Dzień Niepodległości

Wiatr, który porwał nas znad opuszczonej farmy w Arizonie, gdzie mieliśmy sprawę ze złowieszczym „Pożerającym tęczę”, zakończoną, jak mówiłem, co najwyżej remisowo, wiał, jakby zamierzał nas zawiać do samego Zurichu, gdzie doktor Imperius przygotowuje swoje cudowne pastylki. Już miałem nadzieję, że też będę mógł zobaczyć jak się to robi, ale wiatr w końcu osłabł i Mister Chapman posadził poszarpany nieco balon niedaleko jakiegoś całkiem sporego miasta. Rychło się okazało że to było Dodge City, gdzie szeryfem był sam Wyatt Earp, bohater wielu powieści groszowych, w tym dwóch które miałem, ale niestety zostały w Salt Lake City.

Ale jeszcze zanim się w ogóle dowiedzieliśmy co to za miasto, postanowiłem spróbować ostatniej szansy na uwolnienie mojego jokera z tego przeklętego krzyżyka. Całkiem długo musiałem upraszać Eda, żeby wypożyczył od wodza Krwawiącego Bawołu ten kamienny, brudny tomahawk, który znalazł w chacie Pożerającego Tęczę. Zdaje się, że Ed też się musiał natrudzić, żeby przekonać upartego wodza, ale w końcu udało się. Ułożyłem wydłubany z krzyża niebieski kamień na kolejowej szynie, obwiązałej chustką, żeby mi nie uciekł na prerię, gdybym go krzywo uderzył i łup, z całej siły, toporkiem! Chrupnęło, z szyny poszedł jakby siwy dym i nagle poczułem jak robi mi się bardzo zimno. Kościste łapy manitou opletły mnie ciasno i ścisnęły, że mało mi żebra nie popękały i usłyszałem cichy, ale paskudny szept: „dzięki Willy”. Potem kościste łapy puściły, dech mi wrócił i zrobiło się znowu ciepło. Z niebieskiego kamyka zostały tylko małe okruszki, które wytrząsnąłem na tory, a krzyżyk oddałem Benowi, zgodnie z umową. Palce mnie świerzbiły, żeby się przekonać, czy znowu jestem rasowym kanciarzem, ale się już nauczyłem, że lepiej nie kusić licha i postanowiłem zaczekać, aż będzie okazja pokantować w jakimś konkretnym celu.

No i rychło się taka okazja nadarzyła. Poszliśmy w kierunku miasta, zostawiając Mr Chapmana i Krwawiącego Bawołu z balonem i obiecując, że przyślemy im jedzenie. Ledwo zbliżyliśmy się do pierwszych domów, usłyszeliśmy strzał i głośne, pijackie krzyki. Okazało się, że krzyki dochodzą z poczty i kiedy weszliśmy do środka zobaczyliśmy taki obrazek: jakiś rudzielec, pijany w trupa, wrzeszczał „to jest napad” i wymachiwał rewolwerem, bezskutecznie próbując wycelować w rozdygotanego, chudego pocztowca, skulowanego za ladą. Zagadałem do pijaka, że się pomylił i poczta jest po drugiej stronie ulicy, co zawsze działa na pijanych, ale ten był jakiś dziwny i zamiast grzecznie wytoczyć się z budynku, wycelował rewolwer mniej-więcej we mnie i bum! Kula przeszła dobre pół metra od mojej głowy, ale uznałem, że to dobra okazja na kantowanie.

Wpadłem do Zadymionego Saloonu. Wszystko było w jak najlepszym porządku: siwy dym z cygar, ciemne figury manitou przy pełnych stolikach, stosy żetonów na blatach! Czyli udało się! Siadłem, zagrałem i wygrałem, niewysoko, ale starczyło, żeby pociągnąć rękę pijaka razem z zaciśniętym w niej rewolwerem w górę i utrzymać ją tak do czasu, aż Ed nie przyskoczył i nie przywalił w kark niefortunnego bandyty porwaną z pocztowej lady wielką urzędową pieczątką. Pijany bandzior runął na podłogę z wielkim niebieskim orłem Unii na karku i tak został do czasu, aż zwabiony hałasem i wystrzałami nie pofatygował się do nas zastępca szeryfa.

