Dwójka Pik

23 marca 1878

Ein Unglück kommt selten allein (Nieszczęście rzadko przychodzi samo).

W nocy zdarzyło się dziwne morderstwo. Zabity został szeryf Randall, ktoś wbił mu kamienny indiański nóż w serce. Dookoła jego domu John znalazł rozsypany dziwny proszek, z małymi kawałkami kości. Wygląda to, jakby kości zostały niedokładnie zmielone, na przykład w moździerzu. Tej nocy śniło mi się, że jestem w jakimś domu, we mgle i w końcu znajduję człowieka śpiącego w łóżku i wbijam mu nóż w serce. Potem się obudziłem i był już ranek. W Niemczech nie zwróciłbym na to uwagi, ale tu w Ameryce wiele się mówi o indiańskiej i karcianej magii, więc ten sen raczej nie jest przypadkowy.

Fakt, że nóż był kamienny i wygląda na indiański, jest bardzo niedobry. To może się skończyć próbą linczu na Jimie, który jest jedynym Indianinem w miasteczku, a do tego nie możemy dopuścić. Mike wystraszył się i chce opuścić Cold Water, pod pozorem jakiejś ważnej sprawy i wygląda, że miasto zostanie bez szeryfów. Trzeba iść do burmistrza i postarać się o mianowanie szeryfem, przynajmniej tymczasowo. Mam nadzieję, że to rozsądny człowiek.

Niestety, nie udało się zostać zastępcą – Mike wybrał niejakiego Jacka Trumana, dotychczasowego ochroniarza w „Srebrnym kowboju”. W czasie, kiedy czekaliśmy na nowego szeryfa i jego nowego zastępcę, przyjechał jakiś kowboj z rancza z doniesieniem, że rozpoznał w jednym z przebywających w Cold Water kowbojów niejakiego Davida Fitzpatricka, kolesia poszukiwanego w Teksasie bandyty, Steva „Szybkiej Ostrogi” McGamusa. Wygląda na to, że można by zainkasować parę dolarów, ale trzeba by żywego Steva przewieźć do Teksasu. Ciągle czekając na szeryfa musieliśmy odeprzeć pikietę górników, domagających się wypuszczenia z paki ich kumpla i mieliśmy przyjemność objeść się ciastem siostry Betty, która upiekła dla brudera Jonasza całą blachę.

Podczas śniadania w „Srebrnym kowboju” udało się uspokoić za pomocą kolejki whisky nieprzychylnie nastawionych miejscowych, którzy posądzali naszego Jima o zabójstwo szeryfa Randalla. W południe byliśmy na cmentarzu, na pogrzebie Patricka Rocquesa, zabitego przez Komanczów podczas naszego pościgu za bandytami przez góry. Oprócz nas, grabarza i księdza Manny’ego nie było nikogo więcej. W powrotnej drodze omal nie doszło do linczu na Jimie. Grupa kilkudziesięciu mężczyzn prowadzona przez burmistrza chciała go powiesić za śmierć szeryfa. Na szczęście miescowi wystraszyli się groźnych min i wymachiwania tomahawkiem i skończyło się na groźnych pomrukach. Pomyślałem, że można by ich postraszyć skuteczniej wizją odwetu jakiegoś wojowniczego szczepu za śmierć syna wodza, którym możemy obwołać Jima. Sam nie dam rady spreparować takiej plotki, ale jak tylko będzie okazja poproszę o to Jimmiego Goldfisha. Prasa doskonale preparuje wszelkie plotki i sensacje.

Doppelt gibt, wer schnell gibt (daje podwójnie ten, kto daje szybko).

Myślałem, że do miasta przyjechało tych pięciu bandytów, którzy napadli na pociąg. Było ich pięciu, wyglądali jak przypadkowi pasażerowi i za takich się podawali. Ich pociąg uniknął ponoć wykolejenia na wyrwie, ale nie mógł jechać dalej, więc przyjechali konno do miasta. Twierdzili, że ciała żołnierzy były rozwleczone wokół miejsca zdarzenia i napoczęte przez padlinożerców, nie było tropów pościgu, no i nie było kartki, którą ś.p. Patrick Rocques zostawił dla wyjaśnienia całej sytuacji. Najpierw sądziliśmy, że kłamią i zająłem nawet dogodną pozycję strzelecką, aby zlikwidować ich bezpiecznie z dystansu, ale okazało się, że chyba jednak mówią prawdę. Wygląda więc na to, że bandyci wrócili aby zatrzeć ślady i stworzyć wrażenie, że nikt nie wyruszył w pogoń. Lub, że zrobił to inny członek bandy, cały czas przyczajony w pobliżu miejsca napaści.

