Blizny Blizny, czyli o tym jak wszyscy parę zarobili

No to sie porobiło.

Już po lądowaniu się porobiło.

Najpierw zostalismy zaatakowani przez komary, później przez ważki, późnej przez chrabąszcze, a całość tego robactwa jadła nasze syntetyki – znaczy wszystko i metal, znaczy resztę ekwipunku i statek. Super. Jeszcze takie cholerstwo mamy badać. Poprostu Super. Przynajmniej wpadliśmy na wmiarę ciekawe zastosowanie tego latającego cholerstwa. Sprzedamy to cesarskim jako broń biologiczną, jeżeli inżynierowie będą wstanie, w jakiś sposób wpłynąć inżynierią genetyczną na możliwość kontrolowania kogo to cholerstwo ma atakować. Sam sobie robaka wziąłem z sobą do badań w słoiku (szkło to przecież piasek, a piasku to one nie jadły). Widząc zbawczy efekt jaki tutejsza natura ma na nasz sprzęt i wielce przyjazną ludność autochtoniczną postanowiliśmy niezabawić dłużej na planecie.

Coś mi się tam zdaje, że z naszego inżyniera będą jeszcze ludzie. Eniak, spoko facet. Znalazł pare przewodów w maszynie jaką dostał od kapitana i połączył je tak, że nagle maszyna zaczęła wyć. No w zasadzie to zaczął wyć cały statek, bo podłączył maszynę pod system nagłośnienia statku, jednak okazało się, że cesarscy coś nadają, a my wiemy co!!! Tylko tak dalej, Eniak!! (pamiętać: Leczenie inżyniera – friko, reszta 65% rabatu, Angelina rabat zależny od obopólnych korzyści, kapitan pełen rachunek zgodnie z cennikiem gildii). Cesarscy wykryli wielką kupę żelaza lecącą w przybliżeniu w kierunku środka systemu. Podejrzewali, naiwniacy, że meteor, albo znów cesarz poskąpił kasy na to, co, uważa się, za największy dla niego priorytet. Byli tą informacją na tyle podekscytowani, że skoro oficjalnie obiekt znajdował się w zasięgu naszych czujników, postanowiliśmy odpuścić sobie wredną planetę, która ni w ząb trzonowy, nie odpowiada żadnemu z nas i wyruszyć. Jak się wytłumaczyć z tego, że jako jedyni mamy prawo do eksploracji planety, a my sobie tak to odpuszczamy zajął się nasz złotousty szlachcic. Widać faktycznie ma nieźle gadane, bo nieniepokojeni mogliśmy lecieć. Statek pomimo naprawde złego wyglądu jest wstanie dawać nieźle czadu – 14 jednostek kosmicznych na dobę!!! Znaczy od świętej Terry do tamtejszej gwiazdy niczym bączek bo 14 razy.

Nas od odkrytego obiektu dzieliły 3 jednostki. Sielanka skończyła się po 2 godzinach, kiedy okazało się, że mamy ogon. Widać nasza ciekawość zaintrygowała inżynierów. Skoli mnie luzik. Jak dolecimi i bedzie to coś ciekawego to w 2 godziny uwiniemy się z eksploracją, a jak nie bedzie niczego ciekawego to i tak sobie przynajmniej inżynierowie polatają.

Coż wyszło, że to cholerstwo to statek, a raczej statki, a raczej to co z nich zostało. Szkielet fregaty sprzed przeszło tysiąca lat wbity był w bardzo nietypowy kształt. Mlecznobiała substancja tworząca powłokę zewnętrzną elispoidy niewykazywała żadnych wyraźnych miejsc w którym mógł by mieścić się napęd, z drugiej strony jednak po zderzeniu z drugim statkiem niewiele pozostało z części, która, jak później odkryliśmy, była maszynownią statku.
Trafiliśmy w dziesiątkę. Ale się obłowimy…

Problem. W akademii szkolono mnie na medyka bojowego do walk na powieżchniach planet (atmosfera). Nikt nic nie mówił o chodzeniu w skafandrach. Przynajmniej nie ja jeden byłem tak pokrzywdzony. Odebrawszy błogosławieństwo tej dziwnej eskatoniczki mogłem już zdjąć okulary bo mnie się coś wzrok poprawił i hajda na wroga. Powoli po rusztowaniach wgłąb. Krok za krokiem. Nie tylko ja wyczułem echo gniewu. Nasz Carlos (potwierdzono – psychonik), zaczął bredzić o zimnie kosmosu, o tym, skoro to weszło do skafandra to pewnie mu zmrozi przyrodzenie i nie przedłuży swego rodu. Na tak dramatyczne stwierdzenia każdy z nas zaczął wyraźnie przyglądać się otoczeniu i wpatrywać z niepokojem w ciemność.