Nie był to Wyatt Earp, tylko jakiś młody obsmarkaniec, próbujący udawać ważniaka, który kazał nam iść na posterunek złożyć wyjaśnienia i nawet zanieść tam, wciąż jeszcze ogłuszonego, pijaka. Ale było warto, bo na posterunku spotkaliśmy nareszcie samego Wyatta Earpa! Miał długie włosy, opadające na ramiona i sumiaste wąsy, dokładnie jak w „Sześciu Indian o świcie”, ale prawie leżał z nogami na stole, leniwie stukając palcami po blacie, zamiast czujnie siedzieć plecami do ściany, obserwując wchodzących z ręką ułożoną tak, by móc sięgnąć po broń z szybkością błyskawicy, jak napisano w „Zabili go i uciekł”. Bardzo żałowałem, że nie wziąłem jednak którejś z moich powieści groszowych z Salt Lake City, ale obiecałem sobie kupić jedną w Dodge i poprosić Wyatta o autograf.

Szeryf poprosił nas o pomoc, bo z okazji Dnia Niepodległości w mieście było gorąco, Jankesi i Konfederaci traktowali całe miasto jako terytorium sporne i unijne święto było okazją do prowokacji i bijatyk. Czterech moich kumpli zostało więc zastępcami i dostali gwiazdy, a mnie pozostało tylko być ich pomocnikiem, rzecz jasna bez gwiazdy. Ale Ed mi obiecał, że jak się bedziemy zwalniali, to postara się przeszmuglować swoją gwiazdę i mi ją da! Ed jest jednak fajny, odwołuję to co mówiłem, że jest uparty i głupi.

Jako zastępcy szeryfa mogliśmy mieszkać za darmo w saloonie „U Kaprawookiego”, jeść i pić na koszt miasta, choć potem miało to być odjęte z pensji szeryfów. Sam Kaprawooki bardzo chętnie nas gościł i stawiał drinki, bo opieka stróżów prawa była w Dodge w cenie, zwłaszcza w Dzień Niepodległości, który miał być już za dwa dni.

Już na pierwszym obchodzie naszego rejonu, to znaczy właściwie mojego nie, bo nie byłem zastępcą, ale byłem jednak pomocnikiem, więc tak jakby mojego też, udało nam się wpaść na trop bandy Jeźdźców. Zaczęło się od tego, że wsród grupki południowców śpiewających Dixie wypatrzyliśmy pięciu wyglądających groźniej niż inni. Potem tych pięciu odłączyło się od reszty i poszło do „Cowboy Saloon”, gdzie udało mi się podsłuchać, jak gadali o jakimś Jake’u, który miał przyjechać do miasta z „resztą chłopaków” i że chcieli „wytargać jakiegoś Czarnucha”. Popytaliśmy tu i tam i dowiedzieliśmy się, że niejaki Jake Sympkins jest przywódcą bandy Jeźdźców, którzy napadają na Murzynów, bo są Południowcami i nie mogą znieść, że Jankesi i „czarnuchy” panoszą się w Dodge City. W mieście zwykle kończyło się pobiciami i niektórzy Jeźdźcy siedzieli już nieraz w miejscowym areszcie, ale chodziły słuchy, że na prerii zdarzały się lincze na murzyńskich osadnikach. Sam Jake nigdy nie dał się złapać na żadnym przestępstwie, ale miał brata, Ralpha, który był dość narwany i już cztery razy siedział w areszcie za pobicie Murzyna.

Ted, Ed i Ben postanowili zostać w saloonie dłużej, a ja poszedłem się przejść po mieście. Poznałem bardzo sympatycznego, wielkiego Murzyna nazwiskiem Walter Miles, który nawoływał za Unią i ostrzegłem go, że banda Jeźdźców jest w mieście i zamierza „wytargać jakiegoś Czarnucha”. Mister Miles się jednak nie przejął i dał mi do rozniesienia ulotki, nawołujące do głosowania za Unią. Zaniosłem je do najbliższego wychodka, żeby jakiś Jeździec nie pomylił mnie z Czarnuchem do wytargania i poszedłem dalej. Potem wstąpiłem jeszcze do kramu jakiegoś Chińczyka bo mi się przypominiały chińskie dzwoneczki, które przeszkadzają w kantowaniu i chciałem się nauczyć je ignorować, ale kupiłem tylko jakieś pieczone zwierzę, albo może roślinkę na patyku i nawet mi smakowała.

