O pożeraniu tęczy, za ciasnej skórze i zakrwawionym bawole

W sumie to miałem o tym nie mówić, ale jakbym nie mówił to by nie było wiadomo o co chodzi i w ogóle. No to powiem. Bo jeszcze jak wróciliśmy z Lost Angels do Bostonu i spaliśmy u biskupa Lamy to miałem sen. W tym śnie mój joker, to jest ten co przeważnie z nim gram w Zadymionym Saloonie, poszedł ze mną do sypialni biskupa i tak na niby strzelił mu w głowę z palca, a właściwie to ten palec mu się zamienił w lufę rewolweru, więc nie wiem czy to było na niby, bo jokery potrafią różne rzeczy. A potem nagle jakby był zamknięty w szklanym słoiku, bo nie było widać żadnych ścian, ale joker nie mógł się wyrwać na wolność i strasznie szalał. A potem się obudziłem i wystraszyłem się, że coś się stało biskupowi, no więc obudziłem Teda i poszliśmy zobaczyć. No i faktycznie biskup był martwy, krew mu wypływała z ucha, chociaż dziury w głowie, ma się rozumieć, nie miał. A w tym krzyżyku, co go biskup miał na szyi był taki niebieski kamień, może szmaragd i w tym kamieniu zobaczyłem na chwilę mordę tego mojego jokera. Wygląda na to, że to był taki sen-nie-sen, w którym mój joker naprawdę zabił biskupa, ale ten kamień z krzyżyka go uwięził. I teraz ten mój joker nie mógł się wyrwać na wolność.

Z początku się za bardzo nie przejąłem, choć krzyżyk przezornie wycyganiłem od sekretarza ś.p. biskupa, ale potem, jak załatwialiśmy sprawę wyciętych serc dla profesora Rotschilda, pokazało się, że jakoś mi nie idzie kantowanie. Dałem radę grać tylko z zupełnymi leszczami, żaden mocniejszy gracz nie chciał siadać ze mną do stolika, a najczęściej to cały Saloon był zamknięty i musiałem grywać na podwórku. No i było jasne, że to dlatego, że mój joker siedzi zamknięty w tym krzyżyku. Nie żebym go bardzo lubił, ale co ze mnie za kanciarz, co nic nie umie zakantować. Próbowałem się doczytać czegoś w Hoyle’u na ten temat, ale na nic nie mogłem trafić. I wtedy, parę dni jak załatwiliśmy sprawę profesora Rotschilda, znienacka pojawiła się pomoc.

Siedzieliśmy sobie w saloonie, a tu wchodzi elegancki gość, szykownie ubrany i pozapinany pod szyję, jak to tutejsi pobożni mormoni mają w zwyczaju. Ale jednak coś w nim było dziwnego i groźnego, tak że włoski mi się zjeżyły na karku, a widać było od razu, że szedł do naszego stolika. Jakiś miejscowy farmer, który mu się napatoczył przypadkiem, zaraz się zwinął, jakby go żołądek bolał, a gość nawet na niego nie spojrzał. Podszedł do naszego stolika i usiadł bez pytania, ani się nie przedstawiając, ani pytając o nasze imiona i od razu przeszedł do rzeczy. Jakoś nawet się nie zdziwiłem że zagadał od razu do mnie. Powiedział, że ma dług wobec naszego wspólnego znajomego, który siedzi obecnie zamknięty w pewnym niezbyt przyjemnym miejscu. Od razu wiedziałem, że mówi o moim jokerze i z miejsca pomyślałem, że to jakiś wielki kanciarz, wszystko pasowało jak ulał! Tylko zapach jakiś taki dziwny roztaczał ten dżentelman, ale nie wódki, bo specjalnie poniuchałem od razu jak wszedł, bo wiadomo, że Wygrzebańcy się zalewają, nomen-omen, w trupa, żeby zamaskować zapach grobu. Ale facet kontynuwał, więc się skupiłem co mówi i zapomniałem o tym zapachu. Żeby uwolnić mojego jokera z zamknięcia musiałem poprosić o pomoc indiańskiego szamana „Pożerającego tęczę”, którego mogłem znaleźć gdzieś w Północnej Arizonie jeszcze przez jakiś tydzień. Już miałem zapytać gdzie konkretnie, ale elegancki gość wyciągnął, nie bez trudu, jak zauważyłem, zza pazuchy dziwną laseczkę z piórami, którą nazwał „laską uderzeń”. Ed coś tam potem wymruczał, że ta laska bardzo była dziwna, bo aż się kleiła od brudu, a Indianie zwykle bardzo dbają o swoje rzeczy. Zresztą od razu się nam zdała taka jakaś… piekielna… no i grymas twarzy tego gościa, kiedy wyciągał ją niby zza pazuchy, a w rzeczywistości kto wie z jakiego piekła, też nie był miły. Ale nic, tajemniczy niby-kanciarz podał mi tę brudną laseczkę i powiedział, że dzięki niej koledzy szamana nie zabiją nas, zanim z nim nie pogadamy, a nadto kiedy będę ją miał każdy kompas będzie pokazywał gdzie mamy pójść, żeby znaleźć „Pożerającego tęczę”.