Po obiedzie pojawił się Jimmy Goldfish, noszący ślady intensywnej nocnej aktywności. Użyłem go do wypytania o wszystko tych podróżnych, których mieliśmy wcześniej za bandytów incognito. Potem sprzedałem mu spreparowaną plotkę o rzekomym wysokim indiańskim rodowodzie Jima. A później Jimmy oddalił się pospiesznie, bo w „Srebrnym Kowboju” zaczęła się robić gęsta atmosfera. Ta szóstka rozrabiaków, z których dwójka jeszcze wczoraj siedziała w miejskim areszcie, prawdopodobnie banda poszukiwanego w Teksasie Steve’a „Szybkiej Ostrogi”, zeszła się do saloonu i zaczęła się awanturować. Podobno od wczoraj wieczora wydają się być przy złocie, wcześniej było ich stać jedynie na picie w podłej budzie „U Eda”. W miarę osuszania kolejnych szklanek stają się coraz bardziej hałaśliwi, zaczynają celować do ludzi z rewolwerów. Saloon wyludnia się. My też pójdziemy popytać do „Eda”, skąd ten nagły przypływ gotówki.

Niestety niczego konkretnego się nie dowiedzieliśmy. Do wczoraj banda „Szybkiej Ostrogi” popijała oszczędnie najgorszą wódkę, ale już wieczorem wynieśli się i całą noc przepili w „Srebrnym Kowboju”. Nie chce mi się jednak wierzyć, że maczali palce w zabójstwie szeryfa Randalla. Są zbyt prości, zadźganie indiańskim nożem bez śladów włamania do nich nie pasuje. No i ten sen – coś mi mówi, że dzieje się tu coś z tych dziwacznych rzeczy o których słyszy się tu i ówdzie od Pomsty. Wracamy do „Srebrnego Kowboja”.

Gelegenheit macht Diebe (okazja czyni złodziei).

Zanim doszliśmy do saloonu jeden z bandytów zastrzelił ochroniarza. W obronie własnej, pytałem świadków. Saloon opustoszał. Banda rozrabiała coraz bardziej, strzelali do butelek na barze. Świeżo mianowany zastępca poszedł obudzić szeryfa Mike’a, ja poszedłem do doktora Andersona kupić coś na przeczyszczenie, żeby dolać to to whisky w saloonie. Reszta otoczyła „Srebrenego Kowboja”. Doktor zrobił sekcje zwłok szeryfa Randalla, ale niczego dziwnego nie wykrył – śmierć nastąpiła od pchnięcia nożem w serce. Jedyną dziwną rzeczą były siwe włosy denata i przerażony wyraz twarzy. Kupiłem od niego butlę rycyny i właśnie miałem wychodzić, kiedy od strony „Srebrnego Kowboja” rozległy się strzały. Zanim zdążyłem dobiec na miejsce było już po wszystkim. Banda Steve’a „Srebrnej Ostrogi” McGamusa przestała istnieć.

Okazało się, że kiedy byłem u lekarza do saloonu przyszli nowy szeryf Mike i jego nowy zastępca. Chwilę potem rozległo się kilka strzałów. Kiedy Jim zajrzał do środka obaj szeryfowie leżeli na podłodze w kałuży krwi. Nie namyślając się Jim zaczął strzelać przez okno do siedzących przy stole bandytów. Bruder Jonasz w tym czasie zaatakował od strony kuchni, miotając butelkami z winem i ogłuszył nawet jednego przeciwnika, ale znalazł się w ciężkim położeniu, bo drugi wtargnął na zaplecze z rewolwerem. Na szczęście ten został zastrzelony przez Jima, którego od postrzału w plecy ocalił z kolei John, strzelający zza wozu do pojawiających się w oknach bandytów.