W powrotnej drodze pod naszym saloonem zauważyliśmy, jak jedna dziewczynka z saloonu, taka z którą można się zabawić za pieniądze, Miss Suzie, kłóciła się z eleganckim dżentelmanem, który się nazywał Artur Goodwin. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że się tak nazywał, dopiero jak zrobiliśmy dochodzenie po tym, jak Doktor Brzytwa obciął mu głowę. Ale wtedy to tylko wiedzieliśmy, że miał na imię Artur, bo Miss Suzie tak do niego mówiła, jak ją szarpał za rękę, ale jak Mały Ted chciał go swoim zwyczajem postraszyć tak, żeby popuścił w spodnie to Suzie powiedziała, że nic się nie stało i razem z tym Arturem poszli do środka. Nie mieliśmy co się do tego mieszać i poszliśmy na następny obchód rejonu, na którym spotkaliśmy starą Ms May-Hogarth, która agitowała przeciwko pijaństwu i tak strasznie spojrzała na Małego Teda, że jakby nie był już trochę pijany, to pewnie by popuścił w spodnie, chociaż Ms Hogarth była nawet mniejsza niż ja. Za to Bena bardzo polubiła, bo jej powiedział, że nienawidzi pijaństwa i dała mu jakieś ulotki do rozniesienia, jak mi wcześniej Mr Miles.

Spotkaliśmy też jednego pijaka, który się nazwyał Clayton i postawiłem mu drinka, a Mały Ted podarował mu nawet całą butelkę whisky, może tak bardzo go polubił, a może chciał rzucić nałóg po tej piekielnej awanturze, którą zrobiła Ms Hogarth. Clayton twierdził, że czeka w Dodge City na jakiś spadek, który ma przyjść pocztą za dwa tygodnie i mieszka w naszym saloonie. Niby to nic ważnego, ale tego Claytona spotkaliśmy potem jeszcze dwa razy, w tym raz w bardzo niecodziennych okolicznościach, więc warto go zapamiętać.

Podczas drugiego obchodu zaszliśmy znowu do „Cowboy Saloon” i zobaczyliśmy ciekawą scenę. Przed saloonem zebrała się spora grupa ludzi, a na środku stali Mister Walter Miles, ten wielki Murzyn od unijnych ulotek i jakiś kudłaty kowboj z wielką flagą Konfederacji na plecach. Ten kudłaty przywalił akurat Murzynowi w papę, rozciągając go na ziemi, ale zanim zdążyliśmy cokolwiek zrobić Mr Miles zerwał się jak sprężyna i odwinął się kowbojowi tak, że tamten przeleciał kawałek w powietrzy i twardo wyrżnął w werandę saloonu. Chwilę trwało, zanim się jako tako zebrał, a w tym czasie pan Miles stał tylko z głupkowatą miną i bełkotał, że „przemoc niczego nie rozwiązuje”. Potem kowboj nagle wyrwał z cholewy wielki nóż bowie i ruszył na niego, ale w tym momencie nasi zastępcy szeryfa wkroczyli do akcji. Zrobiło się gorąco, bo dookoła Ralpha Sympkinsa, którym okazał się być obity kowboj z nożem, zebrała się spora grupa Jeźdźców. Ale nagle spoza nich wyszedł inny, niewysoki człowiek w kapeluszu konfederackiej kawalerii, podobny nieco do Ralphiego i załagodził sprawę. Jake Sympkins, bo to właśnie on był, okazał się sprytniejszy i mądrzejszy od brata, ale Jeźdźcy nie odpuścili bynajmniej Mister Milesowi, jak to się jeszcze okaże dalej.