Statek jest na tyle rozległy, że nie tylko jemu ale i mnie zaczyna doskwierać niepokój. Coś wysysa ze mnie moją siłę mentalną. Każdy z nas odczuwał to podobnie, jednak, ci którym Wszechstwórca nakładł do głowy więcej niż pozostałym, odczuwali to mocniej. Gdyby nie pozostali zgubiłbym się w labiryncie korytarzy, bo szliśmy przeszło pół godziny nim Genevieve powiedziała, że to co pragnie lub jest nasieniem naszej zguby jest w jednym z korytarzy przed nami. Pospieszyliśmy czymprędzej we wskazanym kierunku (w końcu lepiej spojrzeć strachowi prosto w oczy niż cały czas uciekać), jednak jedyną rzeczą na jaką natrafiliśmy była sala medyczna tak skonstruowana by zatrzymać czas w trakcie którego pacient mógłby umrzeć. Ciekawe rozwiązanie. W samej sali widzieliśmy zawieszonych w bąblu czasowym kilku żołnierzy z 2 republiki i 3 obcych. Jak by to ując delikatnie. Carlos zafundował nam w napadzie chciwości (ekwipunek żołnierzy wydawał się być naprawdę niezły), ciepłe kluchy wyciągając jednego (a raczej jego szczątki). Otwór, z jakiego korzystaliśmy do oglądania wnętrza tego pomieszczenia okazał się zbyt mały by zmieścił się tam denat w całości (dostaliśmy nerki, serce, troche płuca i część skóry oraz kośćca).

Bez przedłużania – dupa, a nie pozyskiwacze z nas, bo się z sali wynieść nie udało nic. W końcu trzeba się było przejść gdzieś dalej. Ja, kapłanka i nasz żołnierz Al Malików skręciliśmy do sali po lewo, blizna idący tuż za nami skręcił do tej po prawo. My dorwaliśmy dość ciekawy artefakt obcych, Blizna co nieco działającego sprzętu 2 republii (w tym plazmówkę – szczęściarz). Dalsza eksploracja statku została brutalnie przerwana gdy okazało się, że nasz pozyskiwacz wykazał się, nie wiem w sumie czym – dobry chłopak z niego, ale wymaga jeszcze troche, pokierowania bowiem raczej młody się wydaje (niedoświadczony). W każdym razie odłączył się od reszty i spacerowym, bezgrawitacyjnym krokiem ruszył ku wyjściu. Zagrożenie, które każdy z nas czuł znalazło idealny cel – idealny bo samotny. Nim dotarliśmy by wesprzeć biedaka Blizna stracił przytomność i nogę. Choć przeciwnik był epickich rozmiarów i możliwości walka była krótka. Nikt poza obliźnionym Blizną nie dostał tak poważnych ran by odczuć skutki ataku stwora, a gdy zaczął uciekać – dopadłem go i zabiłem. W końcu nie od parady miałem na fakultecie sportowym (sekcja broni białej) piątkę. Teraz to należało pilnie odtransportować tak silnie poranionego delikwenta na statek i czym prędzej zabrać się do ogrzewania ciała wystawionego na temperaturę zera absolutnego. Nie chwaląc się dałem radę – jak zwykle.

Tyle mniej więcej czasu zajęło inżynierom na maksymalnym dopaleniu dotarcie do nas. Zaczęli nas wypytywać, co gdzie i jak się tam znajduje, a gdy usłyszeli o komorze medycznej, nagle wszelkie ich zainteresowanie nami zniknęlo. Co mieliśmy im powiedzieć? Że się obłowiliśmy? Kpina.

Opieka nad Blizną zajęła mi dobrą chwilę, więc nie mogłem oglądać jak ta banda śliniących się dzieciaków bawi się kulą wydobytą z okrętu. Gdy pilot trzymał kulę, pojawiały się ludziki budujące statek, gdy kulę trzymał pilot i Cinnedigh ludziki obok budowały działo które w ów statek celowało, gdy dołączyła się eskatoniczka, pojawiły się wewnątrz kuli mali kapłani nawołujący do pokoju. Gdy kulę daliśmy majaczącemu bliźnie, pojawili się ludzie budujący burdel. Ciekawi mnie jak wyglądałyby pracownice, gdyby kulę trzymała dodatkowo nasza Genevieve.

6 godzin w jedną stronę i 6 godzin w drugą. Co za nuda.

Tomasz Wachla

About Tomasz Wachla

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Gasnące Słońca, GS System ,

Comments are closed.