Bunt

31 Septimusa roku 1669, Dionna, wyspa Dionna, Vodacce

Nareszcie znów miałam porządnego kochanka! Przystojniaczek, pirat i szermierz. Kapitan „Ogiera” – Guillermo Scoppa. Całkiem ognisty. Jego mocne pchnięcia do tej pory żyją wspomnieniem w moich lędźwiach. Mniam, mniam. Trochę szkoda, że już po godzinie jego ognistość wypaliła się i oklapła. Nie pomogły nawet wszystkie sztuczki jakie znam. Z drugiej strony lepsza porządna godzina niż beznadziejne cztery.

No tak, ale musze napisać jak do tego doszło…

Po nocnej ucieczce z Serine skierowaliśmy się w kierunku Gorivari i Dionny. Jednak nie dane nam było spokojnie dokończyć rejsu. Nad ranem zerwał się wiatr, zaczęły zbierać chmury. Z minuty na minutę zaczęło to wyglądać coraz gorzej. W końcu stało się jasne, że uderzy w nas sztorm i to nielichy. Marynarzom wydawało się to nad wyraz dziwne, bo o tej porze roku nie ma tu takich zjawisk. Wszyscy zrobili się nerwowi. Aż w końcu stało się. Albatros zaczął być targany potężnymi zrywami wiatru, masy wody przelewały się obok i poprzez nas. W pewnym momencie zobaczyliśmy jakby oczy w chmurach i już wiedzieliśmy, że tkwi w tym magia. Potem niebo stało się czarne i zaczęło się prawdziwe piekło.

Szkuner z trudem wytrzymywał nawałnicę. Drewno jęczało, woda uderzała niczym wielkie młoty, przedmioty przesuwały się po pokładzie, marynarze wrzeszczeli i robili co mogli abyśmy nie poszli na dno. Ja, Isabel oraz Berenika i jej Matka, siedziałyśmy w kajucie kapitańskiej mając nadzieję, że wyjdziemy z tego cało. Berenika od czasu rozpoczęcia sztormu była nieprzytomna i rzucała się niespokojnie. Zaczęłyśmy się zastanawiać, czy to ona nie jest powodem tego magicznego sztormu. Próby ocucenia jej nic jednak nie dawały.

Kiedy na moment otwarłam drzwi z kajuty, mym oczom ukazał się straszny widok. W wodnej nawałnicy zobaczyłam złamany główny maszt oraz jakiegoś marynarza, który pomimo przywiązania liną wypadł za burtę. Ernesto mocował się z jakąś armatą, która miała zamiar staranować wszystko. Archie walczył z kołem sterowym. Panował olbrzymi chaos. Wyglądało na to, że nasz koniec jest bliski.

Isabel przytuliła Berenikę i coś do niej szeptała. Nagle jednak jej twarz zmieniła się. Zobaczyłam w niej coś innego, coś pradawnego. Wstała i krzyknęła „DOŚĆ” i sztorm zaczął słabnąć! Ze zgrozą domyśliłam się, że oto szalona Królowa Marietta z Bereniki przeszła na Isabel!!! Z drugiej strony ucieszyłam się myślą, że dzięki temu wyjdziemy cało z tej wodnej nawałnicy.

Berenika stała się na powrót zwykłą dziewczynką, bardzo osłabioną ale zdrową. Uratowaliśmy więc ją, ale był to gorzki ratunek, bo Isabel zaczęła nosić w sobie piętno. Czy podoła? Jak przepędzimy Królową z Isabel? Teraz to jej życie było zagrożone.

Na szczęście wtedy Isabel była sobą. Zdradziła nam, że w umyśle przez moment zobaczyła jak Marietta zrywa pajęczynę wokół nas. Pajęczynę utkaną przez inne Stregi, wrogie Stregi z Serine. A więc sztorm był magiczną zemstą, m.in za to, że uciekliśmy z Serine i przerwaliśmy blokadę.

