Miedziane Gobliny

Jestem Isawa Ashita. Shugenja z klanu Feniksa. Kiedyś będę najpotężniejszym Shugenja Rokuganu! Teraz jednak mam 25 lat i zdobywam doświadczeni oraz dążę do doskonałości, tak jak nauczał Shinsei. Po ostatnich wydarzeniach postanowiłem zacząć pisać ten pamiętnik. Być może pokażę go kiedyś jakimś swym uczniom lub też sam zechcę coś wspomnieć. Może ktoś kiedyś na podstawie tego napisze moją biografię, którą będą czytać  w całym Rokuganie?

Moja opowieść zaczyna się wiosną kiedy byłem na terytorium Klanu Żurawia, w prowincji Kintani, w mieście Toshi Ranbo Wo Shien Shite Reigisaho (miasto pięknych słów i okrutnych czynów), które jeszcze 3 lata temu należało do Lwów. Poznając Rokugan służę teraz Daimyo klanu Jednorożca Panu Shinjo Takeda. Wraz z jego Karo – Panem Ide Kurosaki wyruszyłem niedawno na dyplomatyczną misję właśnie do miasta Pięknych Słów. Co najdziwniejsze od Pana Shinjo Awuas – hatamoto Pana Takeda, dostałem też inną misję dalece poważniejszą – aby za plecami Pana Ide zbierać pewne dowody, być może jego zdrady.

Po kilku dniach spędzonych w mieście wraz grupą kilku innych samurajów, zdołaliśmy oficjalnie wykonać zadanie nałożone nam przez Karo – znaleźć dowody na przemyt przez klan Lwa broni oraz znaleźć głównych przemytników – pewien gang heimnów. Ze skromności nie będę wdawał się w szczegóły, iż  całą robotę właściwie wykonałem sam – inni samurajowie służyli mi właściwie tylko do ochrony i byli niczym duże dzieci we mgle. Ale czego oczekiwać od zwykłych Bushi? Potrafią świetnie machać kataną ale myślenie powinni zostawić nam – Shugenja. Ja Isawa Ashita będąc niewidzialnym wyszarpnąłem informacje wprost z umysłu pewnej Pani Matsu, a potem te informacje przekazałem Karo. Utrudniliśmy więc powstanie, które szykował klan Lwa i pomogliśmy Klanowi Żurawia. Karo był z nas zadowolony, a najwięcej oczywiście ze mnie.

Nieoficjalnie, po części za plecami naszego Karo, znaleźliśmy i zabiliśmy zdrajcę Shinjo Hikokuro, który próbował parę tygodni wcześniej dokonać zamachu na Pana Takeda. Z jego słów zanim zginął wynikało jasno, że Karo zdradził naszego Daimyo… Potrzebowaliśmy jeszcze małego potwierdzenia….

Pan Hikokuro dysponował nader ciekawym ale i złowrogim magicznym mieczem – prowadzącym rękę i wprowadzającym w szaleństwo zabijania. Z pozoru było to ostrze Kakita. Ja Isawa Ashita jako jedyny z wielu tych, którzy zainteresowali się tą Kataną, zdołałem się jednak zorientować czym naprawdę jest i jakie znaczenie ma rękojeść – magiczna, groźna i wielce fascynująca. Był to kawałek skały Yajinden’a, historycznego Czarnoksiężnika żyjącego 500 lat temu. Kamień ten potrafił połykać dusze tych, których miecz zabił i utrzymywał te duchy wewnątrz siebie, jakby w więzieniu, nie pozwalając im przejść do Królestwa Duchów Meido czyli Królestwa Oczekiwania, gdzie fortuna Emmma-O powinna zadecydować o dalszym losie tych duchów. Część z nich odrodziłaby się zapewne w nowych Samurajach, część zasłużenie przeszłaby do Yomi – Królestwa Czcigodnych Przodków. Duchów wewnątrz kamienia były setki, jeśli nie tysiące i ktokolwiek stworzył tą Katanę i ten kamień – dopuścił się wielkiego zła.

Nie mogłem dopuścić aby te duchy były dalej uwięzione. Nikt z żywych nie chciałby takiego losu. Sama myśl o tym kamieniu napawała mnie obrzydzeniem. Musieliśmy coś zrobić! Duch tego kamienia wyznał mi, iż więzienie zostałoby zburzone gdyby sam kamień został zniszczony. To też postanowiliśmy uczynić.

Pierwsze co zrobiliśmy to w tajemnicy podmieniliśmy rękojeść tego miecza – tak aby nikt już więcej nie użył tej złej mocy i żeby żaden następny duch nie trafił do tego więzienia. Naszemu Karo powiedzieliśmy, zgodnie z prawdą, że miecz został oczyszczony ze zła i szaleństwa. Po naszej podmianie było to tylko cudowne i czyste ostrze Kakita. Sam kamień postanowiliśmy przy najbliższej okazji wrzucić do wulkanu – aby uległ zniszczeniu i duchy zostały wyzwolone, ale też, żeby żaden z nich z zemsty nie wszedł w człowieka w pobliżu. Mocny duch mógłby tego dokonać nawet pomimo obecności Pani Amaterasu na niebie. Oczywiście dla tego człowieka skończyłoby się to śmiercią jego ducha, jako, że tylko jeden duch może na raz w ciele przebywać. Musieliśmy więc być bardzo ostrożni.

