Sercowa sprawa

Po tej całej drace w Lost Angels prawie cała nasza „posse”, to jest Ted, Ed, Ben i ja, wróciła do Bostonu po nagrodę, co ją nam obiecał biskup Lamy. Należała nam się jak nic, bo uratowaliśmy całą Amerykę przed wrednym Wielebnym Grimme i jego Aniołami, no i wydaliśmy prawie wszystkie dolary żeby wykupić Bena. Ale biskup nie zdążył nam zapłacić, bo zaraz pierwszej nocy zmarł w nocy we śnie. Na apopleksję chyba, bo mu się krew z ucha lała, ale nie wiem, bo nie czekaliśmy na szeryfa, bo byliśmy tam niby jako klerycy. A to dlatego, że nikt nie wiedział, że nas biskup wysłał z tą misją, oprócz może sekretarza, który się bardzo przejął, że szeryf może odkryć, że nie jesteśmy klerykami i prawie nas wyrzucił. Dał nam ten krzyż co go biskup nosił na szyi, który mi się bardzo podobał, jako zapłatę za tą misję i bilety do Salt Lake City w jedną stronę. Ale i tak nie byliśmy stratni bo jak znaleźliśmy biskupa to ja poszedłem po sekretarza, a Ted i Ed dokładnie wszystko przeszukali i znaleźli ponad 600 dolarów schowanych, pewnie dla nas na nagrodę i jeszcze dwie butelki whisky i to wszystko zabrali. Tak że ja sobie wziąłem ten krzyż co go wcześniej biskup nosił, a oni się podzielili pieniędzmi i whisky i wszyscy byli zadowoleni.

Pociąg do Salt Lake City był fajowy, miał wieżyczkę z gatlingiem do strzelania do bandytów i Indian i automatyczną blokadę drzwiczek od pieca, żeby nikogo nie spaliło. Pan maszynista był bardzo fajny i pozwolił mi wchodzić prawie wszędzie i wszystko ruszać, tak że się w ogóle nie nudziłem jak jechaliśmy. No i jeszcze czytałem trochę Hoyle’a, żeby nie wyjść z wprawy i żeby coś może przeczytać o tym krzyżu od biskupa Lamy’ego, co go dostałem od sekretarza razem z papierem w którym było napisane, że mi go dał, a nie że ukradłem. No i jeszcze musiałem oswajać konia ś.p. pana Huntingotona, którego mi pożyczył Ted i którego nazwałem Allan. Żeby się szybciej oswoił dawałem mu czekolady i czytałem mu powieść napisaną przez jego poprzedniego pana, bo pan Huntington był pisarzem zanim go głupi Ed zabił.

Ale samo Salt Lake City było jeszcze fajniejsze niż pociąg, bo było w nim pełno parochodów, Carsonów, to jest automatonów, żurawi, ale takich mechanicznych, a nie ptaków i różnych innych maszyn, pewnie nawet ornitoptery i zeppeliny, chociaż żadnego nie widziałem na razie. Właściwie to nic nie mieliśmy tu do roboty i Ted i Ed zaraz zaczęli pić whisky w saloonie, bo im się nudziło, ale robota sama nas znalazła. Bo wszędzie leżały takie ogłoszenia, że za jednego dolara można się przejechać elektrochodem profesora Rotschilda przez całą słoną pustynię do Ackensack, bez koni i dymu, nawet w wygódce. To znaczy nie że w wygódce się można przejechać, tylko tam też leżały, ogłoszenia, ma się rozumieć. A potem jeden goniec przyniósł nam do saloonu list od samego profesora Rotschilda, że nas chce wynająć do niebezpiecznej roboty. Tak naprawde to tam nie pisało, że wynająć, tylko że się chce z nami spotkać, ale i tak wiedzieliśmy, że wynająć, no bo przecież profesor nie chciał przecież naszych autografów.

No i punktualnie w południe profesor przyszedł do saloonu gdzie mieszkaliśmy, z całą czeredą jakichś służących-pisarzy, co notowali coś cały czas na kartkach, ale jak profesor nas zobaczył to ich zaraz odprawił i postawił nam obiad, czarny stek, ale nie z Murzyna tylko taki pieczony na węglu, że był cały czarny, jakby się spalił. To tylko Ed gadał, że to z Murzyna, ale pewnie żartował, bo chyba nie można być takim głupim. A profesor miał takie grube binokle, że wyglądały jak rybie oczy i był krewnym Miss Charlotte, ale dalekim. I bardzo nie lubił parochodów, bo to przeżytek i anarchizm, tak mówił. Przyszłość to elektrochody, tyle że potrzeba chyba bardzo dużo soli, tak sobie myślę, bo elektrochód jeździ na sól. To znaczy nie całkiem na sól, tylko na elektryczność, ma się rozumieć, ale elektryczność jest w soli, każde dziecko wie. I ten elektro-karabin też jest na elektryczność, czyli na sól, ale za to nie trzeba w ogóle nabojów.

