Złote Rogi Mitry

Baron Esteban da Torro wodził rozgorączkowanym wzrokiem po pożółkłych, zniszczonych kartach pergaminu, z mozołem próbując zrozumieć zawiłe starożytne zapisy. Jego wysokie, arystokratyczne czoło było zmarszczone, a trzęsące się z emocji dłonie nerwowo szarpały spiczastą czarną bródkę, co jakiś czas machinalnie przygładzając długie, opadające na ramiona czarne włosy. Jedna tylko świeca mdłym blaskiem rozjaśniała mrok panujący w komnacie, której niegdysiejszy przepych zastąpiła ascetyczna surowość, odkąd baron odnalazł przed trzema miesiącami na polowaniu ukrytą w dzikiej, bezludnej puszczy starożytną kapliczkę, a w niej zakopane w przerdzewiałej skrzyni tajemne zwoje. To co zawierały odmieniło zupełnie jego życie. Poddanym ukazał się jako nawrócony, gorliwy wyznawca Mitry, który przegnał z ulic Torrez ladacznice i żebraków, a opasłych, zajętych jedynie zbieraniem ofiar kapłanów wygnał ze świątyni i zastąpił równie jak on sam żarliwymi młodymi szlacheckimi synami. Ale jeśliby kto teraz spojrzał w jego ogarnięte niemal szaleństwem oczy, nie ujrzałby w nich światła Mitry.

Baron niemal siłą oderwał na chwilę wzrok od pochłaniających go pergaminów i zmusił się do chwili wytchnienia. Jego myśli poszybowały ponad spowitym w ciemności nocy zamkiem i odnalazły na uśpionych ulicach Torrez karczmę, w której niegdyś mieścił się zamtuz. Teraz w jej przestronnym wnętrzu rozgościli się trzej ludzie, których przysłał mu na usilną prośbę brat-bliźniak Aznaro, a którzy mieli dokonać tego, co nie udało się jego własnym zaufanym zabijakom. Rano wyruszą do puszczy, by odnaleźć i przynieść mu Rogi. Aznaro zawsze miał oko do dobrych ludzi, więc może ta dziwaczna trójka jest rzeczywiście najlepszym wyborem ? A zresztą czy jest jakiś inny wybór ? Im mniej ludzi wie o Rogach tym lepiej, prawda musi pozostać w ukryciu do czasu złamania Pieczęci, potem to już nie będzie miało znaczenia…

***

– „Nubu wykąpać się w twoja woda Tomeki, Nubu być znowu czysty !” – wielki czarnoskóry dzikus wyszczerzył białe zęby w radosnym uwielbieniu dla własnej oszczędności i przemyślności – „Ty Beloso wykąpać się po nas dwóch, my być wszyscy czysta !” – troska o higienę nie opuszczała głowy barbarzyńcy.
– „Mam już dość wody na dziś” – zamruczał drobny Zingaryjczyk, otulając się kocem i przysuwając do ognia.
– „Myślę, że jednak powinieneś skorzystać z rady naszego czarnoskórego przyjaciela” – rzucił beznamiętnie chudy Stygijczyk – „w tym stanie będziesz przywabiał muchy, a one przenoszą zarazę…” – przyjacielska rada zabrzmiała niemal złowieszczo.
– „Dobra, niech będzie” – zrezygnowany Beloso skinął na balię – „ale zamówię sobie czystą wodę”.

Już wczoraj, jeszcze zanim przybyli do Torrez, czuli że coś w tym mieście jest nie tak. Spotkani w przydrożnym zajeździe żebracy, wygnani z miasta przez ogarniętego religijnym uniesieniem władcę wspominali coś o ludziach, o których wszelki słuch zaginął. Dziś, po spotkaniu z samym baronem Estebanem to przeczucie jeszcze się wzmocniło, a po rozmowie z Gordo przemieniło w pewność. Gordo był kapłanem Mitry, prawdziwym kapłanem, jednym z tych, których baron wypędził ze świątyni, choć słowo „wypędził” niezbyt dobrze tu pasowało. O dawnych kapłanach nikt już więcej nie usłyszał, jedynym ocalałym był właśnie Gordo, który przytomnie uciekł ze świątyni, gdy baron Esteban obejmował ją w posiadanie. Ukrywał się czas jakiś, ale kiedy jego ostrożność osłabła rzezimieszki na usługach barona pojmali go i wrzucili w obciążonym kamieniami worku do miejskiego kanału. Traf jednak chciał, że właśnie wtedy ulicą przy kanale szli do swej gospody trzej awanturnicy i choć żaden z nich nie potrafił pływać, udało im się wyciągnąć worek i uratować nieszczęśnika. Teraz już w czwórkę, oddawszy cuchnące miejskimi kanałami ubrania do prania, grzejąc się przy ogniu, zbierali w całość fragmenty układanki.

