Cień z Acheronu

Beloso smętnie wpatrywał się w dno kubka, coraz śmielej wyzierające spod cienkiej warstwy wina. Z sakiewki nie dało się już dobyć radosnego brzęczenia monet, nawet przy bardzo intensywnym potrząsaniu, a skacowany organizm rozpaczliwie domagał się klina. Końcówka zapijania bólu po kolejnej nieszczęśliwej miłości była zawsze taka sama. Bohaterskie uratowanie życia Alanie, ściągnięcie jej z ofiarnego ołtarza i wybłaganie u Mitry boskiego opatrunku na jej rany wystarczyło na niespełna dwa tygodnie zauroczenia. Potem nawinął się jakiś urodziwy szlachcic, który dla kaprysu okazał ubogiej dziewczynie nieco zainteresowania, a ona oczywiście się w nim zakochała i puściła Belosa w trąbę. Taki los, jak się jest małym i biednym to można cudów dokazywać, a kończy się zawsze tak samo.

Ponure rozmyślania przerwało skrzypnięcie ławy. Skrzypnięcie delikatne i ciche, bo człowiek, który usiadł naprzeciw zgnębionego Zingaryjczyka, był drobny i sprężysty w ruchach. Beloso błyskawicznie otrząsnął się z przygnębienia. Oto nadchodzi koniec tej maligny, szykuje się robota. Robota która się opłaci. Żaden z miejscowych się za to nie weźmie, nikt nie waży się zaczynać z Osorią, jednym z najbardziej bezwzględnych tutejszych zbójów, ale Beloso i dwaj jego towarzysze, dziki czarnoskóry Nubu i cyniczny Stygijczyk Thothmekri nie będą mieli takich oporów. W końcu kto chciałby zostawać w takiej dziurze na stałe…

***

– „Wy iść szybciej, my ich musieć dogonić zanim oni wejść w góry !” – czarnoskóry barbarzyńca potrząsnął swą długą włócznią, a malutka wypreparowana ludzka główka na jej końcu zakołysała się, jakby potakując.
– „Po co mamy ich atakować teraz, nie lepiej poczekać aż znajdą skarb, wykopią go, a wtedy dopiero wejść na gotowe ?” – Beloso już sobie wszystko sprytnie obmyślał.
– „Zgadzam się z Beloso…” – wysoki, chudy Stygijczyk sam przypominał po trosze włócznię, z nieco większą główką na końcu, tyle że przytwierdzoną na sztywno, jako że Thothmekri był zwykle oszczędny w ruchach. – „…przy podziale łupów dochodzi zwykle do walki… wystarczy że poczekamy, a potem dobijemy rannych…”
– „A jak my ich zgubić w górach !? Na kamieniu nie widać ślady, oni nam uciec i po skarbie !” – Nubu był twardy, w końcu to on się znał na górach i tropieniu, nie to co te dwa mieszczuchy.

Tydzień temu argossański uczony, imieniem Scrobonius, pytał w tym przygranicznym miasteczku o przewodnika, znającego okoliczne góry. Podobno szukał skarbu, miał jakąś mapę i specjalnie się z tym nie krył. To był błąd, w miasteczku w którym połowa mieszkańców żyła z rabunku, na skutek nie trzeba było długo czekać. Jeden z miejscowych oprychów, niejaki Osoria, napadł na nierozważnego uczonego. Nie pomogła eskorta dwojga rosłych Cymmeryjczyków – mężczyznę bandyci zabili, a kobietę udało im się obezwładnić, choć okupili to zwycięstwo ciężkimi stratami. Pojmanego Scriboniusa rozjuszony herszt torturował, by wydobyć z niego całą tajemnicę, po czym zabił, pojmaną zaś Cymmeryjkę wziął ze sobą. Wraz z czterema ocalałymi ludźmi i branką ruszył w góry, po Scriboniusowy skarb. Taką właśnie robotę nadał trójce awanturników miejscowy łotrzyk Sancho.

***

– „Jestem Dersagrena, córka Ulfara, siostra Agnara….” – tej listy imion, jedno bardziej kanciaste od drugiego, prawie nikt z południa nawet nie próbowałby spamiętać. Thothmerki próbował, ale bezskutecznie – cymmeryjskie nazwy brzmiały jak grzechot kamieni. Jasnoskóra, czarnowłosa kobieta o roziskrzonych, błękitnych oczach górowała wzrostem nad nimi wszystkimi, jej nagie ramiona zdradzały niezwykłą siłę, uda pokrywały skomplikowane tatuaże. Patrząc na jej skąpe odzienie skropione świeżą krwią i zbroczony posoką miecz nikt nie domyśliłby się, że jeszcze kwadrans wcześniej była więźniem Osorii. Bandyta zachował młodą Cymmeryjkę dla jej dzikiej urody, ale nie docenił jej bojowego ducha. Zapłacił za tę niefrasobliwość życiem – kiedy Osoria i jego zbiry wdali się w walkę z Nubu i Belosem, Dersagrena wyswobodziła ręce z więzów i rozpłatała hersztowi głowę jego własnym mieczem. Nieopodal ciała Osorii leżały trupy trzech z jego ludzi, ostatni uciekł, zobaczywszy co się dzieje.
– „To była dobra walka !” – rzuciła z uznaniem Dersagrena, żeby jakoś przerwać kłopotliwą ciszę…
– „Eeee… no…” – Beloso bardzo chciał coś powiedzieć, ale zapatrzył się dwukrotnie niemal od niego większą piękną nieznajomą i nie mógł sklecić bodaj jednego zdania.
– „Byłaś strażniczką tego uczonego… pewnie wiesz dokąd się wybierał… ?” – Thothmekri patrzał na wszystko praktycznie, jak zwykle – „…jeśli nie masz nic przeciwko temu… witamy w naszej kompanii, Pani…”