Wszystko to śmierdziało czarami na milę i to paskudnymi czarami, z którymi wolałbym się nie stykać, ale mimo tego bardzo się ucieszyłem, że ten wielki kanciarz chce mi pomóc uporać się z moim problemem. No może nie całkiem chce, tylko musi spłacić dług, ale co tam. Najważniejsze, że znowu będę mógł kantować. Pozostało tylko przekonać pozostałych. Z Tedem wyręczył mnie sam kanciarz, bo powiedział mu, że „Pożerający tęczę” będzie umiał poradzić sobie z tą jego chorobą, której się nabawił w Anchua-Xuma, tam gdzie zmarł mój Pete. Z Benem poszło łatwo, obiecałem mu ten krzyżyk po biskupie Lamy, po tym jak już szaman wyciągnie z niego mojego jokera. Pozostał Ed, któremu nie miałem co obiecać, ale niespodzianie zgodził się iść z nami nawet chętnie, bo, powiedział, kiedyś on może potrzebować od nas przysługi i wtedy będziemy mieli okazję się odwdzięczyć. Jasna sprawa Ed, jeden za wszystkich, wszyscy za jednego! Tak gdzieś czytałem, w jakiejś książce, chyba o piratach.

Nasz nowy, tajemniczy znajomy też się widocznie ucieszył. Chciałem mu postawić drinka, bo sobie myślałem, że może mi coś poradzi co do kantów i innych takich, ale on powiedział, że niestety, musi odmówić, ale ma bardzo mało czasu i musi uciekać. Po czym, jak gdyby nigdy nic, rozparł się na krześle, położył nogi na stół i znieruchomiał. To jak to, nie ma czasu, ale zamiast się zbierać siedzi sobie, jak gdyby nigdy nic? A tu nagle drzwi saloonu się otwierają i wpada cała grupa czarno i elegancko ubranych ludzi, na czele kobiety w czarnych woalkach, jedna krzyczy: „Robert, mój Robert, nie widzieli Państwo mojego Roberta? Zawsze był taki stateczny, a teraz takie coś, niebywałe!”. I oczywiście jak zobaczyła naszego „kanciarza” to z krzykiem do niego. A ten pochylił się powoli na bok i spadł na podłogę, całkiem martwy. Wtedy mnie olśniło… Formalina! Ten zapach, który otaczał tajemniczego dżentelmana, to formalina. Reszty dowiedzieliśmy się z krzyków wdowy i żałobników – nieszczęsny Robert cztery dni temu odszedł z tego padołu i leżał sobie spokojnie w kostnicy, czekając, jak przystało na statecznego dżentelmana, na pochówek, aż na sam koniec naszło go odbyć jeszcze mały spacerek. I to gdzie! Do saloonu, siedliska występku, którego poczciwy Robert za życia unikał jak ognia. Taki wstyd na sam koniec, co też sąsiedzi powiedzą!