Było już późno i nasza służba się skończyła, wróciliśmy więc do naszego saloonu „U Kaprawookiego”. I tu po raz pierwszy Doktor Brzytwa uderzył. Kiedy wchodziliśmy do środka, z galerii na piętrze rozległ się okropny, kobiecy wrzask! Moi kumple wbiegli na górę i z kopa otwarli drzwi. I mało nie pomdleli, jak potem usłyszałem. Na łóżku leżała Miss Suzie, która histerycznie krzyczała, a na niej bezgłowy trup w eleganckim ubraniu, wszystko dosłownie zalane krwią, która już nieco skrzepła. Ja w tym czasie byłem pod oknem, bo myślałem że ktoś będzie tamtędy uciekał, ale oczywiście nikogo nie było, więc dołączyłem do reszty i też mało mi się bebechy nie wywróciły jak to zobaczyłem. Ale potem doszliśmy do siebie, zbadaliśmy ślady i doszliśmy co się stało. Ktoś walnął Miss Suzie w głowę i ogłuszył, a potem oderżnął normalnie głowę nieszczęsnemu Arturowi. Trupa zostawił na nieprzytomnej kobiecie, a głowę zabrał i uciekł przez okno. Na parapecie i daszkach szop pod oknami saloonu znaleźliśmy ślady wielkich butów i wielkich dłoni, morderca musiał być prawdziwym olbrzymem, mógł mieć nawet siedem stóp! Nosił też chyba dobrej jakości koszulę, bo na parapecie Ed znalazł mały kawałek jedwabiu, nieco przybrudzonego, oderwanego od koszuli.

Wróciliśmy do saloonu i pytaliśmy ludzi czy nie widzieli takiego olbrzyma, ale nikt niczego nie zauważył, co było dziwne. Zastanawialiśmy się też, po co komu była potrzebna głowa Artura. Myślałem najpierw, że do jakichś czarów, ale nie przychodziło mi do głowy nic mądrego, bo choć czasem głowy bywają przydatne, to trzeba je odcinać podczas rytuału, przy czarnych świecach i takie tam. Potem zastanawialiśmy się, czy może ktoś chciał mieć tę głowę jako potwierdzenie wykonania zlecenia, jeśli to był płatny morderca, a potem, że może chciał udawać nieboszczyka Artura, bo okazało się, że ten był jakimś ważnym agentem Unii. Doszło do tego podejrzenie, że ktoś chciał wywołać zamieszki w mieście, zabijając takiego ważnego agenta Unii, co stało się jeszcze bardziej prawdopodobne kiedy w ten sam sposób zginął Ralphie Sympkins, zwolennik Konfederacji. Potem jednak zginęła jeszcze pani May-Hogarth, zwolenniczka trzeźwości, nieważne czy w Unii, czy w Konfederacji i nasza głupia w istocie teoria rozpadła się ostatecznie w gruzy. Ale to już było później.

Póki co, następnego dnia moi kumple, jako zastępcy szeryfa, poszli wysłuchać reprymendy z ust samego Wyatta Earpa, że pozwolili jakiemuś szaleńcowi urżnąć głowę niewinnemu człowiekowi pod samym nosem stróżów prawa, a ja, jako zaledwie szeryfowy pomocnik, poszedłem tropić tegoż niewinnego, a teraz bezgłowego, człowieka na miasto. Dowiedziałem się tego i owego, ale nie na wiele się to potem przydało, więc nie zanudzam. Za to Kaprawooki przypadkiem wyżalił się, że klienci mu się wyprowadzają z powodu tego morderstwa i że już dwóch się wyprowadziło. Jednym z tych klientów był niejaki Mr Floyd, karciarz. Zaraz mi się skojarzyło, że karciarz może nie być takim zwykłym karciarzem, że może nie tylko z ludźmi grywał, a tacy potrafią różne rzeczy. Wiem z autopsji. No więc postanowiłem poszukać Mr Floyda. Dowiedziałem się, że grał zeszłej nocy w „Cowboy Saloon”, ale karta fatalnie mu szła, spłukał się i pewnie dlatego przeniósł do dość podłego saloonu „U wozaków”. Tam go jednak nie było, bo gral gdzieś na mieście, a tymczasem spotkała nas kolejna przygoda z Jeźdźcami.

