Rozróba w Llodio

Nazywam się Beloso, Beloso da Beno i jestem legendarnym zingariańskim złodziejem. Jeśli interesuje Cię moje życie wędrowcze, to przysiądź i przeczytaj tę  historię.

Mając za sobą 16 wiosen życia i dość duże doświadczenie w profesji złodziejskiej zawędrowałem do przygranicznego zingariańskiego miasta Llodio. Miasto było wymarzonym miejscem dla takich jak ja. Brak silnej i jednoznacznie określonej władzy, mnóstwo winiarni, miłych dziwek oraz obrotnych i przedsiębiorczych przemytników. Nie mogłem oprzeć się tym pokusom i zostałem w mieście. Czas upływał mi na beztroskich pijackich hulankach i orgiach. Gdy brakowało pieniędzy oddawałem drobną przysługę jednemu z miejscowych przemytników lub brałem na swoje barki ciężki obowiązek zaopiekowania się dobytkiem nieostrożnego wędrowca. I tak pewnie dotrwałbym do starości, gdyby nie wola bogów.

Pewnego, suto zakrapianego winem wieczora, w winiarni prowadzonej przez Rodriga poznałem dwóch jakże ciekawych, a zarazem niesamowitych podróżników. Jako pierwszego poznałem Nubu, czarnoskórego wojownika z nieznanego mi plemienia z głębi dżungli. Chłopak był niewiele starszy ode mnie. Jego uśmiechniętą czarną twarz rozświetlały mocne białe zęby, które szczerzył przy każdym uśmiechu oraz łypiące białka oczu. Twarz wojownika ozdabiały trzy niebieskie pasy, a na czarnym czole widniała jeszcze czarniejsza opaska. W uszach i nosie wisiały jakieś kły, a na szyi dumnie prezentował się naszyjnik z ludzkich zębów. Co ciekawsze barbarzyńca ten nosił skórzaną zbroję okrytą skórami dzikich zwierząt i biegle mówił po zingarańsku. W zasięgu ręki cały czas miał cały arsenał dzid, włóczni i tym podobnego żelastwa. Jedna z nich szczególnie przykuwała uwagę. Wisiała na niej maleńka główka, wyglądająca na ludzką, gdyby nie jej miniaturowa wielkość, a drzewce zdobiło jedenaście karbów. Nubu był wymarzonym kompanem do pijackich zabaw. Lubił pić, ale bardziej od wina lubił kobiety, co oczywiście dla mnie było całkowicie zrozumiałe. Najwięcej uciechy sprawiało nam przerażenie widoczne w oczach przypadkowych gości winiarni Rodriga, gdy Nubu wyciągał ze swojego worka ogromną kość i oblizywał ją z lubieżnością. Drugi z moich towarzyszy okazał się Stygijczykiem. Był chyba w wieku Nubu, lecz stanowił jego przeciwieństwo. Spokojny, małomówny i wiecznie jakby zamyślony pił niewiele, a kobiety go nie interesowały. Czasami umoczonym w winie palcem na stole rysował magiczne symbole. Jego dobytek stanowił wypchany worek, rozsiewający wokół dziwne nieznane zapachy. Tothmekri, bo tak miał na imię Stygijczyk, pilnował worka z godnym podziwu samozaparciem. Jego chorobliwie błyszczące oczy bacznie spoglądały na świat z zapadniętej twarzy o ziemistym kolorze skóry. Moją szczególną uwagę zwrócił fantazyjnie powyginany łuk Stygijczyka. Broń była wyjątkowo lekka (co sprawdził Nubu) i przepięknie wykonana. Straciłem nią zainteresowanie z chwilą gdy okazało się, że nie posiadała złoceń oraz zdobień ze szlachetnych kamieni. Tothmekri miał śmieszny nawyk wydawania syku przy okazji mówienia. Jego inteligencja była zdumiewająca, a prowadzenie z nim dysput sprawiało mi tyle samo przyjemności co żarty Nubu. Obydwaj moi towarzysze byli o dwie głowy wyżsi ode mnie i górowali nad niskimi Llodijczykami. Stanowili świetną kompanię i mogli uchodzić za moich ochroniarzy. A status w Llodio był bardzo ważny.

Przez siedem dni i nocy oddawaliśmy się uciechom proponowanym przez miasto. Po jednej z pijackich orgii obudził nas nieznośny hałas. Nie chodzi o to, że ktoś tłukł się przez całe miasto udając stado rozwścieczonych słoni, ale o to, że robił to „w środku nocy”, to znaczy jakieś dwie godziny po wschodzie słońca, gdy wszyscy „uczciwi” Zingarianie powinni spać. Lekko zdenerwowany wyjrzałem z winiarni na ulicę. Jakież było moje zaskoczenie, gdy zobaczyłem idące ulicą karne czwórki arbaletników. Wyglądali wspaniale, tak jak powinna wyglądać elitarna formacja ciężkich kuszników zingariańskich. W ich wyglądzie było jednak coś nienaturalnego. Przyjrzałem się dokładniej i uzmysłowiłem sobie, że ich pancerze to jedynie skórznie, a nie kolczugi. Zastanawiające, co robi taka armia w Llodio. Jeszcze bardziej zastanawiające dla mnie było to, czy na pobycie tej armii coś zyskam. Należało działać. Wyszedłem na ulicę i skierowałem się za żołnierzami w kierunku rynku. Zauważyłem, że podążają za mną Nubu i Tothmekri. Tym razem postanowiłem działać sam. Barbarzyńca i Stygijczyk zbyt rzucali się w oczy.