***

-„Ssądzę, że tym sskarbem jest właśnie klucz, o którym pisze Patrikiosss do Sscriboniusa…” – Thothmekri był zły na siebie, że nie zna argossańskiego i znaleziony przy ciele Osorii list musiał tłumaczyć Beloso. Ale jego treść okazała się nader ciekawa…

Scribonius był niegdyś uczniem niejakiego Patrikiosa, który dawno temu wygnał go, ale po latach, gdy starość odebrała mu wzrok napisał ręką niewolnika list do swego dawnego ucznia z prośbą by wrócił. Patrikios miał w swym domu w małym miasteczku Prevista ukryty wielki i starożytny skarb – acheroński sarkofag, którego żądna siła nie potrafiła otworzyć. Mógł tego dokonać jedynie klucz, na poszukiwanie którego wyruszył Scribonius. Klucz i sarkofag, uczeń i mistrz znowu razem, u progu wielkiej tajemnicy, takie były plany i intencje starego Patrikiosa, a przynajmniej tak napisał w swym liście. Wszystko otoczył wielką tajemnicą, kazał nawet zabić niewolnika, któremu dyktował swe słowa. Oprócz listu, z jakiegoś powodu zachowanego przez Osorię, awanturnicy znaleźli jedynie szkic, z naniesionymi punktami orientacyjnymi, mającymi pomóc w odnalezieniu drogi do miejsca ukrycia skarbu. A skarbem tym był klucz do sarkofagu, do tajemnicy, która tysiące lat czekała na odkrycie. Thothmekri był o tym przekonany.

***

Widok był przepiękny, w przejrzystym górskim powietrzu szczyty leżące w dole skrzyły się bielą i fioletem, by niżej zazielenić się lasami, w oddali przeciętymi tu i ówdzie błyszczącymi wstążkami rzek. Ale wiszący nad przepaścią na linie Thothmekri starał się nie patrzeć na to piękno. W ogóle starał się nie patrzeć w dół. Pierwsza próba przejścia po przewieszonej nad przepaścią linie omal nie skończyła się katastrofą, zgrabiałe ręce uczonego nie utrzymały ciężaru ciała i tylko zabezpieczająca lina uchroniła go przed upadkiem w bezdenną otchłań. Gdy wcześniej oglądał roztrzaskane na skałach ciało swego niewolnika Baby, wyraz znudzonej obojętności nie schodził z jego szczupłej twarzy, ale teraz, gdy wyobraził sobie, że oto on sam mógł skończyć w ten sam sposób, ogarniał go paniczny lęk. Na próżno tłumaczył sobie, że Babę spotkała zasłużona kara za bezczelną próbę ucieczki, do której namówił go Nubu. Sam zresztą Nubu także osunął się kawałek po skale, rozdzierając sobie paskudnie nogę. Szpetne białe blizny zostaną już na zawsze na jego czarnej skórze, Thothmekri już się o to postarał. Kara za bunt przeciw przeznaczeniu… Bzdura, sam Stygijczyk nie wierzył w przeznaczenie, to wytłumaczenie głupców, którzy boją się sami kierować własnym życiem. To wola, jego wola zabiła Babę. I bardzo dobrze, teraz jego wola ocali go od upadku w tą straszną otchłań. Tam, na drugim końcu liny jest szczyt skały w kształcie głowy węża, a w nim jaskinia, na kształt wężowej paszczy. Głupcy mogą myśleć, że to natura tak ukształtowała ten szczyt, ale on wie z pewnością, że to acherońskie czary uformowały skałę na podobieństwo świętego symbolu Seta. To jest to miejsce, to tu spoczywa klucz, jeszcze tylko dwa metry, byle nie patrzeć w dół, nie patrzeć w dół !

W końcu przeprawili się wszyscy, stali we czwórkę na „wężowym języku” jak w myślach nazwał Thothmekri skalną półkę wystającą nieco ponad podłogę. Jaskinia prowadziła w głąb, wzrok sięgał tylko na parę metrów, a dalej gęstniała ciemność. W obliczu tej ciemności wszyscy jakby przycichli, nawet Dersagrena, która całą wyprawę traktowała dotąd jako niezbyt uciążliwą wycieczkę. Zapalili jedną tylko pochodnię i powoli, jeden po drugim zaczęli schodzić w głąb, ku czekającej tu od tysięcy lat tajemnicy.

