Ujęcie Sabato

22 Septimusa roku 1669, miasto Serine na wyspie Serine, Vodacce

Po bitwie morskiej, uratowaniu Jim’a i wyłowieniu map, postanowiliśmy płynąć z powrotem do pobliskiego Gorivari. Mieliśmy kilku rannych, a i statek wymagał natychmiastowych napraw. Chcieliśmy też sfinalizować z kupcem Guido sprzedaż map.

Udało się też szczerze pogadać z Jim’em. Syn Archie’go na razie chciał zostać z nami, do czasu zdobycia nowego statku. Miał jakiś plan, ale chwilowo nie chciał go nam zdradzić. Jego załoga czyli piraci-weterani, była niby wdzięczna, ale patrzyła na nas lekko z byka. Miałam tylko nadzieję, że to nie Albatrosa chcą zdobyć, bo Archie na pewno by to źle zniósł.

Poza tym podróż do Gorivari upłynęła mi szybko. Pisałam pamiętnik, zaznajamiałam się bliżej z el Zorro i odpoczywałam po zalepieniu mojej rany przez Ernesto.

Po przypłynięciu do Gorivari postanowiliśmy się rozdzielić. Archie i Ernesto z grupką marynarzy poszli wykonać najważniejsze zadanie czyli sprzedać mapy. Musieliśmy mieć gotówkę na naprawę statku, do podziału dla nas i na załogę. Pozostali, czyli Diego, Isabel i Ja, nie specjalnie chcieliśmy odwiedzać grubego kupca, którego nie lubiliśmy. Mieliśmy jednak ochotę na mały spacer i przewietrzenie el Zorro. Diego zaproponował odwiedziny Rinaldo, czyli tego studenta historii, z którym swego czasu się pojedynkowałam. Nie miałyśmy nic przeciwko, a za to chyba wszyscy mieliśmy jakieś przeczucie…

No i faktycznie. W gospodzie okazało się, że Rinaldo ma akurat kilku wyrośniętych Eiseńskich gości! Od razu przyszedł nam na myśl Pan Dwie Pancerne Rękawice, z którym już raz walczyliśmy w domu Marcello Bianco. Popędziliśmy na górę do pokoju Rinaldo i wpadliśmy do środka.

Pokój z pozoru wydawał się pusty i zdawało się, że napastnicy uciekli przez uchylone okno. Nagle jednak coś usłyszeliśmy od strony szafy. Kiedy Diego otworzył jej drzwi, w środku ukazał się rosły Pan Dwie Rękawice oraz 6 jego kompanów. Trzymali szamoczącego się Rinaldo, ale kiedy nas zobaczyli, wyskoczyli ze środka i zaczęła się walka.

Bardzo chciałam walczyć z Dwoma Rękawicami ale niestety nie udało się – dostał się Diego. Cholera! Po ostatniej porażce bardzo chciałam się zrewanżować. Na mnie i Isabel wyskoczyło pozostałych sześciu.

Byli twardzi. Trzeba im przyznać. Jednak padali jeden po drugim pod zręcznymi ciosami naszych szpad. Obok nas, Diego radził sobie znacznie gorzej. Eiseńczyk zadał mu poważną ranę oraz zdołał złapać i unieruchomić jego szpadę. Dokładnie tak samo jak kiedyś moją! Diego próbował ją wyrwać, ale nie dawał rady i druga potężna rękawica próbowała go trafić, raz za razem.

Chciałam mu jakoś pomóc, pamiętając co mnie spotkało. Ja jednak w odróżnieniu od Diego cały czas wtedy atakowałam i parowałam lewakiem, a Diego był niczym drzewko, które się uchyla, ale w końcu musi pęknąć pod naporem. Najpierw krzyknęłam abyśmy się zamienili przeciwnikami. Jednak Diego był na to zbyt honorowy i odmówił. Potem przyszła mi do głowy myśl o innej szpadzie -„Diego! Szpada Rinaldo!” krzyknęłam do niego. Tym razem poskutkowało. Diego puścił swą szpadę, podskoczył do łóżka i spod niego wyciągnął kolejną. Odzyskawszy broń na powrót zwarł się z Dowódcą.
Gdy wydawało się, że walka powoli dobiega końca, przez drzwi wpadła kolejna czwórka Eiseńczyków. Zajęłam się więc tą nową grupą, martwiąc się trochę czy nie pokażą się kolejni. Szybko sprawiłam pierwszych trzech, a czwartemu spuściłam spodnie do kolan, obcinając mu pasek. Już właściwie świętowałam zwycięstwo i chciałam nacieszyć oko jego zakłopotaniem, jak podreptywał w samych majtasach.

