Gdzie jest generał

Po bohaterskim ataku na chałupę sołtysa, spóźnionym jednak o kilka dni, przy życiu został jeden bandyta. Okazało się ze przywódcą zbirów był hrabia von Lepizig – nisko upadł, nie ma co mówić ! Jakoś zamiast dalej szukać serca Arymana postanowiliśmy (za namowa charyzmatycznego chłopa, który nas wygrzebał spod śniegu a teraz zamierzał zostać sołtysem) wybrać się kupą z powrotem do Middenheim z jedynym ocalałym bandziorem żeby go postawić przed sadem. Strata czasu według mnie, w innej wsi pewnie by go zakopali po szyje i tak zostawili, ale w tej zapadłej dziurze chłopstwo jakieś takie praworządne było.

W drodze uratowaliśmy przypadkiem bardzo ważnego generała von Schredschaffen, emerytowanego bohatera Ostlandu, na którego napadła na trakcie banda zabójców, ale Jurgenowi uciekł przy tym ten prowadzony na sąd bandyta. Za to generał tak się rozczulił, że przydzielił nas wszystkich do swojej osobistej ochrony i tak to w glorii i chwale wjechaliśmy do Miasta Białego Wilka. Tak jeszcze o generale: jakiś czas temu ocalił Ostland, a może i całe Imperium przed najazdem zielonoskórych, którym przewodził biały gobliński szaman, kubek w kubek taki jak ten, co nas mało nie przysypał lawiną. Ale tamten podobno zginął, chociaż ciała nie znaleziono. Teraz generalissimus, chociaż bez przydziału, nie mógł się obyć bez wojska, wyprężonych na baczność szwejów i wydawania rozkazów, więc zaszczycał swoimi niezapowiedzianymi wizytami co większe stanice i garnizony. Teraz zaś przybył do Middenheim, żeby wynegocjować jakąś pomoc od grafa Borysa dla wysuniętej na północ stanicy Nordenposten.

My pokręciliśmy się trochę po mieście, zażyliśmy uciech w burdelu, Gund poswawolił z kudłatymi krasnoludkami, a ja się uśmiałem po pachy obserwując to przez lustro w ścianie, ale że nie znaleźliśmy Serca Arymana, Bracia Arianki postanowili wysłać nas znowu w drogę. Miasto ciągle było zamknięte, tym razem więc mieliśmy jechać jako eskorty generała von Schredschaffen, który tak nas sobie upodobał, że zażądał naszej obecności chyba od samego grafa Borysa… No i tak wyruszyliśmy do tego Nordenposten, gdzie przypadkiem według mistrza Heffa było też Serce.

Po drodze pilnowaliśmy emerytowanego bohatera przed zabójcami, którzy wszędzie na niego czyhali, ale na nas napadli dopiero dzień przed przybyciem do celu. Właściwie to był to tylko jeden zabójca, ale ja i Ulf o mało nie postradaliśmy życia. Ledwo się dowlekliśmy do stanicy, która się okazała całkiem spora, bez mała na stu żołnierzy, do tego niezwykle wprost rozbawiona. Co wieczór odbywały się tu bale, żołnierze i oficerowie mogli się zabawiać w stanicowym zamtuzie, prowadzonym przez madame Margot., a odpasieni i rozleniwieni szweje zabawiali się dodatkowo budową studni, która była tematem miejscowych żartów, plotek i powodem do bójek. Innym tematem, ale ździebko delikatniejszym, była żona jednego z oficerów, powabna Teresa, która zgłębiła tajemnice spodni wszystkich chyba oficerów i co postawniejszych podoficerów w stanicy.

Jako eskortę generała zaliczono nas do korpusu oficerskiego, więc mogliśmy korzystać z lepszej części burdelu, śmiało i z nadzieją pozierać na frau Teresę, no i nie musieliśmy kopać studni. Dwa dni bawiliśmy się pysznie na balach, jako eskorta generała, poznając przy okazji miejscową śmietankę towarzyską. Kapitan Brandorf, mąż wspomnianej Teresy był wiecznie nerwowy i skory do bitki, czemu się nie ma co dziwić jeśli się pamięta co wyprawiała jego żona, madame Margot podobno musiała wyjechać z Middenheim gdzie oskarżano ją o sprzyjanie kultowi Slaanesha, a kapitan von Klossen okazał się być nadzwyczaj dobrze poinformowanym szpiegiem, zorientowanym w układach goblinów z mitycznymi i oficjalnie wytępionymi Skavenami.