***

– „To acherońsskie święte kobry !” – Thothmekri rozpłomienionym wzrokiem wodził po bladych cielskach zaścielających posadzkę, teraz już nieruchomych, pociętych mieczami jego towarzyszy. Ukąszony Beloso dochodził już do siebie, drgawki ustępowały, oddech się uspokajał. Na jego szczęście Stygijczyk szybko i fachowo wyssał jad z rany, gdyby nie to mogło być znacznie gorzej. -„Te węże mogły tu przeżyć długie tysiące lat, nikt nie wie jak długo żyją… Pomyśleć że pamiętały jeszcze świetność Imperium, przeżyły jego upadek…” – zafascynowany Thothmekri był zupełnie niepodobny do samego siebie, ponura zapomniana świątynia wyzwalała w nim nienaturalną żądzę wiedzy. Każdy kamień, każdy gliniany dzban, nawet jadowite kobry miały w sobie cząstkę wielkiej tajemnicy i pierwiastek świętości. W końcu jakieś trzy tysiące lat temu wybudowano tę świątynię ku czci Seta, Pana Ciemności, Wielkiego Węża. Tego samego Seta, którego dziś czci się w całej Stygii, któremu składa się ofiary z ludzi i którego pomiot – wielkie węże – pełza swobodnie po ulicach miast, pożerając ludzi których napotka. Stygijczyk czuł się więc jak w domu…
– „Dość już tego, my iść dalej ! Może tam być więcej węży, ty się jeszcze napatrzeć Tomeki !” – Nubu i reszta czuli się niepewnie w podziemiach, tylko myśl o czekającym gdzieś tam skarbie kazała im iść dalej.

To był cel poszukiwań. Większa od innych krypta, z wielkim ołtarzem, wokół którego ustawiono dzbany z ofiarami. Jeden z nich przewrócił się i pękł, rozsypując wokół srebrne, choć teraz poczerniałe monety. Na ołtarzu stał dzban większy od innych, wielkości człowieka, czyżby to w nim krył się skarb po który wyprawił się Scribonius ? Klucz do pradawnego sarkofagu, kryjącego skarby acherońskiej wiedzy i magii ? Thothmekri płonął z ciekawości, pierwszy podszedł do wielkiego dzbana, stojącego na ołtarzu. I wtedy z wnętrza wystrzeliła głowa węża ! Ociekające jadem zęby zacisnęły się na wyciągniętej ręce uczonego, a z dwóch innych „ofiarnych” dzbanów jakby na znak wyskoczyły dwa inne węże, atakując pozostałych ludzi. Dersagrena uderzyła mieczem, ścinając jeden płaski łeb, Nubu pchnął potężnie włócznią, przebijając rozpięty kaptur innej kobry, Beloso uskoczył i uderzył mieczem. Ukąszony Thothmekri cofnął się chwiejnie pod ścianę, drzącą ręką wyszarpnął nóż i naciął ranę, by wyssać jad. Udało się, gdy wojownicy rozsiekali wszystkie trzy kobry Stygijczyk podniósł się z ziemi i znowu popełzł ku ołtarzowi.

– „Tu nie być żaden wielki skarb ! Tylko trochę srebra, do tego czarne, jak Nubu !” – czarnoskóry barbarzyńca nie krył rozczarowania.
– „Spokojnie Nubu, ten pozłacany miecz może być warty parę sztuk srebra, do tego bransolety, nie jest tak źle…” – Zingarianin był dobrej myśli, ale Stygijczyk zepsuł mu humor – „To jesst Klucz ! Bransolety, naszyjnik i ten miecz, to wszystko przedmioty rytualne… Była jeszcze szata, ale z tych resztek nie da się jej odtworzyć, niessstety… Musimy dowiedzieć się jaki to ma być rytuał i odprawić go, żeby otworzyć ssarkofag… To w nim znajdziemy prawdziwy ssskarb…”
– „Nie dbam o skarby ! Co tam może być takiego, czego bym chciała ?! Starczy mi miecz i dobra walka !” – Dersagrena była widać odporna na urok złota.
– „Wiedza… i władza… Starożytne Imperium Acheronu rozciągało się od Cymmerii aż po Stygię… Rząd dusz….” – Thothmekri był pochłonięty bez reszty myślami o pradawnych tajemnicach ukrytych w sarkofagu.
– „Aaa… coś takiego mówił mój brat, kiedy odchodził z domu !” – przypadkiem Cymmeryjka  i Stygijczyk złapali nić porozumienia – „Może o nim słyszeliście ? Ma na imię Conan…”

W wielkim dzbanie na ołtarzu znaleźli wąski, starożytny miecz o pozłacanej rękojeści, pozłacane, spiralne bransolety w kształcie węży i naszyjnik z wielką, kwadratową płytką zamiast wisiora. Były jeszcze jakieś rytualne szaty, ale przez tysiąclecia rozleciały się na strzępy. W pozostałych dzbanach, to znaczy tych w których nie było węży, znaleźli sporo srebrnych, zaśniedziałych monet i trochę drogich kamieni. Nie za wiele, jak na wielki skarb, ale list Patrikiosa wyraźnie mówił o Kluczu, skarb czekał więc w tajemniczym sarkofagu w argossańskiej mieścinie Prevista, niedaleko granicy. Tam więc należało teraz ruszyć.