Żołnierze rozsiedli się w kilku winiarniach usytuowanych w pobliżu rynku. Widać było, że są spragnieni  i wygłodniali. Uwijający się pomiędzy nimi podoficerowie i oficerowie trzymali twardą ręką dyscyplinę. Wydawało się, iż nie będzie żadnych kłopotów. Jakiś zbyt wygłodniały żołnierz oberwał od oficera w gębę, gdy próbował rozpoznać krągłości jednej z dziewek usługujących w winiarni. Na rynek zjechali rajcy Llodio. Na ich spotkanie wyszedł oficer dowodzący przybyłym oddziałem. Kita na jego szyszaku bujała się buńczucznie. Wokół stali jego przyboczni. Zapowiadało się na ciekawą rozmowę, więc zacząłem się podkradać, by ją usłyszeć. Niestety zostałem wstrzymany przez pilnujących rynku żołnierzy. Ku swojemu zdumieniu zauważyłem, że Tothmekri przez nikogo nie niepokojony spokojnie stoi w odległości kilku kroków od rajców i świty oficera. Sprawiał wrażenie, jakby cała sytuacja go nie interesowała. Ja jednak widziałem, jak jego ucho było aż czerwone od nadmiernego wysiłku. Po krótkiej i dość ostrej wymianie zdań pomiędzy rajcami i oficerem, ci pierwsi zostali pozbawieni wszelkich kosztowności oraz atrybutów władzy rajców. Kosztowności zostały wrzucone do worka, a rajcy uwięzieni w ratuszu. Mój wzrok spotkał się ze wzrokiem Nubu. Bez słów wiedzieliśmy, że worek musi być nasz. Zaczęło się śledzenie oficera i żołnierza noszącego za nim worek. Ze zdziwieniem zauważyłem, że atmosfera wśród żołnierzy robi się coraz luźniejsza. Podoficerowie i oficerowie także zaczynali się odprężać. Wojskowi pili i obmacywali karczemne dziewki. Warty nie dopuszczały nikogo do zajętych winiarni. Po minach ich właścicieli widziałem, że wojsko z pewnością nie płaci za ich gościnność. Oj nie było to najlepsze posunięcie. Nikt, ale to nikt nie może bezkarnie okradać zingarian z Llodio. Była to myśl przelotna i pozostawiła po sobie jedynie prawie niewyczuwalne napięcie. Teraz najważniejszy był worek. Ja i Nubu krążyliśmy za nim jak przyczajone tygrysy. Nie było jednak okazji, by się nim zaopiekować.

Żołnierze robili się coraz bardziej zuchwali. Pomiatali mieszkańcami miasta, a ich trzyosobowe patrole węszyły po mieście. Gdy tylko znaleźli jakiś interesujący składzik, rekwirowali znajdujące się tam towary. Praca nie była zbyt trudna, bo miasto żyło z przemytu. Właśnie wtedy podszedł do mnie kupiec Fagildo. Najbardziej wpływowy człowiek w półświatku Llodio, a to praktycznie oznacza najbardziej wpływowego człowieka w mieście. Z tego co się zdążyłem zorientować, Fagildo swego czsu startował w wyborach na rajcę. Nie został wybrany, bo konkurencja ujawniła, że wbrew temu co twierdzi, nie ukończył jeszcze pięćdziesiątej wiosny życia (najważniejsze kryterium wyboru rajców w Llodio). Fagildo poprosił mnie o oddanie mu przysługi. Miałem przypilnować jego tajnego składziku, usytuowanego niebezpiecznie blisko rynku, przed ciekawskimi oczyma żołnierskich patroli. Żołnierze mieli się trzymać z daleka od kantorku do czasu, aż jego ludzie schowają bezpiecznie towar. Praca lekka, przyjemna, no i co najważniejsze Fagildo będzie mi coś winien. Oczywiście, że się zgodziłem. Razem z Nubu i Tothmekrim rozsiedliśmy się przed wejściem do kantorku Fagilda. Miły kupiec, za moją namową wystawił nam stolik, krzesełka i uraczył garncem wina. Zauważyłem z przykrością, że wino nie było z tych najlepszych, ale cóż darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby. W ruch poszły kości.

Wszystko szło dobrze, do czasu gdy w nasza stronę skierował się żołnierski patrol. Nubu i Tothmekri spięli się w sobie. Nubu jak zwykle wyciągnął kość i zaczął ją oblizywać. Tothmekri skupił swój wzrok na sierżancie dowodzącym grupą. Nigdy wcześniej nie widziałem takich oczu. Przypominały one oczy atakującej kobry. Sierżant przystanął zakłopotany. Stary wiarus szybko otrząsnął się ze zdziwienia i zdecydowanie wraz ze swymi ludźmi ruszył w naszym kierunku. Sytuacja była groźna, a w kantorku prace szły w najlepsze. Postanowiłem ratować sytuację. Z najbardziej wylewnym uśmiechem, na jaki było mnie stać, wziąłem dzban wina i ruszyłem w stronę sierżanta. Ze szczerym uśmiechem przywitałem go i zaproponowałem wspólne wypicie trunku oraz grę w kości. Wiedziałem po jego fioletowym nosie, że propozycja jest trafna. Mężczyzna był jednak zły i odburknął coś o służbie, kontroli i takie tam głupoty. Ponowiłem propozycję, próbując przekonać go do niej delikatnie popychając w kierunku stolika. Objąłem sierżanta ramieniem. Spojrzał na mnie groźnie. Wyuczonym ruchem strzepnąłem z jego ramienia nieistniejący pyłek i udałem, że nie widzę jego groźnej miny. Gdyby miał sakiewkę, byłaby już moja. Sierżant jeszcze raz popatrzył na naszą trójkę i stolik, a następnie spojrzał na wejście do kantorku. Myślę, że widok wina przeważył. Podjął szybką decyzję i wraz ze swoimi ludźmi podszedł do stolika. Groźnie spojrzał na Nubu i zapytał, czy nie jest on zbiegłym niewolnikiem z południowych plantacji. Nubu wydął obraźliwie wargi i zademonstrował włócznie gadając coś przy tym, że jest wojownikiem. Wtrąciłem się do rozmowy tłumacząc sierżańcinie, że Nubu jest dzikusem z głębi puszczy i dopiero uczy się cywilizowanego życia. Ma za to pieniądze i lubi grać w kości. Sierżant i jego żołnierze wyczuli szybki i pewny zarobek. Wyrazili chęć grania w kości. Nieoczekiwanie przemówił Tothmekri. Jak zwykle spokojnym, prawie usypiającym głosem, z tą swoją manierą syczenia. Mówił zwracając się do dowodzącego patrolem. Przedstawił się i powiedział, iż przywiózł ze Stygii bardzo cenną rzecz. Przedmiot ten ma wręczyć panu Rachiro, czy jakoś tak. Pokazano mu portret tego mężczyzny i jest on bardzo podobny do sierżanta. Pyta więc, czy sierżant ten, to właśnie Rachiro. Wojskowy, zresztą jak my wszyscy, zbaraniał. Zareagował odruchowo i powiedział, że nie jest tym do kogo przeznaczona jest przesyłka. Myśl o cennej przesyłce nie dawało mu jednak spokoju. Zaczął o nią wypytywać Tothmekriego. Sugerował, że zna Rachira i może mu ją dostarczyć. Tothmekri upierał się, że może dostarczyć przesyłkę tylko do rąk własnych Rachira, ale będzie wdzięczny, gdy sierżant skontaktuje go z nim. Zorientowałem się, iż zarówno sierżant, jak i Tothmekri, kłamią jak najęci. Nie chcąc doprowadzić do niepotrzebnej scysji ponowiłem próbę wciągnięcia żołnierzy w grę w kości. Żołnierze byli chętni. Tothmekri również chciał zagrać, a nawet pożyczył mi pieniądze, bym też brał udział w grze. Jedynie Nubu odmówił rozrywki i tęsknie wodził wzrokiem po co tłustszych mieszkańcach Llodio, przemykających obok. Coś z tym chłopakiem było nie tak. Ale co, o to przekonałem się znacznie później.