Na drugim balu frau Teresa nie wytrzymała i poderwała nam naszego śmieciarza Jurgena. Niby nic, żona oficera i śmieciarz, nie takie rzeczy widziało zapewne Nordenposten, ale sprawa stała się publiczna i to za sprawą naszego kochanego generała. Podjudzony kapitan Brandorf, mąż rozpustnej niewiasty, następnego dnia przydybał Jurgena i sprał go okrutnie na oczach swoich żołnierzy. Może myślał że w ten sposób zmaże hańbę, ale rogi mu i tak zostały.

A potem był bal ten trzeci bal. Jurgen leżał obolały i spał po ziółkach zapitego miejscowego medyka, Ulf go pilnował, na rozkaz generała zresztą, panie miały wolne, a Gunt i ja służbę na balu. Cały bal przestaliśmy pod drzwiami pokoiku schadzek, w którym nasz podopieczny swawolił z młodą Juanitą, jedną z dziewcząt od madame Margot. Pod koniec balu Jurgen zwlókł się z łoża i razem z Ulfem przyszli trochę powęszyć. Ale co znaleźli to za chwilę.
Rano wszystkich obudził wrzask frau Teresy – ktoś zamordował jej męża, nieszczęsnego kapitana Brandorfa. Najpierw myślałem że jakiś myśliwy ustrzelił go dla imponującego poroża, ale zginął od noża, takiego samego jakie Jurgen zabrał zabójcy, ubitemu w drodze do Nordenposten. A na podłodze za trupem znaleziono namalowane dziwne „magiczne” znaki. I to wystarczyło, żeby głupek Leibnitz prowadzący śledztwo oskarżył o morderstwo naszego Ulfa ! Że umiał pisać ! Ale w powietrzu wisiało oskarżenie Jurgena, bo przecież miał dwa takie same noże jak ten znaleziony w piersi Brandorfa i chociaż sam generał przyznał, że to „typowe noże Skorpiona”, to jednak kapitan Leibnitz pewnie dobrnie w końcu do wniosku że to nie znaczki na podłodze zabiły Brandorfa i nóż w piersi ma jednak jakieś znaczenie.

Na szczęście chwilowo Jurgen był jeszcze wolny, chociaż wszyscy mieliśmy zakaz opuszczania stanicy, więc zaczęliśmy węszyć. Przypomniało mi się, że w dzień przed balem nasz generał rozmawiał z von Klossenem, podsłuchałem kawałek i było tam coś o „dziś w nocy”. Dalej generał rozkazał Ulfowi pilnować Jurgena, mnie kazał stać pod drzwiami pokoiku schadzek, gdy chciałem iść pod okno. Potem Jurgen znalazł tam ślady jakby ktoś wychodził oknem a potem wracał, albo odwrotnie. Więc na pewno była tu jakaś tajemnica.

W naszym pokoju znaleźliśmy tymczasem pachnącą kobiecymi pachnidłami kartkę niebieskiego papieru z ostrzeżeniem. „Wpadliście w sidła starego pająka”, a potem wzmianka, że hrabina von Schredschaffen wyszła powtórnie za mąż za von Leipziga. A to nazwisko znaliśmy – to był ten przywódca bandziorów, który kumał się z goblińskim szamanem i obiecał mu dzieci w zamian za złoto i którego Olga rozstrzelała ze swojej rusznicy. Czyżby więc upadły von Leipzig i nasz bohaterski generał von Schredschaffen byli przyrodnimi braćmi ? Rzeczywiście – w tym podsłuchanym kawałki rozmowy z von Klossenem generał mówił „mój brat nie żyje”.

Juanita powiedziała mi że z nocy z generałem nic nie pamięta i choć on twierdził, że było świetnie, ale tak naprawdę nic się nie zdarzyło. Rozpaczająca po śmierci męża Teresa wyrzekała Jurgenowi że napisał do niej „ten” list, a niejaki Gross Schultz, kuchcik z kantyny przyznał się że za złotą koronę zaniósł jej list… od generała. Kapitan Leibnitz, który prowadził śledztwo w sprawie śmierci Brandorfa był starym kompanem generała, kto wie czy nie idzie po sznurku który rozwija przed nim bohaterski przyjaciel. Bo wyglądało że generał umyślił sobie obarczyć nas winą za zabicie Brandorfa w ramach zemsty za udaremnienie planów swego zdegenerowanego braciszka. W głowie mi się to nie mieściło, ale wszystko na to wskazywało. On jest szalony !