***

– „Niewielu ludzi go widziało… niektórzy otwarcie mówią, że to bujdy, ale ja widziałem na własne oczy !” – Zacharias wbił desperackie spojrzenie w twarze czwórki awanturników siedzących przy stole, obawiając się znaleźć w nich rozbawienie. Ale twarze były poważne i skupione, pełne wyczekiwania – „To… wyglądał jak cień, taka czarna plama, całkiem bez słońca… na chwilę zakrył okno i zrobiło się całkiem ciemno.. a potem zniknął. Biedny, mały Rufus był jakby wyssany z krwi, blady i zimny… Elia, jego matka znaczy się, a moja synowa, do dziś do nikogo się nie odzywa, boję się czy jej się od tego w głowie nie pomieszało…”
– „Aaa.. dawno to się tak dzieje… tutaj ?” – niski Beloso przygarbił się jeszcze bardziej na stołem i przełknął głośno ślinę.
– „Teraz jak pomyślę, to będzie już ze cztery miesiące… najpierw ludzie myśleli że to jakieś zwierze, ale potem ten i ów zaczął opowiadać o Cieniu… sam nie wierzyłem, zanim nie zobaczyłem na własne oczy ! Zginęło siedmioro ludzi, w tym czwórka dzieci, chociaż kto wie, mogą być i inni, jacyś żebracy na przykład…”
– „Ooo ! My sami nie móc walczyć z ten Cień ! Tylko Pani Słońce móc go zabić, tak !” – czarnoskórego wojownika ogarnął atawistyczny lęk.
– „A jednak zabijemy go !” – potężna Dersagrena zacisnęła usta w wąską kreskę – „Najpierw znajdziemy a potem zabijemy ! Tak !”

– „Przypomnijcie sobie po co tu przyszszliśśśmy ! Właściwie nie obchodzi mnie ten Cień i Was też nie powinien, naszym celem jest Patrikiosss i sstarożytny sssarkofag !” – Thothmekri syczał jak wściekła, acherońska kobra. Cel był już tak blisko, a tu znowu nowe problemy – „Oczywiście że to może być ze sobą związane, ale proponuję ustawić rzeczy w należytej kolejnośści…”
– „Ja myśleć, że to być jego sprawka, tego Patrikiosa ! Ale jak ja mu przysmażyć pięty nad ogniem, on zaraz wszystko powiedzieć !” – Nubu myślał jak zawsze po barbarzyńsku.
– „Nie, nie, nie ! Zrozumcie – on nas potrzebuje, wysłał lisst do swego ucznia Ssscriboniusa, bo sam jest już ślepy i potrzebuje kogoś do pomocy. No i my mamy Klucz, a on Sssarkofag.”
– „Iiii, to nie jest problem….” – Beloso zaczął, ale Thothmekri był na to przygotowany.
– „Nie problem ? Nawet jak już będziemy mieli ten sssarkofag, to czy ktoś w Was wie jak użyć Klucza ? Trzeba odprawić rytuał, ale – jaki nie wiadomo. A Patrikiosss to wie… i powie nam to, jeśli się z nim dogadamy. Potem możecie go sobie przysmażać, czy co tam jeszcze chcecie…”

***

Piątka ludzi jechała konno trawiastą równiną ku odległej winnicy Patrikiosa, zostawiwszy za sobą senne Prevista. Konie szły stępa, ludzie rozmawiali ze sobą, lub milczeli zamyśleni. Do czwórki, którą do starego uczonego sprowadzał starożytny sarkofag, dołączył żylasty Nomad, imieniem Khern. Miał do Patrikiosa jakąś swoją sprawę, ale jej prawdziwą naturę skrywał nieudolnymi kłamstwami, co do tego Thothmekri był przekonany. Zaczynał żałować, że zaprosił nieznajomego do towarzystwa, Khern zamiast ułatwić dostęp do uczonego może jeszcze pogorszyć sprawę. Z drugiej strony nieznajomy zdawał się wiedzieć rzeczy cenne i przydatne. Wspominał że tajemnice te zdradziła mu matka, „Wiedząca”, jak mawiał sam Kern. Według niego Cień z Prevista to najpewniej zły duch, obudzony z grobu przez cmentarne hieny i teraz szukający pomsty na bezczesczycielach. Jakkolwiek nie musiało to wcale być prawdą, sam fakt, że nomad wiedział o istnieniu takich duchów i dzielił się tą wiedzą z taką swobodą, czyniło go cennym, choć kłopotliwym sprzymierzeńcem.

