Thothmekri

Moje prawdziwe imię brzmi Imhotep, co znaczy „ten który przychodzi w pokoju”. Cóż za ironia, cóż za kpina, by nazwać tak mnie, który wie, że tylko krew i rzeź napędza koło czasu. Jako najmłodszy syn moich arystokratycznych rodziców, od urodzenia przeznaczony byłem Setowi i już jako młody chłopiec trafiłem do wielkiej świątyni w Luxorze, jako nowicjusz pierwszego kręgu. Szybko jednak zrozumiałem, co jest miłe memu Bogu, który jednako ceni krew ofiar, jak swych wiernych kapłanów, tych tylko wspierając, którzy mu nowych ofiar mogą przysporzyć. Zadziwiające jak niewielu spośród służących w świątyni prawdę ową pojęło, jak wielu łudziło się, że pokorną służbą zdobędą względy Boga Ciemności. Ale taka jest tłuszcza, wszystko jedno czym się trudniąca – czy to spływająca potem przy pracy w polu, czy krwią na polu bitwy, czy mamrocząca nic dla niej nie znaczące zaklęcia w żarliwej modlitwie. Ja zawsze byłem inny. Poznawszy prawdę, jakże mogłem żyć w ułudzie ?

Ale niełatwo jest wyrwać się z kajdan tradycji i zmienić przeznaczony przez innych już przy narodzinach los. Choć pochłaniałem zapomniane księgi i wykradałem mniej pilnie strzeżone sekrety, dreptać musiałem ścieżynką którą dla mnie wyznaczono, ani się nie opóźniając, ani w przód wybiegając. Niemal dwudziestu lat doczekałem w świątyni, docierając do trzeciego kręgu nowicjatu, skąd już tylko jeden krok jest do godności akolity, aż w końcu los się odmienił. Do świątyni przybyła białoskóra niewiasta imieniem Bryzeida, o której szeptano, że jest czarodziejką z odległej Aquilonii. Jaki powód podała kapłanom nie wiem, ale wiem po co przybyła naprawdę. W podziemiach wielkiej świątyni Seta jest sala, a w niej wiele pięter sarkofagów, a których spoczywają mumie dawnych królów, kapłanów i czarnoksiężników, całe pokolenia Stygijczyków, o których pamięć nie zaginęła. A między nimi spoczywa też mumia zalana czerwonym woskiem, na której sarkofagu nie przyczepiono żadnej tabliczki i nie wyryto żadnej podobizny. To jej pożądała białoskóra czarodziejka. I dostała czego chciała, bo dostrzegła to czego wszyscy moi współbracia, przełożeni i słudzy dostrzec nie mogli – moją ambicję, żądzę wiedzy i potęgi. I za to że dała mi to czego pragnąłem, dała mi posmakować jak wiele można zdziałać władając mocami magii, stałem się na tę jedną noc jej sługą i narzędziem.

Gdy wszyscy zajęci byli przygotowaniami do Pierwszej Nocy Bez Księżyca, zszedłem w głębokie czeluści świątyni, gdzie bywałem przedtem tylko w czas wielkich obrzędów, które gromadziły niemal całą świątynię. Dwaj wartownicy spali, jak obiecała mi Bryzeida, użyłem więc ich kluczy, by dostać się do wielkiej sali. Pierwszy i zapewne ostatni raz zszedłem tam sam, wśród syków obudzonych ze snu Synów Seta, tajemniczych poszeptów i mroźnych powiewów z zaświatów. Przyświecając sobie jedną tylko świecą znalazłem czarny sarkofag bez podobizny i imienia zmarłego, a w nim czerwoną jak krew mumię, której pożądała Bryzeida. Wymykając się wężom i nie zważając na otaczające mnie coraz ciaśniej czarne cienie zemknąłem z podziemnej sali i byłem już blisko ogrodów, kiedy w korytarzu natknąłem się na Amonthoteka, jednego z mych rówieśników w nowicjacie. Zdziwienie odebrało mu mowę i zdolność ruchu, ale ja byłem przygotowany na wszystko. Pchnąłem go nożem w pierś i przebiegłem nad jego osuwającym się ciałem, jak wiatr wpadając do ogrodu, gdzie mnie oczekiwali zamaskowani ludzie, dokładnie tak jak mi powiedziała czarownica. Miałem uciec wraz z nimi i zaczekawszy na pustyni, rozpocząć nowe życie u boku mej nauczycielki. Tak mocno już byłem zepsuty nauką poddaństwa, wpajaną mi przez dwanaście lat w świątyni, że niczego więcej nie pragnąłem, niż być jej rabem do końca mych dni.