No więc profesor Rotschild miał zbudowane dwa elektrochody i one jeździły do Ackensack tam i z powrotem całkiem za darmo bo wyciągały tę elektryczność z soli, a między Salt Lake City i Ackensack jest przecież wielka słona pustynia, starczy na wszystkie elektrochody świata, chociaż na razie były tylko dwa na całym świecie, bo to była rewolucja, tak mówił profesor. No i ludzie bardzo chętnie tymi elektrochodami jeździli bo było szybciej niż konno i nawet parochodem, a do tego bez dymu i smrodu i bardzo tanio. Ale jeden elektrochód wrócił ze wszystkimi pasażerami bez serc, coś im te serca wycięło, albo wyrwało, znaczy się, a wcześniej ściągnęło elektrochód z trasy. Bo elektrochód nie potrzebuje maszynisty, tylko jest kierowany radarowo. I jak jedzie to to się zapisuje na takim bębnie z kreskami i kropkami, jak w pozytywce co ją kiedyś rozebrałem na kawałki. No i dlatego elektrochód jest taki tani, bo profesor nie musi płacić maszyniście, skoro go nie ma. Ale teraz właśnie coś tam się chyba zepsuło w tym kierowaniu radarowo, bo elektrochód zjechał z trasy i zawiózł pasażerów gdzieś indziej, a tam coś im wycięło serca i wsadziło z powrotem do elektrochodu, pasażerów nie serca, który potem wrócił na swoją trasę i dojechał do Salt Lake City. Profesor Rotschild nikomu nic nie powiedział, żeby ludzie nie przestali jeździć elektrochodami, bo może niektórzy by pomyśleli że to serca wypadają od elektryczności. Ja tak myśle, że Ed to by tak mógł pomyśleć, jakby był sam.

No i profesor chciał, żebyśmy pojechali tym elektrochodem, całkiem za darmo, ale on by skręcił tak jak tamten co sam skręcił, tylko ten by nie skręcił sam, tylko radarowo, bo to się wszystko zapisało na tych bębnach, jak z pozytywki. No i żebyśmy się dowiedzieli co wycięło te serca no i jakby się dało to żebyśmy się pozbyli „problemu”, jak powiedział profesor. Za samo dowiedzenie się chciał nam dać po 25 dolarów, a za pozbycie się 75, ale Ben zaczął grymasić, że chce tysiąc. No i mało się profesor na nas nie obraził, bo tysiąc to przecież było za zabicie Stevena Satana, który był w Europie i się uczył czarów od samego Czarnego Papieża, a tu na pozbycie się „problemu” o którym nikt nie wiedział nie mogło być tyle samo. Ale w końcu sie jakoś dogadaliśmy, profesor obiecał nam po 95 dolarów za pozbycie się i obiecał pożyczyć prototyp elektro-karabinu na czas misji. Ten prototyp to była taka rurka i pełno innych pokrzywionych rurek i pokręteł, śrubek i małe lampki i trzy takie druty jak w telegrafie tylko krótkie. Te druty się wbijało w sól i trzeba było poczekać, aż się karabin naładuje a potem sruuuu… Najpierw profesor pokazał nam jak się strzela do takiego starego Carssona i aż mu kawałki blachy latały dookoła jak ten elektro-karabin go trafił. No to ja powiedziałem, że byłoby fajnie strzelić do jakiegoś parochodu, bo profesor ich nie lubił i się chciałem przypodobać. I profesor się zgodził, kazał swojemu Murzynowi (Ed mówił na niego „czarny stek”) wyprowadzić taki fajny niebieski parochód i wywalił w nim taką wielką dziurę! Ale było fajowo! Tylko Murzyn był całkiem załamany, bo on chyba lubił ten anarchizm, no ale trudno, rewolucja to rewolucja i nie ma smętymętów, jak mówił profesor.

Profesor pokazał mi jak się reguluje ten elektro-karabin, gdyby nie chciał strzelać i pojechaliśmy. A, jeszcze nie mówiłem jak wyglądał elektrochód. Był taki nie za ładny, jak taki eksperymentalny wagon-salonka, albo zwykła szopa, z jednym oknem po każdym boku, na żelaznych, szerokich kołach i z taką małą, żelazną budką, jakby brekiem z tyłu, ale tam nie można było wejść, bo to była budka z elektrycznością, co ją elektrochód zbierał z soli po której jechał. Na takich małych, żelaznych drzwiczkach budki była narysowana trupia czaszka i wisiała wielka kłódka. Profesor też trochę chrząkał i powiedział w końcu, że pasażerowie się trochę ładują podczas podróży, czyli że trochę elektryczności zostaje na nich w drodze do żelaznej budki i że jak się potem wyjdzie to można dostać takim jakby małym piorunem. Ale się tym nie przejęliśmy, bo przed nami już wielu pasażerów jechało elektrochodem i nikomu się nic nie stało, no poza tymi co stracili serca, ma się rozumieć, ale to nie od elektryczności, tylko tego „problemu” co go mieliśmy wyjaśnić.