Pierwszą kolejkę wygrałem ja, drugą wygrał Tothmekri. Sierżant się zdenerwował i wyciągnął swój sztylet. Z rozmachem wbił go w stół. Nie wiem, czy miało nas to zastraszyć, czy też chciał się pochwalić dość ładnym i oryginalnym sztylecikiem. Sierżant czerwony na twarzy, po części z nerwów, a po części z wypitego wina krzyknął, że gramy o wszystko. On stawia sztylet wart 4 sztuki srebra i oczekuje tej samej stawki od nas. Sięgnąłem po sztylet. Był dość dobrze wbity w blat stołu. Z trudem go wyciągnąłem. Broń była ładna, ale czy warta 4 sztuki srebra, to bym się spierał. Podczas oglądania oręża z kantoru dobiegł rumor padających przedmiotów. Żołnierze zareagowali błyskawicznie. Odwrócili głowy w kierunku wejścia i ciekawie próbowali zajrzeć do środka. Krzyknąłem w kierunku kantorku, by kucharka przestała tłuc gary i niech przyniesie nam lepiej dzban wina, zamiast niszczyć naczynia. Żołnierze się rozluźnili. Sierżant nabrał jednak ochoty na pofiglowanie z kucharką. Zniechęciło go moje stwierdzenie, że jest to ponad 100 kilo samej miłości. Wróciliśmy do gry. Tym razem sierżant chciał zagrać tylko z Tothmekrim. Oczywiście Stygijczyk wygrał. Po wygranej zrobił coś, co wprawiło mnie w zdumienie. Oświadczył, że tak piękną broń można jedynie kupić, a nie wygrać i wręczył sierżantowi 4 sztuki srebra. Po chwili kłopotliwego milczenia sierżant widocznie uradowany uśmiechnął się. Schował wręczone srebro i energicznym rozkazem poderwał żołnierzy na nogi. Jak stwierdził, w końcu trzeba coś zarekwirować. Tothmekri znów spokojnie zwrócił się do niego. Wskazał kantorek naprzeciwko nas i w sekrecie zdradził, że tam przechowywana jest kontrabanda. Ciekawe, czy Tothmekri wiedział, iż mówi prawdę. Pomyślałem, że trzeba bardzo uważać na tego inteligentnego i przebiegłego Stygijczyka. Żołnierze z werwą rzucili się we wskazanym przez mego towarzysza kierunku. Chwilę obserwowałem wydarzenia. Na szczęście nikt się nie zorientował w naszym udziale w całym zamieszaniu. Po chwili podszedł do nas uśmiechnięty Fagildo. Zadanie zostało wykonane, a on był nam wdzięczny. Gdy uzgadnialiśmy granice tej wdzięczności, do miasta wjechało trzech oficerów stanowiących obstawę prawdopodobnie głównodowodzącego armią. Fagildo rozpoznał w tym małym grubasku baroneta Ramiro da Hierro. Ramiro wszedł do ratusza, gdzie byli uwięzieni rajcy. Po chwili wyszedł. Podbiegł do niego oficer z naszym upragnionym workiem i mu go wręczył. Dowódca wsiadł na konia i wraz ze swoją świtą odjechał. Należało ruszyć w pogoń. Nubu był zachwycony. Tothmekri natomiast oświadczył, że jest to durny pomysł, bo w polu stoi około 200 żołnierzy, a worek jest niewiele wart. Znacznie ciekawsze jest to czego Ramiro szuka wraz ze swoją armią i o czym rozmawiał z rajcami. Gdy przekonywaliśmy się o tym, kto ma rację, obstawa worka odjechała. Teraz pozostało tylko ustalić, o czym Ramiro gadał z rajcami.

Udaliśmy się pod ratusz. Wejście główne było strzeżone przez dwóch strażników. Tylne wejście nie miało ochrony. Te drzwi, co już zdążyłem sprawdzić, posiadały dobry zamek. Miał on skomplikowane systemy zapadek, ale nikt nie mógł wiedzieć, że od jakiegoś czasu nad nimi pracowałem. Okna ratusza były okratowane i zamknięte. Na dachu też nie było żadnego otworu, przez który można by się było dostać do środka. Oczywiście całkowicie przez przypadek o tym również wiedziałem. Na początek pozostała droga główna. Tothmekri wyciągnął ze swojego worka garść ziół i doprawił dzban wina. O ile się zorientowałem, była to melisa i coś jeszcze. Po takim napoju wartownicy z pewnością będą mniej czujni. Ja i Nubu zanieśliśmy dzban wina strażnikom. Było mi ich żal. Towarzysze bawili się w winiarniach, a oni o suchym pysku przy tych głupich drzwiach. Podszedłem i zagadałem wesoło. Chłopcy byli nieufni, choć pragnęli wina. Jeden z nich wyjął miecz i przystawił mi go do gardła. Kazał mnie wypić pierwszemu, co bez wahania uczyniłem. Nubu wrzeszczał, że też chce wina. Wartowników to przekonało i wyżłopali wino jednym haustem. Zaproponowałem, że mogę za srebrnika przynieść drugi dzban. Zgodzili się. Potem był trzeci. Gdy go niosłem do wartowników doczepił się jakiś oficer. Ostro ich opieprzał, że piją na warcie. Potem wszedł do środka i znów kogoś zwymyślał. Na nasze nieszczęście w środku też były warty. Oddałem trzeci dzban wina strażnikom. Opracowany plan dostania się do ratusza był do niczego.

