Śnieżna wyprawa

Powrociwszy do domu Rudigera wybrancy zostali opatrzeni (Gund lezy nadal nieprzytomny, Ulf smiga jak nowonarodzony) i oskubani bezczelnie na 200 zk przez ochroniarzy, rzekomo na sieroty po Konradzie (jego udzial). Do druzyny dolacza kolejny przybleda – wloczykij Joschka, mlody, tyczkowaty blondas o oczach marzyciela i wiecznym usmiechu na gebie (to ja  W miescie jakies rozruchy, wychodzic mozna tylko pojedynczo i nie obnosic sie z kasa.

Zatroskani Bracia Arianki wydaja wystawna kolacje, zapewne licza ze z dobrym jedzeniem latwiej bedzie przelknac niewesole nowiny. A mianowicie – ktos potraktowal mrozem Wielkiego Mistrza zakonu Bialego Wilka, a motloch umyslil sobie ze to wyznawcy Sigmara i obrzuca kamieniami jego swiatynie. Ze wzgledu na ucieczke Ludojada miasto jest zamkniete, nawet dla wozow kupieckich, ktorzy w dlugich kolejkach na podjazdach do czterech bram Middenheim pomstuja na urzednikow i miejskich pacholkow, ktorych liczba zostala potrojona. Szykuje sie karna ekspedycja pod wodza Brata Jakiegostam z ZBW, ktora ma ponoc za zadanie wyzac wszystkich gobosow w okolicy. Jakis nieprzytomny swiadek napadu na Patfindera doniosl Czlowiekowi ze dokonala tego grupa 4 ludzi + krasnolud/niziolek, wiec wszystkie opryszki w miescie obstawiaja kazdy zaulek i piora kazda grupe 4ludzi+krasnolud/niziolek Wiesc o kulcie Nurgla jest trzymana w tajemnicy przed motlochem ktory gotow uznac zamkniecie miasta za oznake zarazy. Serce Arymana zdaniem Heffa jest tymczasem juz poza miastem i porusza sie mw na NE, w kierunku Gor Srodkowych i Ostlandu.

W tej sytuacji podejmujemy sluszna decyzje opuszczenia miasta, poprzez dolaczenie do ekspedycji brata Jakiegostam.Kapitan Felix ze Strazy Miejskiej zalatwia przyjecie i po testowych nawalankach z rekrutujacym chetnych sierzantem tworzymy 4 osobowy (Olga) oddzial pod dowodztwem sierzant Margiel, zwanej Siekierka, dawnej znajomej naszej Olgi.

Drobiazg, ale opowiem – Magiczny Luk Bractwa Arianki uznaje mnie godnym noszenia go. Ale mi Ulf zazdroscil ;)) Za to Ulf ma tajemnicze ziolka ktore maester Heff przykazal mu surowo codziennie pic (bestia Nurgla…).

Wyruszamy, pare dni nic sie nie dzieje, nasza pani sierzant ujeta nasza (glownie moja) kurtuazja brata sie z nami i opowiada nam historie ze swej bogatej zolnierskiej przeszlosci. Miedzy innymi slyszymy legende o Haggarze, ktory jako jedyny uszedl z napadnietej przez wilki wioski, gdyz dobrowolnie oddal im swoje zarcie, oraz wspomnienie o Buranie, straszliwej snieznej burzy, ktora swego czasu wybila caly oddzial naszej sierzantki z wyjatkiem pieciu ludzi, min naszej Olgi.

W koncu nadchodzi brzemienna w skutki narada wojenna, ktora podsluchuje w calosci. Z okolicznych straznic nadchodza wiesci ze wiele oddzialow goblinow widziano poruszajacych sie w rozne strony. Nasze dowodztwo uznaje to za warte sprawdzenia i deleguje male oddzialy zwiadowcze do kazdej ze straznic, aby sprawdzic te wiesci i ew. wyciac napotkane oddzialki goblinow. My ruszamy na NW.

Chyba 2 dnia drogi na postoju podchodzi do nas czarny kot, w lesie – dziwne, ale nie ustrzelilismy zwierza, moze blad. Nastepnej nocy dopada nas Buran, ale wyczuwamy zagrozenie na czas (opowiadania pani sierzant nie poszlo w las) i przezywamy wszyscy. Potem znajdujemy dziwna tafle lodu, na ktorej sa jakies magiczne znaki, ale Jurgen rozbija tafle zanim Ulf je rozszyfrowuje. Z tafli wychodza slady goblinow, wilkow i jakiejs laski, Olga podejrzewa ze to szaman a nie np. kulawy zebrak, ale kawalek dalej nagle znikaja, jakby cala grupa odparowala (zimno jest wiec raczej wysublimowala . Konczy nam sie prowiant (kwatermistrza do kotla !) i zaczynamy glodowac, na szczescie do straznicy zostaje nam dzien drogi. Trafiamy jeszcze na idace w poprzek slady grupki wilkow (skadsis Oldze wiadomo ze na tych wilkach jechaly gobliny i to bez szamana (tj bez laski)). ale nasza sierzantka jest juz tak skolowana ze w jawnym glosowaniu decydujemy olac slady i isc dalej do straznicy (jesc !))

