Pajęczy jedwab

Część I „Gdy odpoczywasz, wróg ćwiczy”

Historia, którą dziś Wam opowiem miała swój początek wczesną wiosną, gdy w prowincjach Jednorożców zielenieją łąki, kupcy zacierają ręce myśląc o zyskach, a samuraje szykują się do letnich wędrówek. W takim to czasie daimyo Shinjo Takeda, wybrał czterech spośród cieszących się jego gościną samurajów, by jako yoriki dokonali objazdu jego rozległych ziem i po powrocie zdali relację z pracy namiestników i panującego porządku. Zaszczytne to zadanie przypadło trzem samurajom z klanów ościennych, a co poniektórzy cichaczem i złośliwie komentowali, że daimyo wysyła tę trójkę, żeby wytrzęśli nienawykłe do jazdy konnej siedzenia na bezdrożach, zamiast siedzieć w zamku i knuć. Czwarty yoriki, Shinjo Masahiro miał (wedle nieżyczliwych) pełnić rolę nadzorcy, żeby obcy nie wleźli tam, gdzie nie trzeba. Tyle na temat tej wyprawy mówiły dworskie ploteczki.

Jakie by nie były prawdziwe powody, samuraje wyruszyli w podróż, podziwiając z grzbietu wierzchowców (w przypadku Smoka, darowanego wierzchowca) bogate ziemie prowincji Junan. Ponieważ jako przedstawiciele władzy mieli na uwadze utrzymanie owego bogactwa, gdy zobaczyli, jak w jednej z mijanych wiosek heimini zamiast w pocie czoła pomnażać majątek daimyo tworzą podejrzane zbiegowisko przy zajeździe, nie omieszkali zbliżyć się, by zbadać sprawę. Okazało się, że powodem sensacji był dogorywający heimin, ofiara rozbójników nawiedzających okolicę i drwiących sobie z namiestnikowskiej sprawiedliwości. Duch buntu zaszczepiony przez podłych rzezimieszków przeniknął już do wsi, czego oznaką było to, że gospodarz, niejaki Musaki, nie zaproponował dostojnym gościom kąpieli! Oczywiście został przykładnie, choć niezbyt surowo ukarany, a następnie samuraje, po uprzejmym, acz przydługim sporze na temat kwestii honoru, udali się na oględziny rannego heimina. Ten w międzyczasie taktownie odszedł do przodków, by nie narzucać się szlachetnie urodzonym swoim rzężeniem, a co gorsza broczeniem krwią.
Gdy gospodarz wrócił po odbyciu pokuty (krzyczał na środku wioski, że jest niegodny i nieumiejętny, bijąc przy tym zamaszyście głową w ziemię) nakazał przygotowanie kąpieli i samuraje mogli obmyć się z trudów podróży, a na następny dzień pokrzepieni wyruszyć w drogę (trzeba przy okazji wspomnieć, że Musaki ponownie musiał się pokajać na środku wioski, tym razem przepraszając za podłą jakość swojej sake, którą raczyli się upić jak świnie dostojni goście). Jednak, aby dać bandytom choćby cień szansy, wpierw samuraje rozprawili się sami ze sobą i w pojedynku na bokkeny, szlachetny Mierumoto pobił wpierw pana Kakitę, potem pana Shinjo. Pan Shinjo poprawił sobie humor, jako drugi ucząc pana Kakitę pokory i tak, lekko obici ale szczęśliwi, samuraje wyruszyli dalej. W międzyczasie jeszcze przedyskutowali wiele ciekawych kwestii dotyczących pojedynków, a pan Doji podzielił się opowieścią o Mistrzu Miecza, który zaatakowany od tyłu włócznią przez jeźdźca, zostawił sobie jej grot (wpierw nie pozwoliwszy mu sięgnąć celu odciął go ciosem miecza) bo jeźdźcem owym był inny Mistrz. Jak widać, mistrzowie podstępnych pchnięć włócznią w plecy są równie poważani jak mistrzowie iaijutsu.