Rozważania Stygijczyka przerwało gwałtowne ujadanie psa. W obejściu mijanego właśnie małego domku, jednego z kilkunastu podobnych, towarzyszących im odkąd wyjechali za rogatki miasteczka, rzucał się na sznurze i skomlał wychudzony kundel. Wszystkich tknęło jakieś przeczucie. Porywczy Kern, a za nim Nubu i Dersagrena zeskoczyli z koni i powoli szli już w kierunku obwiśniętej na zawiasach furtki. Thothmekri spojrzał w stronę domku. Drzwi prowadzące do środka były, o dziwo, szeroko otwarte. W sieni zalegała ciemność. Ale nagle ta ciemność wydała się Stygijczykowi gęstsza, głębsza i bardziej złowieszcza, niż może być zwykły półmrok w zwykłej sieni. W jednej chwili przypomniał sobie opowieści o Cieniu, grasującym w Prevista.
– „Nie wchodźcie tam ! Ta ciemność jest groźna ? Czuję to…”
Zatrzymali się na moment, ale potem znowu ruszyli, weszli do środka, zniknęli w gęstym mroku. Żadnych odgłosów, żadnego szczęku broni, nic. Thothmekri i Beloso, który także został na zewnątrz czekali w napięciu. Po dłuższej chwili wynurzyli się z sieni, niosąc łóżko, na którym spoczywał człowiek. Martwy człowiek, Stygijczyk poznał od razu. Ale uwagę wszystkich przykuła inna rzecz. Kiedy łóżko znalazło się na zewnątrz, w promieniach słońca, głęboki cień opuścił sień, jakby związany był z nieruchomą postacią na łóżku. Teraz głęboki, nienaturalny mrok zaległ pod łóżkiem, jakby bezsilna w obliczu światła słonecznego istota ukryła się tam, szukając ocalenia.
Beloso chlustnął oliwą na łóżko i trupa, a Khern przyłożył ogień. W jednej chwili łóżko wraz ze spoczywającym na nim trupem zamieniło się w gorejące ognisko. Widzieli wyraźnie jak cień pod łóżkiem wije się i kurczy, by w końcu roztopić się w promieniach słońca. Wydawało im się, że słyszeli cichy i nienawistny syk.

***



Piękny Maurus pomógł Patrikiosowi ułożyć się wygodniej przy stole, zastawionym owocami i mięsiwem. Wina nie podano, zgodnie z wolą Pana. Niech „goście” zadowolą się wodą. Nieznajomi przysiedli po przeciwnej stronie, w różnych pozach, znamionujących barbarzyństwo i brak kultury. Gdyby to zależało od Maurusa kazałby ich przegnać. Chociaż ten wielki, muskularny, czarnoskóry wojownik mógłby zostać… Ale on akurat został na zewnątrz. Maurus zamyślił się. Było ich tu siedemnastu, wszyscy młodzi i piękni, w większości jasnowłosi, kupieni za dobry pieniądz na targu w Messantii. Służba była lekka i nawet przyjemna, Pan łaskawy i hojny, jedynie noce były pełne grozy, od czasu gdy pojawił się Cień. Ale złote wino pogrążało ich w słodkim śnie, Cień nie miał wtedy do nich dostępu. Czyżby dlatego obcym nie podano wina, czyżby mieli zostać w domu Pana na noc i spotkać się z Cieniem ? Umysł Maurusa nie przywykł do skomplikowanych łamigłówek, nie do rozwiązywania szarad go przyuczono, ale do zapewniania rozkoszy, zmęczył się więc i zajął innymi, przyjemniejszymi myślami…

– „Mówicie, że przysłał Was Scribonius ? Gdzie on teraz jest ?” – starczy głos Patrikiosa wyrażał lekką nieufność, stosownie do sytuacji.
– „Nie żyje. Został zabity przez zingariańskiego bandytę imieniem Osoria, kiedy szukał Klucza…” – głos Thothmekriego był tak beznamiętny jak to tylko możliwe.
– „Mógłbym pomyśleć, że to Ty nazywasz się Osoria i że przyszedłeś teraz mnie zabić…” – starzec powiedział to tak swobodnie jakby miał to być żart.
– „Wtedy nie powiedziałbym Ci o tym. Przychodzimy aby pomóc Ci poznać wielką tajemnicę. Pisałeś do Scriboniusa by był Twymi oczyma. On już nie będzie, ale ja mogę…”
– „Czy macie Klucz ?” – przerwał gospodarz.
– „…Możemy mieć…” – zaczął ostrożnie Thothmekri. Zapadła chwila milczenia. Stygijczyk wpatrywał się z napięciem w twarz starca, ale jego oczy nie mogły przebić bielma na oczach ślepca i wejrzeć do jego umysłu. Czy Patrikios był tylko uczonym, czy jednak czarnoksiężnikiem ? Po dłuższej chwili gospodarz westchnął.
– „No cóż, muszę rozważyć Waszą propozycję. Oferuję Wam pokoje w moim domu, odpocznijcie, a jutro odpowiem, czy ją przyjmuję. Ale zanim odejdziesz uściśnij dłoń starca Stygijczyku, na znak przyjaźni…” – Patrikios wyciągnął ku Thothmekriemu drżąca, pomarszczoną dłoń. Na wskazującym palcu tkwił wielki, srebrny pierścień, z wprawionym matowym, czerwonym kamieniem.
Ujrzawszy pierścień Khern nerwowo zamachał rękami, dając Stygijczykowi znak, by nie dotykał wyciągniętej dłoni. Thothmekri zawahał się, dłoń Patrikiosa zawisła w powietrzu, a wtedy nomad wyciągnął swoją i uścisnął prawicę starca. Gospodarz rozpromienił się, a gdy cofnął rękę wszyscy dostrzegli, że delikatnie potarł pierścień, jakby smakując ten dotyk z rozkoszą.