Wkrótce sztorm całkiem się uspokoił i wszyscy zobaczyliśmy ogrom zniszczeń na statku. Kilku marynarzy brakowało – zginęli w odmętach. Wzięliśmy się do sprzątania bałaganu. Najwięcej pracy miał Ernesto – wielu marynarzy było rannych. Najgorzej rzecz sie miała z Jimem Pierce – synem Archiego. Jakaś decha uderzyła go w głowę, wgniatając mu czaszkę. Jego stan był bardzo ciężki i Archie odchodził od zmysłów. Ernesto postanowił zrobić ze srebra jakby małą tarczę i przyczepić mu ją do głowy, w miejsce zmiażdżonej kości. Oddałam na ten cel całą swoją srebrną biżuterię.

Srebro ode mnie i innych zostało przetopione przez Isabel jej magicznym ogniem. Potem już z fascynacją patrzyliśmy co wyrabia Ernesto. Pierwszy raz w życiu widziałam goły ale też wciąż żyjący mózg. Po godzinie operacja zakończyła się i Jim nadał żył, choć ze srebrem w głowie. Miał więc szansę na wyjście z tego, a Ernesto został bohaterem dnia.

Po tej całej nawałnicy okazało się, że jesteśmy niedaleko Dionny, gdzie postanowiliśmy się skierować w celu niezbędnych napraw. Bez głównego masztu posuwaliśmy się jednak bardzo powoli i bardziej przypominaliśmy tratwę niż statek. Na dodatek bez Jima jego ludzie zaczynali się buntować i widać było, że myślą o przejęciu Albatrosa. Byli większymi weteranami niż marynarze Archiego, było ich też więcej i byli zaprawionymi w walce piratami. Ernesto szybko jednak zajął się sprawą i nie chciał abym postraszyła kogo trzeba.

Pech jednak nas nie opuszczał i popołudniu z mgły wynurzyła się piracka karaka w służbie Villanovy – ‚Il Cavallo” czyli Ogier. Szybko okazało się, że Jim i jego ludzie, to starzy znajomi Kapitana Ogiera Guillermo Scopp’y i jego ludzi. Przeczuwaliśmy wyraźnie zbliżające się kłopoty. Na dodatek Jim wciąż był nieprzytomny.

Nasze statki zbliżyły się do siebie zaczęła się wymiana okrzyków. Guillermo chciał zaprosić Archiego i jego oficerów na kolacje na Ogiera, ale obawiając się podstępu i przejęcia Albatrosa przez ludzi Jima odmówiliśmy i zaprosiliśmy do nas szychy z Ogiera. Mieliśmy przeciw sobie dwa wrogie obozy pirackie jednak nie mogliśmy jawnie wystąpić przeciw ludziom Jima. Archie chciał czekać aż to oni zrobią pierwszy wrogi krok. Chciał być w porządku choćby względem Jima. Atakować Ogiera też nie chcieliśmy, bo obecnie byliśmy słabsi, no i na pokładzie mieliśmy ekipę Jima, która mogła skoczyć nam do gardeł. Pozostawało więc czekać na rozwój wypadków i robić dobrą minę do złej pirackiej gry.

Kiedy noc zapadła zobaczyliśmy w końcu łódeczkę zbliżającą się do nas z Ogiera. Sięgnęliśmy szybko po lunety, jednak zamiast spodziewanych oficerów Ogiera zobaczyliśmy jedną postać. Ponadto udało się też dostrzec jakieś beczki za łódeczką. Podstęp!!! Zdrada! Piraci chcieli podpłynąć do nas i rozwalić nas prochem z beczek. Albo też nas szantażować, że to zrobią.

Razem z Ernesto postanowiliśmy obrócić tę broń przeciw Ogierowi. Nie bacząc na rekiny popłynęliśmy cichutko wpław w kierunku łódeczki. Pirat nie zauważył nas i we dwójkę rzuciliśmy się na niego. Ernesto wciągnął go do wody z jednej strony łódki, a ja mu pomagałam z drugiej. W końcu wczołgałam się do łódeczki i zdzieliłam wiosłem pirata walczącego z Ernesto. Chyba zbyt mocno i niestety zaczął iść na dno. Na dodatek krwawił z głowy. Nie chciałam jego śmierci, więc skoczyłam za nim, zanurkowałam i wyciągnęłam go. Popłynęliśmy dalej w kierunku Albatrosa, a wokół nas zaczęły się zbierać rekiny przywabione krwią rannego.

