi. A kiedy ten niemrawo nadal gmerał przy kaburze, pochylił się i grzmotnął go kuflem w łeb, raz, drugi i trzeci, aż bandzior znieruchomiał.
Potem pojawił się szeryf, okazało się, że nieprzytomny Meksykaniec to niejaki Eusebio Franco, poszukiwany za postrzelenie jakiegoś gościa i Ruprecht zainkasował nagrodę za pojmanie go żywcem – całe 20$!

To było pierwsze zwycięstwo, ale potem przyszły następne. Powolny i skrupulatny Niemiec nie wpadał nigdy do saloonu i nie wdawał się w strzelaniny, jak to czyni większość bohaterów Dzikiego Zachodu. Metodycznie planował sobie polowanie na upatrzonego łotrzyka, których dobierał sobie odpowiednio do swoich, ciągle wzrastających umiejętności i uderzał wtedy, gdy zwierzyna się tego nie spodziewała. Dzięki temu zarobił nieco grosza, okrzepł, zhardział i wycwanił się. No i przeżył.

Na oko Ruprecht to zupełny przeciętniak, średniego wzrostu i wagi, dość poczciwa, lekko kwadratowa gęba, rzadko zarośnięta, bo zamiłowanie do porządku każe mu się golić, kiedy to tylko możliwe. Jasne włosy i skóra, oraz niebieskie oczy jasno wskazują, że nie jest to Meksykanin ani Indianiec, ale niewiele więcej. Płaszcz, kapelusz, buty do konnej jazdy, torba, pas z rewolwerem, karabin, długi nóż w pochwie u pasa. Ot, kolejny podróżny, który samotnie włóczy się po Dzikim Zachodzie po to czy tamto, siedzący sobie akurat spokojnie w kącie saloonu i popijający piwo.

Ruprecht lubi piwo, przez sentyment do rodzinnego kraju, którego wspomnienie zaciera się już w jego pamięci. Przez to zacieranie się kraj ten nabiera cech idealnych, aż chciałoby się tam wrócić, tylko jakoś tak… nie ma po co. Wrósł już w nowe życie, dobrze jest jak jest, ktoś w końcu musi się wziąć za bandytów, jeśli ten kraj ma być kiedyś taki jak stara, dobra Europa, poukładany i porządny. A jak już będzie porządny to można sobie będzie znaleźć porządną kobietę, założyć rodzinę i mieć gromadkę dzieci. To tak kiedyś, w przyszłości. Bo na razie, to ktoś ten porządek musi robić.

Ruprecht lubi porządek, który kojarzy mu się z heimatem i czasami dzieciństwa. Sam też jest porządny: systematyczny, spokojny, odpowiedzialny i godny zaufania. Niektórym to jednak przeszkadza, zwłaszcza że jest przy tym uparty i przekonany o słuszności własnej racji, jak to większość Niemców. Do tego zdarza mu się wtrącać niemieckie słówka i przysłowia w rozmowie, które dla zwykłego pastucha brzmią równie zrozumiale jak słówka i przysłowia chińskie, co nie przysparza mu popularności i przyjaciół. Generalnie jednak, jak na obcokrajowca, radzi sobie w Ameryce całkiem nieźle.

Oczywiście, z racji nowego zawodu ma tu już także zaprzysięgłych wrogów. Bracia, kuzyni, synowie i kuple kolesi, którzy za sprawą „Hycla” trafili do paki lub na szubienicę nie mają powodu, żeby go lubić. Na szczęście, są to w większości leszcze, z którymi można sobie poradzić w pojedynkę, a że Ruprecht stara nie rzucać się w oczy, udaje mu się póki co uniknąć jakichś poważniejszych konfrontacji.

Jak na prawdziwego Niemca przystało, jest Ruprecht to bólu obowiązkowy, staranny, pracowity i pozbawiony fantazji. No, może fantazji ma nieco więcej niż prawdziwy Niemiec, ale reszta się zgadza. Mimo braku predyspozycji, dzięki wierności przysłowiu „Übungen macht den Meister” nauczył się świetnie strzelać, walczyć wręcz i skradać, co pozwoliło mu zdobyć już niejaką sławę łowcy nagród i przydomek „Dog-catcher”, czyli „Hycel”. Każdy dzień Ruprecht rozpoczyna ćwiczeniami fizycznymi, strzelaniem, czyszczeniem broni, kąpielą o ile się da, a jeśli się nie da to choć myciem i goleniem. Dopiero potem śniadanie i reszta. Uznawszy, że podstawowe umiejętnośći pozwalające przeżyć i prosperować w fachu poznał już należycie, stara się znaleźć kogoś, kto przekazałby mu tajniki czytania śladów i tropienia, do czego ma nasz Niemiaszek niejakie predyspozycje, dzięki przywiązaniu do detali. No i jako, że uznał się godnym miana prawdziwego Westmana, postanowił ruszyć nareszcie na prawdziwy Dziki Zachód.

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Deadlands, DL po raz piąty ,

Comments are closed.