Wsiedliśmy do elektrochodu, zrobił się taki wizg, zaśmierdziało tak jakoś żelazem, a potem elektrochód ruszył, całkiem cicho i szybko jak galopujący koń. Jak już się oswoiliśmy trochę to pomyśleliśmy, że dobrze by było widzieć dokąd jedziemy, a się nie dało, bo okna były tylko z boku, a jak uchyliliśmy drzwi to zawiało do środka solą i strasznie nas zaraz gardła i nosy zaszczypiały, więc szybko zamknęliśmy. No to ja chciałem wydłubać małą, dyskretną dziurkę w przedzie elektrochodu, ale Ed wolał dyskretnie wyrwać całą deskę, przez którą nam od razu wleciało chyba z pół funta soli i chociaż Ed potem przyłożył z powrotem tę deskę i ją trzymał musieliśmy resztę drogi jechać z chustami na gębach.

Jechaliśmy i jechaliśmy, aż w końcu elektrochód nagle przestał buczeć i za chwilę stanął nagle, tak że pospadaliśmy z kanap. Otwarliśmy drzwi, a tam – o ja cie! Na środku solnej pustyni wielki, stary statek, z trzema masztami, z których jeden się połamał, chyba ze starości, ale na dwóch pozostałych wisiały jeszcze jakieś resztki żagli. Wszystko jakby posolone, no bo na pustyni czasem jak wiatr wieje, to niesie sól, na dziobie statku figura Chrystusa, jak w kościele, armaty wystają z burt, a dookoła ani szklanki wody. Jak ten statek tu zapłynął? Przypomniało mi się co kiedyś czytałem o Hiszpanach, co przypłynęli z Europy po złoto na takich wielkich statkach, co się nazywały galeony i ten też tak wyglądał jak te na obrazkach. Ale jak on się zaplątał na tą pustynię solną ten galeon to nikt nie wiedział, na pewno jakieś czary! Ed rozglądnął się dookoła i znalazł ślady krwi, co je zostawili ci ludzie bez serc, których ktoś albo coś ciągnęło od strony tego galeonu do elektrochodu, ale śladów butów nie umiał znaleźć, tak że nie wiedzieliśmy, czy coś ze statku przylazło do elektrochodu i ich wyciągnęło, czy sami tam poszli, na przykład żeby poszukać hiszpańskiego złota. A bo zapomniałem powiedzieć, że tym ludziom nie wycięli serc w elektrochodzie, bo za mało krwi było, tylko trochę, co mieli na ubraniach. Ted obejrzał sobie galeon przez lunetę i się dowiedział, że się nazywa „Narvaez”. Ja też właściwie mogłem sobie pooglądać galeon przez moją lunetę co ją miałem po panu Huntingtonie, ale nie chciałem małpować Teda. Wymyśliliśmy, że pójdziemy zobaczyć statek z bliska i nawet wejdziemy do środka, ale jakbyśmy musieli szybko uciekać to przygotujemy sobie elektro-karabin, to znaczy podłączymy go do soli, żeby się naładował. Więc Ed wyrwał swoim zwyczajem kanapę z elektrochodu i na niej ustawiliśmy karabin i Ed odpalił na próbę, żeby zobaczyć czy donosi. Doniosło i nawet przeniosło, bo Ed odłupał kawałek reji, która spadła po drugiej stronie statku i cała się spaliła od tej elektryczności.

Poszliśmy do statku, a już mieliśmy tylko jakieś półtorej godziny czasu, bo się umówiliśmy z profesorem, że elektrochód będzie czekał dwie godziny a potem pojedzie z powrotem do Salt Lake City. No więc napisałem kartkę, żeby elektrochód wrócił o siódmej rano, jakbyśmy nie zdążyli. Ale ledwo doszliśmy do statku to na Eda napadł taki stary szczur co siedział w armacie i miał ze trzysta lat. Znaczy się to nie był żywy szczur, tylko taki jakby żywy trup, ktory siedział w armacie i czekał aż ciekawski Ed tam zajrzy. A wtedy hops, prosto na Edową gębę! Ale się zrobiło zamieszanie, bo Ed spanikował i nie umiał szczura oderwać od swojej brody w którą się zaplątał, szczur znaczy się, a nie Ed, ale Mały Ted przytomnie rzucił się na niego z nożem i odkroił trupkowatego gryzonia. Tak, że w sumie nic się nikomu nie stało, ale i tak zaraz Ed i Ben zaczęli gadać, że najlepiej od razu spalić cały ten galeon, bez włażenia do środka, bo pewnie w środku jest więcej takich martwych, ale nie do końca szczurów i pewnie jeszcze gorsze rzeczy i że nie ma co ryzykować, a hiszpańskie złoto się potem wygrzebie z popiołu. Ale mnie się wydawało, że jak tu jest jakaś zła siła, co wskrzesza martwe od trzystu lat szczury to ona się tak łatwo nie spali, a może i statek to takie więzienie, jak na przykład ten kamień, co jest w tym krzyżu od biskupa Lamy’ego, w który się złapał mój joker, eee… Nieważne, w każdym razie, jak się galeon spali to więzienia już nie będzie i sobie wtedy dopiero to Zło z nami pohula, że hej. No bo elektrochód zjechał z trasy nie ot tak sobie, tylko dlatego że to Zło pokierowało tak tą elektrycznością co jest w soli, albo tym radarowym kierowaniem. I tak im powiedziałem, ale Ed i Ben mnie nie chcieli słuchać, a Mały Ted jakoś tak też nie był zdecydowany. No i w końcu wróciliśmy do elektrochodu, bo Ed chciał zapalić galeon strzałem z elektro-karabinu, bo statek był cały wysuszony i cały by się zapalił jak ten kawałek reji wcześniej.