Umknęliśmy z saloonu, gdzie wdowa nie przestawała przeżywać wstydu, jakiego przysporzył jej martwy mąż. No to nieźle, nawet nie tajemniczy kanciarz, ale jakiś najprawdziwszy manitou raczył się pofatygować i wypożyczyć z kostnicy doszesne szczątki zacnego Roberta, żeby pomóc mi załatwić sprawę. Już wtedy mocno mi to wszystko śmierdziało, bo manitou nie robią nic z miłosierdzia i pewne było że w całej sprawie jest haczyk, na który dałoby się złapać wieoloryba. Ale zapaliłem się do pomysłu, moi kumple też, no i zaczęliśmy się rozglądać za jakimś transportem wystarczająco szybkim, by zdążyć zanim „Pożerający tęczę” zrobi w Arizonie co tam miał do zrobienia i wyniesie sie nie wiadomo do jakiego piekła. I to okazało się całkiem sporym problemem. Pociąg i koń odpadały, za wolne, nawet parochód nie dałby rady, bo musiałby objechać góry. Jedyne co wchodziło w rachubę to transport powietrzny. Leciałem kiedyś ornitopterem z Miss Charlotte, fajowo było że hej, ale się okazało, że to bardzo drogi sposób podróżowania i niestety nic z tego nie wyszło. Myśleliśmy jeszcze o Zeppelinie, takim jakim doktor Imperius przyleciał z Zurichu, ale Zeppeliny latały na swoich własnych trasach i do Arizony żaden się nie wybierał.

I już prawie miało się okazać, że nie damy rady przez głupie „problemy z komunikacją”, kiedy pojawiła się Miss Charlotte Rotschild. Wpadła do Salt Lake City na jakąś rodzinną uroczystość do wuja, profesora Rotschilda od elektrochodów, a ten opowiedział jej, jak mu pomogliśmy załatwić sprawę znikających serc pasażerów jego elektrochodów i tak nas odnalazła. Kiedy jej powiedzieliśmy jakie mamy problemy od razu znalazła rozwiązanie. Jej znajomy był zapalonym baloniarzem i chętnie by nas zawiózł gdzie chcemy i z powrotem, ale pewni źli ludzie nie pozwolą mu pobujać w obłokach, póki nie spłaci całkiem przyziemnych długów. No to postanowiliśmy się zrzucić na te długi, choć najpierw zastanawialiśmy się, czy aby nie taniej byłoby zastrzelić tych złych ludzi. Ale niestety, byli oni nie tylko źli, ale i wpływowi i nic z tego nie wyszło.

Jeździłem już parochodem i elektrochodem, latałem ornitopterem, ale balon jest chyba najfajniejszy. Jest cichy jak elektrochód, lata wysoko jak ornitopter, można w nim sobie chodzić, chociaż tylko w kółko, spać i nawet piec kiełbaski nad palnikiem, którym ogrzewa się powietrze. Mister Chapman, ten baloniarz z długami, w właściwie to już bez długów, wszystko mi opowiedział i pokazał i nawet pozwolił mi regulować palnik, żeby lecieć niżej, albo wyżej. Ale żeby lecieć do Arizony, a nie na przykład do Lost Angels, to już trzeba się znać na wiatrach i wiedzieć który gdzie wieje. Na szczęście pan Stewart się znał i w cztery dni dolecieliśmy do Arizony. Po drodze jakiś traper chciał nas zestrzelić, ale mu to wyperswadowałem i nawet nam zasalutował. Cały czas miałem ze sobą tę czarną „laskę uderzeń” i kompas pokazywał nam gdzie mieliśmy lecieć, więc jak w dole zobaczyliśmy samotną farmę, to wiedzieliśmy że to tu.

Pan Chapman wylądował dość twardo, trochę jak kiedyś Miss Charlotte ornitopterem, tak że musiał zostać i reperować balon, ale to i lepiej, bo z „Pożerającym tęczę” lepiej go było nie zapoznawać. Szliśmy przez las, „laskę uderzeń” miałem na wierzchu, bo mi tak Ben poradził i dobrze, bo ja myślałem że ta laska chroni przed jakimiś złymi manitou, które się kręcą wokół tego szamana, a to byli zwykli Indianie. No może nie tacy zwykli, tylko ponurzy i źli, słudzy złych duchów, na pewno by nas chętnie zastrzelili z ukrycia, jakby nie ta laska. A tak to kazali nam iść za sobą i przyprowadzili nas w końcu na tę opuszczoną farmę. Już w lesie czułem, że to złe miejsce, ale farma była jeszcze gorsza. Na ściane stodoły wisiało przybitych sześć kościotrupów, z czego cztery małe, dziecięce. Były stare, wysuszone na słońcu i poszarzałe, widać wisiały tu już kilka dobrych lat. Było tak jakoś ciemno i zimno, jak w tych innych złych miejscach w których już byliśmy. Dobrze że nie widze złych manitou jak ten Chińczyk z Pawnee Rock, który widział mojego manitou, bo tam pewnie była ich cała gromada, a co innego spotkać takich z Zadymionym Saloonie, z którego można uciec jak jest bardzo źle, a co innego w normalnym świecie.

