Uratowanie Jima

Pamiętnik Sophie Alnet Le Goc Calderon. 17 Septimusa roku 1669, pokład szkunera Albatros, morze koło wyspy Gorivari, Vodacce.

Wdałam się w nową, ekscytującą przygodę! Być może największą z dotychczasowych! Wygląda na to, że stałam się szpadą sprawiedliwości i na dodatek poszukuję wielkiego skarbu! We wszystko wmieszana jest magia i przeznaczenie. Na razie przeniosłam się za sprawą magii do innego świata (na szczęście wróciłam), zdobyłam konia, skumplowałam się z Diego i Isabel (obydwoje wywołują u mnie niezłe dreszcze), poznałam dwóch marynarzy, z którymi również splotło mnie przeznaczenie, pokonałam kilku szermierzy w pojedynkach, uczestniczyłam w bitwie morskiej, poznałam Giovanni Villanove, a nawet wynurkowałam 1000 senatorów w postaci jakiś map! Byłam ratowana z opresji i sama ratowałam życie i wolność przyjaciół. Chyba los zaczyna mi nareszcie sprzyjać i nareszcie wiele się dzieje! Do cholery! Życie nabrało smaku! Chyba po raz pierwszy, od kiedy opuściłam moje ukochane Montaigne.

Dawno już nic nie pisałam (trochę mnie to gryzie). W ostatnich dniach jednak sporo się wydarzyło, więc za chwilę uzupełnię zapiski. Wcześniej nie działo się zgoła nic godnego wzmianki – ot, kilka pojedynków, błahe miłostki, ciągłe ukrywanie się przed inkwizycją, zadania na zlecenie aby trochę zarobić, drobne pogonie, podróże po Vodacce. Nudy. Nawet Inkwizycja jakby trochę mi odpuściła. Wciąż też nie odszukałam Taty, choć staram się jak mogę – pytam, daję łapówki, rozglądam się – na próżno. Być może skoro przeznaczenie mnie teraz wiedzie, powiedzie mnie do Niego. Na to liczę, skoro i tak nie mam pojęcia gdzie może być.

Wracając do Diego – chyba się trochę obecnie zabujałam. To szermierz, ukończył szkołę szermierki Aldana i właściwe poznałam go już wcześniej, w Castille, przy okazji drobnej, wspólnej miłostki do kobiety. Wtedy jednak nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak teraz. Czyżby to ten jedyny? Jest taki przystojny – czarne włosy, dumna szermiercza postawa, seksowny wąsik, arystokratyczne maniery i jak na Castiljanina całkiem nieźle obraca szpadą. Zręczność w szpadzie dobrze wróży – silne ramię i zręczne palce liczą się także w alkowie – to dodatkowo rozpala mą wyobraźnię. Ale ofiary nie można za szybko spłoszyć, prawda? No i to jego nazwisko (aż mnie dreszcze przechodzą) – Don Diego Esteban Pedro Alonso Valasquez y Marcos de Morientes.

No tak, miałam pisać o ostatnich wydarzeniach, a w głowie mi tylko wybrzuszenie w spodniach Don Diego. Dałam mu nawet szanse na upojną noc małym zakładzikiem, ale Diego spartolił dziś kompletnie na tej galerze i wygrałam el Zorro. Konik jest naprawdę fajny i od dawna o takim marzyłam. Dobrze się stało, bo mam teraz wspaniałego wierzchowca, a Diego jest tylko bardziej podpalony i ognisty. Mniam. Ale mimo wszystko trochę żałuję, że Diego tak spartolił. Poleciał na tego porucznika jakby chciał jakąś damę dziewictwa pozbawić. Gdzie on miał oczy? A noc mogła być naprawdę upojna. Monteńczyk wiedziałby, co jest naprawdę ważne przy takim zakładzie, ale Castillianie bywają tacy… nieporadni i zagubieni. Może to przez tą ich pobożność? Hmm… ale Diego i tak mi się podoba i może znów dam mu jakąś szansę?