Wartownicy mnie polubili, bo zagadywali wesoło. Zaproponowałem, że po skończeniu warty mogę ich za odpowiednią opłatą zaprowadzić do przychylnych dziewuch. W pijackim amoku żołdakom wymskło się, iż gwałcić to sobie już niedługo będą za darmo, a i ogień podłożą i skarbów nabiorą. Zrozumiałem, że los Llodio został przypieczętowany. Zasugerowałem żołnierzom, że jak coś, to chciałbym mieć udział w całym tym rabowaniu. Powiedzieli, że mnie znajdą, a wartę kończą o zmroku. Ze zdobytymi sensacjami udałem się do Fagildo. Postanowiliśmy, że on postara się dostać do rajców, a ja z moimi towarzyszami sprawdzę, ile wojska stoi pod miastem. Wizja zdobycia worka powróciła. Tothmekri i Nubu chcieli jechać konno. Ja jakoś nie ufam tym czworonożnym bydlakom i wolałem iść pieszo. W końcu stanęło na moim.

Po opuszczeniu miasta Nubu był w swoim żywiole. Tropił niczym pies gończy. Bez jakichkolwiek przeszkód dotarliśmy w pobliże obozu oddziałów Ramiro da Hierro. No cóż, obóz jak obóz. Kupa latryn, jakieś umocnienia, namioty itp. Worka ani śladu. Tothmekri patrzył dość długo i uważnie. Następnie oświadczył, że coś jest nie tak z tym obozem, ale nie wie co. Przeczucia czy czary bardzo mnie to intrygowało. No i znów wybrano mnie, bym wrócił do miasta i przyprowadził jakiegoś znawcę tematu. Na Bella, czy ja sam muszę wszystko robić !? Nie było nic ciekawszego do roboty, więc poszedłem. Droga była męcząca, ale przynajmniej wywietrzało mi ze łba wypite wino. W mieście odnalazłem starego Lugo. Weteran wszelkich znanych mi wojen. Teraz spokojnie siedzący, a raczej upijający się w winiarniach Llodio i zanudzający innych opowieściami o swoich walkach. Posłodziłem trochę Lugo, postawiłem mu winko i namówiłem na wycieczkę. Stary wyga, gdy tylko zobaczył obóz, zdziwił się, co tak mało w nim wojska. Okazało się, że żołnierzy jest około trzech setek a latryn zrobiono na tysiac chłopa. I znów zagadka. Lugo wrócił do miasta, by swe rewelacje przekazać Fagildo, a my nadal obserwowaliśmy obóz.

Nagle z obozu wyjechał goniec. No takiej okazji nie da się przepuścić. Pobiegliśmy za nim. Nie pamiętam, kto wpadł na ten głupi pomysł, by ścigać się z koniem. Tothmekri próbował ustrzelić ze swego łuku gońca, ale była to próba rozpaczy. Nad wolno płynącymi, płytkimi wodami Alimane całkowicie zgubiliśmy ślad posłańca. Pozostało czekać na jego powrót (o ile będzie chciał wracać) lub udać się do Llodio. Postanowiliśmy poczekać. Miedzy Tothmekrim a Nubu wywiązała się burzliwa dyskusja o to, czy zabić konia, czy też posłańca. Nubu chciał śmierci posłańca, a Tothmekri konia. Czułem, że ma ogromną ochotę osobiście przepytać pojmanego żołnierza. Dyskusja niespecjalnie mnie obchodziła. Pozostawiłem ją do rozstrzygnięcia moim towarzyszom, a sam zaszyłem się w pobliskich krzakach i oddałem błogiemu leniuchowaniu. Gdy słońce zbliżało się do wód Alimane, Nubu wypatrzył powracającego kuriera. Barbarzyńca przygotował się na jego spotkanie. Tothmekri pieszczotliwie nałożył strzałę na cięciwę swego łuku. Ja pozostałem w krzakach. Jeśli pójdzie coś nie tak, to przynajmniej nie będę kojarzony z tym napadem. Kurier podjechał do rzeki w niedalekiej odległości od brodu, przy którym byliśmy przyczajeni. Zupełnie niespodziewał się tego, co go spotkało. Gdy tylko przejechał rzekę, w jego ciele utkwiła strzała. Spłoszony koń pognał przed siebie, a żołnierz jak długi runął na ziemię. Nie miał zamiaru jednak umierać. Poderwał się na nogi i zwiewał jak podwójnie wystraszony zając. Nubu pobiegł za nim drąc się jak opętany. Przy okazji, zupełnie nie wiem dlaczego, wołał mnie po imieniu. Cała konspiracja do niczego. Los zwiadowcy został jasno określony, musiał zginąć. Wybiegłem z krzaków i co sił w nogach pobiegłem za żołnierzem. Godzinka leniuchowania zdecydowanie poprawiła moją kondycję. Bez problemu przegoniłem Nubu i z mieczem w ręku dopadłem rannego posłańca. Koło mnie przeleciała strzała Stygijczyka. Przez głowę przebiegła myśl, do kogo on tak naprawdę strzela. Nie było czasu na tego rodzaju rozmyślania. Byłem za plecami uciekającego, zamierzyłem się i….. żołnierz potoczył się na ziemię. Zanim zorientowałem się, o co chodzi, sam wpadłem w jakaś dziurę i wyłożyłem się jak długi. Bel mnie uratował i nie wsadziłem sobie własnego miecza w bebechy. Gdy się poderwałem, zobaczyłem jak Nubu w uśmiechu pokazuje swoje białe zęby. Jego oczy wyrażały nieopanowaną radość. W rękach trzymał włócznię (tę z główką i karbami) i ją okręcał. Grot włóczni całkowicie zatopiony był w drgającym konwulsyjnie ciele żołnierza. Schowałem miecz, nie był już potrzebny. Szybko i sprawnie zabrałem się do przeszukiwania ciała oraz podszewki ubrania. Udało mi się znaleźć jedynie dwa sztylety, tubę z wiadomością i parę srebrników. Gdy skończyłem przeszukiwanie, zobaczyłem ciekawe spojrzenie Nubu. Zaproponowałem mu jeden ze znalezionych sztyletów, ale on odmówił. Tothmekri, który podszedł do nas, odczytał zapisaną na pergaminie wiadomość. Wiadomość była podpisana przez Decriusa (jak wskazywało nazwisko pewnie pana z Aquiloni), który wraz ze swoimi siedmiuset ciężkozbrojnymi rycerzami umawiał się na spotkanie z Ramirem. Wszystko było jasne. Ten wściekły pies Ramiro sprzymierzył się z naszymi odwiecznymi wrogami. Taki czyn nie może ujść płazem nawet wśród Zingarian, których ulubioną rozrywką jest knucie i spiskowanie. Gdy ja próbowałem ochłonąć po przeżytym szoku, moi towarzysze bawili się po swojemu. Nubu na swej włóczni zrobił kolejne nacięcie. Następnie wyciął martwemu żołnierzowi wątrobę i zawinął ją w kawałek jego skóry. Oblepiony krwią wyglądał jak barbarzyński bóg wojny. W tym czasie Tothmekri snuł plany zatarcia naszych śladów oraz zastanawiał się, co robić dalej ze zdobytą wiedzą. Nubu umył się w rzece, którą następnie spławiliśmy ciało zabitego. Potem sami weszliśmy do rzeki i przeszliśmy nią kawałek drogi. Teraz nie było już żadnych przeszkód by wracać do Llodio.

