W cieniu Golema, czyli opowieść o poznaniu, przygodzie i wielkiej pomyłce Barnabusa

Pierwszy raz prowadzić będę dziennik. Dziwna to rzecz. Czy służyć będzie potomnym, czy raczej jako pamiątka. Tyle zastosowań, a forma taka prosta. Obiegam jednak od rzeczy. Skoro chce to zrobić prawidłowo muszę chyba się przedstawić.

Jestem Barnabus Green, wybitnie uzdolniony medyk bojowy. Członek gildii pośredników – oddziały pozyskiwania siły roboczej, ranga sierżant. Wielu innych w moim wieku siedziało już na jakiejś ciepłej, biurokratycznej posadce z gażą kapitana, ja jednak wolę dużo bardziej akcję. Adrenalina i emocje. Presja czasu i okoliczności. Poza tym czynniki o jakich nie będę tu pisał – boję się że niepowołane osoby również będą miały dostęp do tego co napisze – zmuszają mnie do pozostania w ruchu.

Chyba powinienem zacząć od początku swojej kariery, ale przecież nie to ten dziennik ma dokumentować, zatem bez dalszego przedłużania napiszę, jak popełniłem jeden z największych, najciekawszych i najbardziej dochodowych błędów w swoim życiu.

Po awansie i przeniesieniu na Tetydę, oraz monumentalnej wpadce natury politycznej, stałem się niewygodny, więc umieszczono mnie w schronie ligi w Ferigo. Koszta (nawet biorąc pod uwagę że 80% procent pokrywane było przez gildię), były wprost chorendalne – nie pozostało nic jak tylko uciekać z planety.

Mam jednak troche szczęścia – znalazłem statek, który za w miarę godziwe pieniądze dawał taką możliwość. Ta latająca trumna – bo jak inaczej nazwać coś co pomimo ceramstalowej powloki rdzewieje – nosiła nazwę Golem. Ciekawostką okazało się to, że nazwa wzięła się od jednego z członków załogi.

Nie rozumiem co drwale widzą nieciekawego w swojej pracy. Każdy ma własną siekierę i własne drzewo i może być tam sam ze sobą. Ale nieeeee. Wszyscy okoliczni zebrali się przed stakiem by utrudnić mi zamustrowanie się. Trafiła się nawet jedna wszetecznica. Zacząłem się obawiać czy aby napewno będę medykiem bojowym czy raczej ginekologiem. Dobrze, że przynajmniej kapitan miał dość rozumu w głowie i odsyłał takich voroxogłowych tępaków z kwitkiem. Nie ja jeden musiałem czekać do samego końca by zostać rozpoznanym. Był tam niejaki Blizna – widać że wcześniej go nie spotkałem bo twarzy jak niemowlak to on nie miał (o dziwo bez broni białej – podejrzewam że psychonik, potwierdzić, zdobyć wiedzę). Był dziwaczny Decados. Brak dekadencji, brak wymowności, a jednocześnie niezwykły polot (ostatecznie – dyplomata), ale na robieniu rapierem to się znał (300 do 350 Fenixów na Istakr – walki gladiatorów – kapitan uważa że psychonik, zdobyć potwierdzenie i być może pogłębić wiedzę). Widziałem tam nawet inżyniera. Może dzieki niemu statek się nie rozleci. Liczę na to. Jest pilot nawet nie pamiętam czy to jest kosmos czy jakoś tak – milczek z niego więc nawet nie mam kiedy go poznać – znaczy jeżeli chciałbym go lepiej poznać… Była eskatoniczka. Takie miała okulary, że nawet „ślepy powiedziałby, że wszechstwóca obdarzył ją mocą, ale miła osoba – chyba jedyna, z którą znajomość może zaowocować jakimiś korzyściami (sprawdzić kto obeznany jest z medycyną – eskatonicy, amalteanie, czy avestianie i zapisać. Nigdy nie pamiętam). Jest jeszcze były żołnierz Al Malików o jak to określa sam galijskim imieniu nie do wymówienia. Coś na C. Mówił, że brał udział w 15 bitwach i widać po nim, że gdy o wojnę idzie to profesjonalista (znaczy raczej nie dezerter/partacz tylko ktoś na kogo można liczyć).