Ale mieliśmy szczęście bo Ed to jest dobry w wyrywaniu desek i kanap z elektrochodu, ale taki elektro-karabin to już był za trudny dla niego. No i jak chciał strzelić to tylko było słychać takie „wuuu” i nic. No to mnie poprosili, żebym poregulował karabin tak jak mnie uczył profesor Rotschild, ale powiedziałem że trzeba śrubokrętu, którego nie mam, a żadne tam grzebanie monetami, ani nożami nic nie da. Bo ja oczywiście nie chciałem, żeby spalili ten statek, już mówiłem. No to Ed sam chciał poregulować karabin, ale już mówiłem że to za trudne było dla niego. Tak że jak coś tam zaczął grzebać nożem to naraz taka iskra wyskoczyła z karabinu i trach w Edowy nos! Aż sobie usiadł z wrażenia, a włosy to mu się tak zjeżyły, że musiałby mieć chyba kapelusz wielki jak buda od dyliżansu, żeby je pod nim schować. Potem jeszcze raz go elektryczność ukąsiła jak chciał przenieść karabin do elektrochodu, tak że miał nauczkę, ale my zostaliśmy bez elektro-karabinu. To jednak było dość, żeby Mały Ted się przychylił do mojego pomysłu i przekonał tych dwóch tchórzy. Poszliśmy do statku.

Weszliśmy do środka przez wyrwę w burcie na rufie, czyli z tyłu statku. W środku było ciemno i cały czas coś skrzypiało, przesuwało się, ale nic nas nie atakowało. Po stromych schodkach wdrapaliśmy się na pokład ładunkowy. Pierwszy szedł Mały Ted z latarnią i Winchesterem, potem ja, też z latarnią i obrzynem, a za mną Ed i Ben, tylko z bronią, bo nie wzięli nic do świecenia.Weszliśmy do głównej ładowni. Naraz coś zabłyszczało w kurzu na podłodze. Złota moneta! Tak się na nią zapatrzłem że ani się spojrzałem jak z cienia po drugiej stronie ładowni wyskoczył na nas wielki byk. Ale jaki to był byk! Cały wysuszony, spod sparciałej skóry wyłaziły mu kości, w pustych oczodołach żarzyły się czerwone ogniki, słowem, żywy trup! Na szczęście Ben błyskawicznie dobył swoich dwóch koltów i wywalił w byczym czole cztery dziury, zanim jeszcze bestia do nas dopadła. Trup, teraz już całkiem martwy, podjechał po deskach ładowni prosto pod nasze stopy, wzbudzając tumany kurzu i soli. Znowu się zaczęło gadanie o wyjściu i spaleniu całego statku, tym bardziej że zliżała się dziewiąta i elektrochód miał za chwilę ruszać z powrotem do Salt Lake City. Udało się jednak jeszcze zbadać przednią ładownię, gdzie siedzieli niewolnicy, po których zostały tylko kości i rysunek, wydłubany pospiesznie w deskach ładowni. Na rysunku był statek, w środku trupia czaszka a nad statkiem wielka fala, która chciała go zalać. Wtedy pomyśleliśmy, że to niewolnicy wezwali na pomoc jakiegoś indiańskiego manitou, który porwał statek i wyrzucił na środku słonej pustyni. Ale nie było już więcej czasu, bo zbliżała się dziewiąta i trzeba było wracać do elektrochodu. Chcąc nie chcąc wróciliśmy więc, siedliśmy i czekaliśmy na odjazd. Ale dziewiąta minęła, a pojazd ani myślał się gdzieś ruszać. Wyglądało na to, że zła siła nie pozwoli nam się stąd wyrwać. Nie było co tak siedzieć, trzeba było wrócić do statku i walczyć.