Poprowadziłem towarzyszy tylko sobie znanymi ścieżkami i bez przeszkód omijając patrole wojska dostaliśmy się do miasta. Nubu i Tothmekri poszli do winiarni, a ja udałem się do Fagildo. Szybko streściłem mu zdobyte informacje, pomijając oczywiście sposób, w jaki je zdobyłem. Fagildo był zbyt wytrawnym kupcem, by interesowały go takie szczegóły. Zrewanżował mi się wiadomością o wzburzeniu mieszkańców na okupantów miasta. Ponadto poinformował mnie, że nie udało mu się rozmawiać z rajcami. Wie jedynie, iż jeden z nich został pobity przez Ramiro za to, że nie chciał wyjawić jakiejś tajemnicy. Fagildo poprosił, bym dostał się do ratusza i porozmawiał z rajcami. Nie było wyjścia. Zgodziłem się. Fagildo wyraźnie zadowolony i odprężony naszkicował mi plan ratusza oraz miejsce, gdzie przetrzymywani są rajcy. Z tymi informacjami oraz niebezpiecznym zadaniem do wykonania wróciłem do winiarni. Tothmekri jak zwykle siedział posępny i zamyślony. Nubu, widocznie szczęśliwy, przywitał mnie wylewnie. Następnie podsunął mi jedzenie wołając, że specjalnie dla mnie zostawił kolację. Ujął mnie ten gest. Nie spodziewałem się takiego gestu po barbarzyńcy. Ponieważ kiszki grały marsza, ochoczo zabrałem się do jedzenia. Po smaku poznałem, że to wątroba. Jak dla mnie, była zbyt krwista i jakoś tak przyprawiona na słodko. Zobaczyłem jak Tothmekri patrzy na mnie z przerażeniem. Nubu, wyraźnie zadowolony klepał się po udach i wołał: Beloso ty zjeść swoja pierwsza wroga. Nareszcie zrozumiałem, co się dzieje. Właśnie jadłem wątrobę posłańca. O dziwo ta myśl nie robiła na mnie wrażenia. Wiedziałem jednak, że moje zachowanie jest niezrozumiałe. Każdy cywilizowany człowiek w takiej sytuacji by się zżygał. Na efekt takiego myślenia nie musiałem długo czekać. Podłogę winiarni zalały wymiociny.

