Trzech zabójców

28 Septimusa roku 1669, okolice wyspy Serine, Vodacce

Po kilku dniach oczekiwania znów spotkałyśmy się z Albatrosem i resztą naszych towarzyszy. Okazało się, że Rocco Zappa zrezygnował z bycia piratem i ulotnił się w jakiś krzakach po drodze. Po tej całej sytuacji ze Stregą było mi go trochę żal, poza tym miałam wrażenie, że stal się właściwie kimś innym. Pojedynek z nim nie miał już więc żadnego sensu. Oby znalazł dla siebie nowe, właściwe miejsce w świecie.

Mając na pokładzie opętaną dziewczynkę Berenikę i jej Matkę Margeritę Sibani, popłynęliśmy z powrotem do miasta Serine. Mieliśmy tam jeszcze trochę spraw do załatwienia. Przede wszystkim biskup Tortosa, ale też sprawa historycznych dokumentów Bianco i tajemnic Sabato. Chciałam też odwiedzić Camillę. Wciąż liczyłam na upojną noc.

W czasie krótkiego rejsu przyszedł mi do głowy pomysł na wypędzenie Szalonej Stregi z głowy Bereniki. A gdyby tak popłynąć na miejsce zatopienia wyspy Lorenzo? To właśnie tam zginęła Królowa i do tej pory morze w tamtym miejscu ma kolor krwi. Z pewnością to miejsce magiczne i są spore szanse, że wpłynie to jakoś na Szaloną Królową Muriettę. Ernesto ma mapę jak tam dopłynąć. Kiedyś śmiałam się z tej mapy, ale teraz może się okazać, że jest bardzo przydatna.

Podzieliłam się przemyśleniami z towarzyszami. Spodobał im się ten pomysł, jednak wyniknął pewien problem – to miejsce było oddalone od Serine o dobry tydzień żeglugi na południe! Spory rejs. Nie byliśmy pewni czy stan dziewczynki pozwala na tak długą podróż. Decyzję co dalej odłożyliśmy więc na później.

Zacumowaliśmy w porcie. Od razu stało się jasne, że coś się zmieniło. W mieście widać było większą ilość żołnierzy i jakąś taką nerwowość. Na dodatek w porcie stały dwie duże fregaty kościelne: „Dzień Sądu” i „Dzień Gniewu”. Uzbrojone po zęby. Albatros wyglądał przy nich jak mała myszka gotowa na pożarcie. Jak się dowiedziałam, zwykle podlegały Inkwizycji i pilnowały Sułtanatu Półksiężyca. Dziwny więc wydawał się nam ich pobyt w Serine. Dwa najokazalsze statki kościoła, plus biskup Tortosa. Wszystko to nie wyglądało zbyt dobrze.

Zaczęliśmy po cichu wypytywać o szefa tajnej policji Vestinich – Baptistę Guerin. Mieliśmy do niego sporo spraw, okazało się jednak, że gdzieś przepadł i nikt nie wie co się dzieje. Na dodatek Diego się rozchorował i cały czas rzygał na Albatrosie. Sytuacja wyglądała coraz gorzej.

Kiedy tak zastanawialiśmy się o co tu chodzi i czy przyjdą również po nas, do Albatrosa podszedł dość dziwaczny kapłan – Ojciec Tomasso. Z pozoru wydawał się kompletnym szaleńcem i to na dodatek w zbyt krótkim habicie. Chciał wejść na pokład. Archie nie chciał go wpuścić, ale kapłan miał bardzo wiele zaangażowania i hartu ducha, mocno siłując się z marynarzami. W końcu zdecydowaliśmy się z nim porozmawiać, co było nader szczęśliwe, bo okazał się przebranym tajnym agentem i znajomym Baptisty Guerin.

Dowiedzieliśmy się od niego, że Baptista został zabrany w nieznane miejsce przez ludzi Księcia Vestini, władcy Serine i jednocześnie swojego mocodowacy! Poza tym książę bardzo spoufalił się z biskupem Tortosą, który się do jego pałacu przeprowadził. Inkwizycja przejęła więc ostro inicjatywę. To wyjaśniało wiele i szalenie utrudniało nasze zakusy na Tortose. Losy Sabato nie były agentowi znane, ale należało się spodziewać, że został uwolniony. Camilla zdołała się gdzieś ukryć.