„Pożerający tęczę” wyszedł do nas z chaty, zbudowanej kiedyś pewnie przez nieszczęsnych osadników, co wisieli na ścianie stodoły. Pokazałem mu „laskę uderzeń”, a on jej dotknął i rozsypała się w proch na naszych oczach. Zostały tylko małe czarne piórka powoli opadające na ziemię. Pomyślałem sobie, że zaraz każe swoim Indianom nas oskalpować, ale on jakby rozchmurzył się trochę i powiedział, że da się  z nami dogadać, tak jakby z zadowoleniem. Kazał nam czekać na zewnątrz chaty aż będzie gotów, tylko nie w stodole, bo „była zajęta” i normalnie zamknął nam drzwi przed nosem. Pokornie siedliśmy sobie pod małym daszkiem i czekaliśmy ze dwie godziny, aż szaman zechciał nas przyjąć, niespokojnie zerkając na kręcących się po obejściu milczących Indian, którzy w ogóle nie zwracali na nas uwagi, tak przynajmniej wyglądali. Kiedy tak siedzieliśmy z lasu wyszło jeszcze dwóch innych Czerwonych, zdaje się ważnych, bo reszta usuwała się im z drogi. Prowadzili konia z przewieszonym przez siodło człowiekiem, na oko zwykłym farmerem, z plamą zaschniętej krwi na skroni, ale żywym, bo coś cicho pojękiwał. Potem się okazało, że to pastor Shortwood, którego Indianie porwali, bo był im pewnie potrzebny do jakiegoś rytuału, ale wtedy tego jeszcze nie wiedzieliśmy. Ale nie podobało nam się to, rzecz jasna, i coraz mniej mieliśmy ochoty na układy z szamanem i jego bandą. No, ale nie zdążyliśmy nic zaplanować, bo drzwi chaty się otwarły i „Pożerający tęczę” łaskawie pozwolił nam wejść.

Kazał nam powiedzieć, czego od niego chcemy, ja i Ted powiedzieliśmy, a on zażądał w zamian, żeby Ed mu pożyczył swoje ciało. Powiedział, że jest mu potrzebne, bo jego wróg go skrzywdził, on go pojmał i mógłby zabić, ale zabiłby tylko jego ciało, a on chce zabić także jego ducha. I do tego było mu potrzebne ciało Eda, bo ten jego wróg znał Eda i szaman chciał go pewnie w ten sposób podstępnie podejść. A potem dwóch Indian wprowadziło jeńca i okazało się, że to Krwawiący Bawół, przyjaciel Eda. Im dłużej byliśmy na tej farmie, tym mniej nam się to wszystko podobało, ale kiedy dotarło do nas, do czego ten czarownik chce nas użyć to się przełamaliśmy. Krwawiący Bawół siedział bez ruchu i coś cicho mruczał, albo nucił, pewnie jakieś indiańskie czary ochronne, dzięki którym szaman nie mógł nic zrobić jego duszy, Ed pokazał mu jednak jakieś tajne znaki, pewnie indiańskie i wódz mu odkiwał, że ok. My z Tedem też wymieniliśmy znaki, ale nie indiańskie, tylko nasze, to znaczy normalnie mrugnęliśmy okiem, że nie wchodzimy w to rozdanie. Oni zostali w chacie, a ja poszedłem niby to się odsikać, a naprawdę zamyśliłem sobie zakraść się do stodoły i zobaczyć kogo tam Indianie więżą.