Steve McGamus i czterech z jego kompanów zostało zastrzelonych, a jeden ogłuszony butelką. Tego ostatniego przepytaliśmy o źródło gotówki, którą banda przepijała w „Srebrnym Kowboju”. W zamian za wypuszczenie na wolność zeznał, że szef, to jest McGamus, dostał je od dwóch ludzi, którzy już wcześniej zlecali im różne brudne roboty. Tym razem za otrzymane pieniądze banda miała zlikwidować Mrs Becker, fałszywego feldfebla Wooda, a jeśli byśmy stwarzali problemy, także i nas. Bandyta powiedział, że ci dwaj są z bandy „karcianej”, od pseudonimu jej szefa, znanego jako „As Pik”. Jest o nich głośno w Arizonie i Nowym Meksyku, są tam też nagrody na ich głowy. Niestety nie wiedział jak ci dwaj wyglądali, ale sądzę, że Wood będzie to wiedział. Wypuściliśmy gadatliwego opryszka, bo wygląda na to, że i szeryfowie zostali zastrzeleni w obronie własnej, tak przynajmniej sądzi barman, a więc korzystniej będzie zrobić z ocalałego bandyty zbiegłego przestępcę, niż świadka morderstwa, jakim w świetle prawa może się stać rozstrzelanie w saloonie bandy „Srebrnej Ostrogi”. Idziemy do biura szeryfa pogadać w Wood’em.

Wo Rauch ist, muß auch Feuer sein (gdzie jest dym, musi być też i ogień).

Cały czas nie jestem pewien, co z tego co się potem zdarzyło było naprawdę takie, jak mi się wydawało. Fałszywemu Wood’owi obiecałem, że go wypuścimy, jeśli informację, których nam udzieli pomogą nam złapać jego tajemniczych konfratrów. Zgodził się mówić i opisał nam tę dwójkę: dawny rewolwerowiec Seth Kelmann i dawny traper Ralphie Rodman. Obaj znani z tego, że zabili wielu ludzi, Rodman także z wrodzonego sadyzmu i upodobania do długiego noża. Wood mówił jednak, że to wszystko przeszłość, teraz bowiem obaj oddali się nauce „ciemnych mocy”, którymi włada ich szef, „As Pik”. Wtedy wydawało mi się to mało ścisłym określeniem i je zignorowałem.

Kiedy jednak mieliśmy się zbierać z biura szeryfa, aby dołączyć do brudera Jonasza, który udał się wcześniej na plebanię, zobaczyć co u Mrs Baker i sióstr, na zewnątrz rozległy się strzały. Robiło się już ciemno i przez małe okienko zobaczyliśmy tylko zwalistą postać, która musiała być Jonaszem, a chwilę potem dwie inne postacie biegnące w jego kierunku i strzelające. Jim wypalił do nich ze swojego Winchestera i miałem właśnie pójść w jego ślady, kiedy te dwie postacie wbiegły w blade światło, bijące z naszego okienka. Ze zgrozą zobaczyłem zabitego w nocy szeryfa Randalla w towarzystwie doktora Andersona z poderżniętym gardłem. Obaj byli trupio-bladzi, sine języki wisiały im z wpółotwartych ust, nieruchome oczy wpatrywały się w zasłaniającego się krzyżem Jonasza. Więcej nie pamiętam, dopiero mocne szarpanie za ramię przywróciło mi przytomność. Ponoć nie zemdlałem, ale trząsłem się cały i bełkotałem coś bezładnie. Nigdy jeszcze nie widziałem niczego podobnego! Słyszałem różne historie, ale co innego słyszeć, a co innego samemu uczestniczyć w takich upiornych wydarzeniach! Nie tylko ja zreszta przeżyłem szok. Bruder Jonasz zabrudził sobie cały habit, sam Wood rozszedł się w szwach, choć z tego co mówił o „ciemnych mocach” wnioskuję, że wiedział mniej więcej czego może się spodziewać. Przybyły chwilę później ojciec Manny także porobił się w sutannę na widok truchła doktora Andersona, mimo że to truchło już leżało i nie ruszało się, jak jeszcze chwilę wcześniej. Na całe szczęście Jim i John mieli mocne nerwy, a bruder Jonasz zdołał okiełznać strach i położyli oba żywe trupy… trupem. Brzmi to dość niezręcznie, ale tak właśnie było.

Jonasz opowiedział nam, że słyszał od strony parafii kobiece krzyki i, jak się później okazało, słusznie, domyśliliśmy się, że Mrs Baker nie żyje. Próbowaliśmy pozbierać się i zaplanować co robić dalej, ale Jim „Grzmiący Lis” wybiegł z biura szeryfa i pobiegł w noc.
Muszę przyznać, że gdyby nie ojciec Manny, zabarykadowalibyśmy się pewnie w biurze i przesiedzieli tam do rana, pozwalając piekielnym czarownikom zrobić jeszcze więcej zła. Ale przybyły ksiądz, chociaż roztrzęsiony i przerażony tym co zobaczył w biurze szeryfa, zdołał nas przekonać, że musimy wyjść i stawić im czoło na cmentarzu, gdzie ich widział ojciec Manny.