Gdy doszedłem do siebie, poinformowałem towarzyszy o czekającym nas zadaniu. Wyszedłem z założenia, że we trzech będzie łatwiej niż w pojedynkę. Chłopcy zgodzili się zadziwiająco szybko. Późną nocą poszliśmy pod ratusz. Przed wejściem głównym stali dwaj strażnicy. Tylne wejście nie było pilnowane. Dookoła ratusza chodziły nieregularne patrole. Jeden z nich zaczepił mnie i Nubu. Barbarzyńca wydarł się, że my już iść tylko skończyć mu robić dobrze. Chodziło oczywiście o mnie, bo Tothmekri gdzieś się ukrył. Podjąłem tę grę. Odwróciłem się w stronę żołnierzy, uśmiechnąłem się i otarłem ręką usta. Na ich twarzach pojawiło się obrzydzenie. Odeszli, a ja zapamiętałem kolejny ciekawy wybieg. Większość patrolujących żołnierzy była pijana i służba gówno ich obchodziła. Bogowie znów byli po naszej stronie. Tothmekri zaczął napełniać zabraną ze sobą stygijską wazę piachem. Nubu sprawnie jak czarna małpa wspiął się na dach ratusza. Bawiły mnie ich poczynania. Przynajmniej mieli jakieś pomysły, nie do końca dla mnie zrozumiałe. Spokojnie podszedłem do tylnych drzwi. Chwilę nasłuchiwałem. Gdy nadeszła odpowiednia chwila cicho i szybko otworzyłem zamek drzwi. W tym momencie z dachu wysunął się Nubu wołając, że znalazł świetlik. Nakazałem mu gestami ciszę i otworzyłem drzwi. Szybkie spojrzenie na pusty oświetlony pochodniami korytarz i już byłem w środku. W ręce trzymałem niezawodny miecz. Za mną ruszył Tothmekri. Gdy był przy ścianie ratusza, zauważył go patrol. Okrzyknęli go. Tothmekri rzucił wazę i uciekł. Żołnierze zamiast go gonić, zajęli się dziwnie wyglądającą wazą. Po chwili wraz ze swoim znaleziskiem odeszli. Tothmekri i Nubu mogli spokojnie do mnie dołączyć. Tothmekri stanął przy drzwiach, a ja zacząłem się przekradać korytarzem ku miejscu więzienia rajców. Nubu kroczył za mną. Wszystko szło gładko. Zbyt gładko. Gdy przechodziłem koło jednej z wnęk korytarza, poczułem na sobie wzrok. Moje spojrzenie spotkało się z pijanym, siedzącym przy stoliku wartownikiem. Decyzja była szybka. Doskok, cięcie i wartownik z przeciętą krtanią leżał pozbawiony życia na stole. Ze stojącego dzbana wylałem na stół wino, by w jakiś sposób zakamuflować powstałą plamę krwi. I nagle przerażenie. Na stole stały trzy kubki. A więc jest jeszcze dwóch strażników. Czasu jest mało. Ruszyłem w stronę drzwi, za którymi powinni być rajcy. Nubu szedł za mną. Wtem usłyszałem pijany głos strażnika okrzykującego kogoś w środku. Pewnie chodziło o tego zabitego. Zmieniając głos i udając kompletnie pijanego wybełkotałem jakieś przekleństwo. Tamten ze śmiechem odpowiedział, że idzie odsączyć dziobaka i wróci za jakiś czas. Jako kolega mam go kryć przed oficerem. Pijackim bełkotem potwierdziłem lojalność wobec głosu. Nerwy miałem napięte jak postronki. W dodatku gdzieś w budynku był jakiś oficer. Na Bella, ciężka to próba. Nie było nad czym się zastanawiać. Za chwilę i tak odkryją nasze działania. Podkradłem się pod drzwi, za którymi mieli być rajcy. Chwilę nasłuchiwałem. Słychać było głosy, ale trudno było je określić. Delikatnie odemknąłem drzwi. W ich pobliżu stała ława, przy której siedziało dwóch żołnierzy. Wszystko stracone. Krótka narada z Nubu i kompletny brak planu dalszego działania. Wtem jeden z tych żołnierzy gada, że musi wracać na swoje stanowisko. Pijana świnia nie stoi na swoim posterunku, tylko łazi po kolegach. No nie, to ma być elitarna jednostka !? Chowam się za drzwi. Nubu biegnie do niszy, gdzie zostawiliśmy już jednego trupa. Wartownik wychodzi. Zamykają się drzwi i jestem za jego plecami. Cios i miecz po rękojeść wchodzi w jego plecy. Przed sobą widzę wyskakującego Nubu i rzucającego włócznią. Włócznia powoli przelatuje obok wartownika i mojej głowy. Wszystko widzę bardzo wyraźnie, jakby  wszyscy poruszali się w smole. Wartownik rozdziawia gębę do krzyku, głupawy wyraz na twarzy Nubu, gdy nie trafia włócznią. Już wiem, co trzeba zrobić. Pakuję całą dłoń w gębę wartownika. Gnój nie krzyknął, ale prawie odgryzł mi dwa palce. Wytrzymałem i nie krzyknąłem, ale z dziką rozkoszą pociągnąłem mieczem po jego kręgosłupie. Ciało zwiotczało i mogłem go położyć pod ścianą. Nubu złapał go pod ręce i zaciągnął do niszy, gdzie przy stole leżał już jeden trup. Chłopak chciał dobrze, ale po trupie został szeroki pas krwi. Teraz to już nic  nie utrzyma w tajemnicy naszego pobytu. Kop w drzwi i wpadam do sali. Cios i ostatni strażnik pada z rozpłataną głową. Przede mną stają rajcy. Jeden z nich się wydziera, że jestem głupcem, a po tym, co zrobiłem zabiją nas i zniszczą miasto. Szybko ucinam jego krzyki. Rzucam w pośpiechu, że przysyła mnie Fagildo, a miasto i tak jest skazane na zagładę, bo Ramiro sprzymierzył się z Akwilończykami. Poskutkowało zadziwiająco szybko. Rajcy pobiegli do wyjścia jakby mieli dwadzieścia, a nie ponad pięćdziesiąt wiosen życia. Dobiegamy do drzwi, przy których stoi Tothmekri, a tam od zewnątrz ktoś w nie wali. Tymczasem na końcu korytarza pojawia się oficer. O parszywy świecie. Otwieram drzwi. Pod nimi leży żołnierz naszpikowany strzałami jak jeż. Nie ma czasu na myślenie, uciekamy. Kątem oka widzę, jak Tothmekri trzyma jakąś kuszę i strzela w oficera. Strzała przelatuje oficerowi pomiędzy nogami. Przerażony mężczyzna wrzeszczy i woła na pomoc żołnierzy. Większość jest pijana i ma w dupie jego wołania. Zwialiśmy.

Miasto oszalało. Mieszczanie zarzynają żołnierzy. Ci ze strachu zbierają się w małe grupki i atakują każdego, kogo widzą na swej drodze. Unikając konfrontacji z którąkolwiek z grup, dotarliśmy bezpiecznie do kantorku Fagildo. Ku mojemu zdziwieniu byli już tam wszyscy rajcowie Llodio i prowadzili żywą dyskusję z Fagildo. Jasnym okazało się, że rajcą Llodio nie zostaje się tylko ze względu na swój wiek. Zebrani wyjawili nam całą prawdę. Jakież było nasze rozczarowanie. Nie chodziło o zdobycie skarbów czy artefaktów. Po prostu Ramiro da Hierro sprzymierzył się z Decriusem diukiem Poitain i razem mieli podbić część Zingary i wcielić ją do Akwilonii. Rajcy Llodio przejrzeli ten spisek i weszli w układ z wiernym Zingarze baronem Aznaro da Torro. Anzaro wraz ze swoją lekką jazdą w sile pięciuset chłopa czekał na sygnał od rajców. Była jeszcze szansa, by pokrzyżować plany zdrajcy. Wystarczyło dotrzeć do da Torro i przekazać mu pozycje i plany wrogów. Musiało to być zrobione przed połączeniem ich sił. Znowu poproszono nas o tę przysługę. Wręczono nam papirus z podpisami wszystkich rajców Llodio i wskazano miejsce postoju lekkiej konnicy. Tothmekri wyraził wątpliwość, by da Torro chciał z nami rozmawiać. Coś w tym było, więc najmłodszy z rajców Gelmino postanowił z nami jechać. Byłem zadowolony z takiego obrotu sprawy. Znowu najważniejsi ludzie miasta będą mieli wobec mnie dług. Dodatkowo atmosfera w mieście nie była najzdrowsza. Lepiej było je teraz opuścić.

