Ububi-umfazi-inyoni

Stojący pod drzewem Nubu, Beloso i Thothmekri zadzierali głowy wpatrując się w gęstwinę nad swymi głowami, gdzie olbrzymia Dersagrena nadspodziewanie zwinnie i lekko przemykała się z gałęzi na gałąź, by dotrzeć do jakiejś ludzkiej postaci zawieszonej w koronie drzewa, niemal u samego jej szczytu.
– „To trup… chyba dość stary, bo całkiem suchy… uwaga – zrzucę go Wam !” – Cymeryjka krzyknęła do czekających na dole towarzyszy, wyszarpując spomiędzy gałęzi truchło.
– „Nie, bo się rozleci, znieś go na dół” – dobiegło spod drzewa.
– „Chyba nie, jeśli jest suchy to będzie dość lekki” – to był chyba głos Belosa, najwyraźniej na dole nie było jedności, jak zwykle zresztą.
Dersagrena przyjrzała się swemu znalezisku dokładniej. Słońce wysuszyło trupa, prawie go mumifikując, mógł ważyć tyle co małe dziecko. Głowę miał nienaturalnie gładką, za sprawą braku uszu, nosa i warg, ale kręcone czarne włosy zostały na czaszce. W brzuchu ziała wielka dziura. Dziewczyna chwyciła swą zdobycz jedną ręką i zwinnie poczęła schodzić w dół. Wkrótce pewnie zeskoczyła z ostatniej gałęzi pomiędzy czekającą na nią trojkę mężczyzn.

Znaleźli się w tej argossańskiej puszczy uciekając przed Shemickimi łowcami głów, nasłanymi przez bogatego kupca, którego chcieli nieco oskubać. Z reguły Beloso wynajdywał takie roboty przez lokalnych złodziejaszków, którzy sami bali się zadzierać z miejscowymi grubymi rybami, tym razem jednak informator, niejaki Wegatius, okazał się być na usługach tych właśnie grubych ryb. Wpadli w pułapkę i musieli uciekać, ratując życie. Na równinach konni Shemici doganiali ich dzień po dniu, ale wszystko wskazywało na to, że w tych gęstych i dzikich lasach nareszcie ich zgubili. Puszcza wydawała się z jednej strony dzika, z drugiej dość bezpieczna – nie napotykali na ślady żadnych większych zwierząt i właściwie nic ciekawego się nie działo, dopóki Nubu nie spostrzegł tego zaplątanego w gałęzie ciała…

– „To Kuszyta, albo Keszanin, w każdym razie czarny. Wygląda na zmarłego mniej więcej trzy, cztery miesiące temu” – Thothmekri badał ciało ze znajomością rzeczy, w końcu swego czasu balsamował w stygijskiej świątyni zwłoki – „Spójrzcie – oczy i język wydziobały ptaki, ale uszy, nos i wargi stracił chyba wcześniej, za życia. Wygląda na to że coś mu je odgryzło. Zginął najpewniej od upadku z wysokości, skręcił kark padając na drzewo”.
Nagle wskazał na przeguby trupa – „A tu widać ślady po kajdanach. Ten czarny był kiedyś niewolnikiem. Najpewniej zbiegł i oto jak się to dla niego skończyło” – Thothmekri spojrzał z ukosa na Nubu, który nienawidził niewolnictwa i namówił swego czasu jego własnego niewolnika Babę do ucieczki. Baba zginął zaraz potem wskutek upadku ze skały, ale Nubu dumnie twierdził że „przynajmniej umrzeć jako wolny człowiek”. Teraz też nie odpuścił.
– „I dobrze ! Przynajmniej umrzeć jak wolny człowiek !”
– „Bez uszu, nossa i warg… ?” – Stygijczyk nie pozostał dłużny barbarzyńcy.
– „Jak myślicie, co go zrzuciło na koronę tego drzewa z góry… ?” – głos Belosa był cichy, pełen obawy.
Spojrzeli po sobie bez słowa. Przypomnieli sobie nagle dziwny sen, który przyśnił się tej nocy każdemu z nich. Czarny cień skrzydeł przesłaniał słońce, gdy istota krążyła nad nimi, napełniając ich nienaturalnym strachem. Nie był to ptak, istota miała w sobie coś z człowieka, a coś z bestii.
– „Nubu myśleć, że to być takie czary jak wtedy, gdy my szukać Złote Rogi !”
– „A może to ten hełm zesłał na nas ten sen ?” – zapytał Beloso.
– „Nie, ssądzę że to coś innego, coś związanego z tym miejsscem… Musi tu być źródło jakiejś mocy, prastara świątynia, albo istota, która zsyła takie sny… Musimy znaleźć to coś…” – Thothmekri zwietrzył okazję do odkrycia kolejnej zapomnianej przed wiekami tajemnicy.
– „A niby czemu mamy szukać takiego miejsca ?” – nieoczekiwanie sprzeciwiła się Dersagrena.
– „… Bo… bo to jesst wyzwanie dla naszego męssstwa… i waleczności… to coś rzuciło nam wyzwanie, zsyłając ten ssen… wycofać się teraz – znaczyłoby: ssstchórzyć…” – Thothmekri  uśmiechnął się w głębi duszy, widząc jak twarz Cymeryjki purpurowieje z gniewu, a ciało spręża się jakby do skoku. Z pewnością teraz stanie po jego stronie.