I tu właściwie zaczyna się właściwa historia i odtąd też mam zamiar bardziej szczegółowo spisywać me losy. Jak mawiał Shinsei: „Każda podróż rozpoczyna się od pierwszego kroku”.

Nasz Karo, Pan Ide Kurosaki z resztą orszaku wyruszył do Kyuden Tonbo,
czyli Pałacu Ważki, gdzie miało dojść trójstronnego spotkania  klanów Ważki-Żurawia-Jednorożca, Ja zaś z kilkoma innymi samurajami mieliśmy załatwić  mieście jeszcze małe drobiazgi. Mnie oraz dwóm panom Kakita: Benkazu i Takemitsuro przypadło dowiedzieć się skąd nieżyjący Shinjo Hikokuro miał krwiożerczy i magiczny miecz.

Wyjaśnienie tego nie zajęło nam wiele czasu. Ostrze kakita wykuł żyjący 80 lat temu miecznik Kakita Iwasaki. Ostrzem tym posługiwali się przez znaczny czas Samuraje z rodziny Kakita, aż dostał je pewien Daidoji. Potem ostrze to zaginęło pojawiając się w ręku Pana Shinjo Hikokuro. Kiedy dodaliśmy do tego, że naprawdę bliskim znajomym Hikokuro był Pan Daidoji Isoroku – cesarski namiestnik Toshi Ranbo – wszystko stało się jasne. Mogliśmy wyruszyć za naszym Karo na tereny Ważki.

Po kilku dniach jazdy konnej znaleźliśmy się wieczorem w pewnej przydrożnej gospodzie. Jedynym samurajem, którego tam zastaliśmy był Pan Kuni Amagiri – krępy Krab, który popijał sobie spokojnie sake. Po odświeżeniu się dołączyliśmy do niego. Szczególnie śpieszno było Panu Kakita Takemitsuro, jako, że znany był ze swej lubości do sake, a w czasie podróży pić nie mógł.

Odgoniłem moim bębenkiem wszystkie zmory czające się dookoła i przysiedliśmy się do Kraba. Pomimo noszonej katany z początku wydawał mi się Shugenja. Miał dziwny, świdrujący wzrok, znał się na magii i skazach cienia. Sam jednak o sobie powiedział, że jest Bushi. Zajmował się szukaniem istot ze skazami cienia, a szczególnie odnajdywaniem zepsutych Shugenja, którzy oddawali się praktykom czarnej magii maho.

Byłem nim zaciekawiony. Shinsei mawiał: „Każda chwila jest lekcją, naucz się ich słuchać”. Słuchałem więc. Gdy nasze drogi zetknęły się zmierzał w kierunku ziem Ważki. Jeden z jego rodu natknął się tam przypadkowo na jakiegoś potwora, który nękał chłopów. Prawdopodobnie Ogra. Jednak żadnej kolejnej wiadomości nie zdołał już wysłać i słuch o nim zaginął. Kuni Amagiri wyruszył aby zabić potwora i dowiedzieć się co stało się z jego krewnym.

Dziwne mi się to trochę zdawało, bo niecodzienną sytuacją jest aby jakiś Krab polował samotnie na potwora na terytorium innego Klanu. Ale być może Ważka jest na tyle słaba, że taka pomoc jest konieczna. Przekonam się kiedy tam dotrzemy.

W międzyczasie Pan Kakita Takemitsuro zaproponował Panu Kuni, który wydawał się mieć mocną głowę, pojedynek na picie sake. W czasie rozmowy obaj popijali sporo i po jakimś czasie, ku naszemu zdumieniu, Pan Kakita przegrał. Wpadł za stół i przestał uczestniczyć w dalszej rozmowie.

Do Pana Kuni przybiegł ogromny pies imieniem Giri, który jak się okazało był jego towarzyszem. Zaczął dziwnie nas obwąchiwać i usiadł niedaleko. Nasza rozmowa skierowała się na inne tory. Krab zaczął wypytywać trochę o nas, a my skorzystaliśmy z okazji i zapytaliśmy go o Yajinden’a, historycznego Czarnoksiężnika i jego skałę. Kto jak kto ale taki uczony o skazach i ciemnej magii Krab mógł coś wiedzieć.

W istocie miał pewną wiedzę ale nic przydatnego dla nas. Zaczął mi się jednak intensywnie przyglądać, twierdząc, że takie rzeczy jak okruchy tej skały mogą być obarczone skazą cienia! Głęboko mnie to zastanowiło. Do tej pory trzymałem magiczny kawałek kamienia, będący więzieniem dla duchów, w mojej torbie na zwoje. Cały czas miałem go więc przy sobie. A jeśli ten krab w istocie wyczuł Skazę!? Coś na pewno wyczuł…. Groziło mi niebezpieczeństwo Skazy! Duchy dookoła mnie zawyły i jeden przez drugiego zaczęły coś szeptać. Odgoniłem je szybko i podjąłem decyzję. Musiałem przecież znać prawdę.

Pokrótce opowiedziałem mu o wszystkim związanym z magicznym mieczem i rękojeścią. Był bardzo zaintrygowany i koniecznie chciał kamień zobaczyć. Poszliśmy więc na górę do naszego pokoju. Zanim pokazałem nasz skarb, wymogłem na nim obietnicę, że nie będzie próbować go wykorzystywać, a pomoże nam go zniszczyć (słyszałem, że Kraby lubią takie przedmioty i gromadzą je). Zgodził się.