Najpierw oczywiście znowu przerabialiśmy pomysł spalenia całości. Całkiem się już obraziłem na Bena i Eda, tak na niby rzecz jasna, żeby im pokazać jaki mają głupi pomysł i zagroziłem, że mogą sobie palić statek beze mnie, bo idę na pustynię i będę sobie siedział w ukryciu jak ich będzie zżerać to coś co chcą uwolnić. Mały Ted, który jakoś cały czas nie mógł się zdecydować co zrobić, znowu się dał przekonać i nawet zaproponował że pójdziemy do statku we dwóch jeśli oni nie chcą. Na to Ed i Ben zmiękli i poszliśmy do statku jeszcze raz wszyscy. Wleźliśmy do głównej ładowni, gdzie napadł nas martwy byk i dalej, do przedniej ładowni, gdzie byli niewolnicy. Stamtąd wyszliśmu na górny pokład i poszliśmy do kajuty oficerów na rufie. Tu Ed miał pierwsze widzenie – zdało mu się, że jest hiszpańskim żeglarzem, siedzi na pokładzie galeonu, a dookoła szaleje sztorm. I tyle, potem widzenie się skończyło. Ale w kajucie oficerskiej znaleźliśmy dziennik okrętowy, prowadzony przez kapitana, podpisanego „Diego de Velasco”. Jak na złość, dziennik był po hiszpańsku, co było całkiem zrozumiałe, a żaden z nas nie znał tego języka i nic się nie dowiedzieliśmy. Dopóki Ed nie miał drugiego widzenia i nie zaczął gadać po hiszpańsku! Przytomnie wcisnąłem mu do ręki dziennik i Ed wyczytał nam co tam stało. Wyszło na to, że kapitan kupił od Indian wielką złotą misę, za którą chciał sobie wybudować własną kolonię w Ameryce, ale ta misa była przeklęta. Zaklęty w niej zły manitou, w tym dzienniku było napisane „Coutzlatl”, żądał serc ofiar i kapitan całkiem zgłupiał i zaczął mu te serca przynosić, aż w końcu wszystko mu się pomieszało i zaczął czcić demona zamiast Boga, do którego się wcześniej modlił. W dzienniku było też coś o starej Indiance o przenikliwych oczach, która chyba wiedziała coś o tej misie i o demonie i chyba nie chciała żeby kapitan dał się opętać, ale pewnie nic nie mogła zrobić. Tak sobie myślę, że ona była niewolnicą i narysowała ten rysunek w ładowni dla niewolników, żeby ostrzec innych, którzy przyjdą na statek.

Potem poszliśmy do kajuty kapitana, ale tu nic nie znaleźliśmy. Zupełnie nic, nawet mebli, map na ścianach, ubrań, nic. Wyglądało jakby kapitan się stąd wyprowadził. Tylko dokąd? Wtedy myślałem, że na pustynię i tak powiedziałem reszcie, jak znowy zaczęli gadać, żeby spalić statek. No i prawie miałem rację, ale to za chwilę. Bo jak wyszliśmy z kajuty kapitana, to poszliśmy na dziób, gdzie kiedyś mieszkała załoga. Od razu widać było, że załoga zabarykadowała się w swojej części, ale ktoś, albo coś rozwaliło barykadę i wdarło się do środka. W środku było pełno krzyży, różańców, nawer z broni porobiono krzyże, ale to widać nie pomogło. Nie było żadnych ciał, kości i nie było też narzędzi, które powinny być w schowku bosmańskim. Czytałem kiedyś taką książkę w której bohater trafia na opuszczony statek, ale potem się okazuje, że nie całkiem opuszczony bo jeden pasażer zbudował sobie na tym statku tajną skrytkę, stawiając dodatkową ściankę w jednej kajucie. No i pomyślałem sobie, że opętany kapitan de Velasco też sobie taką skrytkę gdzieś tu zbudował i siedzi tam razem ze swoją przeklętą misą i Coutzlatl’em. Zaczęliśmy przeszukiwać cały statek, mierząc krokami wymiary pomieszczeń, ale okazało się że kapitan zbudował sobie nie skrytkę, ale całe katakumby! Bo jak byliśmy na dnie statku to nagle Ed nastąpił na kawałek podłogi spod której zadudniła pusta przestrzeń! Otwarliśmy klapę a tu wąskie i strome schodki wycięte w piasku i soli, wzmocnione deskami ze statku, ciemny tunel w głąb pustyni!

Chcieliśmy się przygotować, spróbowałem chwycić jakiegoś manitou żeby mi pomógł się ukryć, ale od kiedy mój przewodnik dał się złapać w kamień z biskupiego krzyża jakoś nie chcieli mnie wpuszczać do Zadymionego Saloonu i nic z tego nie wyszło. Ted chyba też próbował, ale i jemu manitou chyba dali kopa w tyłek bo minę miał jakąś taką dziwną, a z czoła poszedł mu nawet dymek. Ale tymczasem Ed zamiast czekać na nas, pognał w dół stromych schodków i to bez latarni! Ed miewa dziwne pomysły, ale o taki zapał bitewny to bym go raczej nie podejrzewał, coś było nie tak. Chwilę trwało zanim Mały Ted zebrał się w sobie i popędził za Edem, a za nim Ben i ja. Zbiegliśmy na sam dół schodów, wbiegliśmy w korytarz, z obu stron minęliśmy jakieś ciemne wejścia w boczne odnogi, prawdziwy labirynt, podparty byle jak deskami z okrętowych przepierzeń i skrzyń. Ed majaczył nam niewyraźnie w ciemnośći głównego korytarza, jakieś dziesięć jardów z przodu, nie mogliśmy go dogonić, choć biegł bez latarni, w kompletnych ciemnościach. I wtedy nagle nas zaatakowali!