– „Mitra panuje, a może raczej panował w Torrez od jakichś trzystu lat, wcześniej czczono tu rogatego diabła, składano ofiary z ludzi, odprawiano krwawe orgie” – głos Gordo był przyciszony, choć rozmawiali w przytulnym pokoju na piętrze gospody – „potem kapłani Mitry przybyli do miasta, przegnali wyznawców diabła, a na miejscu dawnej świątyni zła wybudowali przybytek ku czci Mitry. Pod świątynią do dziś pozostała jednak część tego złego miejsca, ale wejście do niego jest zapieczętowane, jeszcze przez pierwszych kapłanów. Nie wiem jak je otworzyć i chyba pozostali kapłani też nie wiedzieli…”
– „Tak…, wszystko się zgadza. Wyznawcy diabła uciekli do niedalekiej puszczy i zabrali ze sobą rogi…” – Thothmekri zaczął wyjaśnienia beznamiętnym głosem, ale pozostali dwaj awanturnicy zakrzyczeli go w jednym momencie.
– „Jakie rogi ? A złote ! Ciekawe, pewnie jakaś złota krowa je zostawiła… ha ha ha…” – tak Beloso jak i Nubu nie zrozumieli jeszcze, że nie o parę srebrników tu chodzi.
– „Dlaczego nie jesteście ze mną szczerzy ?” – kapłan nie wiedział, że cała trójka dopiero co wróciła z komnat barona Estebana, przyjąwszy misję znalezienia Złotych Rogów Mitry, jak je nazwał władca. Misja była sekretna i miała się najemnikom sowicie opłacić. Ale Thothmekri uznał, że pomoc kapłana przyda się im bardziej:
– „Baron Esteban znalazł na polowaniu w pobliskiej puszczy prastare zwoje, które rzekomo objawiły mu mądrość Mitry, a teraz wysłał nas do tej samej puszczy, abyśmy znaleźli i przynieśli mu Złote Rogi Mitry, których nie zabrał ze sobą za pierwszym razem….” – tym razem dwaj pozostali nie przerywali Stygijczykowi, dopiero kiedy skończył obaj wskazali palcami kapłana:
– „Ty idziesz z nami !”

***

– „Co jeszcze wiesz o tym diable, który panował kiedyś w Torrez ? Może wiesz jak się nazywał ?” – Thothmekri zagadnął Gordo. Jechali już drugi dzień na Wschód, w kierunku dzikiej puszczy, w której baron odnalazł swoje wątpliwe objawienie i myśli każdego z nich coraz bliżej były zadania, które ich czekało.
– „Wiem, ale wypowiadanie takiego imienia to grzech !”
– „Dobrze, napisz.”
Kapłan z wahaniem spojrzał na posępnego Stygijczyka, ale wyciągnął kawałek pergaminu i szybkim ruchem skreślił imię. Thothmekri zerknął na kartę i omal nie syknął. „Oriah” – Stygijczyk znał to imię, znał aż za dobrze. Zamilkł i zamyślił się, nie pytał już o nic więcej. Za to Nubu był coraz rozmowniejszy, cieszyła go perspektywa zanurzenia się w pierwotnej puszczy, gdzie według słów barona, dawniej zapalonego myśliwego, można było spotkać tura, a może nawet legendarnego tygrysa szablozębego.
– „Ty Beloso być u siebie w mieście, a Nubu być w puszcza jak Ty u siebie ! Ale jak my spotkać tygrys szablozęby, Nubu pierwszy uciekać na drzewo”.
– „Ha, nie wiem po co, przecież tygrys może wejść na drzewo za Tobą !” – Zingaryjczykowi wydało się, że słyszy zew krwi praprzodków.
– „Nie, nie wejść, on być za ciężki. Jak on kłapnąć paszcza, on przegryźć Nubu na pół !” – na te słowa czarnoskórego olbrzyma drobny Beloso zbielał wyraźnie i podobnie jak Thothmekri zamilkł. W ciszy słychać było tylko stukot końskich kopyt i jednostajne przyśpiewki Baby, niewolnika Stygijczyka, drepczącego posłusznie za końmi. Pokonali kolejny zakręt ścieżki i w oddali okazała się drewniana palisada opuszczonej stanicy, ostatniego znaku cywilizacji. Potem była już tylko dzika i niezbadana puszcza, a w niej zapomniana kapliczka, cel ich misji.
***