Co do sytuacji w porcie agent wiedział, że statki Kościoła przybyły w konkretnym celu i że za moment zostanie ogłoszona totalna blokada portu. Port dysponował potężnym, stalowym łańcuchem morskim przeciąganym pomiędzy dwoma uzbrojonymi strażnicami położonymi na dwóch przeciwległych krańcach portu. Tak więc nawet w nocy żadnemu statkowi nie mogła udać się ucieczka, właśnie z powodu rozciągniętego łańcucha. Byliśmy w pułapce.

Zaczęliśmy dyskutować o różnych sprawach np. czy mamy szansę dorwania Tortosy w tej sytuacji i jak możemy odpłynąć z portu. Agent słysząc nasze głośne rozmyślania o dokumentach na temat Bianco, które chcieliśmy zdobyć od Księcia Vestini, poinformował nas, że wie o łatwiejszym rozwiązaniu. Dał nam namiary na niejakiego Albrechta Herman’a z wyspy Dionna. Ponoć ten Herman ma fioła na punkcie historii Bianco i może służyć jako kopalnia informacji, lepsza nawet niż książę Vestini. Z pewnością więc wyspa Dionna będzie jednym z naszych kolejnych celów.

Poza tym agent miał dla nas jeszcze jedną szalenie ciekawą informację. Ktoś wynajął trzech legendarnych szermierzy-zabójców i przybyli oni na Serine. Tylko raz do tej pory wynajęto ich razem, więc sprawa musi być arcytrudna. Z natury są samotnikami, szalenie niebezpiecznymi.

O jednym z nim nawet słyszałam wcześniej już w Montaigne – Monteńczyk Laurent de Saint-Simon. Arystokrata. Lista jego zabójstw była długa jak ręczniki Imperatora Słońce i robiła wrażenie. M.in zabił specjalnego wysłannika gildii Szermierzy, który miał się nim zająć za zdradę. Poza nim dwójka pozostałych zabójców to: Vodacjanin Giordano Casatte oraz Avalończyk, który ponoć lubi kobiety: James Loomis. Każdy z nich był kiedyś szermierzem, a obecnie stali się zakałą naszej Gildii.

Informacje agenta okazały się dla nas bardzo cenne, zapłaciliśmy mu więc hojnie i rozstaliśmy się. Wszyscy mieliśmy przeczucie, że zabójcy zostali wynajęci na nas, ale po co ta cała blokada portu? Na wszelki wypadek razem z Isabel postanowiłyśmy się przebrać za zwykłych marynarzy-kobiety czyli marynarki, jak zabawnie same siebie nazwałyśmy. Przefarbowanie włosów, chusty, wielkie kolczyki w uszach i zwykłe ubrania. Z pewnością nikt postronny nie skojarzyłby nas z Isabel i Sophie.

Kiedy skończyłam suszyć włosy (stałam się pięknie i ogniście ruda) okazało się, że Archie i Ernesto poleźli w międzyczasie na miasto w sprawie załatwienia jakiegoś cła. Pełne złych przeczuć o ich życie i zdrowie udałyśmy się z Isabel za nimi.

Kiedy dotarłyśmy do budyneczku celników naszym oczom ukazało się dwóch Vodacjan, którzy akurat z niego wychodzili, a raczej wypełzali jak należałoby powiedzieć. Jeden strasznie poobijany i broczący krwią, ciągnął za nogę drugiego, w jeszcze gorszym stanie.
Po chwili z budynku wyszli nasi dwaj marynarze, ale wyglądali tylko odrobinę lepiej od Vodacjan.

Jak się szybko wyjaśniło, doszło do walki! Zabójca Giordano Casatte i jego kompan napadli w podstępnej zasadzce na naszych dwóch dzielnych marynarzy, ale Ci spuścili im niezły łomot. Głównie chyba dzięki nabitym pistoletom. Cała sprawa celna była jedną wielką zasadzką. Niestety Casatte żadnych tajemnic nie chciał zdradzić, ale przynajmniej poprzysiągł, że da sobie spokój z napadaniem na nas.