Z bocznych korytarzy pomiędzy nami i Edem wyskoczyły nagle niewyraźne postacie. Światło latarni odbijało się mdło w zakurzonych i pokrytych solnym nalotem morionach i kirysach, błyszczało niemrawo na ostrzach pordzewiałych rapierów. Hiszpańscy konkwistadorzy, nieżywi od jakichś trzech stuleci natarli na nas brzęcząc upiornie blachami, obijającymi się o wysuszone ciała. W ich piersiach ziały głębokie dziury w miejscu, gdzie kiedyś biły serca. Jednen uderzył na Małego Teda, dwóch na Bena, a ostatni na otrzeźwiałego nagle Eda, odciętego od nas i osamotnionego. Muszę się przyznać, że wydygałem, chociaż niejedno już widziałem i stałem jak słup – nomen-omen – soli, zamiast coś pokantować. A tymczasem reszta dała ognia z czego tam mieli, ale przeważnie kiepsko im wyszło, bo już doszło do walki wręcz i musieli uskakiwać i zasłaniać się przed ciosami rapierów, zamiast celować. Ed chyba się wyłożyć na ziemię, ale ledwo widziałem, bo do ciemności doszła jeszcze chmura pyłu wzbijanego stopami walczących i kulami rykoszetującymi od ścian, ostre drobinki soli uderzyły mnie w nos i gardło, ledwo mogłem oddychać. Zobaczyłem jak iskry idą z hełmu jednego z Hiszpanów atakujących Bena, ale zombi nie padł i dźgnął straszliwie. Jakimś cudem cios zamiast w benowy bok trafił w zegarek, rozbijając go na części.

Przymknąłem oczy i zanurkowałem do Zadymionego Saloonu. Tym razem dym był słony i kłuł w płuca, zupełnie jak solna chmura w podziemnym korytarzu. Prawie nic nie widziałem, a mój przewodnik siedział chyba zaklęty w tym cholernym kamieniu, pełzałem po omacku, aż w końcu wymacałem jakiś stołek i wynurzyłem się z chmury naprzeciw uśmiechniętego jokera. Ledwo widziałem karty, ale pomyślałem sobie, on też pewnie mnie ledwo widzi i zablefowałem. I wygrałem. Zwinąłem sztony i wyskoczyłem z saloonu z powrotem do korytarza. Ben i Ted zwijali się przede mną, Ted właśnie oberwał, ale widać jemu też poszło nieźle w saloonie, bo zamiast krwi lejącej się z rany zobaczyłem tylko rozbłyskującą białą poświatę. Da sobie radę, pomyślałem i wrzuciłem wygraną w Bena. Biała poświata otoczyła go natychmiast, a czas był najwyższy bo właśnie zardzewiała klinga wbiła się w jego brzuch. To znaczy wbiła by się gdyby ograny w saloonie manitou nie zwinął się jak należy i nie odbił ciosu. Solno-piaskowa chmura znowu zatkała mi na chwilę nos i gardło, zamroczyło mnie na moment, kiedy się ocknąłem znowu zanurkowałem do saloonu i znowy wygrałem całą garść sztonów, które wpakowałem w Benowe rewolwery. Bum, bum, łeb pierwszego leciwego Hiszpana sypnął iskrami z moriona i rozpadł się jak stary garnek. Trup runął na podłogę, ale w tym momencie znowu sól wdarła mi się do nosa i przestałem pamiętać co było dalej.

Ocknąłem się jak już było po wszystkim, gęba mnie trochę bolała, bo Ted dał mi po niej żebym się ocknął. Siedziałem pod schodami co prowadziły z tych podziemi na górę do statku i łapałem oddech. Zanim się kapnąłem co się dzieje Ted zniknął mi z powrotem w ciemnych katakumbach. A ledwo jakoś doszedłem do siebie usłyszałem znowu kanonadę. Zebrałem się w sobie i pobiegłem, ale już sobie poradzili beze mnie, bo to był tylko jeden martwy Hiszpan. Okazało się, że tym razem coś opętało Bena, który chciał sobie wyciąć serce i złożyć je w ofierze temu Coutzlatl’owi. Ed stoczył z nim zażartą walkę i o mało co nie dał sobie wyciąć serca, ale na szczęście miał za pazuchą schowaną taką małą deseczkę i to właśnie w tą deseczkę wbił się benowy nóż! Ed to jednak jest spryciarz, chociaż z elektycznością mu nie idzie i wszystko by najchętniej psuł. Ale tym razem nie tylko że nie pozwolił opętanemu Benowi wyciąć sobie serca, to jeszcze właściwie sam rozwalił tego martwego Hiszpana i to nożem. No w każdym razie pozbieraliśmy się i wyszliśmy na zewnątrz nabrać trochę tchu bo sól już nam prawie przeżarła płuca.