Znowu grupka południowców przygrywała Dixie, były tańce i patriotyczne konfederackie krzyki, a tymczasem w bocznej uliczce grupka Jeźdźców na czele z Ralphem Sympkinsem katowała Mister Milesa. To miała być zemsta za to, że Mister Miles nie dał się pobić Ralphowi wtedy pod „Cowboy Saloon”. Na szczęście zauważyliśmy co się święci i wkroczyliśmy do akcji. Cała trójka moich kumpli, zastępców szeryfa, poczła od ulicy, a ja samotnie od tyłu. No i jak oni do siebie celowali z rewolwerów i straszyli, postanowiłem załatwić sprawę po swojemu. Pokantowałem trochę i wytargałem z Saloonu takiego pokurczonego jokera i kazałem mu podnieść taką wielką donicę, co stała na balkonie pod którym wydzierał się Ralph. A potem kazałem jokerowi ją wypuścić, prosto na jego głowę. To znaczy miało być na głowę, ale donica gruchnęła pod jego nogami i rozprysnęła się na kawałki. Ralph spanikował i wygarnął z gnata w kierunku naszych, Ed odpowiedział ze swojego Remingtona i trafił bandziora w rękę, ale wtedy ja znowu kazałem jokerowi zrzucić mu na głowę stołek i tym razem już trafiłem. Raplhie osunął się na ziemię, a reszta jego ludzi zmiękła i wynegocjowała jedynie wyniesienie go z placu boju zamiast aresztu, mrucząc pod nosem jakieś pogróżki.

Zajęliśmy się rannym Mister Milesem, ale był mocno połamany i nie za bardzo umieliśmy sobie poradzić. Na szczęście niespodziewanie pojawił się nie kto inny, jak Mister Clayton, ten pijak, czekający na spadek. Mówiłem wcześniej, że go jeszcze spotkaliśmy potem dwa razy i to był ten pierwszy raz, kiedy jeszcze nic nie podejrzewaliśmy. Okazało się, że Clayton całkiem wprawnie nastawił Mr Milesowi połamaną rękę i opatrzył inne rany, tak że można już go było bezpiecznie zanieść do prawdziwego lekarza. Od razu pomyśleliśmy, że był w przeszłości chirurgiem, ale nic nam się nie skojarzyło.

Podziękowaliśmy Claytonowi w imieniu Mister Milesa, który tylko słabo jęczał, bo był mocno zbity przez tych bandziorów Jeźdźców i zanieśliśmy go do lekarza, pana Crawforda. Nie mówiłem tego, ale on też się zajął Miss Suzie, która trochę powariowała po tym, jak ocknęła się pod bezgłowym Arturem, ubabrana jego skrzepłą krwią. No i teraz jak przynieśliśmy Milesa, Miss Suzie doszła już do siebie na tyle, że lekarz pozwolił nam z nią pogadać o tym co się stało wtedy u Kaprawookiego.

Miss Suzie wiele nie pamiętała, tylko że podłoga skrzypnęła, jakby pod wielkim i ciężkim człowiekiem, co się zgadzało, a potem drzwi się otwarły i w drzwiach stanął ten wielki człowiek, w jakby za małym ubraniu i z dużą torbą. Reszty nie pamiętała, bo dostała w głowę i się ocknęła dopiero jak Artur już nie miał głowy, ale uczepiliśmy się tego za małego ubrania. Wychodziło na to, że facet wszedł na piętro jak był mały, a dopiero potem nagle urósł. To by tłumaczyło, dlaczego nikt nie pamiętał żadnego olbrzyma. No i ten skrawek jedwabnej koszuli, co go Ed znalazł na parapecie, to się oderwał jak ciało człowieka nagle urosło. A poza tym Miss Suzie powiedziała nam też kim był i czego chciał od niej Artur Goodman. A chciał, by sypiała z ważnymi Południowcami i wyciągała od nich informacje, które potem od niej kupował. Suzie nie bardzo się chciała na to zgadzać, bo była za Południem, ale jednak robiła, w końcu „pecunia non olet” czy jakoś tak.