Tylu, prócz mnie, zostało przyjętych. A co do starej załogi golema, coż dziwaczne towarzystwo. Jest osiłek, o sile i szybkości wołu, szybkości jeśli przynajmniej o kojarzenie idzie. Alberto go zwą. Jest kobieta – Angelina – podoba się decadosowi (pewnie dlatego że ruda). Zna się na wszystkim po trochu, a przy tym widać mowę ciała zbliżoną do tej przypisywanej osadzonym w zakładach korygujących zachowania aspołeczne, znaczy złodziejka (tak sie mi wydaje – też w końcu nie rozmawiam). Pilotuje tą trumnę Jim Fitzpatrick – wygląda jak każdy przewoźnik (znaczy kolorowo i widowiskowo). Nigdy tego nie mogłem zrozumieć czemu oni zawsze się popisują. Dlugo nad tym myślałem i doszedłem do wniosku, że to przez to chyba przez handel. Jak do mnie do gabinetu przychodzi ktoś, kto wygląda tak samo jak milion innych, chcących mi sprzedać nowy model zszywarki do ran czy skanera medycznego z dodatkowym modułem promieni rentgena, to ja poprostu wywalam go za drzwi i pewnie jeszcze strzelam z giwery by więcej go nie widzieć. Ale jak mam takiego pajaca, który samym swoim wyglądem zainteresowuje to zmieniam zdanie i może nawet coś na konto kolejnej firmy przelewam. Kto wie. Ale ciągle tu dygresje, a nic o samym meritum.
Zostały jeszcze 2 postacie. Ta od której wziął nazwę statek i jego kapitan.

Ignac ma przeszło 2 metry wzrostu i uszkodzoną maszynę myślącą w głowe, dlatego jego wyższe funkcje są mocno zaburzone. Jedynej rzeczy której jeszcze mi brakuje to Ignaca zwracającego się do każdej napotkanej osoby „massa”, co było typowym określeniem pana przez niewolnika z czasów przed 1 republiką (nie ma jak wielka biblioteka w Akademii). Kapitan Igor du Champs. Rzeczowy facet, zna się na robocie, ale niezbyt obyty wśród szlachty co zresztą zaowocuje masą pracy z mojej strony, później…

No to chyba wszystko z wprowadzenia. Teraz sprawa wpadki, którą być może przypłacę jeszcze życiem. Kapitan wyjawił nam że mamy lecieć na zupełnie nowy świat świeżo odkryty przez rycerzy cesarza. Cesarscy zgadzają się oddać nam 60% znalezionych artefaktów i wogóle angażują w to gildię, co samo w sobie śmierdzi krytycznym zagrożeniem. Dodatkowo przelatywać będziemy przez Pantateuch, zatem system kościelny. Przynajmniej tyle dobrze że to system pod opieką najbardziej otwartogłowego zakonu – eskatoników. Tyle, że jak coś się znajduje już pod jakiegoś rodzaju kontrolą kościoła to inkwizycji tylko wypatrywać. A ja nadal nie wysiadłem!!!! Nie wiem czy wyjdzie mi to na dobre, czy raczej będę swe ostatnie dnie spędzał w gronie osób spośród których tylko z milczkami jak ja sam móc będę porozmawiać.

Moja część modułu inżyniera w trakcie podróży i z niewielką pomocą Ignaca powoli przekształca się w moduł medyczny (zapamiętać: kupić/zrobić wannę hydroponiczną, kupić nowy model skanera medycznego – cx10 powinien być odpowiedni, podłączyć chłodziarkę pod stół, lampy dezyfekujące umieścić nad stołem i przygotować okulary dla mnie i Jenevieve).

Dotarliśmy do Pantateuch. Ładny kontyngent się zebrał, a skąd rycerze poszukujący biorą takie bryki to się nigdy nie dowiem. Przecież to mieli być błędni rycerze szukający wszechświat w ramach własnych ideałów. Ten Hazat co trzymał wartę przy wrotach ma FREGATE!!! Normalną FREGATE!!!! Dobra czekamy.