No i Isabel. Donne Isabel de Solis poznałam jeszcze w Castille, ale znajomość wtedy trwała krótko. Pomogłyśmy sobie wzajemnie uciec z łap Inkwizycji. Teraz już wiem, że Isabel to prawdziwa arystokratka wysokiego rodu i zdaje się, że ma dar czarnoksięstwa, choć pewna nie jestem, bo słabo się na tym znam. Obecnie Isabel to moja przyjaciółka, z którą śpię w jednym łóżku ale na razie niestety nic nie zaszło. Jest w moim wieku, czyli ma około 20 lat. Jest cudownie piękną blondynką, dumną, honorową i dość zimną (ku mojemu zmartwieniu). To ostatnie postaram się jednak zmienić. Bardzo mi się Isabel podoba, ale wiem, że próbami zalotów, czy pieszczot mogłabym ją urazić. Zdaje się, że miała przykre doświadczenia z mężczyznami, albo może z jednym – swym mężem. Okazało się ostatnio, że Isabel podobnie jak i ja, ukrywa się pod fałszywym nazwiskiem, a jej prawdziwe to Leonor Violante Salbatierra y Monroy de de Mondavi, ale nie chce nawet go wspominać. Nazwisko to znaczy, że za męża ma arystokratę z Vodacce i mogłaby być wielką Damą, w jakimś pałacu. Ale chyba męża nienawidzi i nie kocha wcale. Ubiera się też zawsze na czarno, zapięta pod samą szyję – jakby chciała wszystkim mężczyznom powiedzieć: „Precz ode mnie!” .Biedaczysko, musiała naprawdę wiele złego wycierpieć. Na dodatek pogubiłam się z jakiego kraju naprawdę pochodzi – z Castille (jak do tej pory myślałam), a może z Vodacce?

Diego i Isabel ciągle zaprzątają me myśli. Najprzyjemniej byłoby słodzić sobie nimi noce naprzemian, ale to będzie musiało poczekać, bo teraz dalece ważniejsza jest nasza misja i przygoda. W końcu muszę zacząć pisać o ostatnich wydarzeniach. Właściwie to nie wiem, od czego zacząć, a nie chce mi się za wiele pisać. Zacznę więc od wydarzeń po balu u Gubernatora, bo dopiero wtedy wszystko nabrało tempa. Dopiero wtedy okazało się, że przeznaczenie już zaczęło układać nam wspólne karty.

Było to dwa dni temu, w mieście Gorivari, na wyspie o tej samej nazwie, oczywiście w Vodacce. Było akurat święto i dość ładny dzień.

Rano kiedy się obudziliśmy po balu, pierwsze co postanowiliśmy, to iść do kupca Guido w sprawie sprzedaży mu tajemnicy Wina, którą to tajemnicę udało mi się zdobyć na balu. Ten Guido to był potężny, miejscowy kupiec ale i ciemny typ, co to na ludzi zabójców nasyła w środku nocy. Na dodatek gruby i obleśny. Mimo wszystko, liczyłam na sporą ilość Senatorów, bo tajemnica z Winem była tego warta. Byłam wtedy totalnie bez pieniędzy, a na dodatek z długiem, który mógł mnie kosztować utratę części ciała. Ci Vodacianie są prawdziwymi barbarzyńcami. My w Montaigne mamy po prostu banki.

Poszliśmy więc w czwórkę – Diego, Archie, Ernesto i Ja, jako Philippe. Na początku to nawet chciałam iść sama, bo miałam jakieś złe przeczucia i bałam się, że mężczyźni, jak to zwykle, wszystko zawalą. I niestety nie pomyliłam się. I Archie i Ernesto okazali się starymi babami – zbyt miękkimi do interesów, na dodatek chcieli przehandlować wspólną tajemnicę, za jakąś inną tajemnicę, którą ich kusił Guido, a która dotyczyła jakiegoś statku. Wtedy nam obojgu z Diego wydawało się to kompletnym kotem w worku, zamiast brzęczących konkretów. Obaj marynarze nic więcej powiedzieć nie chcieli, a tylko chcieli nas jakoś spłacać w nieokreślonej przyszłości. W końcu nie wytrzymałam, wkurzyłam się i postanowiłam wyjść bez pożegnań. Niestety okazało się, że Guido nie przyjął tego dobrze i się obraził. Niczym stara niedopieszczona panna. W Montaigne niedopieszczone panny nie zostają wielkimi kupcami, bo liczy się interes. Na dodatek obraził się nie tylko na mnie (co bym zrozumiała) ale na wszystkich. Z dalszego handlu tajemnicami nic nie wyszło i przez moment czułam się trochę głupio.