Kiedy spojrzałam w dół uliczki i zobaczyłam tych dwóch „pełzaczy” od razu zrobiło mi się weselej. Z trójki zabójców pozostało jeszcze dwóch.

Wróciliśmy na Albatrosa. Wkrótce jednak przygoda znowu nas porwała. Posłaniec przyniósł nam wieść, że pewna Strega chce z nami rozmawiać. Wietrząc podstęp postanowiliśmy jednak pójść na spotkanie. Na miejscu zobaczyliśmy stary, rozlatujący się budynek i byliśmy już pewni kolejnej zasadzki. Czymże jednak byłoby życie bez wyzwań i emocji?

Rozdzieliliśmy się. Marynarze poszli górą, po dachach, a my z Isabel dołem przez drzwi. Przeszłyśmy przez cały dom słysząc nad sobą ciężkie stąpania Archiego i delikatne Ernesto. W końcu na tarasie zobaczyliśmy i rozpoznałyśmy czarną postać. Ubrany w suknię Stregi stał James Loomis, drugi zabójca. Za jego plecami rozciągał się błękit wód portowych. W tym momencie z zamkniętych szaf i skrzyń wypadły całe stada jego Drabów i zaczęła się walka!

Otóż nareszcie był przeciwnik dla mnie! Upewniając się, że Isabel sobie poradzi rzuciłam się w stronę Loomis’a! Huknął jednak wystrzał, a kula wystrzelona przez Ernesto była szybsza niż ja. Zraniła Loomis’a, ale lekko. Już cały był mój!

Zaczęliśmy swój taniec. W szybkim wypadzie zadałam mu pierwszą głęboką ranę, następnie zblokowałam go podwójną paradą i znów wypad. Tym razem jednak udało mu się zrobić doskonałą ripostę i zdołał mnie zranić! Godny przeciwnik. Zatańczyliśmy znów i znów.

W błysku naszych szybkich ostrzy zdołałam dostrzec, jak nasi marynarze stojąc u szczytu kręconych schodów zwalają je prosto na łby szóstce przeciwników. Powstał niebywały hałas, wir desek i odłamków. Szóstka Drabów została leżeć, a nasi marynarze niby baletnice bezpiecznie zeskoczyli wprost na przeciwników Isabel! Dobra nasza, wygrywamy, przemknęło mi przez myśl i z nowym impetem natarłam na Avalończyka.

Tym razem włożyłam w to całe swe umiejętności. Moja szpada pomknęła z szybkością Monteńskiej kobry i Loomis nie zdołał zripostować. Kolejne trafienie! Nagle tuż koło nas pojawił się Ernesto niby galopujący koń, chcąc zdaje się ciałem zaatakować Zabójcę. Chybił, zakręcił się i znów wziął rozbieg. Dziwny sposób walki. Nie dość jednak zaskoczeń, bo tuż koło mego ramienia zobaczyłam atakującą Loomis’a Isabel! A więc wszystkie draby musiały już paść z rąk mych towarzyszy!

Tego już było Avalończykowi za wiele. Srodze poraniony, nie mając wsparcia, dał tyły, obrócił się, złapał w zęby swą szpadę i wyskoczył przez balustradę wprost do morza. W ostatniej chwili na pożegnanie dźgnęłam go raz jeszcze idealnie w pośladek.

Spojrzeliśmy na siebie z Archiem. Tylko my umieliśmy pływać, a draniowi nie powinno to ujść płazem. Zostawiłam sobie tylko nóż i razem z Archiem skoczyliśmy do wody. Loomis jednak walcząc o życie płynął jakby miał żagiel w tyłku. Oddalał się coraz bardziej i w końcu odpuściliśmy. Przypłynął po nas Ernesto na jakiejś tratwie.