Pan Dwie Rękawice jednak nie był ze stali. Widząc jak jego chłoptasie przegrywają z kretesem, rzucił się do ucieczki i wyskoczył przez okno. Nie zastanawiając się ani chwili, wraz z Diego wyskoczyliśmy za nim. W trójkę spadliśmy na jakiś daszek, który załamał się pod nami. Esseńczyk jednak miał lepszy start niż my, a potem gnał jakby go stado potworów goniło. Znał Girivari lepiej niż my, bo już po kilku przecznicach zdołał nam niestety uciec. Podły tchórz.

Wróciliśmy do gospody cucić biednego Rinaldo, który cały się trząsł z przerażenia. Esseńczycy wypytywali go o księgi, które kupił po Marcello Bianco. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że tej nocy musi spać z nami na Albatrosie, a potem będzie się ukrywał.

A więc Eiseńczycy nie odpuścili! Przeczucie mówiło mi, że jeszcze nie raz ich zobaczymy. Jaka jednak tak naprawdę była ich rola? Wciąż żałuję, że ten Dowódca nam zwiał. Dostał jednak nauczkę i będzie miał dla nas więcej respektu. Dobre i to.

Powróciliśmy na Albatrosa. Marynarzom udało się sprzedać mapy i wzbogaciłam się o trochę senatorów. Poszłyśmy więc z Isabel na zakupy. Nareszcie jakaś prawdziwa przyjemność! Kupiłam sobie suknie, buty, różne drobiazgi oraz hak i linkę do wspinaczki. Myślałam o tej wieży Vestinich. Poza tym zrobiłam Archie’mu prezent z najdroższej lunety, jaką udało mi się w Gorivari znaleźć. Kosztowała całe 60 senatorów i była dużo lepsza od tej, którą miał Archie do tej pory. Przeprosiłam Kapitana za tą całą sytuację z kupcem Guido.

Po załatwieniu reszty drobnych spraw, rano wyruszyliśmy na Serine. Jakież było nasze zdziwienie, gdy napotkaliśmy po drodze Castiliańską karawelę Kościoła „Miecz Świętego Domingo”. Duży, dobrze uzbrojony statek i z 50 ludzi na jego pokładzie. Czyżby de Sabato nim płynął?

Użyliśmy wszelkich dziwnych wybiegów, aby trochę się do nich zbliżyć i nagle ujrzałam w lunecie JEGO. Ta surowa twarz i biskupia szata, nie było mowy o pomyłce. Felipe di Grosseto Tortosa. Castiliański biskup i wysoki przedstawiciel Inkwizycji. Dla jednych eminencja, dla innych łajdak oraz wielki kawał zadziora w dupie lub jeszcze coś gorszego. Co robił w tej okolicy? Powinien sobie siedzieć na tyłku gdzieś w Castille i liczyć swych żywych więźniów w lochach lub nieżywych na szubienicach. Podła kanalia.

Przez moment pomyślałam, że przypłynął po Mnie. Wciąż na pewno doskonale mnie pamiętał i z pewnością nie zapomniał rany i upokorzenia jakie mu dostarczyłam. Już od roku mnie szukał. On i cała jego inkwizycyjna organizacja. Na szczęście moje przebranie jako Philippe wciąż zdawało egzamin. Nie wiedział, że jestem na Albatrosie, bo od razu by nas przecież zaatakowali.

A gdyby tak uciekający lisek zamienił się w drapieżcę i spróbował ugryźć myśliwego? Może wtedy myśliwy zaprzestałby pogoni raz na zawsze? Myśli przelatywały mi szybko. Gdyby się tak udało, nie musiałabym już uciekać. Przebieranie za Philippe też już nie byłoby potrzebne. Wartałoby spróbować, a wyglądało na to, że oni również płyną na Serine. Na dodatek miałam pewność, że pod pokładem są Camilla i de Sabato. Sabato był przecież prawą ręką Tortosy. Ciekawe jakie mają plany?

Na wszelki wypadek schowałam się pod pokład, opowiadając Isabel kogo właśnie spostrzegłam. Jakież było moje zdumienie gdy zobaczyłam jej twarz! Oj z pewnością nie kochała Tortosy. Wyznała mi, że zna go z przeszłości i najchętniej zabiłaby go na miejscu. Umówiłyśmy się, że spróbujemy go dorwać razem.

Postanowiliśmy wyprzedzić „Miecz Świętego Domingo i jako pierwsi dopłynąć na Serine. Byliśmy ciekawi kto będzie z karaweli wysiadał i gdzie dokładnie pójdzie.