***

– „Słyszałem o tych harpiach ! Podobno są bardzo kobiece… Mają duże, te… no…” – rozmarzona mina Belosa wskazywała, że chyba już zakochał się w jakiejś uroczej latającej pokrace. Thothmekri skrzywił się na samą myśl – harpie które widywał na rycinach w niczym nie przypominały kobiet. No może trochę – podobno były okrutne i perfidne. Podobnie jak kobiety. Przynajmniej niektóre.
Nie widzieli co prawda żadnej latającej istoty przypominającej te ze snu, ale pierwszy pomysł Stygijczyka, że mogą to być harpie, przyjął się i od tego czasu przyjęli, że czeka ich spotkanie właśnie z nimi. Dersagrena ze szczytu drzewa wypatrzyła odległe wzgórze, wystające ponad dywan lasu i tam teraz zmierzali.
Jakiś czas temu Nubu zauważył że z barci które napotkali, ktoś wybiera regularnie miód. A więc w tej głuszy, niedaleko będącego celem ich wędrówki wzgórza, żyją ludzie ! Nie zdziwili się zatem, gdy las przed nimi pojaśniał i niespodzianie wyszli na rozległą równinę, najwyraźniej zamienioną na pola uprawne. Ale stanęli zaskoczeni, gdy z krzaków wyprysnęło nagle dwoje małych dzieci. Były czarne, prawie gołe, ale nadzwyczaj jak na małych leśnych dzikusów śmiałe. Zamiast uciec z krzykiem, stanęły i gapiły się na czwórkę nieznajomych. Zwłaszcza dzida Nubu i łuk Thothmekri’ego zdawały się budzić ich wielkie zaciekawienie. Zanim jednak awanturnicy opanowali zdumienie, dzieciaki odwróciły się i pobiegły w kierunku odległych chat, postawionych na równinie. Niezadługo z tej samej strony nadeszła grupka uzbrojonych dorosłych. Mężczyźni także byli czarni, choć wprawne oko dostrzegłoby między nimi znaczne różnice, widać pochodzili z różnych szczepów, albo nawet krain. Wszyscy nosili zbroje i broń, w większości sejmitary, albo krótkie włócznie i prymitywne łuki. Całe to uzbrojenie wyglądało na shemickie i nosiło już ślady długiego i niezbyt umiejętnego używania. Najbardziej żylasty, poznaczony bliznami, czarnoskóry wojownik z grupy wystąpił przed zbitą gromadę swych ludzi i rzekł krótko gardłowym głosem:
– „Jestem Uluru !”