Wróciliśmy na Albatrosa. Byliśmy pewni, że komuś na pewno chodzi o nas i trzeba z Serine jak najszybciej zwiewać. Zresztą w obliczu tych wszystkich wieści nic nas już na Serine nie trzymało. Trzeba więc było jakoś przerwać blokadę portu i odpłynąć.

Zaczęliśmy obmyślać plany. Szybko doszliśmy do tego, że ucieczka może się udać tylko nocą i że trzeba jakoś usunąć portowy łańcuch. W tym celu w nocy postanowiliśmy napaść na jedną z ”łańcuchowych” strażnic. Tą mniejszą.

Z szeregu różnych szalonych pomysłów wyłonił nam się jeden. Aby nie zaczęto do nas strzelać chcieliśmy udać żołnierzy-zmienników, którzy co 8 godzin przypływali do wieży. Posłaliśmy też umyślnych na zakupy. Potrzebne nam były żołnierskie jedwabne berety i kapoty. W nocy i tak nic więcej nie miało znaczenia. Musiało być jednak jakieś hasło i odzew, dla żołnierskich zmian, więc tego postanowiliśmy się dowiedzieć najpierw.

Zrealizowaliśmy więc plan z łódką rybacką i beczką przyłączoną do niej. Łódką płynął Ernesto i jeden z marynarzy (też rodowity Vodacjanin), ja płynęłam w środku beczki. Beczka była bez jednego dna i wyglądała jakby po prostu unosiła się na wodzie. Kiedy wszyscy pod pozorem łowienia ryb dobrnęliśmy w okolicę strażnicy, Ernesto odczepił mnie i podryfowałam w stronę brzegu. Pozostawało nasłuchiwać i czekać na zmienników. Nasi fałszywi rybacy musieli mocno i gęsto tłumaczyć się żołnierzom. O dziwo nawet coś złowili, potem jednak przegoniono ich i bezpiecznie wrócili do Albatrosa.

Nie wszystko jednak poszło zgodnie z planem. Żołnierze z nudów nabrali ochoty na strzelanie do bezpańskiej beczki, w której sobie pływałam. Szybko więc zrealizowałam plan awaryjny i sięgnęłam po rurkę, którą sobie zawczasu przygotowałam. Zanurkowałam, złapałam się kamienia, a rurkę wystawiłam ponad wodę. Już mogli strzelać sobie ile chcieli do oddalającej się ode mnie beczki.

W końcu moja cierpliwość została nagrodzona. Przypłynęli zmiennicy i dowiedziałam się, że hasło brzmi „Ogień”, a odzew „Niebiosa”. Zaczęłam płynąć wzdłuż brzegu oddalając się od niebezpiecznej strażnicy. Niedługo potem znów przypłynęli nasi „rybacy” i z pomocą liny odholowali mnie na bezpieczne wody.

Do wieczora było jeszcze sporo czasu postanowiliśmy więc udać się do naszej znajomej gospody Il Castillo. Liczyliśmy, że może pojawił się tam znów Sabato i zdołamy się czegoś jeszcze dowiedzieć.

Kiedy weszliśmy do głównej sali jadalnej zdumieliśmy się wielce, bo zamiast Sabato zobaczyliśmy tam naszego starego znajomego – Pana Dwie Pancerne Rękawice! Na dodatek otoczony był całą wielką gromadą innych Eiseńczyków. Wszyscy spożywali posiłek. Na nasz widok jednak porzucili swe kiełbasy, odrzucili stoły i sięgnęli po różnoraką broń! Głównie ciężka wiszącą na ścianach gospody. Obie nasze grupy z radosnym uśmiechem runęły na siebie!

Dowódca czyli Dwie Rękawice skoczył na wielki stół, więc i ja skoczyłam za nim. Ku mojemu rozczarowaniu nie miał jednak na sobie swych wspaniałych rękawic i zaczął machać swymi gołymi mocarnymi pięściami. Dość już miałam podobnych walk z tym osiłkiem, tym razem więc, postanowiłam go sprowokować, tak aby mu w pięty poszło. Pierwszy raz zresztą walczyłam z nim jako kobieta, ognistoruda marynarka.