Gdy wchodziliśmy na górę dołączył do nas chwiejnym krokiem Pan Takemitsuro. Był trochę zabrudzony niestrawionym pożywieniem i śmierdział, ale najwyraźniej i jego ta sprawa interesowała na tyle, że przemógł swą chwilową słabość.

Kiedy w pokoju odpakowywałem kamień ze skór i pergaminów, którymi był zabezpieczony nagle poczułem nawrót mej choroby! Trzeba wiedzieć, że duchy trwale odcisnęły znak w mym umyśle. Codzienne nocne koszmary zsyłane przez Shiyokai, częste odwiedziny mego szanownego przodka Ujijaki, zmory dookoła mnie – to wszystko co jakiś czas dawało o sobie znać. Za wielkość taką jak moja, trzeba płacić. Fortuny chciały, że akurat wtedy!

Ręce zaczęły mi się trząść, potem głowa i reszta ciała. Zacząłem coś szeptać i krzyczeć. A potem na dobrą chwilę utraciłem świadomość i kontrolę nad mym ciałem.

Kiedy doszedłem do siebie leżałem na macie. Obok stał Krab z częściowo obnażoną Kataną i Dwaj Panowie Kakita. Wszyscy wpatrywali się we mnie. Chyba myśleli, że to wpływ tego kamienia! Wyprowadziłem ich z błędu. Jeszcze by sobie pomyśleli, że stanowię niebezpieczeństwo dla nich! Muszę być ostrożny! Ostrożny muszę być jeśli mam być kiedyś najpotężniejszym shugenja Rokuganu! Tak, tak…

Krab poinformował mnie, że kamień nie ma skazy Cienia, choć coś dziwnego w nim wyczuwa. Wtedy nagle usłyszeliśmy na zewnątrz szczekanie psa Giri. Kuni zaniepokojony natychmiast zszedł na dół. Po chwili, gdy schowałem kamień i my poszliśmy jego śladem. Kiedy wyszliśmy jednak w mrok nocy jego już nie było. Padał deszcz, a dookoła gospody był las. Próbowaliśmy nawoływać i szukać śladów ale po kilku minutach daliśmy sobie spokój. Oprócz garstki heiminów byliśmy w gospodzie sami.

Pan Benkazu postanowił ubrać się w swą lekką zbroję i powypatrywać dookoła gospody. Ja z drugim Panem Kakita postanowiliśmy obmyć szybko nasze ciała z tego co nam się przytrafiło. Miałem złe przeczucia co do tej sytuacji i postanowiłem nie oddalać się zbytnio od Pana Takemitsuro i zachować czujność. Kiedy więc on się obmywał ja pilnowałem. A później odwrotnie. Czujność to podstawa w dążeniu do wielkości, tak, tak.

Wtedy to usłyszeliśmy jakieś krzyki z dołu gospody. W pośpiechu założyłem swe ubranie, a pan Kakita dokończył zakładanie zbroi i zbiegliśmy na dół.

Heimini pochylali się na Panem Benkazu! Leżał bez świadomości. Obok stał Pan Kuni i jego pies. Na dodatek dowiedzieliśmy się, że na dworze leży zabity potwór. Z relacji wynikało, że to Pan Kuni znalazł Pana Kakita i tego potwora. Obaj już leżeli.

Poszliśmy z Panem Takemitsuro zobaczyć miejsce zdarzenia i ciało. Potwór był jakimś rodzajem jaszczura, około metrowej wysokości, z ogonem i łuskowatą, miedzianą skórą, choć z wyglądu miękką. W ręku wciąż ściskał małą maczugę. Zginał od cięcia mieczem. Najwyraźniej cios zadał pan Kakita. Kto zatem jego pokonał? Deszcz szybko rozmywał wszelkie ślady wróciliśmy więc do gospody

Nagle w mym umyśle coś zaskoczyło! Ten stwór był miedzianym goblinem! Zokujin. Jest to rozumna rasa żyjąca pod ziemią, wykorzystywana niewolniczo przez Klan Lwa w jego kopalniach! Co zatem robił ten stwór tutaj? W pobliżu nie było żadnej kopalni, tym bardziej należącej do Lwów! Hmm…. Lwy, to kiedyś była ich prowincja. Hmm….Lwy… Hmm….

Pan Kakita się ocknął. Nie miał jednak nic ciekawego do powiedzenia. Z ciemności wyskoczył na niego ten stwór i zaczęli walczyć. Kiedy Pan Benkazu ciął go, nagle dostał czymś od tyłu w głowę. Napastnika nie widział.

Nagle Pan Benkazu zorientował się, że brakuje mu jego wisiorka, jego drogocennej pamiątki. Pamiątki po utraconej ukochanej. Widziałem kiedyś ten wisiorek – był z takiego samego dziwnego kamienia jak rękojeść z duchami. Jednak jego nie zawierał żadnego ducha i był czysty od magii.

Benkazu był wielce wzburzony i natychmiast chciał ruszyć śladem rabusiów. Pan Kuni obiecał pomoc, a znał się trochę na szukaniu tropów i jego pies świetnie wywąchiwał zapachy. Razem ruszyliśmy w noc.

Pogoń była bardzo chaotyczna. Pies co chwila skakał w innym kierunku i wciąż goniliśmy nieuchwytne cienie. Po godzinie zorientowaliśmy się, że wciąż poruszamy się właściwie wokół gospody. Miedziane Gobliny wcale nie opuściły tego rejonu i poruszały się chyba po drzewach, wciąż umykając nam. Prawdopodobnie czegoś jeszcze chciały…

Stwierdziliśmy, że dalsza pogoń jest bezcelowa i wróciliśmy do gospody. Rano mieliśmy zamiar wznowić pościg.