Siedzieli w wielkiej i jedynej „sali” chaty rady wioski, czując przyjemny ciężar obfitego posiłku i nie tak przyjemny smak pitnego miodu, którym uraczyli ich miejscowi. Poznali już całą historię swych gospodarzy i ich teraźniejsze problemy. Osiemnaście lat temu zostali oni porwani ze swych wiosek na dalekim południu świata i załadowani na statek wiozący niewolników do Argoss. Ale ten statek nigdy nie dotarł do celu – podczas bitwy morskiej między Argossańczykami, a jakimiś ich wrogami doszło do buntu, któremu przewodził Outaru – najsilniejszy z niewolników. On też po zwycięskiej walce objął przewodnictwo nad całą, pochodzącą z różnych wiosek i plemion, gromadą i powiódł ją w te właśnie lasy, które teraz zamieszkiwali. Podobnie jak teraz czwórkę awanturników, ścigali ich wtedy Shemiccy łowcy głów i zagnali ich w te odludne ostępy, które teraz stały się ich więzieniem. Bowiem kiedy wreszcie gromada zbiegłych niewolników odetchnęła nareszcie z ulgą, na ich świeżo zbudowaną wioskę napadły „ububi-umfazi-inyoni” – „demony-kobiety-ptaki”, czyli właśnie harpie. Dzielny Outaru, zbrojny w swą długą włócznię stanął do walki i odciął ich królowej jeden ze szponów, który przechowywano od tego czasu jako talizman. Po odparciu ataku skrzyknął najsilniejszych wojowników z wszystkich plemion i wyruszył do świątyni na wysokim wzgórzu, siedzibę harpii, aby raz na zawsze pozbyć się potworów. Ale kiedy wojownicy wspięli się już na stromą piramidę, ze szczytu spadły na nich harpie, wielu strącając, w tym samego Outaru, innych rozrywając na strzępy ostrymi szponami, a w pozostałych wzbudzając taką panikę, że uciekając sami pospadali z piramidy i poskręcali karki. Klęska była zupełna, od tej pory harpie z właściwą sobie złośliwością i okrucieństwem napadały na wieśniaków, samotnych porywały, by potem okaleczonych zrzucać na drzewa otaczające wioskę, a chaty w których chronili się uciekający niszczyły ciskanymi z powietrza głazami.
Byli niewolnicy stracili ducha. Pozbawieni przewodnictwa Outaru, uznali się za pokonanych i aby przebłagać latające demony zaczęli składać im ofiary. U podnóża zamieszkanej przez harpie prastarej świątyni był bowiem plac, a na nim rząd kamiennych kolumn, jakby ustawionych tu właśnie po to, by przywiązywać do nich ofiary. Co trzeci miesiąc, przy świetle „czerwonego księżyca” zaczęli wieśniacy przywiązywać do jednej z kolumn wybranego w losowaniu nieszczęśnika. I harpie przyjęły ofiarę. Zwykle nie zabijały nawet człowieka, odgryzały jedynie uszy, nosy i wargi, oraz wywlekały wnętrzności. Nieszczęśnik umierał powoli i w męce.
Niektórzy próbowali uciekać, ale nikomu się nie udało. Niektórych harpie wyłapywały i zrzucały okaleczonych na wioskę, budząc na nowo grozę w pozostałych. Inni sami wracali, na wpół obłąkani. Sny, które śnili co noc mieszały im zmysły i albo ulegali i godzili się ze swym niewolniczym losem, albo tracili rozum. Ale i tak wracali. Przez osiemnaście lat nikt nie uciekł z zaklętego kręgu wokół harpiej świątyni.
Nie była ona zresztą jedynym tajemniczym miejscem w okolicy. Po drugiej stronie wioski, o dzień drogi był mniejszy kopiec i ruiny, a w nim „umufi into” – „martwa rzecz”. Z wyprawy do tej mniejszej piramidy wrócił tylko jeden wojownik, przynosząc złotą płytkę z wyobrażeniem orła. Ten jeden był najbardziej tchórzliwy i gdy pojawiła się „martwa-rzecz” uciekł. Pozostali – odważniejsi – zostali w czeluściach świątyni.
Tak więc jak to powiedział wódz wioski Uluru: „z jednej strony demony-kobiety-ptaki, z drugiej martwa-rzecz, a w środku my – same kłopoty”. Ale oto pojawiła się dla pogodzonych już ze swym marnym losem czarnych osadników nadzieja – czwórka przybyłych do ich wioski ludzi nie zamierzała dać się wylosować i przywiązać do pala. Obiecali uwolnić wioskę od latających potworów. Nie mieli zresztą wielkiego wyboru – gdyby chcieli uciec, najpewniej podzieliliby los tych którzy próbowali przed nimi – oszaleliby, śniąc sny zsyłane przez mityczne potwory mocą ukrytą w pradawnej świątyni.