Szykowaliśmy wszystkie ślady na proces który miał prowadzić kapłan Vereny, bogini sprawiedliwości, po którego już posłano. Rozpytywaliśmy jeszcze Fischkego, ordynansa Brandorfa i okazało się, że tej nocy grał w karty z kapitanem von Klossenem i jego ordynansem. Von Klossen wychodził na jakieś pół godziny, może pomagał w zabójstwie, w końcu zmawiali się z generałem. No więc poszliśmy do Bricka, ordynansa von Klossena. I trafiliśmy, Brick dostał od swego oficera rozkaz wyciągnięcia na karty Fischkego, a jak mu powiedzieliśmy na co się zanosi obiecał nam nawet pomóc. Otwarł mi drzwi do pokoju swego kapitana, chociaż musiał wyjąć drzwi z zawiasów, bo von Klossen zamknął swój pokój na nowy zamek, do którego klucza nie dał nawet swemu ordynansowi. A w środku znaleźliśmy starannie ukrytą, metalową skrzynkę, oczywiście zamkniętą na klucz. Wziąłem ją i ukryłem starannie koło fontanny, byłem pewien że zawiera jakąś brudną tajemnicę, do tego magiczną bo Ulf wyczuł coś ze środka, mimo grubej blachy. Obiecałem sobie, ze to będzie dowód jak już przyjedzie kapłan Vereny.

Tymczasem Gunt i Jurgen, którzy zlękli się włamania do pokoju oficera i nie chcieli mieć z tym nic wspólnego przyuważyli jak von Klossen wyjeżdża ze stanicy. Pobiegli do dowódcy, kapitana Jagera, powiedzieli mu o naszych podejrzeniach i o dziwo, dostaliśmy pozwolenie pojechania śladami von Klossena, tyle że bez Ulfa, który ciągle był oskarżony. Za to dołączyła do nas Olga i we czwórkę wyruszyliśmy w drogę.

Von Klossena znaleźliśmy dopiero wieczorem – zauważyliśmy go akurat w chwili gdy wjeżdżał w pozornie litą skalną ścianę. Tak naprawdę w środku był jednak płytki wąwóz, który dalej robił się coraz głębszy, w miarę jak droga opadała w dół. Skradając się jego brzegiem dotarliśmy na skraj przepaści – w dole pod nami był skalny kocioł, z którego dochodziły głosy oficera i białego goblińsiego szamana, już nam znanego. Rozmawiali o ofierze, która ma się dokonać za dwa dni, o dzieciach które goblin zamierzał przy tej okazji zamordować i o zdradzie Von Klossena: wrobił on generała we wrobienie nas w zabójstwo Brandorfa – gdy przyjedzie kapłan Vereny prawda wyjdzie na jaw i generał straci cały respekt, a może i głowę i wtedy nikt już nie powstrzyma goblinów przed wielką inwazją na całe Imperium !

Jeśli by mnie pytać powinniśmy się wtedy po cichu wycofać, wrócić do Nordenposten i przygotować wszystkich na atak goblinów. W kotlinie oprócz szamana i człowieka było jeszcze dziesięciu wielkich goblinów na wilkach, a dookoła nas w ciemności mogli czaić się inni. Ale zadecydował krasnoludzki upór Gunta – gdy goblin skrzekliwie przechwalał się rychłym zwycięstwem i szydził z podłości von Klossena, Gunt wycelował kuszę i strzelił ! Gdyby chociaż trafił, ale gdzież tam !