Szukając dobrej zaczepki spojrzałam na jego niezbyt wybrzuszone krocze i zaczęłam głośno chichotać. „Z tą glistą to na ryby!” rzuciłam w jego stronę. To go ruszyło jak jasna cholera. Cały czerwony na twarzy rzucił się na mnie w gniewie, ale oczywiście nie trafił. W pięknym popisie rozcięłam mu pasek, częściowo spuszczając spodnie. W ostatniej chwili złapał je ręką. „Das Glizda”? kontynuowałam chichot. A on nacierał niczym rozjuszony Castilijski byk, tyleż silny, co nieporadny i gamoniowaty.

Nie mogłam patrzeć na te jego męki ze spodniami, ma szpada więc zaczęła czynić swą powinność, trafiając go raz po raz. Zemsta, za upokorzenie jakie dostarczył mi w Gorivari, była naprawdę słodka.

W tym czasie moi towarzysze radzili sobie ze zmiennym szczęściem, a ciężka broń przeciwników sprawiała im sporo problemów. Krew obu stron zalewała podłogę. Sytuacje odmienił Ernesto, który zdołał przeciąć linę wielkiego żyrandolu, a ten z łoskotem spadł na łby całego zastępu drabów, wyłączających ich z walki.

Obok mojego stołu walczyła Isabel i szło jej ciężko. Eiseńczycy byli bardzo twardzi, chciałam więc jej pomóc. Nagle głowa jednego z drabów znalazła się niedaleko od mojego buta, więc z radością zetknęłam te dwa obiekty, a Eiseńczyk nakrył się nogami. Zaraz potem do mojego stołu doskoczył Ernesto, złapał go oburącz i wywrócił. Pewnie liczył na to, że ja upadając, lepiej sobie poradzę niż Herszt Eiseńczyków. Obydwoje z „Das Glizda” znaleźliśmy się w powietrzu i obydwoje zwinnie zeskoczyliśmy na podłogę.

Wykorzystałam ten skok i znalazłam się przed przeciwnikami słaniającej się na nogach Isabel, zasłaniając ją swym ciałem. Rannego dowódcę zostawiłam Ernesto, niech też ma coś z życia. We dwie szybko poradziłyśmy sobie z resztką Drabów. Widząc to Herszt zaczął uciekać. Skoczyłam za nim, przechodząc w sprint. „Zaczekaj Das Glizda” wołałam, ale on gnał jakbym była co najmniej Demonem Legionu. Drzwi, korytarz, schody, zakręt, schody, korytarz…

Nagle jednak usłyszałam nawoływania i gwizdy moich kompanów, poniechałam więc dalszej pogoni i wróciłam do głównej sali. Okazało się, że w międzyczasie przyszedł marynarz z Albatrosa, z bardzo złymi wieściami. Szalona Królowa znów zawładnęła ciałem dziewczynki! Musieliśmy szybko wracać!

Poganiając gondoliera szybko znaleźliśmy się na powrót na Albatrosie. Faktycznie Szalona Strega poraniła kilku marynarzy swymi mocami. Znów musieliśmy jej wszystko tłumaczyć i uspokajać sytuację. Znów zwymiotowała czerwoną, morską wodą i omdlała. Dziewczynka Berenika znosiła to coraz gorzej. Koniecznie musieliśmy wkrótce coś zrobić.

Nagle zobaczyliśmy idący wprost na Albatrosa silny oddział Kościelny. Postanowiliśmy się ukryć, a nie walczyć. W okolicy było tylu żołnierzy i wrogich statków, że w ostatecznym rozrachunku nie mielibyśmy szans.

Ernesto wziął Berenikę do beczki i schowali się pod wodę po drugiej stronie burty. Isabel udała się na bocianie gniazdo, a ja z moją rurką wyskoczyłam za burtę, niedaleko Ernesto. Gotowa byłam jednak do interwencji, gdyby coś poszło nie tak. Na pokładzie Albatrosa został tylko kapitan Archie, którego przecież nikt nie szukał. Diego, schorowany zawieruszył się gdzieś na mieście.