W cieniu drzew panował półmrok, wąska ścieżka wydeptana przez zwierzęta była ledwie widoczna, dzika puszcza napierała ze wszystkich stron. Ale Nubu wiedział że ta puszcza nie jest bynajmniej odludna. Tak, na pewno żyli tu ludzie, zapewne dzicy jak wszystko tutaj. Być może obserwowali piątkę wędrowców z gęstwiny, ale jak na razie w żaden sposób nie próbowali ich napastować. Dochodzili już do wodopoju, gdzie mieli odnaleźć na wpół zarośniętą ścieżkę, prowadzącą do ukrytej w puszczy kapliczki, kiedy Nubu poczuł ukłucie niepokoju. Prymitywny instynkt ostrzegł go o niebezpieczeństwie jeszcze zanim poczuł zapach krwi. Gestem dłoni zatrzymał pochód i ścisnąwszy mocniej włócznię począł się skradać w kierunku wodopoju. I wtedy nagle krzaki po drugiej stronie rzeczki rozchyliły się i wychynął z nich monstrualny łeb. Jeden wielki, rzeczywiście przypominający szablę kieł był złamany, ale drugi w zupełności wystarczył by utrzymać w pysku bestii sporego jelenia. Krew kapała ze świeżej ofiary, małe oczka w masywnej czaszce połyskiwały w półmroku. Nubu zastygł i wstrzymał oddech, zastanawiając się czy szablozęby wyczuje jego zapach. Krótka, choć zdająca się trwać wieczność chwila minęła i potężne cielsko zawróciło na ścieżce i znikło w gęstwinie, jedynie kołyszące się gałęzie i plamy krwi świadczyły, że był tu naprawdę. Nubu wrócił do reszty. Thothmekri spokojnie siedział na drzewie, czekając aż jego niewolnik Baba zejdzie pierwszy, głowa kapłana Gordo ledwo wystawała z krzaków obok ścieżki i jedynie Beloso stał nieporuszony na środku, zerkając po okolicznych drzewach.
– „Widziałem człowieka, tam na drzewie” – Zingaryjczyk głośnym szeptem ostrzegł nadchodzącego Nubu i ledwie dostrzegalnym ruchem głowy wskazał drzewo, z którego Stygijczyk właśnie ostrożnie zstępował na schylone plecy niewolnika. Czarnoskóry barbarzyńca spojrzał na gęste listowie, ale niczego nie dostrzegł.
– „Już się schował, był tuż za plecami Thothmekriego” – zaaferowany szept Belosa uprzedził jego pytanie.
– „Nubu wiedzieć, że oni tu być, ale żaden nie widzieć” – głos barbarzyńcy zadudnił nader głośno na tle szeptu Belosa – „My iść dalej, jak oni wyjść my walczyć !”.