Nie minęło wiele czasu, a samuraje usłyszeli głosy potyczki i ujrzeli, jak jakiś ronin mierzy z łuku do niewidocznego dla nich celu. Pan Shinjo celnie wypuszczoną strzałą wykluczył ronina z dalszej walki, a cała czwórką jak jeden mąż ruszyła na odsiecz domniemanym ofiarom. Ofiary były, samuraj-kupiec i jego yojimbo, resztkami sił broniący wozu, na który zapewne chrapkę mieli bandyci sztuk trzy przy wozie i dwie kolejne z łukami kawałek dalej. Panowie Kakita i Mirumoto natychmiast ruszyli do walki, za nimi pan Shinjo z łukiem w ręku wypatrujący okazji, by znowu kogoś postrzelić, oddział zaś zamykał pan Doji, który z pochyloną nisko głową i wojowniczym ogniem w oczach przypominał demona śmierci nie lękającego się spotkania z nikim. Pomiędzy panami Kakitą i Mirumoto, a bandytami doszło do szybkiej wymiany ciosów, powietrze w obie strony przeszyły kolejne strzały, wreszcie bandyci leżeli martwi, a pan Doji przestał przypominać demona śmierci i odetchnął z ulgą, że już po wszystkim. Niestety wraża strzała dosięgła pana Shinjo, ale dosięgła niewystarczająco skutecznie, bo wciąż mógł chodzić o własnych siłach. Poczuwał się najwyraźniej do obowiązku poprawienia fuszerki pozostawionej przez bandytę, gdyż przy próbie usunięcia strzały ze swoich trzewi popchnął ją w niewłaściwą stronę i padł na kolana.

Uratowany samuraj przedstawił się jako Shinjo Kumori, kupiec bławatny, podziękował serdecznie za uratowanie życia i dobytku, zaprosił do swojego składu w pobliskim mieście i do domu rodziców w pobliskiej wiosce, po czym zaproponował wspólną podróż do zajazdu, w którym bohaterowie niedawno nocowali. Zabrawszy ciężko rannego ronina, który padł w potyczce jako pierwszy i jako jedyny jeszcze żył, cała grupa udała się w drogę powrotną. Bystrym oczom panów Shinjo Masahiro i Mirumoto Tokashi nie uszło uwagi, że pan Shinjo Kumori wiezie mnóstwo wiklinowych skrzyń – postrzelony Shinjo Masahiro zaczął coś bełkotać o tym, że w jakiejś legendzie stało, iż w wiklinowych skrzyniach mieszkają oni, ale zważywszy na to, że wiklinowych skrzyń jest w Rokuganie cokolwiek więcej niż oni, pan Kumori nie został z miejsca oskarżony o bycie pomiotem Fu Lenga.

Na uprzejmą propozycję pana Shinjo Kumori, by pan Masahiro ze względu na sterczącą z niego strzałę zajął miejsce na wozie, ten równie uprzejmie odmówił, stwierdzając, że o wiele lepiej będzie mu się jechało w siodle. Następnie, po przejechaniu kilkuset metrów zwalił się malowniczo z siodła w kurz drogi, dzięki czemu nie do końca w zgodzie z własną wolą resztę podróży do zajazdu odbył otoczony podejrzanymi wiklinowymi skrzyniami. Niewątpliwie, gdyby nie zasady grzeczności, pozostali samuraje mieliby z upadłego Shinjo wiele radości.

Część II „Czy wróbel może zbierać drewno?”

Po powrocie do zajazdu okazało się, że krnąbrność pospólstwa nie zniknęła wraz rozgromieniem bandytów. Gospodarz zajazdu ponownie nie zaproponował kąpieli! Tego było już za dużo i kara była surowsza, choć bez walenia głową o ziemię i krzyków się też nie obyło. Nie pomogły nawet dwie młodociane córeczki podesłane do kąpieli panu Doji (który, jak przystało na dworzanina wolał chłopców z grzywką od hożych wieśniaczek, zboczeniec jeden).

Pan Doji był mocno pobudzony i cały czas opowiadał o torturach w kontekście schwytanego ronina. Ten, gdy tylko się przebudził, zapytał o swoje miecze, po czym zapewnił pana Doji, że go zabije, w tym bądź w przyszłym życiu. Na stwierdzenie, że w obliczu swych niegodnych uczynków w przyszłym życiu zapewne zostanie płazem, zachmurzył się i umilkł. Jeszcze zanim umilkł, wytknął samurajom to, że nie pogrzebali godnie zwłok jego kompanów, co samuraje przełknęli jak rzeczonego płaza i czym prędzej oddelegowali do tej roboty kilku eta.