Szaman błyskawicznie wzniósł swoją laskę i zaraz otoczył go wirujący całun śniegu, wilki z wyciem ruszyły w jego kierunku, aby go osłonić, a von Klossen pobiegł do swego konia, niechybnie aby dać nogę. W lesie z lewej rozległ się przytłumiony szelest i tupot wielu stóp. Myślałem że już po nas i inni pewnie też, ale nie zamierzaliśmy dać się darmo ! Zadźwięczały cięciwy łuków Jurgena i mojego i kuszy Gunda, dołączyła do nich rusznica Olgi i pierwsze wilki zwaliły się w śnieg, a ich jeźdźcy zostali stratowani przez pozostałe. Szaman rozjaśnił nocne ciemności magicznym światłem, ale my na wysokiej krawędzi kotliny pozostaliśmy na szczęście w ciemnościach. W lesie z lewej rozległy się goblińskie pokrzykiwania i brzęk szabel. Zacząłem krzyczeć jakieś niby rozkazy: „prawa flanka do przodu, otoczyć ich, strzelcy pospieszyć się” i takie tam, inni dołączyli i goblinom na dole zdało się widać że wpadli w pułapkę – otoczyli swego szamana wirującym kołem, a potem co sił w wilczych łapach zaczęli uciekać ku odległemu drugiemu wyjściu z doliny ! Posłaliśmy za nimi jeszcze kilka strzał cały czas wrzeszcząc, ale oto z lasu z lewej poczęły wyłaniać się biegnące ławą piesze gobliny. Poczęliśmy szyć z kolei do nich i z dziesięciu dobiegło do nas tylko czterech czy pięciu, ale padli szybko pod toporem Gunta i mieczem Olgi. Nie do wiary – byliśmy żywi i do tego zwyciężyliśmy !

Teraz zajęliśmy się von Klossenem. Leżał przygnieciony swym koniem, którego Olga przytomnie zastrzeliła zaraz na początku walki. Wywlekliśmy go spod niego i przerzuciwszy jak worek przez konia ruszyliśmy co prędzej do odległego Nordenposten. Mieliśmy niewiele czasu, ale dobrze go wykorzystaliśmy – zaraz po przybyciu rozgłosiliśmy niewinność generała i spisek von Klossena z goblinami, a uwolniony od podejrzeń generał objął dowództwo nad załogą Nordenposten i wyprowadził ją naprzeciw goblińskich hord, które już nadciągały pod stanicę. Walka była krwawa ale zwycięska i choć zginęło ponad połowa żołnierzy ze stanicy, w tym nasza dzielna Olga i niemniej dzielna pani sierżant Margiel, pokurcze zostali pobici i odparci.

Ale sukces nie był jednak całkowity, a wręcz mógł być zapowiedzią serii klęsk, bo oto pod sam koniec bitwy, gdy otaczający dotąd generała kusznicy ruszyli do starcia wręcz ze sczepionymi z resztką toporników goblińską hordą, naraz ze śnieżnego tumanu wyskoczyło kilka wilków, a między nimi sam biały szaman, imieniem Turorg, jak się w międzyczasie dowiedzieliśmy. Pokurcz natarł na zaskoczonego i osamotnionego generała, jakimś paskudnym czarem sparaliżował go i porwał na swego wilka, a potem wraz z resztą swej świty zniknął na powrót w śnieżnym tumanie.

Wróciliśmy do stanicy, gdzie po raz pierwszy chyba trzeźwy medyk jął opatrywać rannych, a my w zamieszaniu otwarliśmy skrzyneczkę von Klossena, ukrytą wcześniej pod fontanną. Gunt został przy tym opryskany kwasem ze skrzyneczki, dobrze że jej wcześniej nie otwierałem. W środku były cztery listy polecające na różne nazwiska, różne papiery pachnące damskimi perfumami, na których von Klossen mógł wypisywać różne listy, takie jak ten który napisał nam, ten o tym starym pająku i hrabinie von Schredschaffen, pistolet z sześcioma lufami i woreczek ze złotymi grudkami. To te grudki wyczuł Ulf, ale okazało się że były magiczne bo długo były w posiadaniu szamana, który był chyba bardzo magiczny i przeszło na grudki złota. Spaczenia, ani Serca Arymana w środku nie było.

Teraz trzeba było postanowić co zrobić z porwanym generałem. Kapitan Jager nie chciał nam dać więcej niż trzech żołnierzy, chociaż po mojemu to trzeba było zostawić całą tę stanicę (i tak ją ponoć za każdym razem burzyli i opuszczali jak był najazd) i z całym wojskiem iść odbić generała. Ale kapitan był mądrzejszy i się zasłonił rozkazami, więc wyszło na to, że znowu my, wioskowa zbieranina, będziemy musieli ratować Imperium. Co było robić, wzięliśmy tych dwóch kuszników, zapasy, luźnego konia i związanego von Klossena, który nas obiecał doprowadzić do kryjówki Turorga i ruszyliśmy. Mieliśmy tylko dwa dni, bo przecież goblin chciał zabić te zebrane dzieci i wywołać coś strasznego.