***

Cztery menhiry na kształt czterech strażników otaczały kamienny słup z wydrążoną wnęką wielkości małego dziecka. Ślady krwi były bardzo stare i widoczne tylko w głębi wnęki, za to dziura w ziemi u stóp słupa wyglądała dość świeżo. Wśród ledwie porosłej zielskiem ziemi znaleźli płatki rdzy. Zapewne to właśnie tu trzy miesiące temu baron Esteban wykopał skrzynię z tajemniczymi zwojami, a we wnęce pewnie powinny znajdować się te Złote Rogi, po które wysłał teraz „zaufanych” ludzi. Ale wnęka była pusta. Zatarte napisy na kamiennych słupach niewiele mówiły, oprócz wieku całej tej „kapliczki”, na pewno przekraczającego trzysta lat od obalenia kultu demona w Torrez. Czy więc wnęka mieściła Złote Rogi już przedtem, za czasów Starego Imperium, czy umieszczone je w niej dopiero później, kiedy u stóp kapliczki zakopano metalową skrzynię z pergaminami ? Czy kilka tysięcy lat temu czczono tu Oriaha, który potem doczekał się boskiego kultu w Torrez ? A sen który mieli wszyscy już w opuszczonej stanicy na granicy puszczy, sen o złotorogim byku, przemieniającym się w nocy w rogatego diabła, czy był ostrzeżeniem, czy manifestacją ?
– „To proste, dzicy zabrać rogi, kiedy my przyjść tutaj. Jak my pójść, oni znów przynieść rogi !” – głos Nubu przerwał rozmyślania Thothmekriego. Barbarzyńca miał rację, dzicy zamieszkujący tą puszczę byli strażnikami relikwii, jaką zapewne były dla nich Rogi. To dlatego baron nie znalazł ich wtedy, gdy przybył tu wykopać skrzynię. W tej dzikiej puszczy, w której dzicy potrafili stopić się z otoczeniem niemożliwym było ich wytropienie, a zresztą gdyby się to nawet udało walczyć z całą wioską było niepodobieństwem. Co więc zostało ?
– „Słuchajcie mnie ludzie !” – Thothmekri, którego głos rzadko wznosił się wyżej głośnego szeptu, teraz krzyczał w kierunku nieporuszonej ściany drzew – „przyszliśmy w pokoju, chcemy tylko porozmawiać, wyjdźcie do nas, nie uczynimy wam krzywdy !”
Powtarzał to we wszystkich znanych językach, a inni dołączyli do niego i polanka rozbrzmiała wielojęzycznym gwarem, niczym targowisko w wielkim, portowym mieście.

Odpowiedź nadeszła po jakiejś godzinie, gdy zniechęceni zamilkli i kręcili się po polanie nie wiedząc co zrobić. Z gęstwiny dobiegł głos, będący mieszaniną zingariańskiego i piktyjskiego.
– „Wy rzucić broń ! Wy obcy ! Dlaczego obcy wciąż przychodzić ?!”
– „Szukamy tu jednej rzeczy. Jeśli nam ją dacie odejdziemy i już nie wrócimy, ani inni obcy. W przeciwnym razie obcy będą tu ciągle przychodzić !” – Stygijczyk nie mógł się powstrzymać od tej drobnej groźby. Nastała chwila ciszy, a potem od ściany lasu oddzieliło się nagle kilkunastu łuczników:
– „My wam zasłonić oczy i zaprowadzić do wioski. Starsi powiedzą co my z wami zrobić !”

***

W ciemnym kącie lepianki do której wrzucono cała piątkę leżała jakaś postać. Skołtunione, ciemne włosy były polepione zakrzepłą krwią. Ale oczy błyszczały w półmroku, wpatrując się ciekawie w „nowoprzybyłych”.
– ” Jesteś Alvarro, czy Hedrugo ?” – Thothmekri był oszczędny jak zwykle. Przed wyruszeniem baron Esteban wspomniał o dwóch doświadczonych tropicielach, którzy wyruszyli po Złote Rogi dziesięć dni wcześniej.
– „Alvarro, Hedrugo zginął. Zrobiliśmy błąd na samym początku. Podeszliśmy jednego, nawet się nie spodziewał… dziesięć lat podchodziłem Piktów !” – duma rozbrzmiała na chwilę w głosie pogranicznika i znikła – „daliśmy mu wycisk i wszystko wyśpiewał… ale dalej to było szaleństwo, nie mieliśmy szans wykraść tego przeklętego hełmu!”
– „Hełmu ? Chodziło przecież o Złote Rogi !”
– „Ten hełm ma rogi, ale nie są złote, tylko czarne. Jak we śnie… na końcu tego snu…” – Alvarro urwał i zerknął ciekawie na pozostałych, szukając potwierdzenia swych obaw. Nikt się nie odezwał, wszystkim śniło się to samo.