Zasugerowałem, że Miedziane Gobliny mogą być powiązane jakoś z Lwami i oboma dziwnymi kamieniami, okruchami skały Yajinden’a. Pan Kuni zaczął drążyć ten temat i dowiedział się od nas o Panu Kitsu z klanu Lwa, poznanym w mieście Toshi Ranbo. Pomagał on nam zgłębić tajemnicę magicznego miecza i jako jedyny oprócz nas widział kamień i wiedział o zamiarze zniszczenia go.

Krab uznał, że to Kitsu za wszystkim stoi. Że pożądał tego kamienia dla klanu Lwa i nasłał na nas te Miedziane Gobliny, aby nam go wykradły. Natychmiast postanowił wyruszyć do Toshi Ranbo aby przepytać i przygwoździć Pana Kitsu. Ta myśl całkowicie go opętała i już nic więcej nie liczyło się dla niego, ani moje tłumaczenia, że Pan Kitsu bardzo nam pomógł i był przyjazny, ani nawet potwór na ziemiach Ważki i jego własna zemsta. W swoim przekonaniu znalazł pewnie kolejnego Shugenja uprawiającego czarną magię. Po nocy zaczął przygotowywać się do wyjazdu.

Czym więcej o tym myślałem tym dziwniejsze mi się to wszystko zdawało. Moje podejrzenia zaczęły kierować się ku Panu Kuni… Zaraz kiedy dowiedział się o kamieniu pojawiły się stwory i podobny kamień zabrały. Skoro Pan Kuni wyczuł mój, musiał wyczuć też tamten kamień w wisiorku. Niedługo potem Krab znajduje powód aby szybko wyjechać. Czyżby z wisiorkiem Pana Benkazu? Czyżby tylko o to w tym wszystkim chodziło? Nie mógł mieć mojego kamienia bo dał słowo i dobrze przeklętego skarbu pilnowałem, ale mógł mieć kamień Pana Benkazu… Ale jak przywołałby te Miedziane Gobliny? A może tylko tego jednego? Czyżby sam parał się Maho? Czyżby to on ugodził od tyłu Pana Benkazu, a potem go niby znalazł nieprzytomnego? Tak, tak, pewność zabija możliwość, jak mawiał Shinsei. A możliwość żyła i miała się dobrze.

Duchy wokół mnie wciąż wirowały i wirowały…. Wśród nich pokazał się Ujijaki, mój czcigodny przodek i powiedział mi, że moje podejrzenia są niegodne samuraja. Co on tam wie. Nie znalazł się w takiej sytuacji i nie poznał takiego szalonego Kraba.

Podzieliłem się wątpliwościami z moimi towarzyszami. Postanowiłem raz jeszcze udać się na miejsce zdarzenia i pogadać z czcigodnymi duchami ziemi. Na pewno coś widziały.

Poszliśmy tam z Krabem. Kiedy zacząłem czarować i przyzywać ducha, Kuni spiął się i wycofał. Ja już jednak myślami byłem gdzie indziej. Zapytałem ducha, czy to Pan Kuni powalił Pana Benkazu, czy też Miedziany Goblin. Duch odpowiedział, że goblin… Ziemia była rozmoknięta, a duch w niej ospały i nieskory do rozmowy. Więcej pytań zadać nie mogłem. Krab został częściowo uniewinniony. Tylko częściowo, bo wciąż było podejrzenie, że on mógł zabrać wisiorek korzystając z okazji…

Chciałem zapytać o to ducha Wielkiego drzewa, które rosło obok, ale nie był zbyt rozmowny, zbyt syty deszczem. W międzyczasie Kuni całkiem stracił do nas zaufanie – chyba nie spodobały mu się moje czary i podejrzliwe spojrzenia oraz zachowania dwóch Panów Kakita. Szybko spakował się i wyjechał na swym koniu w mrok nocy. Zostaliśmy sami. Nie licząc kilku heiminów w gospodzie, no i oczywiście zgrai zmor wokół mnie. Czcigodny Ujijaki chyba się chwilowo na mnie obraził.

Pan Takemitsuro zaproponował nam uczestnictwo w ceremonii parzenia herbaty. Choć ani pora, ani atmosfera nie były odpowiednie nie wypadało odmówić. W gospodzie czuliśmy się bezpiecznie. W jego pokoju na piętrze oddaliśmy się świętemu obrzędowi. Pan Takemitsuro znakomicie poradził sobie, używając swej magicznej czarki i wszyscy oddaliśmy się medytacji oraz zadumie, całkowicie zatracając się w oparach herbaty.

Ze stanu odrętwienia wyrwał nas dość znaczny zapach dymu, wyższa temperatura w pokoju i jakieś krzyki z zewnątrz gospody. Gospoda płonęła, a ogień szybko dochodził do naszych pokoi! Papierowe ścianki nie stanowiły dla niego żadnej przeszkody i dosięgnęła nas groźba spalenia. Na dodatek byliśmy na piętrze, ładnych parę metrów od ziemi.