Dosiedliśmy koni dostarczonych przez Fagildo i ruszyliśmy uliczkami miasta. Jazda była szybka i dość bezpieczna. Staraliśmy się z dala omijać grupy walczących żołnierzy i mieszczan. Gdy już tylko dwie ulice dzieliły nas od wyjazdu z miasta, wpakowaliśmy się wprost na trzyosobowy patrol arbaletników. Wściekli żołnierze o nic nie pytali, tylko od razu wycelowali w nas ciężkie kusze. Ratowaliśmy się zeskoczeniem z koni i kryciem się za ich cielskami. To nie mogło trwać zbyt długo. Nie widząc innego wyjścia walnąłem płazem swego miecza po zadzie konia i zwiałem za róg pobliskiego budynku. Rozwścieczone zwierzę pognało na żołnierzy. Moi towarzysze postanowili zostać bohaterami. Pewnie nie wiedzą, że prawdziwych bohaterów spotyka się tylko na cmentarzach. Nastąpiła wymiana strzałów i Gelmino padł ugodzony dwoma bełtami. Żołnierze natarli na Tothmekriego i Nubu. Stygijczyk unikał jak mógł ciosów wielkiego berdysza. Pomyślałem, że ten chłopak naprawdę jest groźny. Groźniejszy i bardziej szalony był jednak nasz czarnoskóry przyjaciel. Nubu starł się z dwoma żołnierzami. Jednego dość paskudnie zranił w brzuch. Sam jednak otrzymał cios w tułów. Ociekał krwią jak barbarzyński bóg wojny, a darł się jak jakiś demon. Mimo wszystko było widać, że nie mają szans. Mogłem co najwyżej z daleka wspomagać ich swoimi pociskami. Ale co mogły zrobić moje kamienie wobec zbroi arbaletników. Jako pierwszy swój błąd zrozumiał Tothmekri i dał nogę z pola walki. Podziwiałem jego zwinność. Po tym ruchu położenie Nubu stało się beznadziejne. Był sam przeciw trzem dobrze uzbrojonym żołnierzom. I wówczas zobaczyłem, z jaką gracją barbarzyńca potrafi poddawać pola. Patrol nie miał zamiaru nas gonić. Wrócili po swoje kusze. Oniemiałem z wrażenia. Na dachu pobliskiego domu stał krwawiący Nubu i cisnął włócznią w arbaletnika. Włócznia przyszpiliła żołnierza do ziemi. Pozostali dwaj ze spokojem zaczęli naciągać swoje kusze. Nubu był już martwy. Brzęknęły cięciwy i chmara strzał utkwiła w żołnierzach. Nubu w radosnym uśmiechu machał do stających na dachach łuczników z zakrytymi twarzami. Tamci odmachali i zniknęli w ciemnościach. Spokojnie mogłem wrócić i zobaczyć, co z resztą. Tothmekri opatrywał Gelmino. Na leczeniu też się znał. Nasz młody Stygijczyk zaskakiwał mnie coraz bardziej. Gelmino żył, ale nie nadawał się do jakichkolwiek podróży. Odprowadziłem go w bezpieczne miejsce i wyjechaliśmy z miasta w trójkę. Nasze mądre czworonogi wróciły do nas same. Wydawało mi się, że ten mój patrzy na mnie z wyrzutem za ten klaps mieczem. Była noc, gwiazdy świeciły jasno, na twarzach było czuć pęd wiatru. Gdyby nie okoliczności byłoby bardzo przyjemnie. Nagle poczułem, że latam i pociemniało mi w oczach. Gdy się ocknąłem leżałem na ziemi. Żebra bolały jak łamanie kołem. Mój wredny konik stał z pochyloną głową i szczerzył zęby. Tothmekri i Nubu naigrywali się z mojej jazdy. Zacisnąłem zęby, dosiadłem bydlaka i ruszyliśmy dalej. Po kilkunastu minutach jazdy zostaliśmy wstrzymani przez wartowników. Tothmekri wyjawił, do kogo jedziemy. Na nasze szczęście trafiliśmy do właściwego obozu.

Zostaliśmy rozbrojeni i związani. Doprowadzono nas do namiotu Aznaro da Torro. Byłem obolały i zmęczony, ta przygoda zaczynała mnie nużyć. Prowadzenie rozmówek z dowódcą lekkiej jazdy pozostawiłem Tothmekriemu. O jej wynik mogłem być spokojny. Po kilku chwilach zostaliśmy rozwiązani, nakarmieni i napojeni. Da Torro, w uznaniu naszych zasług, przydzielił nam bardzo ważne zadanie. Nie było mowy o tym, byśmy nie przyjęli jego nagrody. Wraz z dziesięcioma kawalerzystami pojechaliśmy sprawdzić pozycje nadchodzącej ciężkiej jazdy Akwilońskiej. No jak już musiałem jechać, to przynajmniej wyprosiłem jakiegoś normalnego konia, a nie pamiętliwego i wierzgającego wałacha. Gdy dojechaliśmy nad Alimanę, naszym oczom ukazał się przepiękny widok. Widok paskudził obraz kilku setek ciężkozbrojnych akwilońskich rycerzy. Na naszą stronę przeprawiło się jednak tylko dziesięciu jeźdźców z dowódcą. Był to nie kto inny jak sam Decrius. Mitra był po naszej stronie. Po chwili zastanowienia uzmysłowiłem sobie, że nie mamy szans w starciu z jego świtą. Z przerażeniem usłyszałem, że nasz dowódca tego nie rozumie. Podpalił się, że weźmie do niewoli Decriusa. Przekonywał, iż jego jastrzębie z pewnością pokonają Akwilończyków. Fanatyzm nie boli, ale nie pozwala długo żyć. Na szczęście Tothmekri ostudził zapędy dowódcy. Po uważniejszym przyjrzeniu się Decriusowi pojęliśmy, że nie szuka on przeprawy dla swoich żołnierzy, ale wyraźnie na kogoś czeka. Ten ktoś miał z pewnością przyjechać od naszej strony. Przekonałem dowódcę, że powinienem sprowadzić nasze siły główne.