-„Przynieśli ten hełm” – Thothmekri podpatrywał przygotowania do obrzędu przez dziurę wydłubaną w twardej glinie końcem diademu. Wiedział co za rytuał ma się dopełnić tego wieczora. Crom cruach, czyli „skrwawiona głowa”, przez którą miał przemówić demon czczony przez dzikusów. Głowa jednego z nich posłuży jako główny rekwizyt. Pytanie tyko czyja. Stygijczyk był dziwnie spokojny, że nie jego. Wszystko rozwijało się pomyślnie. Pozostali nie byli jednak spokojni, rzucali nerwowe spojrzenia, wsłuchując się w głos rytualnych bębnów. Drzwi lepianki otwarły się i plemienni wojownicy gestem włóczni kazali więźniom wyjść. Wioska była oświetlona blaskiem ognisk, między którymi na wielkim kamieniu spoczywał stary hełm z wysokimi, czarnymi rogami. Szaman powoli przeszedł wzdłuż szeregu, zatrzymując się na chwilę przed Belosem, który struchlał, ale dzikus zmienił zdanie i sękatym paluchem wskazał na chwiejącego się na nogach Alvarro. Natychmiast dwóch dzikich porwało pogranicznika i zaciągnęło ku wielkiemu kamieniowi w centrum placu. Bez żadnych ceremonii włożyli rogaty hełm na jego głowę i odstąpili, ale zanim oszołomiony Alvarro zdołał ochłonąć, z cienia za nim wyłonił się bezszelestnie kolejny dziki wojownik z wielkim toporem. Błysnęła stal i głowa pogranicznika, wciąż w nasadzonym głęboko hełmie stuknęła o ziemię. Ciało osunęło się bezwładnie na ziemię, ale dzicy nie zważali na nie. Szaman nabożnie podniósł ociekającą posoką głowę i umieścił ją na kamieniu. Wzniósł ręce ku nocnemu niebu i wychrypiał coś w nieznanym języku. Głowa Alvarro zamrugała martwymi oczyma, a z otwartych ust dobiegł gulgoczące i bełkotliwe słowa odpowiedzi. Przez tłum dzikich zgromadzonych na placu przeszedł nabożny jęk, wszystkie oczy patrzyły na skrwawioną głowę. Beloso, zbielały na twarzy, ale wciąż trzeźwo myślący rzucił wokół szybkie spojrzenie, a potem odwrócił się na pięcie i począł uciekać ku ciemnej ścianie lasu. Nikt go nie gonił, uwagę dzikich bez reszty pochłonęła ceremonia. Nubu rzucił szybkie spojrzenie, nie mogąc się zdecydować czy uciekać i próbować przebijać się przez groźną puszczę, czy zostać i czekać biernie na rozwój wydarzeń. Kapłan Mitry Gordo stał oniemiały ze zgrozy. Tylko Stygijczyk spokojnie i bez emocji oczekiwał dalszego ciągu. Rozumiał język w którym szaman przyzywał swe bóstwo i rozumiał odpowiedź demona. Uśmiechnął się leciutko z tryumfem. Szaman stał chwilę bez ruchu, a potem odwrócił się i przeciągnął wzrokiem po twarzach dzikusów, jakby szukał sposobu powiedzenia im tego co właśnie usłyszał. W końcu przemówił, głosem władczym i nie znoszącym sprzeciwu.
– „Pan chce aby obcy zabrali hełm do wielkiego miasta !” – szmer niedowierzania przebiegł po zgromadzonych, patrzeli na siebie nawzajem, nic nie rozumiejąc – „Ale potem hełm wróci !” – szaman próbował uciszyć pomruki przebiegające przez tłum. Thothmekri uśmiechał się złośliwie.