Bezpiecznie dopłynęliśmy do Albatrosa. Zajęłam się przesłuchaniem rannego, ale nic znaczącego się nie dowiedziałam. Chcieli po prostu zdobyć Albatrosa. W tym czasie Ernesto i jeszcze jeden marynarz postanowili zrobić taki sam kawał Ogierowi. Wzięli drugą łódkę aby mieć czym wrócić i razem z łódką Ogiera i beczkami prochu popłynęli w kierunku piratów.

Kiedy byli gdzieś w połowie zaczęło się. Huknęły wystrzały i woda wokół Ernesto eksplodowała. Ogier chciał rozwalić niebezpieczeństwo. Odpowiedzieliśmy więc ogniem i bitwa zaczęła się na całego. Wkrótce było po łódkach Ernesto i obaj marynarze ratowali się przymusowym powrotem wpław. Cud, że uszli z życiem.

U nas na pokładzie też nie było weselej. Weterani Jima nie chcieli walczyć ze swymi kamratami, więc rzucili się na nas, ale szybko ich ustawiliśmy. Sama położyłam chyba z sześciu. Archie porządnie wystraszył przywódcę buntowników niejakiego Hollom’a i było po buncie. Znów mogliśmy skoncentrować się na walce z Ogierem.

Przegrywaliśmy jednak z kretesem. Albatros był zbyt nieruchawy i zbyt nadwyrężony przez sztorm. Załoga też była po tym wszystkim srodze przetrzebiona, a ludzie Jima głównie leżeli na pokładzie za sprawą swego buntu i naszego z nim zwycięstwa.

Wtedy przyszedł mi wtedy do głowy iście Monteński podstęp. A gdyby tak buntownicy wygrali? Archie podłapał zamysł i poinstruował Hollom’a co ma robić.

Przestaliśmy strzelać, pochowaliśmy się, a na jedyny ocalały maszt została wyciągnięta czarna piracka flaga. Hollom zaczął wrzeszczeć przez tubę, że wygrali i że zapraszają Ogierowców na pokład. Choćby po to aby się z nami-kobietami zabawili. Marzyciel.

Salwy ucichły, a zaczęły się wiwaty. Wkrótce też Ogier podpłynął do nas burta w burtę. Kapitan i oficerowie przeskoczyli na nasz pokład. Na to właśnie czekaliśmy. Wyskoczyliśmy z ukrycia i zaczęła się walka!

Kapitan od razu wpadł mi w oko. Zadyndałam na linie wprost przed niego. Vodacjanin ze znaczkiem szkoły szermierczej. Przeciwnik wprost dla mnie! Silny, zręczny i przystojny. Na dodatek kapitan i szermierz. Czegóż więcej żądać od mężczyzny? Tak mi się spodobał, że aż nie chciałam dziurawić tak wspaniałego ciała.

Na początek więc w pięknym popisie obcięłam mu bródkę. Wolę mężczyzn ogolonych. A potem zatańczyliśmy, a ja mocno się zdziwiłam. Okazało się, że umie walczyć i to jak! Walczył stylem Villanova i wciąż stosował to ich przeciwtempo uderzając w czasie mojego ataku. I to cholernie skutecznie. Na dodatek kiedy on atakował to robił to fintą, uniemożliwiając mi podwójną paradę i lepsze wyprowadzenia moich ataków dzięki temu. Godny i wspaniały przeciwnik.

Na jedną ranę, którą ja mu zadawałam, on zadawał mi dwie. Krew zalewała moją koszulę i zrobiło się niewesoło. Po 4 poważnych ranach postanowiłam go wyczekać. Chciałam aby atakował tylko fintą, nie trafiał mnie, a wtedy abym ja mogła wyprowadzić serię błyskawicznych pchnięć i zakończyć walkę.

Prawie mi się udało. Prawie, bo we wszystko trochę wmieszał się Archie ze swym pistoletem i Guillermo Scoppa poddał się oraz swoją załogę zanim dosięgły Go moje pchnięcia. Byłam lekko sfrustrowana, ale najważniejsze, że wygraliśmy!