W koncu docieramy do celu, ale w straznicy pustka, tylko zamarzniety sierzant i jeden wartownik, nic do jedzenia i otwarty dziennik, z ktorego dowiadujemy sie ze caly prowiant zezarly szczury i dowodca pozwolil zolnierzom odejsc, a sam postanowil zamarznac na smierc (ech ta wojskowa dyscyplina), co mu sie zreszta znakomicie udalo. Chcialem naklonic innych zebysmy pozywili sie kawalkiem szeregowca spod bramy, albo i bohaterskiego sierzanta, ale nikt sie nie chcial ponizyc do kanibalizmu. Szkoda, pozostalo mi tylko gotowanie zolnierskich skorzanych pasow, slyszalem ze tak mozna oszukac glod. Nasza sierzantka znalazla mape na ktorej byla jakasa zapadla wies o piec dni na wschod. Poszlismy tam.

Tym razem glod i zimno omal nas nie wykonczyly, ale jakos dobrnelismy na dzien drogi do wsi kiedy na horyzoncie za nami ukazalo sie 10 wilkow a na nich gobliny. Jeden z nich byl bialy i wymachiwal laska, to pewnie ten szaman, wiec jednak Olga nie miala racji. Pognalismy zabiedzone konie w kierunku przesmyku gdzie chcielismy sie bronic, ale szaman wypuscil z kija sniezna burze i dalej nic juz nie pamietalem.

Ocknelismy sie w balii z goraca woda w chlopskiej chalupie. Chlopina ktory nas wygrzebal spod sniegu u stop skarpy z ktorej pewnie stracil nas buran poprosil nas z miejsca o przysluge. Na ich wies napadla piatka jakichs drabow, ktorzy zamkneli sie w chalupie soltysa ze wszystkimi dziecmi wiesniakow i kaze sobie przysylac jedzenie, picie i kobiety, pod grozba zabicia dzieci. Nasz zbawca wiedzial tez o wilczych jezdzcach i tym bialym szamanie – ponoc spotkal sie on z przywodca okupujacych wies bandytow i rozmawiali o dzieciach. Bandzior oferowal goblinowi osemke porwanych dzieciakow, ale tamten odmowil, mowiac ze mialo byc 60 albo wcale. Wywnioskowalismy ze banda zamierza jakos zebrac reszte dzieci aby uzbierac pozadana przez bialasa 60-ke, ale jak sie potem okazalo pomylilismy sie okrutnie.

Rzecz jasna z radoscia obiecalismy pomoc w szturmowaniu soltysowej chalupy w ktorej okopali sie bandyci. Mialem koncepcje zeby chytrze zaatakowac od dachu, odcinajac bandziorow od piwnicy w ktorej pewnie ukryli dzieci, ale chlopski spryt naszego gospodarza urzekl chyba wszystkich pozostalych i stanelo na tym by zaatakowac frontalnie, po wybiciu drzwi lawa. No to juz nie bylo wiele do ustalania i ruszylismy.

Jatka byla straszna, 3 bandziorow padla w glownej sali, jeden sie poddal, a herszt zostal zastrzelony przez Olge kiedy probowal uciekac przez okno. Zaden z badytow nie probowal nas szantazowac zyciem dzieci, ale jak sie potem okazalo dzieciaki juz nie zyly – zamarzly na smierc. Ocalaly (do czasu, mysle ze go chlopi sprawia jak nalezy) bandyta zeznal ze skoro interes z goblinem nie wypalil postanowili pozyc troche na koszt wiesniakow, a potem odejsc dalej, wiec przestali sie troszczyc o dzieci.

Tak wiec jestesmy teraz w zapadlej wsi, mniej wiecej zdrowi, z wyjatkiem pani sierzant ktora polamala zebra spadajac ze skarpy. Mam nadzieje ze chlopi daja nam troche jedzenia i pewnie pojdziemy do nastepnej straznicy na Wschodzie, byc moze zostawiajac nieprzytomna Siekierke w goscinnej wsi do lata.

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Warhammer, WH: Bractwo Arianki ,

Comments are closed.