***

Plan był prosty. Po uwolnieniu przywiązanej już do ofiarnej kolumny ofiary, jej miejsce zajmie Dersagrena. Miecz schowa wojowniczka za plecami, zbroję ukryje pod płaszczem, harpie nie powinny zwęszyć podstępu, w końcu to tylko niezbyt inteligentne potwory. Nubu i Beloso przyczają się zamaskowani w płytkich jamach wygrzebanych opodal ofiarnej kolumny, a kiedy harpie wylądują by pastwić się nad domniemaną ofiarą, wyskoczą i wspomogą Dersagrenę w walce. Thothmekri, jako najsłabszy w bezpośrednim starciu, ukryje się w małej kaplicy, jakieś pięćdziesiąt kroków od kamiennego pala, przy którym Dersagrena będzie udawać bezbronną ofiarę i stamtąd będzie szył ze swego stygijskiego łuku. Główne zadanie – zabić przynajmniej jedną harpię, żeby obudzić ducha w wieśniakach.

Latifa, pogodzona już ze swym losem, po nocy spędzonej przy palu, nie mogła uwierzyć, kiedy przecięto jej więzy i kiedy w towarzystwie Bogale – tropiciela z wioski mogła powrócić do swoich. Jej miejsce zajęła Dersagrena, co najmniej o trzy głowy wyższa, potężnie zbudowana i jasnoskóra. Nubu i Beloso wykopali sobie dołki i przykryli je galęziami, a Thothmekri zbadał małą kapliczkę, po czym ułożył stos suchych gałęzi kilkanaście kroków od ofiarnego pala. W nocy będzie ciemno, harpiom to pewnie nie przeszkadza, ale ludziom będzie. Trzeba wyrównać szanse. Kiedy się zacznie, Thothmekri wystrzeli zapaloną strzałę w polany oliwą stos.

Zapadła już noc, ale księżyc świecił jasno, oświetlając rzędy bladych kolumn na wyłożonym kamiennymi płytami placu. Przy jednej z nich stała wysoka postać Cymeryjki, samotna, pozornie opuszczona i zapomniana. Kiedyś, wieki temu, zapewne w taką noc przy każdej kolumnie stałaby przywiązana bezbronna ofiara, poświęcona skrzydlatym bestiom, które na szczycie niedalekiej piramidy rozwijały błoniaste skrzydła, ale teraz oprócz Dersagreny nie było widać nikogo. Nagle wyostrzony słuch wojowniczki wychwycił daleki łopot skrzydeł. Minęła długa chwila i na ciemnym niebie pojawiły się jeszcze ciemniejsze sylwetki, ni to ptaków, ni ludzi. Krążyły nad skąpanym w księżycowym blasku placem, jakby węsząc podstęp. Dersagrena odruchowo zacisnęła skryte za plecami dłonie na mieczu. Niespiesznie, może z ostrożnością, a może z rozmyślnym okrucieństwem jedna z krążących na niebie postaci zaczęła obniżać lot, aż w końcu wylądowała na kamieniach o parę kroków od stojącej przy kolumnie Cymeryjki. W blasku księżyca Dersagrena mogła się dokładnie przyjrzeć potwornej postaci. Harpia była niemal jej wzrostu, miała gładką, pozbawioną uszu, wargi i nosa twarz, wielkie błoniaste skrzydła z pojedynczymi pazurami zamiast dłoni i potężne szpony zamiast stóp. Pokracznie, kołysząc się na nienawykłych do chodzenia nogach pokuśtykała w kierunku swej domniemanej ofiary. W tej chwili Dersagrena krzyknęła, dając umówiony sygnał do boju i wyrwawszy miecz zza pleców, uderzyła mierząc w łeb potwora !