***

Zbliżała się noc. Czwórka awanturników siedziała w domku w granicach winnicy Patrikiosa, ale w pewnym oddaleniu od jego okazałego domostwa. Tu ich umieścił gospodarz, gdy oznajmili mu, że nie chcą spać bez broni. Po południu do domku przybył jeden ze służących starcowi pięknych młodzieńców, z wieścią, że „Pan przemyślał wszystko i postanowił odrzucić ich propozycję”. Gdy jednak na to Khern polecił mu powtórzyć Panu, że uścisnął jego, a nie Thothmekriego prawicę, wrócił przed samym wieczorem, tym razem z zapewnieniem, że Patrikios jednak chętnie się z nimi spotka, choć musi poczynić pewne przygotowania. Nomad pojechał w ślad za gońcem, by przyjrzeć się z bliska o jakie przygotowania może chodzić, a pozostała czwórka debatowała od pół godziny co najlepiej uczynić. Nubu chciał natychmiast atakować dom Patrikiosa, Thothmekri nalegał na poczekanie do rana i sprawdzenie intencji starca, Beloso chciał przeczekać noc, a rano zaatakować, a Dersagrenie było wszystko jedno. Wszyscy jednak zgadzali się, że najbezpieczniej będzie nie spać w domku, którego użyczył im Patrikios.

– „Widziałem potwora ! Wyglądał jak z kamienia, strzały się go nie imają, nie wiem czy miecze dają mu radę !” – Khern, który właśnie wrócił z rekonesansu pod willą Patrikiosa, przyniósł sensacyjne wieści. Stary uczony miał na swe usługi golema. Jeśli sam go stworzył, to musiał być potężnym czarnoksiężnikiem, choć mógł też go kupić, albo ukraść, co samo w sobie było niemal równie wielkim wyczynem. Thothmekri słyszał to i owo o golemach, ale do jakiego rodzaju należał ten Patrikiosowy nie był w stanie stwierdzić. Tymczasem ściemniło się już niemal zupełnie, zapalili więc małe ognisko i czekali co przyniesie noc.

***

Cień przyszedł od strony małego domku, użyczonego im przez gospodarza. A więc to jednak najprawdopodobniej sam Patrikios nasłał go na nich, kto inny mógł wiedzieć, że tam się zatrzymali ? Ale nie zastawszy tam swych ofiar, Cień poszedł ich śladem i zaatakował obozowisko. Thothmekri i Nubu, wiedząc że walka z bezcielesnym przeciwnikiem jest beznadziejna, od razu wskoczyli na konie i chcieli uciekać, ale pozostał trójka postanowiła spróbować szczęścia w walce. Jak się jednak można było spodziewać, ani ich broń, ani pochodnie, ani nawet starożytny acheroński miecz, będący częścią klucza do sarkofagu Patrikiosa, nie potrafiły wyrządzić widmu żadnej szkody. Za to jego dotyk był zabójczy. Beloso, którego dotknęła utworzona jakby z czarnego, skręconego na kształt splątanych bandaży dymu ręka, poczuł jakby jego serce miało za moment stanąć. Opadł bezsilnie na kolana, czując jak opuszczają go wszystkie siły. Widząc to Nubu pognał konia, chcąc porwać towarzysza na siodło, ale źle wymierzył i omal nie stratował Zingaryjczyka. Jednostronna walka przybierała coraz gorszy obrót i w końcu Dersagrena i Khern musieli przyjąć do wiadomości, że nie są w stanie zwalczyć bezcielesnego widma. Wskoczyli na konie i wszyscy pognali ku willi Patrikiosa. Wszystko wskazywało, że ten Cień był jego sprawką i czas najwyższy, by odpowiedział za swoją zbrodnię.

Do wnętrza willi awanturnicy przedostali się po dachach. Srodze się pokaleczyli, schodząc do wnętrza przez świetlik w toaletach, Nubu skręcił nogę w kostce, a Thothmekri spadł z dwóch metrów i potłukł się dotkliwie. Teraz, kiedy byli już w środku, musieli znaleźć w istnym labiryncie pokój czarnoksiężnika, stawiając po drodze czoła golemowi i być może umykając Cieniowi, którego zgubili, pędząc przez winnicę na złamanie karku. Rozległe domostwo pogrążone było w ciszy, ale ciemności rozjaśniało migotliwe światło rozwieszonych na ścianach oliwnych kaganków, napełniających powietrze wonnym aromatem. Kroki awanturników rozlegały się wyraźnie, ale na razie żadne inne odgłosy nie zakłócały panującej ciszy. Tak doszli do pokoju za atrium, w którym minionego dnia przyjmował ich gospodarz. I wtedy w ciszy usłyszeli całkiem bliskie, ciężkie kroki. Posadzka drżała pod stopami awanturników, łoskot przybierał na sile – korytarzem prowadzącym do atrium szedł golem. Thothmekri rozłożył przy wejściu drewniane kołki, które znalazł w kuchni, na których golem mógł się pośliznąć, a Dersagrena, Nubu i Khern chwycili za tłuczki i drewniane kłody. Czekali.