Z pod wody doszły mnie strzępy słów. Że szukają pewnej szlachcianki, a pewni są, że dwie kobiety są na Albatrosie. Szukali więc Isabel, a nie mnie czy Bereniki! Nie było czasu do stracenia – skoro chcieli dwóch kobiet, powinni je zobaczyć! Szybko zaczęłam się wspinać po olinowaniu Albatrosa i mokra wyskoczyłam na pokład, za ich plecami. W tym czasie Archie przyprowadził matkę Bereniki, Panią Sibani. Tak oto we dwie stanęłyśmy przed jakimś smutnym Vodocjańskim szlachcicem i kapłanem. Za nimi czaiło się dwudziestu paru gwardzistów kościoła.

Okazało się, że ów arystokrata to książę Amadeo Mondavi i szuka swej żony Leonor. Przez to ta cała blokada portu i ruchy żołnierzy w mieście. A więc to Ciebie Isabel tak szukają, przemknęło mi przez myśl. Musiałam zrobić wszystko, aby Isabel nie wpadła w ich łapy!

Na nieszczęście w bocianim gnieździe powstał jakiś hałas i książę zaczął się tam wpatrywać. Na różnorakie sposoby próbowałam odwrócić jego uwagę, posuwając się nawet do prowokacji. W pewnym momencie byłam pewna, że zauważył Isabel! Zresztą trudno było jej nie zauważyć, skoro patrzyła na niego jak zahipnotyzowana. Jej przebranie za marynarkę może mogłoby zwieść kogoś postronnego, ale męża na pewno nie.

Ku mojemu zdumieniu Książe oznajmił, że nic tu po nich i czas wracać. Cały oddział opuścił Albatrosa, a ja stałam i próbowałam nadaremno zrozumieć sytuacje. Kiedy zeszła Isabel zapytałam ją o to, a ona powiedziała mi, że równie mocno go kocha, jak i nienawidzi. Pytała tylko jak wyglądał. Nic więcej od siebie powiedzieć nie chciała, będąc jakby w transie i mając łzy w oczach. Miłość dziwna jest i własnymi ścieżkami chadza.

Wieczorem przybył Diego, a my gotowaliśmy się do nocnej wycieczki i opuszczenia portu. Kiedy nastała pora kolejnej zmiany i żołnierski, portowy dzwonek, dał sygnał, wyruszyliśmy łódką w szóstkę, w czarnych żołnierskich beretach i kapotach, w stronę wartowni. Musieliśmy tam być przed prawdziwymi żołnierzami.

Noc nam sprzyjała i wszystko poszło gładko. Powiedzieliśmy właściwe hasło i wzięli nas za swoich. Nikt do nas nie strzelał i otwarto nam drzwi. Szybko sprawiliśmy zaskoczoną załogę wartowni i czekaliśmy na prawdziwych zmienników. Ich też łatwo pokonaliśmy z zaskoczenia. Z radością uruchomiliśmy wielki mechanizm i ciężki łańcuch opadł w wody portu. Albatros już płynął w naszą stronę.

Wskoczyliśmy do łódki i nagle zobaczyliśmy niedaleko nas dwie łodzie pełne Monteńczyków próbujące nas gonić. Trzeci zabójca! Laurent de Saint-Simon! Spóźnił się jednak i łatwo zostawiliśmy ich w tyle. Kiedy dobiliśmy do Albatrosa byli już zupełnie bez szans.

Archie stanął za sterem, a Albatros niczym ciemna ćma bezszelestnie prześlizgiwał się między okrętami blokady. Nagle jednak huknęły strzały! Jedna z Fregat Kościelnych zauważyła nas! Kule zagwizdały, a drewno i woda eksplodowały wokół nas! Albatros odpowiedział salwą i przyśpieszył. Fregata nie miała już szans nas dogonić, miała opuszczone żagle. Na szczęście nikt nie został ranny. Uciekliśmy w noc.

Tomek ‚Funky’ Kowalski

About Funky

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
7th Sea - Tajemnica familii Bianco, Siódme Morze ,

Comments are closed.