Ale moja rola już się skończyła. Gdy składałem me brzemię na ziemi w cieniu kępy krzewów, nagle fontanna iskier wybuchła w mej głowie, a potem ogarnęła mnie ciemność. W tej ciemności rozbrzmiewał perlisty śmiech Bryzeidy, a jej słodki głos szeptał ciągle jedno słowo: „głupiec” ! Głos i śmiech otaczały mnie, doprowadzając do szaleństwa, a gdzieś w tle słyszałem odgłosy nawoływań i tupot stóp, gdy poruszeni świętokradztwem moi bracia rozbiegli się szukając zbrodniarza. Wiedziałem, że muszę wstać i uciekać jeśli chce mieć choć cień szansy, ale nie mogłem się ruszyć i ze zgrozą czekałem aż mnie znajdą. Wiedziałem co mi grozi i ta myśl jeżyła mi włosy na głowie. I wtedy, gdy zbywszy się rozumu, miotałem się w klatce mej niemocy jak zaszczute zwierzę, zjawił się on.

Znałem go, a raczej wiedziałem kim, czy też czym jest. Bryzeida posługiwała się nim, tak jak posłużyła się teraz mną. Czy miał dość jej władania, czy też inna jakaś, niepojęta na razie dla mego rozumu myśl powodowała nim, gdy mi pomagał, dość że nagle ciemność rozświetliła się dalekimi ognikami gwiazd i znacznie bliższymi – pochodni. Jego szept kierował mną, przypadałem do ziemi i zrywałem się do biegu w takt jego nakazów i w końcu sam nie wiem jak znalazłem się na wzgórzach na północ od świątyni. W dole ognie pochodni rozświetlały ogrody, błyszczały na drodze, gdy grupki jeźdźców ruszały w pogoń, ale mnie nie zauważyli w cieniu krzewów.

Przespawszy noc całą zagrzebany prawie w piasku, zbudziłem się nareszcie do nowego życia. Uciekać musiałem jak najdalej od świątyni i jak najszybciej zaniknąć w pamięci ludzi, bowiem ręce kapłanów Seta są długie, a ich serca mściwe. Ale przecież nie zamierzałem też ani przez chwilę roztopić się w ludzkiej masie, zbyć swych rozbudzonych teraz bardziej niż kiedykolwiek żądz i ambicji. W miarę jak moja rozbita obuchem pustynnego bandyty głowa zrastała się, układały się też w całość moje plany na przyszłość. Wywędruję na północ, w krainy hyboryjskie, skąd jak mniemam przybyła Bryzeida, odszukam jej ślad i dowiem się jaką też w istocie przysługę jej uczyniłem. A kiedy już będę wiedział, zemszczę się.

Mym towarzyszem i nauczycielem w tej podróży będzie Oriah, dawny sługa zdradliwej wiedźmy, demon z piekielnych otchłani, który jednak wyrwał mnie z rąk mych żądnych zemsty współbraci i z mocy swej dawnej pani. Jakiej przysługi za to żąda, nie zdradził, ale nie łudzę się rzecz jasna, że uczynił to z dobrego serca. Na razie jego obecność nie ciąży mi zbytnio, widać jestem mu potrzebny i postaram się, aby tak było jak najdłużej, przynajmniej do czasu, aż zdołam wydobyć od niego wiedzę wystarczającą do narzucenia mu siłą mej woli.

Coraz częściej też ma myśl krąży wokół pradawnego magicznego imperium Acheronu, o którym czytałem w bibliotekach świątynnych i które zawsze nadzieje tajemne budziło w głębi mego serca i marzenia nieokreślone. A przecież rozciągało się ono tam gdzie teraz jest Aquilonia, Nemedia, Ophir, Koth i inne krainy hyboryjskie, tam skąd pochodziła Bryzeida i dokąd teraz zmierzam. Wyczuwam, że i mój demoniczny pomocnik z napięciem śledzi me myśli o tym prastarym, mitycznym Imperium. Albo boi się czegoś, co z nim związane, albo przeciwnie – oczekuje niecierpliwie, aż zbliżę się do ukrytej od tysiącleci tajemnicy. Może to nawet jest przyczyną, dla której ocalił mnie od pewnej śmierci. Jakkolwiek by jednak nie było, nie pozwolę po raz wtóry uczynić się kukłą, czy to w rękach człowieka, czy też demona. Sam wybiorę mą drogę, jakem…. „ten który przychodzi w pokoju” ? Nie… Jakem Thothmekri !

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Conan ,

Comments are closed.