Trochę pokantowałem i chociaż poszło mi cienko, jak zwykle ostatnio, starczyło by się po cichu zakraść do stodoły. W środku, na widoku milczącego Indiańca – strażnika, siedział farmer co go wcześniej przywieźli przewieszonego przez konia. Ręce miał związane na plecach, ale był całkiem na chodzie, a że siedział kawałek od Indianina i w cieniu, postanowiłem zakraść się od tyłu i coś zrobić. I udało mi się, całe szczęście, że się pastor nie wystraszył i nie narobił hałasu. Bo to był pastor, a nie zwykły farmer, którego jacyś inni Indianie porwali i sprzedali tym złym, którzy go potem przywieźli na tą zapomnianą farmę. Przeciąłem mu więzy na rękach i dałem mojego Peacemakera, co go miałem po zabitym niechcący przez Eda Texas Rangerze i koralowy krzyżyk, który zabrałem z kajuty „Narvaeza” całkiem niedawno. I umówiliśmy się, że jak się zacznie strzelanina, to pastor rozwali łeb temu strażnikowi, który go pilnował i się zamknie w stodole i będzie walił w Indiańców ze środka. Myślę, że mu pomogłem i podniosłem na duchu, pastor mi pobłogosławił na koniec, chociaż tylko tak powiedział, bo rąk mi nie mógł położyć na głowie, boby strażnik zobaczył, że nie jest już związany. No i się rozstaliśmy i wróciłem do chaty.

A tam jeden Indianiec, co się nazywał „Ciasna skóra” zaczął ubliżać naszym, żeby ich wkurzyć i sprowokować do walki. Gadał tylko z Edem, bo nie znał angielskiego, a właściwie to nawet nie sam gadał, tylko inny Czerwony przekazywał co tamten chce powiedzieć, taki herold jakby. Ed mu ubliżał tak samo w rewanżu, a tamten „Ciasna skóra” nie mógł mu nic zrobić, bo się bał szamana, który chciał od Eda pożyczyć ciało. No i tak się przegadywali po indiańsku, ale inni też mniej więcej wiedzieli o co chodzi, bo ten Indianin-herold robił pogardliwe miny i pokazywał na swego czempiona i na nas i w końcu Mały Ted nie wytrzymał i wbił w niego te swoje paskudne ślepia, żeby go nieco przytemperować. Ale „Ciasna skóra” się za bardzo nie przejął, widać nie taki gęby już widywał, a może i skalpował, tylko zrobił wyraźny gest, że wyzywa Teda na pojedynek. I Ted się zgodził, ma się rozumieć.

Zanim jeszcze wyszli obaj na zewnątrz i weszli do takiego małego koła narysowanego na ziemi, pokantowałem trochę i udało mi się zrobić skórę „Ciasnej skóry” jeszcze ciaśniejszą, tak żeby było mu trudniej się ruszać. Ted chyba też coś kombinował, bo jego rewolwer zaświecił na chwilę. „Ciasna skóra” też to zauważył, ale tylko się zaśmiał paskudnie, jakby miał coś w zanadrzu. No i miał! Nie darmo nazywał się właśnie tak jak się nazywał. Ledwo tylko obaj z Tedem weszli do kręgu, zamienił się w wilkołaka!

Ted wypalił ze swojego Peacemakera prosto w wilczy łeb, normalnego wilka położyłby trupem na miejscu, ale na wilkołaka widać jego kule nie działały tak dobrze, bo ledwo go drasnął. „Ciasna skóra” skoczył, ale przycharatał tylko Tedową kurtkę, ten znowu palnął i znowu tylko bestię zranił, a zaraz potem bluznął krwią z rozdartego wilczymi kłami uda. Próbowałem mu pomóc kantami, ale „Ciasna skóra” nie dawał się przestraszyć, a jak chciałem go podnieść, albo chociaż popchnąć, to mi w ogóle kant nie wyszedł. No i w końcu postanowiłem trochę pomóc Tedowi zamiast przeszkadzać wilkołakowi, a czas był najwyższy. Ted wywalił ostatnie dwie kule z moją skromną pomocą, prosto w indiańsko-wilczy łeb i tym razem było tego dość. Wilkołak bluznął krwią z paszczy, zarzęził, zarył w piach i znieruchomiał. Po czym zamienił się z powrotem w człowieka, całego zakrwawionego. Ted odciął mu na wszelki wypadek głowę, ale sam był mocno poraniony, bo bestia użarła go w nogę i bok.