Po dwóch dniach byliśmy na miejscu. Miasto Serine robiło wrażenie. Duże, poprzecinane kanałami i kanalikami, gdzie królowały gondole i codzienny gwar. Przebrałam się za Philippe’a i zaprosiłam przyjaciół na deser do jednej z portowych Knajp. Stoliczki na zewnątrz i wspaniały widok na port. Nic tylko zajadać się miejscowymi brzoskwiniami w likierze i czekać. (Nie mieli tam nic innego poza tymi brzoskwiniami, to nie Montaigne, gdzie byłoby setki ciast i ciasteczek).

Z ciekawszych rzeczy to poznaliśmy pewnego miejscowego sprzedawcę pamiątek imieniem Gucci. Rozbawił mnie setnie, bo sprzedawał mapy ukrytych skarbów, tak jak inni sprzedają bułki lub wino. Ku mojemu zdumieniu nasi marynarze podpalili się jednak do jednej mapy. Uważali zdaje się, że jest prawdziwa. Dotyczyła miejsca gdzie wyspa Lorenzów zapadła się wieki temu pod morze i guzik z niej zostało oprócz wspomnień. Lorenzowie to taki ród, z którego dawno temu powstali Bianco. Jednak po jaką cholerę komuś mapa jak dopłynąć z jednej części morza do innej? Nie wiem. Ale Ernesto wysupłal całe 20 senatorów i zdawał się być zadowolony z transakcji.

Poznaliśmy także jakieś plotki dotyczące potwora, który kręcił się koło starego zamku Vestinich i przegonił ostatnio Usuryjskich robotników budowlanych. Robotnicy Ci mieli naprawiać szkody jakie powstały na skutek niedawnej ucieczki więźniów z tego zamku. Okazało się, że zamek ten jest teraz więzieniem, a w zamku tym jest wieża Niccolo Bianco! Właśnie koło tej wieży doszło do zniszczeń. Postanowiliśmy przyjrzeć się bliżej temu wszystkiemu i znaleźć tych Usuryjczyków. W zamku byli tylko więźniowie, a arystokracja rodu Vestnich mieszkała teraz w pięknym pałacu. To wszystko było nam bardzo na rękę. Wieża aż się sama prosiła, aby ją spenetrować.

W końcu doczekaliśmy się karaweli. Razem z tłumem gawiedzi udaliśmy się bliżej aby sobie popatrzeć. Oczywiście cały czas byłam w przebraniu Philippe, a i to nie gwarantowało mi pełnego bezpieczeństwa, bo przecież Sabato widział mnie już takim w Gorivari. Bardzo więc starałam się ukryć za innymi ludźmi. De Sabato i Camilla szli obok Tortosy, oczywiście w towarzystwie licznej gromady kościelnych gwardzistów. Razem ze swoją ochroną wsiedli do dwóch różnych gondoli, a my postanowiliśmy ich śledzić. Isabel i Ernesto podążyli za biskupem, a ja, Diego i Archie za Sabato i Camillą.

Nasz gondolier zachęcany co jakiś czas dodatkowymi senatorami spisywał się całkiem dobrze i po nielichym pościgu zobaczyliśmy jak gondola Sabato zatrzymuje się przy luksusowym zajeździe „Il Castello”. Zajazd ten przypominał zameczek i był położony na osobnej wysepce.

Razem z Diego zostaliśmy na obserwacji z dwóch stron, a Archie udał się po resztę kompanii. Im również udało się namierzyć, że Tortosa udał się wprost do tutejszej, okazałej Katedry. Bardziej nagląca była jednak sprawa Camilli i de Sabato, postanowiliśmy więc wynająć pokoje w zajeździe „Il Castello”. Nagła akcja odpadała, z uwagi na liczną Eiseńską ochronę zajazdu, jego gości i środek dnia. Wkrótce się okazało, że cała obsługa była Esseńska, nawet służba.

Nasz przystojniutki Diego szybko zajął się sprawą wynajęcia pokoi, podrywając jakby przy okazji gospodynię zajazdu, niejaką Katarinę. Szybko więc dowiedzieliśmy się, że Castiliańscy goście zajęli całą luksusową wieżę zameczku.

Wciąż myśleliśmy o zbrojnym szturmie, jednak w końcu ten plan upadł jako zbyt niebezpieczny. Poza tym mogło się to dla nas skończyć lochami lub szubienicą. Jakieś prawo w tym kraju było. Postanowiliśmy więc czekać, odpoczywając i racząc się dziwnym, tłustym i bezsmakowym jedzeniem rodem z Eisen. Oczywiście sami ulokowaliśmy się tak, aby widzieć wyjście z wieży. Mieliśmy więc sytuację pod kontrolą.