***

– „Trzeba go zniszczyć, spróbujmy go rozwalić” – Beloso już nie myślał o nagrodzie przyobiecanej przez barona. Tego co zobaczył i co przeżył starczyło aż nadto, by przemienić go w żarliwego mitraistę.
– „Jeśli jest zaklęty, klątwa może uderzyć w ciebie, drogi przyjacielu”  – Thothmekri był jak zwykle spokojny i chłodny.
– „No to ukryjmy go, na przykład możemy go wrzucić do rzeki !”
– „Myślę, że to niczego nie zmieni” – Gordo wtrącił się do rozmowy – „po pierwsze ktoś inny może go znaleźć i użyć, po drugie w ten sposób nie obnażymy zepsucia barona i nie uratujemy Torrez. Myślę, że musimy oddać hełm Estebanowi i ukazać jego prawdziwą naturę ludziom z miasta. Tylko w ten sposób zwyciężymy !”
– „Też tak myślę” – enigmatyczny wyraz twarzy Stygijczyka mógł wyrażać zadowolenie.
– „Ale jak my pokonać baron i jego wszyscy strażnicy ?”  – teraz Nubu miał wątpliwości.
– „Przecież nie będzie dokonywał rytuału przy wszystkich ! Będzie tylko on sam i jego akolici” – Gordo już wszystko przewidział.
– „Ale jak dostaniemy się do świątyni ?”
Kapłan uśmiechnął się na wpół tryumfalnie, a wpół pobłażliwie.
– „Każdy kapłan zna dobrze swoją świątynię. I zna sekretne wejścia do niej. Zaprowadzę was do środka, nie martwcie się.”

***

Zmrok zapadał nad Torrez, ulice powoli się wyludniały, nocne życie umarło odkąd baron zaprowadził nowe, surowe porządki, mające przybliżyć ludziom nauki Mitry. Przy Gwiaździstej Fontannie trójka awanturników spoglądała w kierunku dwóch nadchodzących postaci. Kapłan Gordo i jego towarzysz ubrani byli w długie płaszcze z kapturami, które skrywały ich twarze w cieniu.
– „Pozwólcie, że wam przedstawię szlachetnego Fernano” – kapłan skłonił się w kierunku drugiej postaci, której siwa broda bieliła się niewyraźnie w cieniu kaptura. Tamten uniósł głowę i spojrzał w twarze trójki awanturników.
– „Witajcie ! Nie mogę uwierzyć w to co usłyszałem o baronie ! Nigdy bym nie uwierzył w słowa kogo innego, ale wielebnego Gordo znam dobrze i tylko dlatego zdecydowałem się przyłączyć do tej wyprawy. Mój syn jest jednym z tych nowomianowanych kapłanów, jeśli to co przekazał mi Gordo jest prawdą, muszę ratować jego duszę !”
– „Szlachetny Fernano zaświadczy o prawdziwości naszych słów, jego autorytet usprawiedliwi nasz zamach na barona i przekona ludzi ! A teraz chodźmy, zmierzch nadciąga !”

Zgrzyt wielkiej bramy obwieścił zamknięcie świątyni. Ukryci w cieniu bocznej nawy spiskowcy obserwowali rozjaśnioną pochodniami nawę główną, gdzie wokół ciężkiego, kamiennego ołtarza Mitry zebrali się ubrani w togi i kaptury akolici. Dwaj stojący najbliżej ołtarza dźwigali wielkie młoty, jakich używa się w kamieniołomach. Wszyscy w ciszy i skupieniu oczekiwali na przybycie głównego aktora spektaklu. I oto od strony wejścia rozległy się kroki i przybrany w togę nadszedł on właśnie – baron Esteban da Torro, władca Torrez a obecnie także najwyższy kapłan świątyni Mitry. Ale tej nocy miał się tu odbyć rytuał ku czci innego bóstwa – pradawnego, mrocznego i krwiożerczego, któremu szalony baron gotów był zaprzedać dusze i ciała swoich poddanych.