Pomyślałem sobie, że zmuszę jokery, żeby go posklejały. Wślizgnąłem się do Zadymionego Saloonu, a dym śmierdział jakby palono tu zwłoki i ciemno było jak w grobie. Nie za bardzo wiedziałem z kim gram, ale słyszałem wokół jakieś dziwne stuki i mlaskania. Paskudne miejsce, to przez tą farmę i tego mrocznego szamana, ale nie zdygałem. Pierwszy joker, którego złapałem, okazał się za słaby i uciekł popiskując. Coś mi wtedy powiedziało, żeby odpuścić, bo w takim miejscu manitou potrafią być naprawdę paskudne, ale się uparłem, żeby Teda jednak wyciągnąć z tego bigosu. No i się doigrałem.

Wlazłem do Saloonu i tym razem udało mi się zagrać z naprawdę niezłym jokerem. Przegrałem, chciałem uciec, ale tamten capnął mnie za nogę i nie mogłem. Najadłem się strachu, ale potem nagle wyskoczyłem z Saloonu i pomyślałem, że jednak mi się udało. A potem zobaczyłem, że Benowi oczy świecą się na żółto, zęby ma jakieś takie długie i wystające, a jak wyciągnął do mnie rękę, to miała pazury. Wilkołak! Jakoś nagle mi się zdało, że Ciasna Skóra ugryzł Bena i że teraz on się zamienia w wilkołaka, no to wrzasnąłem do innych, żeby uważali i skoczyłem za Małego Teda, który jest wcale nie taki mały i spod jego pachy wycelowałem obrzyna w potwora, w którego zmieniał się Ben. A potwór wyszarpnął owłosioną już mocno łąpą rewolwer z kabury i palnął w Małego Teda, za którym byłem schowany. Ted, który był już mocno poharatany przez tego pierwszego wilkołaka, zwalił się na ziemię, odskoczyłem więc do tyły, cały czas z obrzynem wycelowanym w Bena, który zmienił się w wilkołaka, jak mi się zdawało.

Dobrze, że się wtedy nie postrzelaliśmy, bo sytuacja była napięta, jak skóra na indiańskim bębnie, ale jakoś tak po chwili przestałem widzieć zakrzywione pazury i żółte ślepia u Bena i przyszło mi do głowy, że to przez tę wpadkę w Saloonie i że jednak tak całkiem to mi się nie upiekło. Ben dał mi w ucho za celowanie w niego z obrzyna, widać nie pojął, że celowałem do wilkołaka, ale sam nie zebrał od Teda żadnej reprymendy, że mu wpakował kulkę w bebechy, ot tak sobie – Ted to jednak twardy gość.

No i jak już emocje nieco opadły, dotarło do nas, że ten drugi ważny Indianin stoi obok i mówi, że „Pożerający tęczę” nas wzywa. Ed pierwszy ruszył do chaty z nożem w dłoni, który wyciągnął kiedy Ben zaczął strzelać, a wtedy ten Indianin powiedział, że broń musimy zostawić. No i się zaczęło.

Huknęło chyba z cztery razy, bo Ben wywalił ze swoich koltów do tego posłańca, kładąc go trupem na miejscu, Ed i Ted rzucili się do wnętrza chaty, żeby zabić szamana, tylko ja nieco zmarudziłem, bo mnie to wszystko trochę zaskoczyło i o mało co nie oberwałem tomahawkiem. Zaczęła się strzelanina, tomahawki i noże latały w powietrzu, ale udało nam się wszystkim doskoczyć do chaty, zatrzasnąć drzwi przed nosem ścigających nas Indian i zablokowaćje solidną podporą, która zachowała się na szczęście w świetnym stanie, choć farma była opuszczona przez jakieś kilkadziesiąt lat. W środku było pełno siwego i gryzącego dymu z ogniska, do którego szaman powrzucał jakichś ingrediencji do swoich szamańskich czarów. Nie widziałem tego, bo byłem zajęty uciekaniem, a potem blokowaniem drzwi razem z Edem, ale podobno szaman rzucił jakieś czary które odwracały wystrzelone kule z powrotem w kierunku strzelca, tak że Ben mało nie oberwał własną salwą. Eda nawet ta szamańska magia odwróciła całego, tak że zamiast w głąb chaty, wybiegł z nożem z powrotem na podwórko, prosto na pięciu, czy sześciu Indian. Ma się rozumieć to było jeszcze zanim zamknęliśmy drzwi, których na szczęście szamańska magia nie potrafiła otworzyć.