Bushi porwali za swe Katany, a ja za wakizashi. Pan Benkazu rozciął przejście do naszych pokoi i rzuciliśmy się ratować co cenniejsze nasze rzeczy. Torbę na zwoje i kamień miałem zawsze przy sobie dopadłem więc tylko swego kimona. Dym był już jednak bardzo gryzący i gęsty. Z trudem coś widziałem przez niego. Wiedziałem, że muszę natychmiast ratować siebie. Zauważyłem otwór w boku budynku, chyba wyrąbany przez Pana Benkazu. Poprosiłem więc Fortunę Kaze-no-Kami o wsparcie i zacząłem czarować Potęgę Wiatru aby unieść się w powietrze i bezpiecznie opaść na ziemię obok gospody. Niestety gryzący dym wszystkiemu przeszkodził i zakrztusiłem się w najważniejszym momencie. Ogień buchał tuż koło mnie. Nie namyślając się dalej wyskoczyłem przez otwór.

Upadek z piętra był bolesny ale szybko wstałem i namierzyłem wzrokiem Pana Takemitsuro. Gospoda płonęła więc światła w pobliżu było dość. Podszedłem do niego i nagle zaczęło się! Z różnych kierunków, z ciemności nocy  posypały się na nas kamienie. Jeden z nich mocno zranił mnie w głowę. Kakita też został ranny, choć był w ciężkiej zbroi.

Próbowałem rzucić czar Esencja Powietrza, aby zniknąć dla wrogów ale niestety ból z rany kompletnie mnie zdekoncentrował. Rzuciłem się więc za róg łaźni aby mieć osłonę przed kolejnymi kamieniami. Za chwilę pojawił się tam również Takemitsuro. Był w jeszcze gorszym stanie niż ja i krwawił z kilku ran. Jednak chyba jakiś wrogów dostrzegł i walczył z nimi, bo miał łuk w rękach.

Nagle zobaczyłem jednego – Miedziany Goblin! Stał ze 30 metrów ode mnie i przymierzał się do kolejnego rzutu kamieniem. Próbowałem uśpić go magicznie, ale krew spłynęła mi akurat po oczach i przestałem go widzieć. Pan Kakita stojący przede mną padł. Zostałem sam, a dach łaźni również zaczął płonąć. Za moment stracił bym tą ostatnią osłonę albo bym się usmażył.

Postanowiłem wykorzystać ostatnią szansę – ulecieć  i schować się w gałęziach pobliskiego sporego drzewa. Musiałem ratować kamień i siebie przed tymi Stworami! Tym razem Kaze-no-Kami wysłuchał mnie i zacząłem unosić się w górę. Jednak kiedy już zacząłem mieć nadzieję, że mi się uda, jakiś kamień ugodził mnie znów. Straciłem świadomość, a ostatnie co czułem to długie spadanie.

Kiedy się ocknąłem był już dzień. Podziękowałem Fortunom w myślach, że żyję! Po takim upadku i przy tych ranach powinienem być martwy! Ale w końcu mam być kiedyś potężny więc Fortuny czuwają nad mym losem, tak, tak.  Ktoś delikatnie szarpał mnie za ramię i dostrzegłem heimina. Inni krzątali się smętnie przy zgliszczach gospody i zawodzili w rozpaczy. Nagle spostrzegłem, że nie mam torby na zwoje!!! Wszystkie moje zwoje! Moja moc! Shugenja bez zwoi jest jak bushi bez daisho i swej zbroi! Na dodatek magiczny kamień z duchami! Wszystko zniknęło! Nie mówiąc o reszcie mojego dobytku spalonej w gospodzie! Obiecałem sobie, że te małe pokurcze zapłacą za to! Te glisty ryjące pod ziemią! Te wredne i skrytobójcze jaszczurki, narodzone ze zgniłych jaj! Podpalacze! Złodzieje! Oby Emma-o – Fortuna Śmierci szybko dostała ich w swe władanie i skierowała do Toshigoku – Królestwa Rzezi! Musiałem natychmiast wyruszyć w pościg!

Kiedy jednak wstałem, zakręciło mi się w głowie, a wszystko było lekko zamglone. Zobaczyłem żywych ale równie ciężko jak ja poranionych obydwu panów Kakita. Natychmiast kazałem heiminom sprowadzić medyka oraz myśliwego znającego się na tropieniu śladów. Kima-no-Kami – Fortuna Zemsty całkowicie owładnęła mym sercem. Panami Kakita również.

Czekając na myśliwego i medyka wyciszyłem się i oddałem medytacji, aby odzyskać część mocy Pustki oraz być w stanie znów rzucać czary. Po dwóch godzinach przybył medyk, który nas trochę uzdrowił. Kiedy godzinkę później nadszedł myśliwy Ukemori, wyruszyliśmy w pościg.

Ukemori bez trudu odnajdywał ślad kilkunasto osobowej bandy Miedzianych Goblinów. Przez całe popołudnie i wieczór zrobiliśmy spory kawał drogi. Pierwszą noc spędziliśmy gdzieś w lesie. Oczywiście dwóch panów Kakita trzymało warty. Następnego ranka podjęliśmy pościg.

W południe Fortuna Szczęścia bardzo mi sprzyjała. Odnalazłem swą torbę na zwoje! Porzuconą w rowie, zabrudzoną ale pełną! Jedynie magicznego kamienia brakowało, a jeden zwój był częściowo zniszczony, akurat z czarem Furia Osano-Wo, którego chciałem użyć na jaszczurkach. Fakt, że gobliny porzuciły torbę i zwoje niespecjalnie mnie dziwił – zwoje były oczywiście zaszyfrowane i nikt, kto nie był Shugenja Isawa nic by na nich nie skorzystał.