Jest problem. Kolejny!! Nikt nam nie powiedział, że kapitan to lovelas i gigolo, który poderwał innemu kapitanowi żone, albo odwrotnie – bez znaczenia jest problem a ja nie potrafię strzelać z dział pokładowych. Nikt cholera nie potrafi. Tu przynajmniej widać, gdzie Cosmo zdobył licencję – wojskowy pilot jak nic. Praktyka musiała być na myśliwcach bo jego reakcje w walce były tak dobre że statek nie wyrabiał i mimo wszystko dostaliśmy raz. Ktoś z załogi twierdzi że to Cień. Dla mnie wygląda jak zwykły eskortowiec a nie jakaś obca forma życia, ale spoko, pewnie i tak się jeszcze wszystko wyjaśni. Wyjasniło się. To nazwa statku. Jednak nie bedziemy mogli to załatwić jak typowi przedstawiciele ligi, a raczej jak szlachcice znaczy na miecze i takie tam. Markiz od Hazatów zabrania nam dalszej walki, bo statki mogą nie wytrzymać podróży i eksploracji systemu. W sumie mądrze mówi jak na Hazata. Poraz kolejny widać, że Cosmo raczej latał na myśliwcach bo dokować taką krową to raczej nie potrafi. Szkoda, że golem nie ma automatycznego pilota z takimi prostymi komendami jak dokowanie do stojącego statku.

Doszliśmy do w niosku że najlepiej będzie spuścić im manto na neutralnym gruncie – statek hazatów na to przystał i się zgodzili. Walka była nierówna, bo rzucili na nas granat ze środkami działającymi jak silna trucizna, sami wcześniej zażywając antidotum. Nasz kapitan postanowił przemycić pistolet do środka. Jak chciał tak zrobił, ale efekt i tak był mizerny – z pistoletu strzelał Jim (trafił 2 razy). Coż walka była nierówna bo trwala niecałą minutę, a później musieliśmy się zastanawiać czy dobić ostatniego członka ich załogi czy nie. Wielki, sławny jednoręki – siepacz tamtych poległ jako przedostatni, i co mu z tego przyszło, że miał zbroję ze swojego ciała? Nic. Tępak był bo uderzał nie tam gdzie powinien, ale tam gdzie było najtrudniej się przebić. Każdy wie, że najlepsza jednostka najpierw wykańcza najsłabszych by innym było łatwiej (w końcu w kupie raźniej), a później dopiero do nich dołącza – chyba że jest sytuacja krytyczna. Coż, zwyciężyliśmy oczywiście.

Markiz nie był tak z naszego zwycięstwa zadowolony. Wedle niego miało być honorowo więc skoro oni wrzucili granat z gazem to nie usprawiedliwiało użycia pistoletu – Chciałem go zabić za to, że zabił naszego pilota i obezwladnił kapitana, ale trudno. Opanowanie i zmuszenie mnie do opieki nad tym Igorem raczej mnie od tego odciągnęly. Jak wreszcie wyjdzie ze śpiączki musze przedstawić mu listę zakupów do zrobienia (patrz wyżej).

Kłopot: przejąć statek (to nakazuje rozsądek), czy nie przejąć.
Rozwiązanie: Statek jest kupiony na kredyt, więc i tak trzeba by go oddać.

Mamy zatem tylko 1 pilota, jedyną osobą która zna się jeszcze na statku jest Angelina, ale z niej jest taki pilot jak ze mnie inżynier.

Coż dolatujemy, mijając w przestrzeni coś co wydaje się być wielu ludziom o zbyt wybujałej wyobraźni, krakenem z pustki. Zaczynam być na siebie coraz bardziej zły. W co ja się wpakowałem (i w jakim towarzystwie).

Stacja przy której dokujemy leży w pobliżu 2 planet Doris i Elizabeth. Cała pompa z jaką powitali nas oficiele stacji stwierdzała tyle, że na jedną wolno nam lądować a na drugą nie. Lecimy na Doris (nic o tym nie wiadomo). Tak mało precyzyjnych informacji z sond pokładowych statków badawczych jeszcze nie znałem. Cesarz widać strasznie się spłukał podczas ostatniej wojny biorąc pod uwagę, że nawet średnio przygotowani pozyskiwacze powinni mieć 2 sondy dające przynajmniej dowolnie konkretne dane. Przecież czy jest tlen w atmosferze to moge sprawdzić wlatując w nią i wystawiając próbnik. Nie ważne. Nie mamy nic i lecimy w nieznane. Wyprawa znakomicie przygotowana. W co ja się wpakowałem…

P.S. Eniak – nasz inżynier miał w swojej maszynie myślącej rejestrator więc transkrypcję przezentacji zamieszczam na końcu notesu. Coś tam jeszcze innego też będzie, ale jeszcze nie wiem co.

Tomasz Wachla

About Tomasz Wachla

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Gasnące Słońca, GS System ,

Comments are closed.