Nadszedł czas na poznanie bliżej uratowanego pana Kumori. Był on synem zarządcy wioski,  a kupcem bławatnym został po tym, jak musiał zrezygnować z kariery wojownika z powodu utraty trzech palców podczas pojedynku. Handlował doskonałym jedwabiem, między innymi najdelikatniejszą jego odmianą, noszącą nazwę pajęczego jedwabiu. Rozpływał się przy tym w podziękowaniach i zrobił na samurajach całkiem niezłe wrażenie (choć jako bogaty kupiec wiozący wiklinowe skrzynie był z założenia postacią podejrzaną i mętną).

Następnie yoriki rozpoczęli oficjalne przesłuchanie ronina (obyło się bez tortur). Wywiedzieli się od niego, że bandyci napadali podróżnych bo nie mieli co jeść i mieli kryjówkę w głębokim lesie. Samuraje uznali te rewelacje za nie dość ekscytujące, bo postanowili kryjówkę odnaleźć i sprawdzić, czy nie ma w niej więcej takich niebieskich ptaków, czy też srebrnych monet. Ronin zgodził się ich zaprowadzić na miejsce, za co obiecano mu możliwość popełnienia seppuku, a pan Doji wykazał się honorem i odwagą oddając mu na słowo oba miecze. Podróż do kryjówki przebiegła bez przygód, a na miejscu znaleziono jedynie resztki łupów. Tu po raz kolejny pojawiły się kwestie honoru, bo pan Kakita, chciwy pojedynkowania się z kimkolwiek, kto byłby w stanie utrzymać miecz, zaproponował roninowi pojedynek, przy okazji odmawiając mu należnego szacunku. To trochę oburzyło pozostałych samurajów, ale pan Kakita bronił się cytatami z Tao Shinsei, a że nikt nie miał ochoty znowu się pojedynkować, postanowiono rozstrzygnięcie pozostawić Fortunom. I tak, pan Kakita stanął z roninem do pojedynku i pokazał swój kunszt, pozbawiając go honorowo życia i tym samym skazując pana Doji na śmierć z łap żaby, w tym lub w przyszłym życiu.

Uznawszy bez sprzeciwu ten wyrok Fortun, samuraje wybrali się w dalszą drogę, która wypadała im przez stanicę namiestnika, pana Shinjo Yamagiri. Namiestnik, zapalczywa głowa, na wieść o bandytach zaczął wypytywać o nastroje wieśniaków, czy aby nie chcą się buntować i nie gromadzą broni. Pan Mirumoto dał mu do myślenia, pytając filozoficznie „Czy wróbel może zbierać drewno”. Na drugi dzień namiestnik przyszedł z odpowiedzią: może, ale tylko w tartaku, gdzie jest pocięte na wiórki (to ci łebski urzędnik!). Niestety, niedługo się cieszył ze swojej przemyślności, bo pan Doji wyjaśnił mu, że w takim razie heimini mogą zbierać broń tylko w jego własnej zbrojowni (gdzie jest pocięta na wiórki?) i pan Yamagiri natychmiast przeprosił gości i poszedł do zbrojowni by przeprowadzić stosowne śledztwo w tej materii. Gdy tylko zawezwany shugenja doprowadził postrzelonego dwa dni temu pana Masahiro do stanu używalności, yoriki nie czekając na wyniki śledztwa ani na kolejny odcinek filozoficznej dysputy z namiestnikiem wyruszyli dalej w drogę.

Część III „Pewność zabija możliwość”

W rodzinnej wiosce pana Shinjo Kumori, na spotkanie yoriki wyszła starsza szlachcianka, jak się wkrótce okazało Shinjo Sanuko,  matka kupca, przyodziana w przewspaniałe jedwabne kimono, godne co najmniej żony daimyo. Dowiedziawszy się kim są goście, natychmiast zaproponowała kąpiel (och, co za ulga!) oraz nocleg.