Na tym skończyliśmy przesłuchiwać Miss Suzie i pozwoliliśmy jej znowu trochę poodpoczywać. Ale nam nie udało się poodpoczywać, bo się dowiedzieliśmy, że mamy następnego trupa, bez głowy, rąk i nóg. Tym razem szczęśliwcem okazał się nie kto inny, jak Ralph Simpkins. Nosił wilk razy kilka, chciałoby się powiedzieć. To znowu nam przypomniało, że zbliża się Dzień Niepodległości i może dojść do zamieszek i pomyśleliśmy znowu, że te morderstwa są na rękę komuś, ktoby chciał te zamieszki rozpętać. I znowu się zaczęło gadanie o polityce, trochę o Indianach, albo Murzynach, albo Texas Rangerach, bo komu mogło być na rękę zabijanie agentów Północy i Południa na przemian? Ale na szczęście, to znaczy właściwie na nieszczęście, co jak gadam, ale jednak z pożytkiem, nie ma tego złego, no w każdym razie znaleziono wkrótce następne ciało, tym razem Ms May-Hogarth. Jako że nie była ona agentką, ani nawet sympatyczką, ani Unii ani Konfederacji, przestaliśmy kombinować, kto tu chce zrobić komu rewolucję i zaczęliśmy znowu szukać śladów.

Ale w międzyczasie odwiedziliśmy znowu pana Crawforda, tego chirurga, który uspokajał Miss Suzie i składał do kupy Mister Milesa, no i oglądał te wszystkie pocięte ciała. Powiedział nam, że przypomniało mu się, jak pod Gettysburgiem, gdzie był chirurgiem polowym, do namiotu wpadł taki wielki olbrzym w lekarskim kitlu, z błyszczącym skalpelem w dłoni i zaczął masakrować rannych i lekarzy jak szalony. Pewnie wyciąłby wtedy wszystkich, gdyby nie legendarny Texas Ranger, Hank Ketchum, który rzucił się na niego z szablą i chociaż stracił oko, odciął szalonemu chirurgowi rękę ze skalpelem, a wtedy tamten zawył i uciekł. Te wszystkie odcięte głowy i kończyny, powiedział chirurg, przypominały mu tamte czasy, bo tamten szaleniec spod Gettysburga tak samo jednym straszliwym cięciem pozbawiał człowieka głowy, albo ręki, czy nogi.

Zaczęliśmy wtedy znowu szukać Floyda. Czy to on był tym tajemniczym chirurgiem, czy tylko coś wiedział, albo chociaż podejrzewał, trzeba było go odszukać. I znaleźliśmy go w końcu, w jakiejś zapadłej ruderze, gdzie grał o pety, bo wszystkie pieniądze przegrał. Ale to nie dlatego, że karta mu nie szła. Facet był roztrzęsiony, szukał w kartach ucieczki przed strachem, ale tylko się spłukał i dalej się cały trząsł. Bo on tam był, wtedy kiedy ten rzeźnik mordował Artura. Floyd nic nie widział, tylko usłyszał jak deski podłogi nagle zaskrzypnęły, potem trzasnęły drzwi sąsiedniego pokoju, a potem nagle poczuł chłód i irracjonalny strach pełznący po kręgosłupie. I wiedział, że tam stało się coś okropnego, chociaż słyszał tylko uderzenie pięścią, kiedy morderca ogłuszył Miss Suzie.

Teraz już wiedzieliśmy, że morderca mieszkał w pokoju sąsiednim do pokoju Floyda. Jak najszybciej wróciliśmy do Kaprawookiego. W pokoju na prawo mieszkał jakiś Niemiec, a na lewo… nasz stary znajomy, Clayton. Akurat nie było go w pokoju, poprosiliśmy więc Kaprawookiego o klucz. W środku było czysto, schludnie, jak w szpitalu… Ale pod łóżkiem Ed znalazł wielkie torby. Otworzył jedną, spodziewając się że w środku znajdzie głowę Artura. Ale nie spodziewał się, że ta głowa wyskoczy na niego z torby i wgryzie mu się w udo! Skamienieliśmy na moment, a z torby gramoliła się już następna głowa, tym razem Ms Hogarth, z doszytymi rękami Ralphiego Simpkinsa. Podskoczyła niezgrabnie jak kulawa kura, rzuciła się na mnie i urgyzła mnie w nogę! Na szczęście szok już minął, Ed wprawnie zakatrupił najpierw „swoją”, a potem „moją” głowę, podczas gdy Ben i Ted podziurawili kulami pozostałe torby, w których też coś się ruszało i jak się potem okazało, też były to paskudne potworki, powstałe z pozszywanych głów, dłoni i stóp różnych nieznanych nam nieszczęśników w różnym stopniu rozkładu.