Wtedy też wpadł mi do głowy pomysł z przebraniem się za Eiseńską pokojówkę i wejście w roli szpiega na pokoje de Sabato. Była spora szansa, że mnie nie rozpozna po zmianie fryzury i przefarbowaniu na blond. Musiałam jednak wyjść kupić farbę do włosów i odpowiednie ciuszki.

Kiedy obchodziłam okolicznych kupców, pomogłam przypadkiem pewnemu staremu Usurianinowi. Nie za bardzo mogłam się jednak z nim dogadać, więc sprowadziłam Ernesto, któremu to się na szczęście udało (po eiseńsku). Dowiedzieliśmy się trochę na temat ruin zamku oraz miejsca gdzie można spotkać pozostałych Usurian, którzy pracowali na budowie. Starzec był pewien, że w ruinach czai się potwór.

Po przefarbowaniu włosów, zrobieniu sobie sterczących eiseńskich kucyków, nauczeniu się od Ernesto paru ich słów (Keine grenzen!) i wskoczeniu w odpowiedni strój z fartuszkiem, ruszyłam w stronę wieży de Sabato. Ukryłam pod spódnicą nóż, na wszelki wypadek, a jedynym mym orężem stała się kudłata zmiotka do kurzów.

Już na początku natknęłam się na dwóch rosłych Castiljan stojących na straży. Nie mieli nic wspólnego z kościelną skromnością i ochoczo przystąpili do flirtowania i obszukania mnie. Szybko jednak owinęłam ich sobie wokół palca, wystawiając im te części ciała, które chciałam. Nie zauważyli by nawet dwóch pistoletów, a co dopiero mojego małego noża.

W środku wieży miałam całkiem sporo swobody i szybko namierzyłam siedzącą samotnie w pokoju Camillę. Biedaczysko, siedziała taka smutna, aż chciałam ją wycałować w pocieszeniu. Była piękna. Jeszcze nigdy jej nie widziałam bez maseczki, więc tym bardziej przez moment ogarnęła mnie burza emocji.

Nieźle się zdziwiła na mój widok i chyba uważała, że byłam doskonale przebranym za kobietę Philippe’m. Zdołałam na szybko dowiedzieć się od niej, że Sabato ją otruł i codziennie podawał jej odtrutkę, którą cały czas miał przy sobie, w rękawie. Dzięki temu dziewczyna robiła to co chciał i na dodatek nie mogła uciec. Nie wiedziała czemu to uczynił. Nim porozmawiałam z nią dłużej nadszedł Sabato i dla własnego bezpieczeństwa musiałam opuścić wieżę.

Wszystko się skomplikowało. Nie mogliśmy po prostu odbić Camilli! Najpierw musieliśmy mieć odtrutkę, a najlepiej znać jej skład! Postanowiliśmy poczekać na wieczór i sprzyjającą okazję.

I taka nadeszła, bo wieczorem Sabato opuścił wieżę. Śledziliśmy go płynąc gondolą po niezliczonych kanałach Serine. W końcu wszedł do domu jakiegoś kupca, a my zaczailiśmy się nieopodal. Niestety, po dwóch godzinach Sabato dalej nie wyszedł, więc przeczuwając jakiś przekręt postanowiliśmy wrócić do „Il Castello”. Ernesto coś wspominał, że pod domami i kanałami Vodacjańskich miast często znajduje się sieć tuneli. Podejrzewaliśmy więc, że Sabato mógł dalej pójść taką drogą.

W nadziei na kolejne informacje, po raz kolejny, w przebraniu odwiedziłam Camillę. Dowiedziałam się, Sabato wyruszył na jakieś tajne spotkanie i mówił coś, że jeszcze tej nocy poleje się krew.

Musieliśmy działać! Wpadł mi do głowy pomysł na atak kupieckiego domu w przebraniu. Atak jawny mógłby skończyć się dla nas lochami lub szubienicą. To w końcu cywilizowany kraj, nie tak jak Montaigne oczywiście, ale jednak. Zakupiliśmy więc maski, ciemne ubrania z kapturami, sztuczne brody itp. I ruszyliśmy do tego domu gdzie zniknął Sabato. Weszliśmy przez tylne drzwi i srodze nastraszyliśmy jakąś gospodynię. Dowiedzieliśmy się od niej, że Castiliańczyk nie został w tym domu, lecz udał się dalej podziemnymi kanałami! Tak jak myśleliśmy! Po wskazaniu nam sekretnego przejścia w piwnicy ruszyliśmy w głąb ciemności.