Golem wynurzył się z półmroku korytarza i wszedł w światło kaganków. Olbrzymia bryła khitajskiej terakoty poruszała się nadzwyczaj, jak na swoją masę, żwawo. Thothmekri szukał wzrokiem jakichś słabych punktów na ciele potwora, czarnoksiężnicy tworzący te monstra zostawiają bowiem czasem ożywiające je magiczne tabliczki na wierzchu, aby móc w razie nagłej potrzeby unieruchomić swe dzieło, gdyby wyrwało się spod kontroli. Ten jednak golem niczego takiego nie miał, widać jego twórca pewny był swej sztuki. Została więc tylko walka.

Monstrum weszło pewnie na drewniane kołki, ale zamiast pośliznąć się na nich i przewrócić, zmiażdżyło je po prostu swym wielkim ciężarem. Wojownicy uderzyli, łupiąc terakotowe ciało kuchennymi tłuczkami i drewnianą ławą, a golem nie pozostał im dłużny. Khern uderzony ciężką ręką, przeleciał w powietrzu niemal kilka kroków, grzmotnął ciężko o posadzkę i legł, jęcząc cicho. Dersagrena wytrzymała cios, a Beloso, korzystając że uwaga golema skupiona jest na potężnej wojowniczce rozsypał u jego stóp kamienie do swej procy. Nubu grzmotnął golema trzymaną w obu rękach ławą, poleciały terakotowe okruchy i potwór zachwiał się. Postąpił krok w bok, by złapać równowagę i wkroczył na rozsypane przez Belosa kamienie. Przez krótki moment chwiał się i ślizgał, a potem nareszcie runął, wzbijając pył ze zgruchotanej ręki. Ale nie zginął, próbował wstać pod gradem ciosów. Kilka razy udało się Dersagrenie i Nubu skutecznie uderzyć, a Beloso zdziwił się niezmiernie, że zamachnąwszy się swą procą odłupał od golemowego ciała pokaźny kawał terakoty, ale w końcu bestia ponownie stanęła na nogach i zamachnęła się ocalałą masywną ręką. Jednak siateczka pęknięć pokrywała już jego tors i kiedy tłuczek Dersagreny uderzył po raz kolejny golem zachwiał się znowu, po czym runął i rozleciał się na drobne kawałki.

Jeszcze nie opadł pył po walce, a Thothmekri jeszcze nie skończył bandażować obitego Kherna, kiedy z półmroku korytarzyka prowadzącego z atrium wyłoniła się kolejna postać. Ta jednak nie kroczyła pewnie, powodując drżenie podłogi, ani też nie sunęła bezszelestnie przyćmiewając światło. Zataczała się niepewnie, opierając co kawałek o ścianę, a kiedy dotarła nareszcie w krąg światła ukazało się urodziwe oblicze jednego z Patrikiosowych służących. Teraz jednak oblicze to było poczerwieniałe od wina, a jego głupkowaty wyraz świadczył wyraźnie, że służący nie za bardzo wie co się wokół niego dzieje.

***

Piątka awanturników stanęła przed osobliwymi drzwiami, w których srebrzyła się okrągła, rzeźbiona w osobliwe wzory płyta. Beloso stwierdził, że to skomplikowany zamek i zabrał się za jego otwieranie, ale pomruki niezadowolenia, które wydawał, świadczyły że nie idzie mu zbyt dobrze. Pijany służący, imieniem Lucus, oparł się o ścianę i chyba zapadł w drzemkę. Bez żadnych oporów zaprowadził ich aż tutaj, gdzie jak twierdził spał Pan, ale wspomnienie o dalszej drodze wzbudzała w nim panikę. Przy okazji opowiedział im o Cieniu i poczęstował winem, które miało podobno chronić przed jego atakami, w każdym razie wszyscy domownicy Patrikiosa raczyli się nim co wieczór i bez kłopotów dożywali ranka, zmagając się co najwyżej z paskudnym kacem. Teraz więc wszyscy pokrzepili się tym napojem, choć Thothmekri i Beloso mieli po nim zwidy, widać do wina dodano jakiegoś narkotyku.

Kiedy tak stali, a Beloso zmagał się drzwiami, światło na końcu korytarza którym tutaj przyszli nagle przygasło. Wszyscy zamarli. Mrok przesuwał się szybko w ich stronę i oto zaczęli już rozróżniać pasma ciemności, układające się w kształt jakby bandaży mumii i malutkie, żarzące się, czerwone punkciki w miejscu oczu. Cień pędził na nich, pochłaniając światło kolejnych kaganków.
– „Szybko, daj mi miecz !” – rzucił Khern do Thothmekr’iego. Stygijczyk bez słowa podał mu wąski miecz o pozłacanej rękojeści, prastary acheroński klucz do sarkofagu. Khern zamknął oczy i przez moment zastygł w skupieniu. Ale zaraz oddał miecz uczonemu. – „Nie mogę go uaktywnić. Może Ty to potrafisz ?”
Thothmekri wziął starożytną klingę w dłonie. Cień był już zaledwie o parę metrów. Podjął decyzję, wystąpił krok do przodu, wyciągnął przed siebie wąskie ostrze.
– „Na moc Seta ! Ani kroku dalej !” – nagle poczuł jak jego Moc wypływa z niego i wypełnia wyciągnięte ku cieniowi ostrze. Uderzył. Cień skulił się, trafiony, zasyczał i odpełzł kilka kroków. Ale moc wysączyła się z ostrza. Thothmekri znów skupił się i przelał część swej siły w miecz. Cień zaatakował i wpił widmowe pazury w ciało człowieka. Stygijczyk poczuł chłód paraliżujący jego członki, zachwiał się, odstąpił. A więc jednak cudowne złote wino nie zapewniało nietykalności, a może wypili go zbyt malo ? Nie było jednak czasu na rozmyślania, Cień zaatakował znowu, Thothmekri odstąpił słaniając się na nogach. Ale inna dłoń chwyciła niemal wypuszczony z dłoni acheroński miecz. Dersagrena chwyciła magiczne ostrze i uderzyła po barbarzyńsku, znad głowy, potężnym zamachem ramion przecinając Cień na pół ! Widmo zaskomlało cicho, zwinęło się w mały kłębek i pomknęło z powrotem korytarzem w głąb domu. Nikt go nie ścigał.