Z perspektywy czasu wiem, że kot w worku okazał się, możliwością uratowania z niewoli syna Archie’go – Jima, również mojego znajomego. Więc cała transakcja była słuszna, ale co się wtedy nawnerwiałam to moje. Niczym niedopieszczona młoda panna, którą przecież jestem. Osioł z tego Archego, że nie powiedział od razu, że chodzi o syna. No, ale przynajmniej już teraz żalów do marynarzy nie mam.

No tak. Jeszcze nic nie napisałam o marynarzach. Archibald Pierce to mój nowy znajomy, taki dobrotliwy wujaszek. Archie jest kapitanem szkunera Albatros i jest Avalończykiem. Ma wielki brzuch, marynarską szablę i pistolet, z pięćdziesiątkę na karku i prawdziwą marynarską brodę (kiedyś spróbuję znaleźć w niej jakąś muszelkę). Śmierdzi oczywiście trochę rybą i solą. Wraz z Isabel uratował mnie z łap Eiseńczyków, więc początkowo miałam drobny dług wobec niego (już go spłaciłam). Na dodatek Archie jest ojcem znanego na całą Thea’ę kapitana-pirata Jima Pierce, którego miałam okazję poznać w przeszłości i którego dziś uratowaliśmy z łap Vodacjan.

Ernesto Strozzi to jego bosman i zastępca. Znam go słabiej, ale to rodowity Vodacjanin, który równie dobrze zszywa żagle, co i nasze rany. Zajmuje się też finansami Albatrosa, jest cieślą, a przed wszystkim jest kopalnią informacji o Vodacce. Bije też się nieźle, ale bijatykę chyba wszyscy marynarze wypijają wraz z litrami słonej, morskiej wody. Szczególnie tacy z Avalońskiego statku pirackiego.

Po wizycie u kupca rozdzieliliśmy się z marynarzami, którzy zdaje się obmyślali co dalej zrobić z obrażonym Guido. Wszyscy dalej byliśmy bez pieniędzy, a zależało nam bardzo na trwałym zszyciu pięknych, nowych ubrań u znajomego krawca. Zastosowałam więc podstęp i obiecałem krawcowi, który zamiast kobiet lubił młodzieńców, wyjawienie swej intymnej tajemnicy w zamian za usługę krawiecką dla wszystkich. Oczywiście wciąż jeszcze byłam Philippe’m, który się bardzo owemu krawcowi podobał. Wystarczył banan włożony w spodnie i odpowiednia gadka, a krawiec dał się złapać na haczyk i obiecał wszystko co chciałam. Potem już wystarczyło się przy nim przeistoczyć z powrotem w Sophie – i intymna tajemnica wyszła na wierzch! Biedaczysko o mało co, nie zemdlał z wrażenia, ale obietnicy dotrzymał – kiedy przynieśliśmy ubrania, jego pomocnicy od razu wzięli się do roboty. Muszę zapamiętać tą metodę, bo całkiem nieźle się sprawdza i przynosi mi dużo frajdy. Z tego wszystkiego, to przypomniały mi się stare, dobre czasy w Montaigne i wybryki jakie robiliśmy z przyjaciółmi. Ciekawe czy wciąż żyją, po tej całej rewolucji? Ma nadzieję, że tak.

Było akurat święto, więc pobożny Diego i obaj marynarze poszli do kościoła. Ja z Isabel zostałyśmy pijąc kawę w gospodzie. Chciałyśmy jak najszybciej pójść do gospody La Campagnola ale obiecałyśmy Diego, że pójdzie z nami, więc czekałyśmy (jak tu nie czekać na takiego przystojniaka?). Całej naszej trójce bardzo zależało na dorwaniu w tej gospodzie Pedro Pablo Jerez y Grijalva de Sabato, siepacza Inkwizycji, choć każdemu chyba z innego powodu. Diego coś wspominał wcześniej, że de Sabato zna jakąś tajemnicę, która jest ważna dla niego. Ja chciałam się zemścić za uwięzienie mnie jeszcze w Castille, a ponadto chciałam z jego rąk wyrwać piękną kurtyzanę Camillę Vespucci. Miałam na nią ochotę już wcześniej, ale przegrałam nasz mały zakładzik w rzucaniu nożem i wspólna noc nie wypaliła. Potem na balu okazało się, że rozpaczliwie błaga mnie o pomoc, właśnie z powodu de Sabato. Bydlak, musiał ją jakoś skrzywdzić. Co do Isabel to nie wiem dokładnie co ma do Sabato, ale na pewno jest to uczucie żarliwe, bo Isabel chciała go po prostu zgładzić raz na zawsze.