Esteban da Torro stanął w kręgu swych akolitów, wzniósł ręce ku górze i zawołał mocnym głosem, który echo odbiło od skrytych w ciemnościach ścian i sklepienia wielkiej świątyni:
– „Oriahu, oto dziś wreszcie będziesz wolny, bo zbliża się chwila gdy rozbita zostanie zamknięta brama twego więzienia ! ” – tu opuścił ręce i wskazał na dwóch ludzi trzymających młoty – „Uderzcie w ołtarz i skruszcie go !”
Opadły ciężkie młoty, ale jedynie drobne okruchy odpadły od wielkiego skalnego bloku, z którego wykuto ołtarz Mitry. I choć krzepcy młodzieńcy dokładali wszelkich sił, wkrótce wyczerpani musieli ustąpić, a ołtarz trwał jak przedtem. Nikt nie okazał zdziwienia i baron przystąpił do dalszej części:
– „Wprowadźcie ofiarę !” – rzucił przed siebie i oto dwaj akolici wywlekli z głębi świątyni skrępowaną młodą dziewczynę. Była to Alana, która miała nieszczęście być pokojówką barona, a dzisiejszej nocy miała stać się ofiarą – kluczem do wrót więzienia demona. Skryty w ciemności Beloso zagryzł wargi – przy pierwszym spotkaniu dziewczyna zawróciła mu w głowie tak bardzo, że poprosił był barona o jej rękę, gdy wraz z pozostałymi gościli w jego komnatach. A teraz ten sam baron zamierzał złożyć ją w ofierze rogatemu diabłu ! Alanę rozpostarto na ołtarzu i przywiązano do niego sznurami, a wtedy przystąpił do niej sam Esteban i wzniósłszy nad głowę nagi miecz wykrzyknął:
– „Przez tę ofiarę krwi…” – nie dokończył jednak, bo nagle gdzieś z boku rozległ się czysty brzęk padającej na posadzkę monety.

Oczy skupione na rozciągniętej na ołtarzu dziewczynie mimowolnie obróciły się w stronę tego bluźnierczego dźwięku. Zwróciły się tam także oczy samego mistrza ceremonii. I o to chodziło – krzeszące iskry wściekłości spojrzenie barona napotkało zimne, czarne i głębokie jak czeluście piekieł oczy Thothmekriego. Wola Stygijczyka uderzyła w umysł barona, ale napotkała opór, piekielna moc chcącego wyrwać się z niewoli demona wspierała jego sługę ! Teraz z kolei on zaatakował, ale także został odparty ! I tak rozpoczęły się zmagania dusz, pojedynek siły woli i magicznej energii, w której zwycięzca spijał moc pokonanego i sam stawał się silniejszy.

Ale równocześnie z ciemności bocznej nawy wyskoczyła wysoka, czarna postać, błyskając tylko białkami oczu. Najbliższy akolita zginął przebity włócznią, zanim zdołał zobaczyć co go zaatakowało, inni rzucili się na intruza, ale Nubu zręcznie zastawił się włócznią i nadbiegający z nożami w dłoniach kultyści nabili się na ostrze niczym kurczaki na rożen. Inni ochłonęli jednak w końcu i wokół ołtarza rozgorzała wściekła bitwa !

Z bocznej nawy nadbiegli teraz pozostali awaturnicy – dostojny Fernano dopadł jednego z czcicieli demona i przebił go mieczem, ale kiedy zabity zsuwał się z ostrza stary szlachcic ujrzał ze zgrozą oblicze swego jedynego syna, skryte dotąd pod kapturem ! Ten cios dosięgł jego serca pewniej niż zabójcze ostrze, Fernano opuścił oręż, jakby w letargu opadł na kolana i wziął w objęcia martwe ciało syna. Wszystko inne przestało go obchodzić. Gordo, ostatni prawdziwy kapłan Mitry widząc to własnym ciałem osłaniał starego szlachcica przed ciosami. Tymczasem dwaj akolici rzucili się na wciąż skrytego za filarem Beloso, ale złodziej był szybszy i obaj napastnicy padli w kałużę krwi. Nubu poczynał sobie jeszcze śmielej, jego włócznia co raz dobywała przedśmiertne jęki i rzężenia z ust konających kultystów, jednak padających zastąpili nowi, przybyli z zaplecza świątyni i walka nie ustawała.

Tymczasem baron Esteban, wzmocniony siła demona, któremu się zaprzedał, przełamał wolę Stygijczyka. Teraz Thothmekri ustępował, a baron spijał jego moc i wzmacniał własną. Cały czas otaczało go pięciu akolitów, choć nikt go dotąd nie atakował. Ale przezorność barona nie okazała się bynajmniej nadmierna, oto bowiem nagle Beloso, zmyliwszy atakujących go kultystów wyskoczył zza jego pleców i niespodzianie uderzył ! Gdybyż mu się udało ! Niestety, w ostatniej chwili baron uchylił się i miecz Belosa przeciął powietrze. Czterej akolici skoczyli ku złodziejowi, a ostatni rzucił się na słaniającego się już na nogach Thothmekriego. Walka zaczynała przybierać zły dla awanturników obrót.