Nubu i Beloso wyskoczyli ze swych kryjówek, bełt z arbalety czarnoskórego barbarzyńcy wbił się w pierś stwora, a w następnej sekundzie miecz Zingaryjczyka chlasnął po jego grubej skórze. Cios Dersagreny także dosięgnął celu, zaskoczona harpia wrzasnęła panicznie. Od strony kapliczki nadleciała płonąca strzała i wbiła się w naszykowany stos, który trysnął jasnym płomieniem. Trójka awanturników doskoczyła do zaskoczonego potwora i natarła z furią. Ale żywotność harpii okazała się być naprawdę imponująca. Ciężko raniona bełtem i mieczami otrząsnęła się z zaskoczenia i wrzeszcząc piskliwie wyrwała spod ciosów świecą w górę ! Ale w tym momencie druga stygijska strzała nadleciała z ciemności i wbiła się w krwawiące ciało. Bestia zaskrzeczała chrapliwie, zamachała jeszcze raz skrzydłami i zwaliła się ciężko na ziemię, prosto pod nogi trójki ludzi.

Najważniejsze zadanie zostało wykonane, jedna z niezwyciężonych dotąd „ububi-umfazi-inyoni” padła martwa, ale pozostałe zaatakowały wściekle. Rozgorzała bitwa, Dersagrena opędzała się od pikujących na nią potworów mieczem z niezłym skutkiem, ale najgroźniejszą bronią okazała się włócznia Nubu – barbarzyńca nastawiał ją przeciw nadlatującym harpiom, nadziewając je na ostry grot niczym kurczaki na rożen ! W ten sposób druga demon-kobieta-ptak padła na ofiarne kamienie, ale i ludziom dostało się w skórę – ciężko ranny Beloso musiał ratować się szybką ucieczką do kapliczki, z której strzelał Thothmekri, a pozostałą dwójka także nie wyszła z walki bez szwanku. Ale po kilku atakach harpie straciły odwagę i skrzecząc złowieszczo, poranione i pokonane odleciały w kierunku swej piramidy. Pierwsza bitwa zakończyła się imponującym zwycięstwem !

***

Shemita otworzył oczy. Śniadą twarz wykrzywił grymas bólu, to zadane pazurami rany i zgruchotane kości dały znać o sobie. Leżał w ciemnym wnętrzu lepianki, jasny prostokąt wejścia zasłaniała grupka postaci, pochylających się teraz nad nim z ciekawością.
– „Obudził się.” – niski, drobny mężczyzna rzucił informacyjnym tonem do reszty, po czym zwrócił się bezpośrednio do rannego, z nutką złośliwej wesołości w głosie – „Napadły was harpie, co ?”
– „Ilu was jesst ? Czemu idziecie naszym śladem ?” – ten mężczyzna był z kolei wysoki i chudy, miał nieprzyjemny, suchy i jakby jadowity głos.
Shemita przypomniał sobie ostatnie chwile, zanim stracił przytomność. Harpie wypadały na ich rozciągnięty w długą kolumnę oddział spomiędzy gałęzi, uderzały i chwilę później na powrót znikały w listowiu. Łucznicy szyli do tych, które zdołali zobaczyć, albo na ślepo w liście, ale latające demony wciąż atakowały znienacka. Pamiętał rozkaz Barucha – „Na koń !” – ale gdy wdrapywał się na siodło coś uderzyło go w plecy, przekoziołkował przez konia i zapadła ciemność.
– „Ty mówić, albo Nubu upiec twoje stopy w ognisko !” – wielki czarnuch wychynął do przodu, białe zęby zalśniły w półmroku złowieszczo. Jeniec sprężył się w sobie, ale ból przeszył go znowu. Był na łasce tych bandytów. O ironio ! Przez ostatnie dwa tygodnie to oni uciekali przed nim i resztą oddziału łowców głów pod wodzą Barucha. Ścigali ich bez wytchnienia, zbliżali się i nie zaprzestali pościgu, mimo że uciekinierzy zapadli w te dzikie, niezbadane puszcze. Niektórzy szemrali, że lepiej ich poniechać, ale dowódca był nieprzejednany – kiedyś już zawrócił z tropu, który wiódł w te lasy i za wszelką cenę poprzysiągł sobie zmazać tę niegdysiejszą hańbę. I oto skutek. Ale nie okaże tym psom strachu, nie poniży się do błagania o życie. Zacisnął usta i wysyczał:
– „Było nas ponad trzy dziesiątki, kilku zabiły Córy Hashiik, ale reszta już niedługo was dopadnie ! Baruch wszystkich was zabije, poprzysiągł na swoją brodę ! Już tu idzie, nie zawróci ! „
– „Niech przychodzi ! Obetnę mu łeb razem z brodą !” – wysoka, potężnie zbudowana kobieta dotąd milczała obojętnie, ale teraz ognista krew zagrała w niej na moment. Jej płomienny wzrok przygwoździł rannego Shemitę do posłania. A potem kobieta na powrót przybrała obojętną minę, znów była chłodna i jakby lekko znudzona.