Sama nie wiem jak udało nam się nie zgubić w tych tunelach. Drogę znajdywaliśmy jakimś cudem, głównie dzięki śladom w błocie. Szłam z tyłu i jedyne o co dbałam, to aby potrafić jakoś wrócić z powrotem. Przy każdym skrzyżowaniu zaznaczałam więc naszą drogę swoją szminką.

W końcu po godzinie dotarliśmy w miejsce, gdzie słychać było liczne głosy, mówiące o heretykach, karze oraz o książęcym rodzie Vestini – ich błędach i niecnych praktykach. A więc Inkwizycja przybyła tu bruździć bogobojnemu i dotychczas sprzymierzonemu z kościołem rodowi! Zaskakujące.

Podkradliśmy się bliżej i okazało się, że tunel wychodzi wprost na stary zamek i ruiny murów. Byliśmy wprost pod wieżą Nicolo Bianco! Czyżby więc nie istniał żaden potwór, a Usuryjskich robotników wystraszyła Inkwizycja, udając jakieś monstrum, po to tylko, aby mieć dobre miejsce na swe tajne, nocne zebrania?

Pochowaliśmy się w ruinach i dalej obserwowaliśmy zgromadzenie. Zakapturzonych postaci było ze sto. Przewodził im jakiś Vodacjanin sądząc z akcentu. Wszyscy mieli pochodnie i broń. W końcu postanowili natychmiast ukarać dwóch największych heretyków – Heinz’a Becker’a i Jakobus’a de Kippa. Chcieli palić domy i zabijać. Podzielili się na dwie równe grupy i szybkim, zdecydowanym krokiem ruszyli w noc.

Musieliśmy coś zrobić! Na szybko podjęliśmy decyzję, że pójdziemy za grupą Jakobus’a. Przewodziła jej postać ubrana na czarno, jak sądziliśmy de Sabato. Kiedy więc obie grupy rozdzieliły się na wystarczającą odległość zaatakowaliśmy.

Archie chciał zrobić wrażenie, że są otoczeni i że nas jest więcej niż 5 osób. Nie wiem czy mu się to udało, bo w końcu huknęły strzały i ze 40 postaci runęło na nas w walce.

Chciałam uderzyć na Czarnego Przywódcę ale sześć innych postaci zagrodziło mi drogę i już w następnej chwili uwijałam się w szermierskim tańcu. Piruet, zwód, wypad, pchnięcie, podwójna parada… i na powrót. Z początku było ciężko, lecz wkrótce okazało się, że nasze umiejętności z nawiązką równoważyły ich przewagę liczebną. Wkrótce też zaczęliśmy zwyciężać, a coraz więcej zakapturzonych postaci zaścielało wybrukowaną kostkami ulicę.

Koło mnie uwijała się Isabel, a z Czarnym i jego dwoma pachołkami starł się Diego. Już wiedziałam, że to de Sabato. Te ruchy, postura postaci, sposób walki… Obie z Isabel zaczęłyśmy się do nich przebijać z nowym zaangażowaniem i wkrótce obie zasypałyśmy tą mała grupkę ścianą naszej stali. Pod ciosami Diego i Isabel dwóch ochroniarzy Sabato padło, a wtedy ten odwrócił się i zaczął uciekać! Podły tchórz o małym sercu i przyrodzeniu!

Wyskoczyłam za nim i nim zdążył pokonać 2 metry, w pięknym wypadzie zatopiłam mój rapier w jego boku. Spojrzał na mnie niebotycznie zdziwiony i padł do moich stóp. Cóż, dla niego w tej chwili byłam zwykłym zamaskowanym przechodniem, na dodatek z brodą. Mógł więc się zdziwić.

Zdjęłam mu kaptur i maskę. Sabato. Czułam ulgę i satysfakcję. Szybko sięgnęłam do jego rękawa. Znalazłam! Mała buteleczka z odtrutką. Dzięki niej Camilla będzie miała jakieś 2 tygodnie na to, aby się dowiedzieć czym ją otruto i co to za odtrutka. To jej wystarczy. Mogliśmy więc już ją odbić.

Co do Sabato, to oczami wyobraźni już go widziałam na jakiejś bezludnej wyspie. Z pewnością na to zasługiwał. Teraz jednak chciałam przenieść go i ukryć w pobliskich ruinach. Drugą grupą też chcieliśmy się zająć!

Tomek ‚Funky’ Kowalski

About Funky

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
7th Sea - Tajemnica familii Bianco, Siódme Morze ,

Comments are closed.