Odmówiłem w myślach modlitwę dziękczynną do Fortuny Szczęścia i ruszyliśmy dalej. W południe doszliśmy do podnóża jakiś gór. Zaczęły się skałki, kaniony i kamienista ziemia. Trop było coraz trudniej odnaleźć. Postanowiłem użyć swej mocy. Poprosiłem duchy ziemi o wsparcie i rzuciłem czar „Wyczucie”. Chciałem namierzyć magiczny kamień, który nam skradziono.

Kamień znajdował się pod ziemią, o niespełna pół dnia drogi. Poznałem też kierunek. Jak mawiał Shinsei: „Zobacz czym jest przeszkoda, a nie czym się wydaje”. Ruszyliśmy dalej, a duchy wokół mnie radośnie tańczyły.

Wieczorem dotarliśmy do rejonu, gdzie zapewne był kamień. Nasz przewodnik wypatrzył zagłębienie w skale, prawie jaskinię, która świetnie nadawała się do spędzenia nocy. Przed wejściem rozpaliliśmy ognisko, sami pozostając w cieniu. Pierwszą wartę objął Pan Benkazu.

W środku nocy obudziły mnie odgłosy stukotów i jakieś przytłumione krzyki. Byliśmy atakowani! Do naszej pieczary wpadały dziryty i kamienie. Obaj panowie Kakita i Ukemori porwali za łuki. Jeden z pierwszych dzirytów przebił na wylot naszego myśliwego, a następne zraniły Panów Kakita. Nie czekałem co się dalej wydarzy. Wiedziałem, że jedyna nadzieja dla nas w mojej magii! Przeciwników było zbyt wielu, a nasza sytuacja beznadziejna. Poprosiłem Fortunę Wiatru – Kaze-no-Kami o wsparcie i stałem się niewidzialny.

Pochylony, unikając przypadkowych strzałów wyszedłem z naszej kryjówki i zacząłem oddalać się w stronę pobliskich skał. Nikt oczywiście nie mógł mnie dostrzec. Ale aby rzucać dalsze czary musiałem stać się na powrót widzialny. Musiałem więc mieć nową, dobrą kryjówkę i to w pewnym oddaleniu od pieczary. Tylko tak mogłem pomóc towarzyszom.

Kiedy dotarłem na miejsce sytuacja pozostawał bez zmian. Prawdopodobnie kilkunastu niewidocznych w ciemności napastników strzelało kamieniami i dzirytami. Panowie Kakita bardzo rzadko odpowiadali strzałami z łuków. Przynajmniej jeszcze żyli.

Na początek postanowiłem przestraszyć trochę małych podziemnych pokurczów. Chciałem ich zmusić do ucieczki. Pomyślałem sobie, że Ogr wielkości człowieka z płonącą skórą będzie  w sam raz. Ogra być może mieli kiedyś okazję spotkać, a ognia i światła podziemne istoty powinny się bać. Wyczarowałem więc doskonałą iluzję, która wyskoczyła z ogniska w stronę napastników. Płonący Demon był piękny i straszny. Poruszał się szybko wielkim skokami na 5 metrów w górę. Tylko ja Shugenja Isawa Ashita potrafię coś takiego!

Kiedy podniosły się liczne okrzyki strachu i przerażenia już miałem nadzieję, że podstęp się uda. Niestety po stronie jaszczurów znalazł się jakiś dowódca, który okiełznał swoją bandę i jaszczurki zaczęły strzelać do mej iluzji. O zgrozo! Zauważyłem też, że i Panowie Kakita do niej strzelają! Zawsze mówiłem, że w szkołach bushi powinno się też uczyć myślenia!

Skończyło się tak jak skończyć się musiało. Coś w końcu trafiło iluzję, która natychmiast się rozpłynęła. Jedyny pożytek był taki, że na kilka chwil atak Goblino-jaszczurów się załamał, a Panowie Kakita w końcu wypuścili kilka strzał w ich kierunku, chyba nawet kogoś trafiając.

Postanowiłem spróbować czegoś innego, bardziej materialnego. Korzystając z Potęgi Wiatru i prosząc znów o pomoc Kaze-no-Kami uniosłem w górę duże ognisko, które było przed pieczarą. Wyższe źródło światła oświetliło zdumione i przerażone postacie pokurczów. Panowie Kakita tym razem popisali się siejąc śmierć w szeregach przeciwników. Postanowiłem dokończyć sprawę i rzuciłem w Miedzianych ogniskiem. Płonące fragmenty poleciały w różne strony chyba nawet podpalając niektórych. Tego już im było za wiele. Z głośnym wrzaskiem rzucili się do ucieczki.

Gdyby nie ja i moje czary, ranek pewnie spędzilibyśmy w żełądkach tych jaszczurów. Jednak jestem Shugenja Isawa Ashita i mym przeznaczeniem jest wielkość!

Gdy dotarłem do jaskini Panowie Kakita ledwo się na nogach trzymali z powodu ran. Odmówiłem modlitwę za zmarłego Ukemori i jeszcze w nocy opuściliśmy tereny jaszczurów. Bez myśliwego i z poważnie rannymi bushi nasz pościg stracił sens. Jednak obiecaliśmy sobie wrócić i dokończyć dzieła. Musieliśmy odzyskać nasze rzeczy. Duchy w kamieniu musiały mieć szansę uwolnienia.