Zamknęliśmy pokój Claytona tak od ulicy, jak i od wewnątrz i ruszyliśmy poszukać go na miasto. Ale niedługo dogonił nas chłopak od Kaprawookiego i z przejęciem wykrzyczał, że Clayton wrócił do saloonu! W te pędy pobiegliśmy z powrotem. Ed i Mały Ted poszli od środka, a ja z Benem przyczailiśmy się pod oknem. Okiennice pokoju Claytona były zamknięte, tak jak je zostawiliśmy, ale nagle szkło prysnęło z sąsiedniego okna i wypadł stamtąd rozmazany cień, wielki i pokrzywiony.

To był Clayton, ale całkiem inny niż sympatyczny pijaczek, którego pamiętaliśmy. Ciało groteskowo rozdęte, szaleństwo w oczach i piana na wargach, a w ręki lśniący i już lekko zakrwawiony skalpel, wielki jak nóż bowie. Zanim jeszcze spadł na ziemię między mnie i Bena wypaliłem mu z Peacemakera srebrną kulą prosto w czoło! A on nic, jakby kula przeszła przez niego na wylot! Ben też wywalił w niego ze cztery kule, a chwilę potem na balkon za Claytonem wypadli Ed i Ted, którzy też palnęli z czego tam mieli, ale to wszystko nie zrobiło na szalonym chirurgu żadnego wrażenia. Wpadł między nas, błyszczący skalpel świsnął w powietrzu i poczułem piekący ból pod żebrami. Ed i Ted zeskoczyli na niego z góry i pojąwszy, że kulami nic nie wskórają, złapali za noże. Ja odskoczyłem nieco do tyłu i sięgnąłem po jakiegoś jokera, żeby trochę przykręcić zwijąjącego się jak fryga Claytona, a Ben w ogóle odwrócił się i uciekł. Ed śmiało natarł na wywijającego skalpelem chirurga ze swoim nożem bowie, a Ted zaszedł go z drugiej strony. Ed trochę oberwał, ale i Claytonowi się dostało, zrobił się wyraźnie wolniejszy i widać było, że rany od noża dają mu się we znaki. Nagle wrócił Ben i szerokim zamachem rzucił w Claytona lampą, ale niestety nafta się nie zapaliła, a Clayton machnął swoją brzytwą i lekko przyhaczył Bena, który nie zdążył odskoczyć. Ale wtedy Ed wykorzystał moment i dalekim wypadem wbił nóż Claytonowi pod żebra. Olbrzym zwiotczał, zwisł na Edowym nożu i w końcu zwalił się na ziemię. Skalpel wypadł z jego martwiejącej dłoni i na naszych oczach zmalał i zamienił się z powrotem w takiego Claytona, jakiego znaliśmy. Był martwy.

Dzień Niepodległości przeszedł nadzwyczaj spokojnie, nikt jakoś nie miał ochoty wszczynać burd po tym, jak wieść o pokonaniu szalonego chirurga obiegła miasto. Po wszystkim zainkasowaliśmy pieniądze za trzy etaty zastępców szeryfa, a Wyatt Earp złożył swój autograf na świeżutkiej kopii „Ostatni sprawiedliwy kontra Jeźdźcy pustyni”, którą kupiłem przed wyjazdem. Ale kiedy już spakowani żegnaliśmy się ze świeżo poznanymi znajomymi, przyszła wiadomość, że w niedalekim Bankerburgu znaleziono świeże ciało z odciętą głową…

 

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Deadlands, DL po raz trzeci ,

Comments are closed.