Chciałem wrócić po elektro-karabin i nim rozwalić misę, ale reszta nie chciała mnie słuchać. Były pomysły, żeby wracać do miasta, pieszo rzecz jasna, bo elektrochód ani myślał ruszać i przywieźć dynamit do wysadzenia w powietrze całego tego podziemia. Ale wtedy pewnie za tydzień, miesiąc, albo rok kapitan de Velasco i jego marynarze bez serc wydłubali by sobie dziurę na zewnątrz i znowu by się zaczęło. Więc dobrze, że w końcu stanęło na tym, żeby wrócić i załatwić sprawę do końca. Tym razem solidnie sobie opatuliliśmy twarze szmatami i bandarzami, a ja włożyłem też gogle do prowadzenia parochodu, co mi je kiedyś dała Miss Charlotte, żeby mnie oczy nie piekły. No i poszliśmy.

Zaczęliśmy łazić po korytarzach, a były kręte i rozwidlały się ciągle, jakby to było jakieś wielkie mrowisko, a nie piwnica, wygrzebana przez zombie. I tym razem to ja miałem widzenie. Byłem w chacie pachnącej dymem i ziołami, słyszałem deszcz walący o dach, patrzyłem w oczy starej Indianki, a ona te oczy tak we mnie wwiercała, jakby mi chciała zrobić dziurę w głowie. I powiedziała mi, że mamy zabić „śmiejącego się człowieka”, a wtedy wszystko ustanie, a do tej misy mamy się nie zbliżać, bo zły manitou który w niej siedzi w mig nas opęta i zrobi swoimi sługami, albo każe nam wyrwać sobie serca. I potem się obudziłem i gadałem jeszcze trochę po indiańsku, ale nie w Navajo, co mnie uczył szaman Czarny Orzeł, tylko w jakimś innym indiańskim, którego nikt nie rozumiał, nawet Ed. Najpierw myślałem, że może ta Indianka to była taka zła czarownica, która służyła manitou z misy i bała się, żeby jej nie zniszczyć i dlatego mnie opętała. Ale potem się okazało, że chyba nie, bo ta misa faktycznie była paskudna i Mały Ted o mało co się przez nią nie przekręcił, więc wychodzi na to, że nam dobrze radziła.

Ale póki co to jeszcze jej nie znaleźliśmy, to jest misy, a nie Indianki rzecz jasna, chociaż Indiankę też potem znaleźliśmy, jeszcze przed misą, ale po kolei. Napadli za to na nas kolejni dwaj martwi Hiszpanie bez serc, ale Ben i Ted ich rozstrzelali zanim mogli nam coś zrobić. Ben to w ogóle jak strzela z tych swoich dwóch rewolwerów to prawie jak ten gatling co go miała Miss Charlotte i potem jeszcze był na pociągu z Bostonu do Salt Lake City. No więc podziurawił tym Hiszpanom łby, a Ted poprawił i było po kłopocie. Wtedy już szliśmy tym głównym korytarzem, za śladami krwi, co je Ed wypatrzył, aż doszliśmy do dużego rozwidlenia. Ale jak tylko weszliśmy w ten korytarz na prosto, to Małego Teda opętało, znowu ta Indianka i powiedziała mu że dalej nie wolno, bo tam czyha zły Coutzlatl w tej złotej misie. Wtedy się przejęliśmy i zaczęliśmy badać te inne odnogi, a potem to właśnie znaleźliśmy tę Indiankę, całą taką wysuszoną, ale z sercem, to znaczy, że jej go zły kapitan de Velasco nie wyciął. Ale za to cała była obrysowana pentagramem z różnymi symbolami, indiańskimi i kościelnymi, ale się nie mogłem pokapować o co chodzi, więc tylko Ted ją wyciągnął z tego pentagramu, bo myśleliśmy że pewnie ją ten kapitan i jego zombie tak urządzili. Ale teraz to myślę, że może ona jednak sama to narysowała, żeby się do niej nie mogli zbliżyć i jej wyciąć serca, a potem umarła z głodu. Hmmm, nie wiadomo w sumie, ale nie ważne, bo potem już nic ciekawego nie mogliśmy znaleźć no i zostało nam tylko iść tym głównym korytarzem.

Już wcześniej mówiłem, że jak mnie ta Indianka opętała to zabroniła się zbliżać do misy i kazała nam zabić „śmiejącego się człowieka”, czyli pewnie kapitana de Velasco, który stał się czcicielem Coutzlatl’a ze złotej misy. Ale tego kapitana nie mogliśmy znaleźć, pewnie się przed nami chował, jak zobaczył co zrobiliśmy z jego martwymi żołnierzami. A ja chciałem jeszcze wrócić po elektro-karabin, który myślałem naprawić i wtedy z niego rozstrzelać tę złotą misę z daleka. Ale oni mnie nie chcieli słuchać, a Ed to nawet złośliwie się naśmiewał, że jak wcześniej nie umiałem naprawić to pewnie teraz też nie będę umiał. No, a Mały Ted znowu się nie mógł zdecydować no i w końcu zamiast coś wymyślić sprytnego to poszliśmy w tę główną odnogę, przed którą już nas raz ta stara Indianka ostrzegała.