Po prawie dniu drogi i dotarciu do traktu, natrafiliśmy w końcu na jakiś patrol klanu Ważki. Patrol stanowili roninowie przyjęci na służbę. Niezbyt dobrze ubrani i uzbrojeni. Najwyraźniej Klan Ważki miał spore niedobory w Samurajach i materialnie też nie stał dobrze. Wieczorem dotarliśmy do Stanicy.

Stanicą dowodził namiestnik Tonbo Aikuchi, który był Shugenja i uleczył mych towarzyszy. Wysłuchał naszej historii o miedzianych Goblinach i postanowił pomóc nam i sprawdzić nasze doniesienie. Następnego dnia wysłał razem  z nami patrol pod dowództwem Tonbo Kagero posługującego się dwoma mieczami. Jego ludzie to było trzech roninów, co wkrótce miało mieć fatalne skutki…

Popołudniu dotarliśmy w okolicę znanych nam skałek. Jeden z roninów dość łatwo odnalazł wyraźny  trop jaszczura, którym zaczęliśmy podążać. Trochę mi się jednak kierunek nie zgadzał. Rzuciłem czar i ponownie namierzyłem magiczny kamień. Znajdował się w odwrotnym kierunku niż prowadził nasz trop! I to o mniej niż pół dnia drogi. Ja Shugenja Isawa od razu zwietrzyłem podstęp pokurczów! Specjalnie jeden  z nich odciągał nas od ich nor! Musiał przy tym nieść coś ciężkiego, aby lepsze ślady zostawiać i aż nadnaturalnie się starał, aby ślad cały czas był do łatwego wytropienia. Reszta samurajów oczywiście przyznała mi rację i zawróciliśmy.

Późnym popołudniem dotarliśmy w pobliże pewnej góry, gdzie śladów Jaszczurów było więcej. Niedaleko też dostrzegliśmy miejsce naszej poprzedniej potyczki. Podziemnie jaskinie Stworów musiały już być blisko. Tylko gdzie jest wejście?

Postanowiłem pogadać z czcigodnym duchem Góry. Był bardzo stary i potężny. Już na wstępie musiałem mu obiecać odprawienie rytuału aby Fortuny sprzyjały jego górze oraz aby deszcz i wiatry ją omijały. Wtedy spojrzał na mnie przychylniej i powiedział mi w końcu gdzie jest wejście do tuneli małych stworów. Podziękowałem mu i odprawiłem obiecany rytuał.

Poprowadziłem Samurajów prosto do wejścia do jaskiń Pokurczów. Siedmiu samurajów! Miałem nadzieję, że wszystkie pokurcze zginą, a z ich jaj, z niewyklutymi młodymi,  jeszcze dziś zrobimy sobie ognisko.

Kiedy jednak doszliśmy do otworu zapadł już wieczór, a z pobliskich gór zaczęły się odzywać liczne odgłosy jakby rogów. Gdzie niegdzie wokół nas zaczęliśmy dostrzegać sylwetki. Sporo. Zbyt sporo. Wtedy też trzech roninów pękło. Stchórzyli. Porzucili służbę u Pana Tonbo i to w momencie, jak przystało na prawdziwe robaki. O mało co nie doszło do walki między nimi a  Panem Tonbo wraz z Panami Kakita. Zrobiło się gorąco. Jednak pozwoliliśmy tchórzom odejść. Walka pod okiem naszych wrogów byłaby samobójstwem. Powiedzieliśmy im na odchodne, że z nami mają większe szanse na przeżycie niż sami. Sami szybko padną łupem Jaszczurów. Nie słuchali i odeszli trwożliwie rozglądając się na boki. Ich dusze zasłużyły na Królestwo rzezi lub Królestwo Głodnych Duchów. To właśnie ich spotka. Zapaliliśmy latarnie i weszliśmy w ciemność otworu.

Naszą jedyną szansą były jaskinie i korytarze, na zewnątrz ich strzelcy by nas roznieśli. Poza tym zostało nas tylko 4. Mieliśmy nadzieję, że korytarze okażą się ciasne i w tym momencie Samurajska katana będzie warta 100 strzelców.

Niestety, ciemny otwór okazał się wejściem do sporej jaskini – przedsionka kolejnej olbrzymiej szpary w ziemi. Przy tej szparze w odległości jakiś 20 metrów od nas, pokazał się dziwny jaszczurzy-staruch, mający przy bokach dwóch wojowników. Zaczął do nas mówić w ludzkiej mowie!

Mówił abyśmy natychmiast odeszli, że niczego nam nie oddadzą. Ich lud liczy wielu Zokujin, żyjących wolno pod tą górą. Mówił też dziwne rzeczy o kamieniach Yajindena. Nazywał je odpryskami czczonej przez nich Boskiej Skały z Ciała i Krwi, pradawnego a utraconego źródła wszelkiego życia, matki Słońca i Księżyca. Mówił, że ta skała jest starsza niż pani Słońce. Ten pokurcz był Bluźniercą!!! Duchy wokół mnie zawyły!

Oczywiście zażądałem oddania magicznego kamienia duchów. Odmówił. Z jego słów wynikało, że to jakiś ich religijny relikt, który nawet wyczuwają z daleka. Bardzo się wzburzyłem. Taki wypierdki mają więzić dusze czcigodnych samurajów?  Zażądałem aby wrzucili kamień do wulkanu, aby uwolnić dusze w nim zamknięte. Nie chciał nawet o tym słyszeć.