Wrócili wczesnym popołudniem, taszcząc ze sobą swoje trofea – dwa odcięte harpie łby ! Radość wieśniaków była wielka, ale nie starczyło jej by napełnić ich odwagą. Po zwyczajowej naradzie Rada Wioski zdecydowała dać im dziesięciu najlepszych wojowników do pomocy, aby wyprawili się do świątyni-legowiska harpii, podczas gdy reszta plemienia miała zaszyć się w lesie, by tam przeczekać spodziewany atak żądnych zemsty harpii na wioskę. Jednak w czasie narady zaszło nowe, ważne wydarzenie. Na skraju równiny znaleziono zawieszonego w koronie drzewa rannego Shemitę, porzuconego tam przez samotną harpię. Opatrzony należycie ranny odzyskał przytomność i zeznał, że ścigający awanturników po nieudanym napadzie na argossańskiego kupca oddział najemnych Shemitów nie poniechał pościgu, ale wszedł w dzikie lasy i jest teraz jakieś pół dnia drogi od wioski. Po drodze zostali jednak napadnięci przez harpie i ponieśli ciężkie straty. Oddziałem dowodzi Baruch, stary łowca głów. Kiedyś ścigał niewolników pod wodzą buntowniczego Outaru i wtedy uląkł się grozy dzikiej puszczy. Teraz zamierzał zmazać dawną hańbę i nie pozwolić by zwierzyna wymknęła mu się w ten sam co ongi sposób. Zapewne nie wie jeszcze mściwy łotr, że świeża zwierzyna dołączyła do tej sprzed lat – jakże by to było piękne polowanie i jakże doskonałe zadośćuczynienie za dawny grzech tchórzostwa !

– „My uciekać razem z cała wioska, Shemici iść za nami i harpie ich pozabijać. Wtedy my zabić harpie i już !” – Nubu miał już plan gotowy.
– „Albo harpie zabić nas !” – Beloso nie był takim optymistą.
– „Naszym wrogiem nie są Shemici…” – zaczął powoli Thothmekri. Wszyscy spojrzeli na niego z wyraźną dezaprobatą – „…naszym wrogiem jesst Baruch. Musimy zabić tylko jego, reszta Shemitów sprzymierzy się z nami przeciw harpiom.”
– „Ale…” – zaczął Nubu.
– „To Baruch nas ściga. Zżera go ambicja, wiem coś o tym, możecie mi wierzyć !” – Thothmekri raz na dwa tygodnie wpadał na parę chwil w pasję i właśnie to mu się teraz przydarzyło. – „Jeśli będziemy uciekać to albo dogonią nas Shemici, albo harpie. Musimy zaatakować !”