A następnych ostrzeżeń nie było. Szliśmy powoli i już, już coś nam tam zamigotało w ciemnościach, pewnie ta misa i wtedy nagle opętało Małego Teda. Ale tym razem to już nie była Indianka, ani nawet kapitan de Velasco, tylko sam Coutzlatl z misy! Nagle Mały Ted wyprężył się, wyrwał swój wielki nóż Bowie z pochwy i wbił go sobie w pierś, zanim coś mogliśmy zrobić. Walnąłem go obrzynem w rękę, a Ed próbował go stuknąć w głowę kolbą rewolweru, ale Ted był twardy i zamiast zemdleć próbował wyciąć sobie serce z piersi. Waliliśmy go na oślep w panice i w końcu padł, z nożem w piersi, ale żywy, chociaż ledwo, ledwo. Załatałem go na szybko, żeby się do reszty nie wykrwawił, Ed wziął go na plecy, mnie kazał wziąć tedowego Winchestera i powlekliśmy się z powrotem do wyjścia. I wtedy właśnie „Śmiejący się Człowiek” postanowił się ujawnić.

Zaatakował z bocznej odnogi Eda, który niósł nieprzytomnego Teda i wbił mu rapier prosto w bebechy. Ed rzucił bezwładnego Teda i wyrwał z pochwy nóż, iskry poszły kiedy sparował kolejny atak Hiszpana. Kapitan de Velasco nie wyglądał jak inni zombie, w jego piersi nie ziała wielka dziura po wyciętym sercu, jego twarz nie była sparciałą maską trupa, ale twarzą człowieka, bardzo złego człowieka. W czarnych oczach płonął ogień, spiczasta broda i nos nadawały jego twarzy diabolicznego wyrazu, a usta wykrzywiał szyderczy grymas. Już wiedziałem dlaczego Indianka nazwała go „Śmiejącym się Człowiekiem”. Kapitan był straszliwie brudny i zakurzony, w końcu siedział w tych podziemiach jakieś trzysta lat, ale zwijał się jak fryga i dźgał rapierem z zabójczą precyzją!

Huknęły rewolery Bena, morion kapitana zaiskrzył od odbitych kul, jego rapier wyskoczył jak żmija i ukąsił Eda w brzuch, znowu palba, błyskawica rapiera, iskry, tym razem na nożu, którym Ed sparował zabójcze pchnięcie. Wskoczyłem do saloonu, zakantowałem, znowu rewolwery Bena i tym razem krew z głowy kapitana, Ed skulił się po kolejnym ciosie i odskoczył w tył, sikając krwią z rozciętego brzucha, rapier przeklętego kapitana zadźwięczał i poczułem ostry ból w niżej mostka, zgiąłem się wpół, ale wytrzymałem. Kątem oka zobaczyłem jak Ed zataczając się ucieka, brocząc krwią, a Ben mocuje się z rewolwerem, próbując przeładować, Ted leży nieruchomo. Przez moment pomyślałem, że już po nas, że zostaniemy w tych katakumbach na zawsze, włócząc się po nich z ziejącymi w piersiach dziurami, czekając na kolejne ofiary dla naszego pana… Kapitan doskoczył do Bena, który właśnie zatrzasnął bębenek rewolweru, rapier błysnął i Ben zachwiał się, ale nie upadł, przez moment widziałem jego oczy, wąskie szparki i zacięte usta, kiedy podnosił rewolwer. Huknęły dwa strzały, głowa „Śmiejącego się Człowieka” podskoczyła, ciało nagle zwiotczało i osunęło się miękko na ziemię, wzbijając chmurkę słonego kurzu. Było po wszystkim.

Pozbieraliśmy Teda, jego karabin i nasze latarnie, z ciała martwego już teraz kapitana wziąłem stary, hiszpański różaniec. Nie na wiele mu się przydał, ale będzie na pamiątkę. Fajnie jest mieć jakąś pamiątkę, jak już kiedyś będę stary i będę sobie wspominał co robiłem jak miałem dwanaście, czy trzynaście lat. Chociaż słyszałem, że można zmusić manitou, żeby zatrzymał czas i wtedy nigdy się nie jest stary… Hmmm, tylko czy wtedy nie stanę się taki jak kapitan de Velasco? W sumie mam jeszcze czas na tę naukę, kto by chciał być wiecznym smarkaczem?

Wyszliśmy z katakumb, ale Indianka nie dawała nam spokoju, chciała żeby zawalić wejście do kopalni, żeby nikt nie znalazł tej przeklętej misy. Ale Ted był ledwo żywy, a Ben i Ed, też nieźle pokiereszowani, ani myśleli włóczyć się po starym galeonie w poszukiwaniu prochu, którym by się dało wysadzić wejście. No i skończyło się, że sam musiałem iść, znaleźć proch, zrobić minę i wysadzić to przeklęte wejście. Ale udało się, cały korytarz zawalił się do środka i galeon też jakby tak się zapadł głębiej, więc myślę że Coutzlatl posiedzi sobie w tej słonej pustyni bardzo długo, a może na zawsze. I dobrze mu tak!

 

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Deadlands, DL po raz trzeci ,

Comments are closed.