W naszej gospodzie zrzuciłam przebranie Philippe’a i już jako Sophie poszłyśmy razem z Isabel pod kościół. Nie chciałam się pokazywać de Sabato jako Philippe. W końcu w tym przebraniu uciekam Inkwizycji. Miałam nadzieje, że zemsta będzie słodsza, jak mnie rozpozna.

Cała ta sytuacja nawet dla mnie jest ciut dziwna. Bo przecież na co dzień się ukrywam i wypatruje takich jak Sabato, aby uciekać. A teraz chcę go dorwać i to w biały dzień! To chyba przez zemstę i Camillę. A może Diego i Isabel tak na mnie podziałali?

Po skończonej mszy Diego wyszedł, ale co ciekawe wyszedł też Kupiec Guido i wraz z nim obaj nasi marynarze. Wyglądało na to, że na powrót są z Guido w dobrych układach.

W trójkę szybko udaliśmy się do La Campagnoli. Była to bardzo bogata gospoda z własną ochroną. Odpadał więc wariant szybkiego przewrócenia wszystkiego do góry nogami. Diego, na szczęście, od razu wpadł w oko apetycznej właścicielce i chcąc się czegoś dowiedzieć zaczął z nią flirtować. Sama bym tak zrobiła gdybym akurat była Philippe’m. Skończyło się tak, że dostaliśmy się do pokoju de Sabato i Camilli, w którym ich nie zastaliśmy. Było za to ciało młodej dziewczyny, strasznie pobitej i zmaltretowanej. Musiała być to sprawka de Sabato! Podły sadysta, jeszcze za to zapłaci! W pierwszym momencie wzięliśmy dziewczynę nawet za trupa, ale na szczęście jeszcze oddychała. Wezwaliśmy szybko medyka, a mnie udało się ją rozpoznać – to była ta sama kurtyzana, która na balu tłumaczyła mi błagalne wahnięcia wachlarzem Camilli. Jej przyjaciółka Petronella!

Znalazłam przy jej ciele liścik, jak się okazało skierowany do mnie. De Sabato pisał, że Patronella zdradziła i zapłaciła za to. A więc wiedział, że Camilla prosiła mnie o pomoc! Była jeszcze w większym niebezpieczeństwie niż przypuszczałam. Co ten bydlak może jej teraz zrobić?

Moje wzburzenie przerwał medyk. Ku naszej uldze oznajmił, że dziewczyna się wyliże, i że już wieczorem będziemy mogli ją odwiedzić. Mogliśmy rozpocząć pościg.

Niestety nikt z gospody nie wiedział gdzie udał się de Sabato i Camilla. Tylko jeden pachołek, co pracował przy wozach, widział jak rankiem wychodziły 4 osoby – 2 mężczyzn i 2 kobiety, w tym Castillianin czyli de Sabato. Widział też jak wsiadły do zamówionego powozu. A więc mieliśmy jakiś trop.

Postanowiliśmy odszukać Ernesto. Liczyliśmy, że będzie wiedział jak znaleźć ten powóz w miejskim chaosie miasta Gorivari. Odnalazłyśmy obu naszych marynarzy przy Albatrosie. Akurat sprzedawali ocet, który już był nam niepotrzebny. Ze wspólnych pieniędzy dostałam kwotę na spłatę długu, więc humor od razu mi się poprawił.