***

Nareszcie byli u celu. Niewielka krypta pokryta była acherońskimi napisami, na dwóch ścianach stały rzędy ksiąg, a na środku czernił się wielki, kamienny Sarkofag. Wielki skarb, pradawna tajemnica legendarnego Imperium. Thothmekri nie mógł się powstrzymać, by nie podejść bliżej. Ale Sarkofag nie był już zamknięty. Między skrzynią, a wiekiem ziała niewielka szczelina, a mrok wewnątrz wydawał się głębszy i jakby namacalny. Nigdzie nie było widać Patrikiosa, choć Lucus przysięgał, że Pan śpi właśnie w tej tajemnej komnacie. Stygijczyk szukał wzrokiem zamka na sarkofagu, do którego pasowałby znaleziony w górskiej zapomnianej świątyni klucz. Jego wzrok padł na kwadratowe wycięcie w wieku, zdaje się, że ten kwadratowy wisior z naszyjnika znalezionego w urnie pasowałby do tego wycięcia… Thothmekri zrobił krok w kierunku sarkofagu, a w tej chwili wprost ze ściany wyskoczył Cień ! Widmowe pazury wbiły się w ciało Stygijczyka, który padł do tyłu jak szmaciana lalka. Ale Khern, który dzierżył nasączony energią starożytny miecz doskoczył o widma i wbił ostrze w skłębiony mrok. Rozległ się syk, widmo na powrót wtopiło się w ścianę. Thothmekri powstał i znów postąpił chwiejnie w kierunku sarkofagu. Nagle wprost ze ściany za nim wyskoczył Patrikios, szaleństwo w oczach i zakrzywione palce czyniły go podobnym do dzikiej bestii. Ale zanim spadł na plecy Stygijczyka, niechybny miecz Dersagreny zdjął jego siwą głowę z cienkiej szyi. Thothmekri oparł się jedną ręką o płytę, a drugą wsunął kwadratowy wisior w zagłębienie i przekręcił. Rozległ się paniczny jęk i Cień, jakby wyssany ze ściany przez przemożną siłę zniknął w mrocznym wnętrzu sarkofagu, a wtedy płyta wieka ze zgrzytem opadła na skrzynię. Sarkofag został ponownie zamknięty.

***

Piątka awanturników jechała wolno drogą. Prevista i winnica Patrikiosa zostały dobre kilka dni drogi za nimi. Każdy z nich zdobył dla siebie coś cennego: Dersagrena i Nubu dumę ze zwycięstwa, Beloso i Khern cenne drobiazgi, a Thothmekri zebrane przez lata przez Patrikiosa księgi. Starzec stracił wzrok o parę lat za wcześnie, nie doczytał, że w sarkofagu pochowany został potężny acheroński kapłan, który po śmierci mocą zaklęcia przemienił się w upiora. Żadnych innych tajemnic tam nie ukryto. Uwolniony mocą jakiegoś plugawego rytuału, ale nie kontrolowany duch kapłana wysysał życie śmiertelników, ale wiele z jego ofiar przemieniło się po śmierci w podobne mu Cienie, tyle że mniejsze i słabsze. Te zniszczyli mieszkańcy Prevista, zburzywszy bazylikę na cmentarzu, w której schroniły się upiory. Wystawione na promienie słońca zginęły. Piękni chłopcy Patrikiosa po śmierci Pana rozpierzchli się, a winnica starego czarnoksiężnika zarosła chaszczami. Nie odnaleziono jego pierścienia z wielkim, matowym, czerwonym kamieniem, za pomocą którego starzec mógł wysysać magiczną moc z innych obdarzonych darem. Jego własna energia opuściła go na zawsze, dlatego wezwał swego ucznia. To nie oczy, ale magiczna moc Scriboniusa była potrzebna Patrkiosowi. Starożytny acheroński sarkofag pozostał w tajemnej komnacie willi, nikt go tam nie znajdzie, ani go nie otworzy. Kiedyś, kiedy jego moc będzie dostateczna, Thothmekri wróci tam i dopełni właściwego rytuału, zyskując potężnego nieumarłego sługę, który będzie musiał podzielić się swą zaginioną dawno wiedzą z nowym Panem.

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Conan ,

Comments are closed.