Mały Ted mówił, że strzelił do szamana i zranił go, ale potem już nie mógł trafić, a po kilku chwilach „Pożerający tęczę” wszedł w ognisko i rozwiał się po prostu jak dym! Strażnik, który pilnował Krwawiącego Bawołu, o mało nie poderżnął więźniowi gardła, ale w ostatniej chwili Edowi i zdaje się Benowi udało się go zabić. Strażnik miał na ręce tatuaż Kruka, tego szamana który wywołał pomstę, ale spodziewaliśmy się tego, więc nikt się specjalnie nie zdziwił. Krwawiącego Bawołu musiałem jednak obwiązać bandażami jak paczkę, żeby nie musiał zmieniać imienia na Wykrwawiony Bawół. A kiedy my siedzieliśmy w chacie, zbierając siły, Indianie spokojnie zarżnęli pastora, którego udało mi się wcześniej rozwiązać w stodole. Nie ma co, akcja godna Texas Rangers…

Nie wiem czemu Indianie nie zabili jeszcze poczciwego Mister Chapmana, widać spieszyło im się w drogę, jedynie kruki, które pewnie wezwał „Pożerający tęczę”, napadły na naszego baloniarza, ale ten je dzielnie postrzelał i sobie poleciały. Wróciliśmy do balonu w kiepskich humorach, a ja w najgorszym, bo mój joker siedział nadał uwięziony w krzyżyky biskupa Lamy’ego i nie było widoków na to, że uda się go wyciągnąć. Ed próbował mi pomóc i gadał o moim problemie z Krwawiącym Bawołem, ale ten mówił najpierw, że to długo potrwa, a potem zmienił zdanie i nie chciał w ogóle pomagać uwolnić „złego manitou”. No jasne, że mój joker miły nie jest, ale jest cholernie przydatny, ty głupi, czerwony bawole!

Miałem jeszcze wątłą nadzieję w dziwnym kamiennym toporku, który Ed znalazł w chacie, bo „Pożerający tęczę” ulotnił się z niej pospiesznie i bez bagażu. Toporek był prawie tak samo brudny jak laska uderzeń, którą nam wcześniej dał joker w ciele nieboszczyka Roberta, żeby nas zaprowadziła do szamana. W kamienne ostrze miał wprawiony czarny kamień, który przypominał mi trochę ten z krzyżyka biskupa Lamy’ego. Na razie Ed dał go Krwawiącemu Bawołowi, może żeby się miał czym bronić, jakby co, ale postanowiłem sobie wypożyczyć go od wodza, jak tylko wylądujemy gdzieś na popas.

Bo jak tylko doszliśmy do balonu, gdzie pan Chapman o mało nas nie postrzelił, bo myślał że to kruki, to od razu wystartowaliśmy i całą noc przespaliśmy w koszu balonu na jakich dziesięciu metrach, żeby nas Indianie nie zaskoczyli. Jak już jednak mówiłem, musieli się gdzieś spieszyć, bo nikt nam nie przeszkadzał. Rano polecieliśmy jeszcze nad starą farmę, Ed i Ted zrzucili z góry po lasce dynamitu, wybijając w dachu dwie dziury. Może dzięki temu deszcze i wiatry nieco szybciej zniszczą to posępne miejsce, choć Ed twierdził, że potrzeba tu modłów dobrych szamanów i dlatego nie chciał wysadzić wszystkiego w powietrze, jak należy. Nasz, a właściwie pana Chapmana, balon powisiał jeszcze trochę nad samotną farmą, a potem zerwał się silny wiatr i, chcąc nie chcąc, daliśmy mu się ponieść ku nowej przygodzie, oby zakończonej bardziej fortunnie.

 

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Deadlands, DL po raz trzeci ,

Comments are closed.