Wyszliśmy więc w noc dobry kwadrans po tym jak wybiegł z niego Jim. I prawie natychmiast usłyszeliśmy strzały od strony cmentarza. Jak się dowiedziałem później, Jim pobiegł najpierw na parafię, gdzie zastał trupy trzech sióstr i Mrs Baker, wszystkie z poderżniętymi gardłami, po czym usłyszawszy jakieś dźwięki od strony cmentrza, pobiegł tam tak cicho jak mógł. Skradając się w ciemności zobaczył, jak dwaj ludzie rozkopują świeżą jeszcze mogiłę Patricka Rocquesa, chcąc wydobyć ciało niegdysiejszego szeryfa. Wtedy „Grzmiący Lis” strzelił, ale niestety chybił. Momentalnie czarna jak smoła chmura otoczyła obydwu czarowników, którzy majacząc w tych sztucznych ciemnościach zaczęli osaczać Jima. Kelmann, ukryty za nagrobkiem strzelał ilekroć zobaczył Indianina w blasku księżyca, a morderczy Rodman zbliżał się ze swoim ulubionym długim nożem w garści. I właśnie taki obraz ja zobaczyłem. Byłem jakieś pięćdziesiąt metrów od pierwszych nagrobków, kiedy Jim padł. Na chwilę księżyc oświetlił otuloną czarną mgłą postać Rodmana, wycelowałem starannie i wypaliłem. Czarownik padł jak trafiony piorunem. Ale drugi cofnął się między nagrobki i zaczął mnie ostrzeliwywać. Skakałem od jedenego grobu do drugiego, starając się zajść Kelmana z boku, podczas gdy John i Jonasz, którzy tymczasem dobiegli na miejsce, zachodzili go z drugiej. W pewnym momencie obaj zrobili rzecz dla mnie dziwną i mało rozsądną – wyskoczyli zza osłaniających ich pomników i skoczyli wprost na ukrytego za osłoną czarownika. Obaj zostali trafieni i tylko cudem nie zginęli. Ale to dało mi czas na staranne wycelowanie w odsłonięte plecy Kelmana i strzał. Jednak czarownik nie padł, jak oczekiwałem, tylko zerwał się i rzucił do ucieczki. Jonasz i John starali się go zatrzymać, ale czarna mgła, spowijająca Kelmana, zmyliła ich i obaj złapali powietrze. Czarownik uciekał dalej w stronę miasteczka i stał się już ledwo majaczącym w ciemnej chmurze cieniem, kiedy wystrzeliłem po raz drugi i ostatni w tej walce. Seth Kelman padł i znieruchomiał.

Ende gut, alles gut (koniec dobry, wszystko dobre).

Jim, jak się okazało ocałał. Bruder Jonasz, zapewne z bożą pomocą, opatrzył jego rany i Indianin zdołał nawet wstać na nogi, choć jest bardzo słaby. W blasku księżyca można dostrzec leżące ciała Kelmana i Rodmana, na plebanii stygną ciała czterech kobiet, a zabarykadowany w biurze szeryfa ojciec Manny pilnuje fałszywego Wooda. Ciało naszego przygodnego znajomego, Patricka Rocquesa, wykopane ze świeżej mogiły, ma wpółotwarte usta, ale nie rusza się. Także ciała szeryfa Randalla i doktora Andersona już się nie ruszają, choć przysiągłbym, że jeszcze godzinę temu strzelały do nas z rewolwerów. W „Srebrnym Kowboju” krew już pewnie zakrzepła wokół ciał pięciu członków bandy „Szybkiej Ostrogi”, jednodniowego szeryfa i jego niespełna jednodniowego zastępcy. Trzeba się przygotować na setki pytań ze strony burmistrza i mającego zjechać do Cold Water sędziego. I nie dać się powiesić za wielokrotne morderstwo, zbezczeszczenie zwłok, napad na wojskowy pociąg i kradzież upiorytu. Ale najpierw trzeba się koniecznie dobrze wyspać.

* Przysłowia w języku Schillera i Goethego i ich tłumaczenia pochodzą ze strony http://www.przyslowia.depl.pl/

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Deadlands, DL po raz piąty ,

Comments are closed.