Obaj kapitanowie dogadali sprawę poddania i stanęło na tym, że Ogier musi doholować nas do Dionny i przejmie ludzi Jim’a. Po rozlewie krwi wszystko skończyło się prawie jak między przyjaciółmi. My w każdym razie byliśmy zadowoleni, a chyba najbardziej ja, bo jeszcze tej samej nocy razem z Guillermo Scoppa wylądowałam w jednym łóżku. Tam zastosowaliśmy zupełnie inne tańce i pchnięcia, czego mi było nad wyraz potrzeba.

Ogier doprowadził nas do miłej, dobrze ukrytej zatoczki na południowo zachodnim brzegu
Dionny. Tam też rozstaliśmy się z piratami.

Zostawiliśmy załogę Albatrosa na koniecznych naprawach, a sami wyruszyliśmy w głąb Dionny. Potrzebowaliśmy większych funduszy na naprawę statku, no i chcieliśmy spotkać profesora Albrechta Hermann’a, tego znawcę historii Bianco.

Po jednodniowej wędrówce dotarliśmy rano do miasta. Najpierw umówiliśmy się na wieczorne spotkanie z jakimś znajomym Ernesto, który mógł nam pomóc. Mieliśmy sporo czasu więc wybraliśmy się w południe do teatru. My z Isabel bardzo już potrzebowałyśmy jakiejś rozrywki. W czasie przedstawienia w Isabel wstąpiła szalona Królowa – nie dane nam było więc doczekać końca. Musieliśmy ratować sytuację dość komediowym opuszczeniem kurtyny i wyniesieniem Isabel. Dobrze, że wszyscy byliśmy w maseczkach.

Po południu wybraliśmy się na miejscowy Uniwersytet w poszukiwaniu profesora Hermann’a. Dość łatwo trafiliśmy na jego trop. Powszechnie uważany był za szalonego dziwaka.

Zastaliśmy go w jego mieszkaniu. Okazał się siedemdziesięcioletnim filozofem-ateistą pochodzącym z Essen. Żył na skraju ubóstwa i faktycznie był zdrowo rąbnięty. Na szczęście przełamaliśmy pierwsze lody stawiając mu wino, poza tym zdawał się cały czas brać nas za swych studentów. W końcu zaczęliśmy rozmowę na interesujący nas temat Bianco. Profesor okazał się kopalnią informacji. Zażądał jednak w zamian abyśmy uregulowali jego długi. Zgodziliśmy się.

W końcu pokazaliśmy profesorowi ostatnią wolę Niccolo:

Dwaj rycerze, a w każdym hardy duch.
Pod jednym znakiem, lecz mistrzów mają dwóch.
Ubogi ten, komu spuścizna ma.
Miasto, co raz już świadczyło, świadectwo da.

Nikt z nas nie znał jej znaczenia, a Hermann rozgryzł ją od razu! Otóż do wieży Niccolo w ostatnich chwilach jego życia przybyło dwóch rycerzy. Robinowi de Gallouis – Monteńskiemu Rycerzowi Krzyża i Róży, Niccolo przekazał Libro Bianco, a ten najwyraźniej ukrył ją w Zafarze. Drugi Rycerz z Zakonu Ubogich rycerzy Krzyża przyszedł zabić Niccolo. Obaj Ci rycerze byli z pod znaku Krzyża, ale mieli różnych Mistrzów. W dalszych wyjaśnieniach niestety się zgubiłam. Szaleniec nie mówił prostym językiem.

W każdym razie wiedzieliśmy czego dalej szukać – śladów po Robinie de Gallouis. Musieliśmy dowiedzieć się gdzie konkretnie był w Zafarze, czyli gdzie mógł ukryć Księgę.

Najbliższy dom Rycerzów Krzyża i Róży znajdował się na wyspie Medinie. Jedynie tam mógł zatrzymać się Monteński Rycerz płynąc do Sułtanatu Półksiężyca. Tam też wiodła nasza ścieżka…

Tomek ‚Funky’ Kowalski

About Funky

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
7th Sea - Tajemnica familii Bianco, Siódme Morze ,

Comments are closed.