To, co działo się później, wiem jedynie z opowieści towarzyszy. Nie mogę więc ręczyć, że oddali oni całą prawdę zdarzeń. Gdy ja jechałem do obozu da Torro, w kierunku Decriusa pędził posłaniec. Tothmekri i Nubu popędzili mu na spotkanie. Wszystko musiało wyglądać na zwyczajny napad bandytów. Posłaniec został zabity przez Nubu, który zostawił swego konia bez opieki i zajął się przeszukiwaniem posłańca. Gdy się zorientował w sytuacji, pędziło na niego dwóch akwilońskich rycerzy. Gdyby nie Tothmekri pewnie by go stratowali. Szkoda, że nie widziałem, jak stygijczyk i czarnoskóry barbarzyńca z tubą posłańca w ręku podskakują na grzbiecie pędzącego konia w ucieczce przed rycerzami. Widok musiał być przezabawny. Potem wydarzenia nastąpiły błyskawicznie. Gorącogłowy dowódca naszych jastrzębi natarł na goniących moich towarzyszy rycerzy. Na lekką kawalerię natarli pozostali Akwilończycy prowadzeni przez Decriusa. Na tych z kolei najechali przyprowadzeni przeze mnie żołnierze da Torro. Nastąpiła bitwa w mętnych wodach Alimane. Tylko część stojących po drugiej stronie rzeki Akwilończyków zdecydowała się ruszyć na pomoc swemu diukowi. W mulistym dnie rzeki ich opancerzone konie nie mogły dorównać lekkim konikom Zingarian. Walka była krótka i krwawa. Decrius został pojmany, a Akwilończykom odeszła ochota na zajeżdżanie naszej ojczyzny.

Po bitwie wyszukałem sobie ładny bojowy miecz Akwilończyka. Ta broń jest naprawdę wiele warta i należało mi się coś za moje trudy. Nubu i Tothmekri poszli w moje ślady. Nubu zabrał miecz i przypasał go sobie do pasa. Ten dzikus naprawdę chce nim walczyć, czy znów się dziwacznie stroi ? Tothmekri był bardziej racjonalny. Był też o wiele bardziej nieostrożny od nas. Dał się podejść rannemu Akwilończykowi, który próbował przebić mu udo sztyletem. Bóg Stygijczyka miał go w swej pieczy. Tothmekri uniknął ciosu, a Aquilończyk zginął pod ciosem broni stygijczyka, który dodatkowo swym butem wbił głowę nieszczęśnika w muł dna Alimane. Pozostał nam do rozwiązania jeszcze jeden problem. Obóz Ramira. Dobrze okopani arbaletnicy mogliby wystrzelać jastrzębie da Torro bez wysiłku. I co. I znów przebiegły Tothmekri sfałszował wieść do Ramirra, w której wskazał mu miejsce spotkania z Decriusem. Wieść do obozu dostarczył pędzący samotnie koń posłańca. Nie muszę chyba mówić, że w miejscu spotkania Ramiro zamiast Decriusa spotkał Aznara. To spotkanie nie należało do najbardziej udanych w życiu Ramira.

Ja, Nubu i Tothmekri, powróciliśmy do Llodio. Ku naszej uciesze miasto było tylko w nieznacznym stopniu zniszczone. Po żołnierzach Ramira pozostała mała grupka. Zabarykadowali się oni w ratuszu wraz z zakładnikami. Dla mnie nie był to żaden problem. Spalić ratusz i po kłopocie. Ku mojemu zdziwieniu rajcy zdecydowanie odmówili. Gadali coś o wspaniałym budynku i ratowaniu życia zakładników. Oczywiście mieli genialny plan. Trzeba było wejść do ratusza, rozsypać tam jakiś usypiający proszek i tyle. Tylko, że nikt nie chciał tam iść. Byłem zmęczony i zły. Niech już się to wszystko skończy. Podjąłem się tego parszywego zadania. Wziąłem wielki dzban wina, kubki i specjalny kubek z zawartością usypiającego pyłu. Wywiesiłem białą chustę i bez broni podszedłem pod główne wejście ratusza. Powiedziałem żołnierzom o losie ich dowódcy i obiecałem, że za życie zakładników mieszkańcy miasta są w stanie ich puścić wolno. Wojna przecież zakończona. Chcę tylko dogadać warunki. Na moje szczęście w ratuszu był jeden z tych wartowników, którym poprzedniego dnia nosiłem wino. Wpuszczono mnie do wnętrza ratusza. Tam od razu wziąłem na bok oficera dowodzącego pozostałym oddziałem. W zaufaniu powiedziałem mu, że mieszkańcy miasta i tak ich wyrżną. Jedyna szansa to ucieczka z ratusza tajemnym przejściem. Tak się oczywiście składa, że to ja je znam ale mogę sobie przypomnieć za odpowiednia sumkę. Oficer połknął przynętę. Zebrał swoich najbardziej zaufanych ludzi i mieliśmy rozpocząć ucieczkę. Sytuacja była dogodna. I wtedy jakiś głupi żołdak złapał za spreparowany kubek. Nie było czasu na zastanowienie. Krzyknąłem skorpion i walnąłem w rękę żołnierza. Następnie rozwaliłem z całej siły kubek. Z podłogi zaczął unosić się czarny pył. Zaczerpnąłem powietrza w płuca i patrzyłem jak oficer oraz jego żołnierze padają na podłogę z wyrazem zdziwienia i przerażenia w oczach.

Próbowałem się wydostać z trującego pyłu. Nagle zobaczyłem, jak w moją stronę idzie zabity posłaniec. W swoich rękach niesie okrwawioną wątrobę. Jego brzuch zieje pustką. Na jego twarzy widnieje grymas. Przez zaciśnięte usta dobywa się krzyk: chcesz jeszcze zjeść mojej wątroby? Ten krzyk rozrywa uszy, prawie czuje jakby fizycznie bił mnie w twarz. Do mojej świadomości doszło, że ktoś naprawdę leje mnie po mordzie. Gdy otworzyłem oczy nade mną pochylał się Tothmekri. Za nim stał uśmiechnięty Nubu. Mieszczanie dokańczali zarzynanie żołnierzy. Rajcowie gratulowali dobrze spełnionego zadania. Jakoś miałem inne zdanie na ten temat. Nareszcie wszystko się skończyło i można było iść spać. Jak wstanę, to z pewnością na koszt miasta będę pił i jadł, a kobiety za darmo rozchylą uda przed bohaterem. Życie jest piękne i warto z niego korzystać.

Benek alias Beloso da Beno

About Benio

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Conan ,

Comments are closed.