A miało być jeszcze gorzej. Ranny Beloso wycofał się za drzwi prowadzące w głąb świątyni, Thothmekri padł pod ciosami noży, a miecz tryumfującego barona Estebana przebił najpierw Gordo, a potem wciąż pogrążonego w żalu i ślepego na otaczający świat Fernano. Tylko Nubu wciąż walczył dzielnie i skutecznie. I to za jego sprawą szala zwycięstwa przechyliła się z powrotem na stronę obrońców Mitry.

Baron znów musiał się wycofywać. Zostało mu już tylko dwóch akolitów, ciała reszty zaścielały świątynną posadzkę, a Nubu i Beloso, który powrócił do walki, napierali z obu stron. Kultysta chwycił się więc ostatniej deski ratunku. Wycofawszy się pod sam ołtarz wzniósł znienacka miecz i z okrzykiem „Oriahu przybywaj !” przebił rozciągniętą na nim Alanę. Krew spłynęła na ołtarz, przez całą świątynię przebiegło drżenie i nagle ze złowróżbnym trzeszczeniem na płycie ołtarza pojawiły się pęknięcia. W tej chwili obaj awanturnicy: Nubu i Beloso skoczyli ku baronowi i prawie rozsiekali go na kawałki. Ale choć upadł i legł bez ruchu, drżenie wciąż wstrząsało murami świątyni i coraz to nowe i głębsze pęknięcia pojawiały się na płycie ołtarza – znak, że kruszą się kajdany skuwające niegdysiejszego pana tego przybytku ! Nubu pobiegł ratować Stygijczyka, który bliski już był śmierci i choć nie znał się na opatrywaniu ran, udało mu się zatrzymać krwawienie i przywrócić życie towarzyszowi. Beloso zaś spostrzegł, że leżąca na ołtarzu Alana, przebita mieczem barona wciąż jeszcze żyje. Gorączkowo jął tamować krew, płynącą ze strasznej rany na brzuchu, ale bezskutecznie ! Tymczasem ołtarz pod nieszczęsną dziewczyną drżał coraz mocniej, pęknięcia były już szerokie na palec i dalej rosły, jakby spływająca krew niewinnej ofiary rozsadzała je, jak woda rozsadza skałę. Widząc daremność swych wysiłków podniósł Zingariańczyk oczy ku górze i wyszeptał: „Mitro wspomóż !”. I bóg go wysłuchał, ostatni opatrunek pomógł i krew dziewczyny przestała nareszcie sączyć się na ołtarz. A wtedy drżenie ustało, płyta przestała pękać i wszystko się uciszyło.

Jeszcze przed świtem do gospody przybył medyk, by opatrzyć rany Alany i Thothmekriego, a w tym czasie Nubu i Beloso przygotowywali się do wyruszenia z miasta. Gdy z nastaniem dnia wierni wejdą do świątyni ujrzą tam obraz rzezi – w głównej nawie wokół ołtarza niemal dwudziestu młodych szlachciców, przebranych w rytualne szaty, a między nimi baron Esteban da Torro, z mieczem w dłoni, wszyscy martwi. W kącie, przy wejściu do bocznej nawy dawny kapłan Gordo i stary szlachcic Fernano, wciąż tulący w objęciach ciało jedynego syna, nic już nie powiedzą i nikogo nie przekonają o niczyjej winie bądź niewinności. Nikt też nie znajdzie przy ciele Estebana rogatego hełmu, ani tajemniczych manuskryptów, które doprowadziły go do zaprzedania się demonowi, bo te przedmioty Nubu zabrał na prośbę rannego Thothmekriego. Co pomyślą o tym wszystkim ludzie z Torrez, jaką wersję wydarzeń przyjmie szambelan, co napisze w liście do swego pana, barona Aznaro da Torro ? Zanim jednak ucichnie chaos, spowodowany śmiercią władcy miasta i prowincji, awanturnicy wraz z ocaloną od strasznego losu Alaną będą już daleko, w drodze ku nowej przygodzie.

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Conan ,

Comments are closed.