Dom był pięknie urządzony i zamożny, widać było, że rodzice pana Kumori mają dobry gust, a on sam nie szczędzi pieniędzy. Po kąpieli, przy herbacie pani Sanuko wyznała, że pan Shinjo Rizawa, jej mąż wyruszył kilka dni temu do pobliskiej wioski eta, gdzie zniknęło kilkoro dzieci, porwanych ponoć przez jakiegoś potwora z lasu. Na samo wspomnienie o potworach, samuraje od razu chcieli jechać panu Rizawa na odsiecz, ale w końcu stanęło na tym, że pojadą, jeśli nie zjawi się do rana. Reszta wieczoru upłynęła na raczeniu się muzyką (popisywali się: pan Masahiro, pan Kakita i sama pani Sanuko, ale to pan Kakita popisał się najbardziej i jego muzyka najmocniej chwyciła wszystkich za serce) przed snem samuraje uprzejmie wysłuchali też wyjątkowo niejasnej wersji legendy o oni z plecionej skrzyni, która nieudolnie popisał się pan Shinjo. Podejrzliwy pan Doji wieczorem namalował jakiś demaskatorski obraz, którego nie chciał nikomu pokazać, a rano, czyniąc dwuznaczne aluzje wręczył pani Sanuko, ale potem okazało się, że trafił kulą z broni gaijinów w płot.

Rano oczywiście pan Rizawa się nie zjawił, więc yoriki w asyście przewodnika i bez koni wyruszyli do wioski eta. Na miejscu znowu zastali zbiegowisko (czyżby umysł namiestnika niczym spadający kamień przebił wszystkie zasłony i uderzył w prawdę, jaką były niepokoje wśród ludu?). Tym razem ludzie (a raczej nieludzie) kupili się wokół rozpaczającej kobiety i wielkiego, pająkopodobnego potwora z twarzą dziecka! Widok był zaiste przerażający i tylko wychowanie w duchu bushido pozwoliło samurajom zapanować nad drżeniem łydek i przemożną chęcią udania się gdzie bądź indziej. Za pośrednictwem przewodnika yoriki wywiedzieli się, że pan Rizawa kilka dni temu pokręcił się po wiosce i przepadł, a dzieci znikały co jakiś czas już od dawna. Stwór taki pojawił się w wiosce po raz pierwszy i eta zatłukli go w czynie społecznym motykami, nie zważając na protesty matki, która w koszmarnym, wyposażonym w ociekające jadem kły pysku potwora rozpoznała swojego zaginionego synka. I tu bohaterscy samuraje utknęliby w martwym punkcie, gdyby nie to, że pajęczak zostawiał za sobą pasma lepkiej nici, nie zważając więc, że droga prowadzi w ciemny las, a ma się już ku zachodowi, wraz z przewodnikiem niosącym dwa lampiony ruszyli po nitce do kłębka.

Noc zastała ich głęboko w lesie. Mieli to szczęście, że nie musieli polegać na tropicielskich talentach pana Shinjo Masahiro, bo zostaliby w lesie na dłużej. Bystre oczy samurajów dostrzegały kolejne srebrzyste nitki połyskujące w promieniach księżyca, co więcej, dostrzegały je coraz częściej! Był to nieomylny znak, że zbliżają się do celu. I rzeczywiście – wkrótce stanęli przed niepozorną chateńką, wokół której nitek było zdecydowanie zbyt dużo, by mógł to być zbieg okoliczności. Nie zdążyli nawet porządnie się naradzić, gdy drzwi odsunęły się ze skrzypieniem i w progu stanęła siwowłosa staruszka.
Babcia zaprosiła gości do środka, ale nie czuło się od niej spodziewanej usłużności – tyle czasu sama w lesie, to zapomniała, kto ją może ściąć pod lada pretekstem, albo i bez! Nawet pojawiły się nieśmiałe propozycje ścięcia babci, ale ciekawość zwyciężyła i panowie Kakita oraz Mirumoto zaczęli ją rozpytywać o to, a potem nawet o owo. Samuraje zwrócili też uwagę na stojące w kącie krosna, na których babuleńka przędła delikatny jedwab z ohydnych pajęczych nici! Naciskana gospodyni najpierw mówiła do rzeczy, przyznając się do konszachtów z duchami, ale kładąc je na karb konieczności i jakiejś niejasnej klątwy, potem zaczęła się coraz bardziej gubić. W międzyczasie, za papierowymi ścianami pojawiły się cienie wielkich pająków… Gdy cieni było już więcej niż samurajów, Kumo-onna przestała łgać, zrzuciła maskę i objawiła się samurajów w całej swej strasznej postaci. Bohaterowie spostrzegli, że stoją w oplecionych pajęczyną ruinach, a za towarzystwo mają wielką pajęczycę i całe stado jej głodnych dzieci, z na poły ludzkimi twarzami!