***

Awanturnicy czaili się w krzakach, z ukrycia obserwując wioskę. Shemici całą noc przespali razem w wielkiej chacie Rady Wioski, nie było okazji zaatakować Barucha. Teraz formowali kolumnę i ruszali wyraźnym śladem ludzi z wioski. W wielkiej chacie został ranny Shemita, którego jego zdrowi kamraci pozostawili na śmierć. W jego rany wdarła się gangrena, majaczył, jego los i tak był już przesądzony. Ale kiedy stukot kopyt shemickich koni cichł już w lesie, do chaty weszli cicho czwórka ludzi. Od majaczącego jeńca dowiedzieli się, że Baruch chce „strzałami wyniszczyć Córy Hashiik”. A więc idzie w kierunku piramidy ! Jeniec znów zapadł w gorączkowy sen. Thothmekri stanął nad nim, wzniósł zakrzywiony nóż. Zamknął oczy, skupiony, jakby zatopiony w modlitwie. A potem mocnym ruchem wbił nóż w serce nieprzytomnego. Krew trysnęła z rany, jej pulsujący strumień zamierał w miarę jak serce ustawało. Twarz Stygijczyka zastygła, pełna napięcia, w mistycznym uniesieniu. Kiedy otworzył oczy, była w nich głęboka czerń i dogasający z wolna blask.
– „Terasss możemy ruszać…” – wysyczał.
Pod piramidą wrzała bitwa. Shemici idąc śladem uciekinierów dotarli w pobliże wielkiej piramidy, na której szczycie gnieździły się harpie. Co powodowało Baruchem, czy żądza zemsty, czy nadzieja na ukryte w pradawnej świątyni skarby, czy może bolesna wiedza, że dopóki trwa moc tej świątyni ani on, ani jego ludzie, ani schwytani niewolnicy nie wyrwą się z tej czarodziejskiej matni – nie wiadomo. Dość, że przyprowadził tu swych ludzi aby zaatakować. Połowa shemickich wojowników, zbrojna w sejmitary, kryjąc się pod tarczami popełzła po stromych schodach w górę piramidy, a druga połowa osłaniała ich ze strzałami na cięciwach. Kiedy Shemici byli już w połowie drogi na szczyt, z góry spadły na nich harpie. Rozgorzała walka, pięć latających bestii spadło przeszytych strzałami i porąbanych sejmitarami, ale wojownicy atakowani na stromych schodach załamali się i rzucili do ucieczki. Biegnących w panice harpie strącały w dół, na złamanie karku, a potem natarły na łuczników, siejąc wśród nich popłoch. Widząc klęskę swoich ludzi Baruch i dwaj jego przyboczni wskoczyli na konie i jak ostatni tchórze pognali z powrotem do lasu, zostawiając resztki broniących się jeszcze łuczników na pastwę rozszalałych potworów.
Ale tu czekali na nich zaczajeni awanturnicy i szóstka niedoszłych niewolników. Zaatakowali pędzącą konno trójkę, zatrzymali ich i choć Nubu, Beloso i Thothmekri zostali ranni, w końcu wszyscy trzej niegodni dowódcy padli martwi.

Tymczasem harpie wybiły do nogi shemickich łuczników. Ale zostały po nich łuki, zbroje, tarcze i sejmitary. Szóstka najdzielniejszych czarnoskórych wojowników z nabożną niemal czcią dotykała wspaniałej broni. Teraz „demony-kobiety-ptaki” bać się czarni wojownicy ! One spaść z sercami przebitymi strzałami ! Stanęli u stóp piramidy, wyczekująco patrząc na czwórkę przywódców. Harpie są już mocno poranione, jeśli istnieje szansa, że uda się je pokonać, to ta szansa nadeszła właśnie teraz. Wszyscy czuli to tak samo. Trzeba się odważyć, zaryzykować niebezpieczną wspinaczkę, aby nie zmarnować tej szansy. Bo lepszej już nie będzie.

Dersagrena z obnażonym mieczem, Nubu z ciężką arbaletą, a Thothmekri ze swym stygijskim łukiem wspinali się wolno na strome schody. Tu i ówdzie stary, spękany kamień znaczyła świeża krew, gdzieniegdzie na stopniach leżały ciała brodatych shemickich wojowników, ale widać też było nieruchome truchła harpii. Trójka śmiałków wstępowała po tym pobojowisku coraz wyżej, czarne figurki sześciu Murzynów z wioski i towarzyszącego im Beloso stawały się coraz mniejsze. Wyszli już powyżej poziomu drzew i dmący ostro wiatr szarpał ich płaszczami. I wtedy harpie zaatakowały.