Razem z Ernesto poszliśmy na miasto. W końcu udało się namierzyć powóz i jego woźnicę. Za drobną łapówką powiedział nam, że 4 pasażerów wysiadło na nadbrzeżu portowym. Idąc dalej tym śladem dowiedzieliśmy się, że popłynęli na wyspę Medico, położoną niedaleko od nas. Postanowiliśmy rankiem wyruszyć za nimi, jednak stało się zgoła inaczej…

Wieczorem udaliśmy się do pobitej Petronelli. Biedaczka doszła już trochę do siebie i zdołała wyszeptać nam, że Sabato zmierza na Serine, a Medico, to tylko przystanek po drodze. Na Medico ma się spotkać tylko z jakąś eminencją i ruszyć dalej. A więc najpewniej dościgniemy go właśnie na Serine…

Serine. Wszystko prowadziło nas na tą wyspę rodu Vestini. To tam Niccolo Bianco dokończył swego żywota zamknięty w wieży przez Vestinich. To tam została napisana Libro della Famiglia Bianco, księga, której szukaliśmy. To tam muszą być odpowiedzi. A teraz tam zmierza de Sabato. Pewnie coś go wiąże z rodem Vestini, który jak wiadomo jest bardzo religijny. Przyjazd Inkwizytora z Castille raczej więc nie dziwi.

Kiedy już chcieliśmy się pożegnać, Petronella wyszeptała, że de Sabato chciał aby mi przekazała, że w Starej Gospodzie czeka na mnie niespodzianka. Dodała też pośpiesznie, że nie chciała mi tego mówić, bo to pewnie pułapka.

Jakże bym jednak nie miała pójść? Tajemnica i wyzwanie! Poćwiczyć rapierem też przecież trzeba od czasu do czasu. Umówiliśmy się ciut później na tą wycieczkę – każdy ruszył pozałatwiać swoje ostatnie sprawy. Ja np. oddać dług, a marynarze poznać tajemnicę, którą Kupiec Guido miał im zdradzić za naszą tajemnicę z Winem.

Kiedy się znów spotkaliśmy, okazało się wreszcie to, co mogło się okazać już rankiem. Tajemnica wyszła na jaw – Avaloński kocur wyskoczył z Vodacjańskiego worka. Jim Pierce, syn Archiego był w srogich tarapatach. Jego statek został z zaskoczenia zaatakowany przez Pisce Spada – spory okręt rodu Villanova i zdobyty. On i jego kamraci dostali się do niewoli. Archie dowiedział się też od kupca Guido, że Pisce Spada, został srodze poszczerbiony podczas walki i długo przebywał na naprawach w porcie Estivo della Verde. Jednak niedawno wyruszył w kierunku Dionny, wyspy rodu Vilanova. Poza Jim’em, Pisce Spada wiózł na pokładzie jeszcze jakieś mapy, za które Guido obiecał 1000 Senatorów.

Postanowiliśmy wspólnie odpuścić na razie Serine oraz de Sabato i wyruszyć na odsiecz Jim’owi. Albatros miał się przekształcić w statek piracki. Serce mi się trochę krajało, jak myślałam o losie Camilli, ale coś trzeba było wybrać. Camilli być może jeszcze zdołamy pomóc później, a Jim’owi już nie. Jeśliby Pisce Spada zdołała dobić do brzegów Donny, los Jim’a i pozostałych Avalończyków byłby przesądzony.

Teraz już jednakże była noc i została nam ostatnia sprawa. Stara Gospoda i niespodzianka de Sabato. Po pół godzinie dotarliśmy w końcu do tego opuszczonego miejsca. Ja z Isabel zaszłyśmy od frontu, a nasi panowie od tyłu. Z pozoru nikogo nie było. Kiedy jednak Isabel zrobiła jakąś sztuczkę z ogniem (chyba czarnoksięską), oczom naszym ukazały się całe zastępy drabów pochowanych w środku gospody.

Zaczęli wyskakiwać grupami, a my radośnie oczekiwałyśmy walki. Isabel choć nie jest szermierzem, radzi sobie nader znakomicie. Kiedy więc wyskoczyło na nas pierwszych 10 drabów, pokonałyśmy ich razem szybko i bez problemu. Wtedy to dostrzegłam jak Diego, po drugiej stronie gospody w jednym, pięknym wypadzie położył na raz czterech. Diego… Nie chciałam być gorsza i w momencie gdy pojawiło się następnych czterech przed nami, pokazałam Diego, jak szybka potrafi być szkoła Valroux! Kiedy ma szpada dokończyła pełny zwrot w tańcu, tych czterech leżało u moich stóp. Tak właśnie zaczęła się rywalizacja między nami.