Wtedy do dyskusji włączył się Pan Kakita Benkazu. Stał cały czas z napiętym łukiem i strzałą skierowaną w starca. Tak jakby chciał w praktyce zastosować powiedzenie Shinsei: „W gwóźdź, który wystaje uderz najpierw”. Kakita zadał tylko jedno pytanie – czy oddadzą mu jego wisiorek. Kiedy padła odpowiedź, że nie, wypuścił strzałę i Starzec upadł martwy. A zaraz potem Królestwo Rzezi zeszło na ziemię.

Poukrywani dotąd w załomach jaskini wojownicy pokazali się i zaczęli  nas obsypywać dzirytami i kamieniami. Trójka bushi obok mnie pognała do przodu, w stronę wielkiej szpary w ziemi i nieżywego starca oraz jego żywej ochrony. Zauważyłem jednak, że na górze owej szpary również czają się wojownicy. Łącznie wojowników było bardzo wielu. Byliśmy bez szans, a nasze życie zmarnotrawi się w beznadziejnej walce. Nie mogłem dopuścić do tego aby lata mej nauki poszły na marne! Nie mogłem zawieść klanu Feniksa, rodziny Isawa, mego Sensei  i mego Daimyo bezsensowną śmiercią! Mam przecież być najpotężniejszym Shugenja Rokuganu! Bush byli chociaż w zbrojach, ja w lekkim ubraniu. Błyskawicznie więc podjąłem jedynie słuszną decyzję! Wezwałem swe moce i natychmiast stałem się niewidzialny.

Skoncentrowany na utrzymaniu czaru, nie mogłem co prawda czarować ale mogłem patrzeć i chodzić. Widziałem więc końcówkę nierównej walki mych bohaterskich lecz lekkomyślnych i głupich towarzyszy. Kiedy opuszczałem jaskinię cała trójka już ledwo stała na nogach, a przeciwników tylko przybywało. Zarówno od strony szpary  w ziemi, jak i od strony wejścia do jaskini.

Żegnajcie. Oby wasze duchy odrodziły się ciałach nowych Samurajów.

Niewidzialny poszedłem w kierunku w jakim udali się roninowie. Miałem nadzieje, że wiedzą gdzie idą. Liczyłem też na to, że jaszczury skoncentrują się właśnie na nich. Że ich zapach i odgłosy jakie robią odciągną uwagę ode mnie, kiedy będę już widzialny.

Idąc, skoncentrowałem się na wrogich pokuraczach. Czułem kiedy moja Esencja Powietrza dobiegała końca i wiedziałem więc, kiedy znów stanę się widzialny. Schowałem się wtedy za dużymi kamieniami znów natychmiast rzuciłem czar. Po minucie znowu. W końcu stałem się widzialny ale wyrwałem się z kręgu wojowników. Ruszyłem ostrożnie przed siebie wypatrując miejsca gdzie mogę spędzić bezpiecznie noc. Zdawałem sobie sprawę, że pokurcze będą przepatrywać okolicę choćby z uwagi na roninów.

Wpadłem na doskonały pomysł aby udać się w miejsce gdzie żaden pokurcz nie będzie w stanie się dostać. Wybrałem wysoką 20 metrową iglicę ze skalną półką. Wezwałem Potęgę Wiatru i wzniosłem się magicznie na półkę. Żaden pokurcz nie miał szans tam wejść! Jestem Shugenja Isawa!

Przeżytą noc niemiło wspominam. Było zimno, a ja nie mogłem rozpalić ognia z powodu pokurczów. Na dodatek padał deszcz. Siedziałem więc na tej półce i starałem się nie spaść. Nawet moje magiczne moce powietrza już się wyczerpały, a duchy wokół mnie siedziały cicho. Czekałem więc brzasku Pani Słońce.

Kiedy w końcu dzień nastąpił, poddałem się medytacji, aby odzyskać chociaż część mych magicznych mocy. Po godzinie wezwałem Potęgę wiatru i opadłem bezpiecznie na ziemię. Ruszyłem w stronę traktu. Jednak już po jakiś 500 metrach natrafiłem na nieżywe ciała 3 roninów. Zdrajców spotkał zasłużony koniec. Tylko ja przeżyłem.

Popołudniu dotarłem do traktu, a wieczorem do stanicy gdzie opowiedziałem Panu Tonbo smutną historię. Trójka samurajów zginęła w nierównej walce. Trójka roninów zginęła jak psy. Ja postanowiłem się wycofać, nie chcąc na próżno marnotrawić swego życia, ale też aby dokonać zemsty i opowiedzieć wszystkim gdzie znajduje się Goblińska wioska oraz wejście do niej. Trzeba zwołać armię która wybije ich wszystkich do nogi! Jeśli klan Ważki tego nie uczyni, uczyni to z zemsty po Panach Kakita klan Żurawia, lub też, kiedy kiedyś wrócę na ziemię Feniksa poproszę mój klan o armię.

Miedziane Pokurcze – bluźniercy, zostaną wybici, do ostatniego. Kamień duchów zostanie kiedyś odzyskany. Przeżyłem dzięki łasce Fortun, aby dokonać zemsty! Jestem Isawa Ashita!

Tomek ‚Funky’ Kowalski

About Funky

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
L5K Druga seria, Legenda Pięciu Kręgów ,

Comments are closed.