Pająki rzuciły sieciami i jadem, samuraje dobyli mieczy – padły pierwsze ciosy, panowie Kakita i Mirumoto po krótkiej walce rozsiekali kobietę pająka, pan Shinjo Masahiro wierną nagamaki zlikwidował kilka mniejszych potworów, a pan Doji zdołał zachować się z godnością, co nie udało się przewodnikowi. Po walce i oswobodzeniu się z lepkiej nici, którą był szczególnie mocno posklejany pan Kakita (to zdecydowanie nie były jego najlepsze dni), samuraje dostrzegli dwa kokony. Pan Mirumoto chciał je dla zasady naszpikować strzałami, ale został powstrzymany przez towarzyszy i z kokonów wydobyto podtrute, ale żywe dzieci eta. Przewodnik zajął się nimi jak należy, niezłomni samuraje stanęli na straży i tak doczekali świtu. Nim ten nadszedł spalili jeszcze krosna pajęczycy i ciała potworów, przez co ich szaty naszły ohydnym smrodem. Doszła też do nich straszna prawda – pajęczy jedwab, którym tak chętnie handlował pan Kumori był zrobiony z nieczystej pajęczej przędzy! Na samą myśl o takim plugastwie samurajom cierpła skóra i choć pojawiły się kolejne kwestie filozoficzne (prawdziwy jedwab robiony jest z przędzy jedwabników, które są na oko niewiele mniej plugawe niż pająki) to wyjaśniwszy sobie wątpliwości mądrością boskiego hantei (który przecież na pewno wspomniałby o jedwabiu tkanym z pajęczej przędzy, gdyby coś takiego było do pomyślenia) postanowili ukarać niegodnego kupca.

Cała grupa powróciła wpierw do wioski eta, gdzie dzieci zostały oddane rodzicom, a następnie yoriki nie tracąc czasu wyruszyli rozmówić się z rodzicami pana Shinjo Kumori, których podejrzewali o przynajmniej bierny udział w plugawym procederze.

Pana Rizawę wraz z młodszym synem spotkali po drodze i nie wdając się w szczegóły pozwolili się ponownie zaprosić w gościnę. Wietrząc zasadzkę w kąpieli nie rozstawali się z daisho, czym urazili gospodarzy, ale poczuli się lepiej. Wreszcie, zmieniwszy szaty zasiedli do przesłuchania. Przesłuchanie prowadzili panowie Doji i Mirumoto (pan Shinjo kiwał mądrze głową, a pan Kakita milczał, jak przystało na samuraja, który obraca lepiej mieczem niż językiem) i początkowo kluczyli wokół tematu starając się na czymś złapać pana Rizawę, ale im bardziej zbliżali się do sedna tajemnicy, tym jaśniejszym się okazywało, że pan Rizawa to dobry samuraj, a o bezeceństwie starszego syna nie miał pojęcia (tylko dlaczego nadał mu takie pajęcze imię – kumo oznacza przecież pająka!). Wreszcie yoriki zagrali w otwarte karty, a pan Doji wyczulonym dotykiem poznał, że kimono pani Sanuki jest zrobione z pajęczej przędzy! Dla wszystkim prócz pana Mirumoto był to aż za dobry dowód, jednak samuraje okazali litość i pozwolili załamanym rodzicom plugawego Kumori zmazać hańbę z rodziny. Na drugi dzień nieszczęsny pan Rizawa popełnił seppuku (pan Shinjo na coś się przydał ścinając mu elegancko głowę) a pani Sanuki zadźgała się sztyletem. Cała ceremonia bardzo przypadła do gustu panu Doji, zaś pan Mirumoto był niezadowolony wciąż mrucząc pod nosem, że „pewność zabija możliwość” i że yoriki zbyt pochopnie pozbyli się problemu. Młodszy syn pana Rizawy pożegnał gości, którzy wnieśli do jego domu nieszczęście, a ci, zadowoleni (prócz pana Mirumoto) z dobrze wypełnionego obowiązku wyruszyli, by opowiedzieć o wszystkim panu Shinjo Takeda i rozprawić się z niegodnym Kumori.

TFM

About Tomasz F Misiorek

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
L5K Druga seria, Legenda Pięciu Kręgów ,

Comments are closed.