W drodze von Klossen próbował się z nami targować, że doprowadzi nas do tajnego wejścia do kryjówki Turorga, ale tam go puścimy wolno i tak dalej. Ja to bym się nawet zgodził, bo von Klossen od czasu przywalenia koniem zrobił się bardzo uczynny i bez oporu zdradzał swego niedawnego goblińskiego kompana, ale Gunt i Jurgen nie chcieli o tym słyszeć. W końcu jak się zaczął za bardzo stawiać obcięli mu mały palec i już dalej nic nie mówił, tylko prowadził potulny jak baranek.

Jeszcze tuż przed górami w których się chował goblin ze swoją bandą napadli na nas zbóje, pod wodzą tego łotra od upadłego hrabiego Liepziga, który uciekł Jurgenowi podczas ratowania generała Schredschaffena po raz pierwszy i zastrzelili nam jednego kusznika. W końcu jednak dotarliśmy do tajnego wejścia w głąb góry.

Tu znowu von Klossen marudził, że w głębi czyha straszne niebezpieczeństwo, potworna bestia szamana, która atakuje i zabija każdego, kto wejdzie do jaskini w której grasuje. Jest tak wielka że nie może wyjść poza tą jaskinię, ale żeby się dostać do uwięzionych dzieci i generała będziemy musieli przejść właśnie tamtędy. Nie przejęliśmy się jednak i śmiało popchnęliśmy von Klossena przodem. Szliśmy i szliśmy, aż zupełnie nagle otoczyła nas zewsząd wielka i pusta jaskinia. Von Klossen padł na ziemię i leżał jak martwy i wtedy z rozświetlonej magicznymi ognikami Ulfa ciemności wychynęła wielka biała i futrzasta bestia.

Rzeczywiście była straszna, aż mnie zmroziło i leżałem chwilę jak sparaliżowany. No i jak się okazało bardzo dobrze, bo jeden z żołnierzy który się rzucił do ucieczki został w mgnieniu okaz dopadnięty przez potwora i dosłownie zgnieciony jak pusty orzech ! Potem bestia stanęła i tylko ryczała, zapewne nic nie widziała i tylko wyczuwała ruch. Bardzo powoli zdjąłem łuk i strzeliłem. Strzała weszła głęboko, a potwór wyrwał ją sobie razem z kawałkiem ciała. Trysnęła świecąca na niebiesko krew, ale rana zaczęła się zarastać. Gunt rzucił bukłakiem oliwy, a Jurgen podbiegł odważnie i podpalił nasiąknięte futro. Potwór ryknął wściekle i walnął Jurgena na odlew, ale potem zaczął się oganiać od palącego go ognia, a my z Guntem waliliśmy jak do tarczy. I po którejś strzale, czy bełcie płonąca jak pochodnia bestia zachwiała się i gruchnęła jak długa na ziemię.

Bez dalszych przeszkód uwolniliśmy kilkanaście zabiedzonych i wystraszonych dzieciaków i zmaltretowanego generała i niepostrzeżenie wymknęliśmy się z podziemnej kryjówki goblinów. Pokrzyżowaliśmy szyki Turorgowi, ale biały goblin ciągle żyje i przygotowuje najazd na Ostland, czas ucieka i coś trzeba będzie z tym zrobić, a coś mi mówi, że to znowu nie żołnierze, ale my – zbieranina z gościńca – będziemy musieli się z nim zmierzyć, tym razem twarzą w twarz.

Pozostaje jeszcze sprawa generała i tego zabójstwa kapitana Brandorfa. Powiedzieliśmy wszystkim, że to spisek von Klossena, ja sam najgłośniej to wykrzykiwałem, ale to dlatego że właśnie o wyeliminowanie generała chodziło goblinom i że chyba naprawdę tylko von Schredschaffen mógł ich powstrzymać. Dlatego trzeba było wszystkich przekonać, że bohater Ostlandu jest niewinny. Ale tak naprawdę to on zabił Brandorfa, przygotował to wszystko z zimną krwią, żeby pomścić śmierć brata-odszczepieńca. Może pomysł podsunął mu von Klossen, może naopowiadał mu jakichś kłamstw o nas, albo zataił coś o von Leipzigu, nie wiadomo. Ale tak czy siak, kiedy już Turorg zginie po raz drugi i mam nadzieję ostatni i kiedy generał nie będzie potrzebny Imperium, postaram się żeby jego dawni wrogowi go odnaleźli go.

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Warhammer, WH: Bractwo Arianki ,

Comments are closed.