Tak jak poprzednio na Shemitów, spadły znienacka, szarpiąc mocnymi szponami i starając się strącić czwórkę ludzi w dół. Było ich tylko sześć, ale przeciwko nim stawało tym razem nie tuzin, a zaledwie trójka ludzi. Ale oto strzały z sześciu shemickich łuków, trzymanych co prawda w niewprawnych dłoniach, ale jakby niesione żądzą zemsty za lata strachu i upodlenia ugodziły w jedną z latających bestii, która z wrzaskiem runęła w dół i roztrzaskała się na kamiennych stopniach. Pozostałe potwory spadły jak kamień na przycupniętych na stromiźnie ludzi. Ale ci nie byli łatwym łupem. Druga harpia padła przebita włócznią Nubu, który jednak poszarpany szponami runął w dół koziołkując i legł nieruchomo w połowie schodów. Kolejna harpia zapłaciła za tej sukces życiem, kiedy kamień z procy Beloso, ciśnięty z całą mocą małego Zingaryjczyka trafił wprost w otwartą do wrzasku paszczę bestii, która z suchym trzaskiem rozbiła się na kamieniach. Ale teraz z kolei Thothmekri, biegnąc w stronę leżącego Nubu runął w dół i stoczywszy się kilkanaście metrów znieruchomiał na stopniach. Osamotniona Dersagrena zdołała zabić dwie z trzech atakujących ją harpii, zanim i ona nie została zrzucona w dół. Została już tylko jedna harpia – królowa. Bez szponu, odciętego jej niegdyś przez walecznego Outaru, ciężko ranna, nie uderzyła na łuczników, odleciała do swego legowiska, by wylizać rany.

Sześciu czarnoskórych łuczników zdjętych zabobonnym lękiem odmówiło wejścia na strome schody. Nic nie było w stanie ich przekonać. Samotna harpia nadal budziła grozę i tylko bliskość zbawiennego lasu sprawiała, że jeszcze nie uciekli. Beloso, choć ciężko ranny po walce z Baruchem, samotnie postanowił dokończyć dzieła. Ostrożnie piął się w górę piramidy, zerkając z niepokojem na puste niebo. Ale nic go nie zaatakowało. W końcu stanął na samym szczycie, przed niewielką świątynią. Z mieczem w dłoni wszedł do wnętrza. Zanim jego oczy przyzwyczaiły się do panującego wewnątrz półmroku, królowa harpii zaatakowała. Kuśtykając na krótkich łapach podbiegła do Zingaryjczyka i zaatakowała swym jedynym pozostałym szponem. Zaskoczony Beloso nie zdążył uskoczyć, ale ten atak nie był ani w części tak silny jak te zadawane z powietrza i skórzana kurtka złodziejaszka okazała się wystarczającą ochroną. Zingaryjczyk wyprowadził błyskawiczny kontratak, ale także jego lekki miecz nie okazał się groźny dla grubej skóry bestii i tak wymiana nieskutecznych ciosów trwała dłuższą chwilę, zanim Beloso, kilkukrotnie lekko zraniony, postanowił się wycofać. Zszedł po stopniach aż na dół piramidy, gdzie leżał wciąż nieprzytomny Nubu. Zingaryjczyk ocucił go i teraz już z olbrzymim barbarzyńcą u boku ponownie wspiął się na szczyt piramidy.

Weszli do wnętrza świątyni, teraz pustego i cichego. Ale był to złudny spokój, ledwo tylko weszli głębiej harpia zaatakowała, w ostatniej rozpaczliwej próbie zabicia intruzów wyskakując zza jednego z filarów. Jednak nic już nie mogło odmienić jej losu – Nubu pewnie nastawił włócznię, mierząc w wąską pierś szarżującej bestii, harpia nabiła się na ostrze i skonała z chrapliwym skrzekiem. Upiorne władanie „ububi-umfazi-inyoni” nareszcie skończyło się. Plemię niedoszłych niewolników było nareszcie wolne i wolni też byli zabłąkani w tych lasach awanturnicy. Ścigający ich shemiccy łowcy głów zginęli, mogli więc wracać w cywilizowane rejony, kiedy tylko wydobrzeją na tyle by podjąć trudy dalszej wędrówki.

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Conan ,

Comments are closed.