Wspólnie sprawiliśmy niedobitki najemników Inkwizycji. Pod koniec znów spróbowałam rzucić nożem w jednego, ale znowu nie trafiłam. O mały włos trafiłabym przy tym Ernesto, który patrzył na mnie z lekkim wyrzutem. Koniecznie muszę więcej poćwiczyć.

Prawie trzydziestu drabów de Sabato leżało na ziemi. Walkę wygraliśmy bez żadnych większych zadrapań. Już ze spokojem sumienia udaliśmy się do gospody i na Albatrosa. Na statku chciałam być zawsze sobą, czyli Sophie. W końcu agentów Inkwizycji wśród Avalońskich marynarzy być nie powinno, więc przebranie Philippe’a potrzebne mi nie było. No i marynarze będą mnie inaczej traktować.

Archie wspaniałomyślnie udostępnił mnie i Isabel swoją kajutę kapitańską na Albatrosie. Problem w tym, że izba ta lepiej brzmiała w słowach niż wyglądała. Jedno proste ale spore łóżko, kilka mebli i ciasnota. No i ten zapach, a raczej smrodek. Zaraz zakupiłyśmy różne zioła i pachnące asortymenta. Oczywiście nie takie jak w Montaigne, tylko marne, tutejsze imitacje.

Miałam jednak przeczucie, że spotykać nas będą na tym statku wielkie przygody więc i ta kajuta wydawała mi się przez to przytulniejsza. A może to urok Isabel tak na mnie podziałał?

Isabel jeszcze coś czytała, a ja szykowałam się do snu, choć miałam ochotę na jakieś figle. No i zabawa mnie nie ominęła. Najpierw zapukali do naszych drzwi Archie i Ernesto, proponując nam wspólną degustację wina. Chciałam aby wiedzieli co ich ominie, więc otworzyłam drzwi w samej koszulce i oczywiście odmówiłam. Picie wina wraz z marynarzami, w nocy, na statku nie przystoi damom. Ale nawet Archiemu coś się od życia należy, więc otwarłam drzwi, aby mógł sobie pooglądać.

Potem, marynarze z Albatrosa chcieli nas podglądać przez takie okno, które kajuta kapitańska miała w suficie. Cóż chłopcy nie mogli być stratni, więc pokazałam im kawałek nogi. Jednak Ernesto ich przegonił, a my zasłoniłyśmy okienko zasłonką.

Obie byłyśmy w doskonałych nastrojach zabawowych, więc poszłyśmy na całość i zaczęłyśmy pojękiwać i posapywać, chcąc zrobić sobie ubaw ze wszystkich mężczyzn na statku. Chichotałyśmy przy tym tak, że aż nas brzuchy rozbolały.

W końcu Diego nie wytrzymał i zapukał do nas, chcąc wejść. Zaczęłam wiec głośno chrapać, a Isabel pękała ze śmiechu. Biedak odszedł z niczym. Mam nadzieje, że jego spodnie wytrzymały tą ciężką próbę. Za łatwą nie można być, oj nie. Tuż przed zaśnięciem Isabel powiedziała mi, że nie pamięta kiedy tak się śmiała i że dziękuje mi za ten wieczór. Tym bardziej muszę sprawić aby takich chwil było więcej.

Muszę jednak pamiętać, aby takich zabaw nie robić jak będziemy na morzu, bo mogłoby się to dla nas obu źle skończyć. A tak marynarze skoczyli sobie do portu na dziewczynki i w porządku. Wszyscy spędziliśmy więc noc lepiej i przyjemniej.

Wczoraj rano szybko odebraliśmy uszyte ubrania od krawca (nareszcie mam piękny strój dla Philippe, w sam raz na bal!) i wyruszyliśmy ratować Jima. Archie chciał przechwycić Pisce Spada na pełnym morzu i odbić Avalończyków. Brzeg oddalał się szybko i znów byłam w podróży. Kolejny skrawek ziemi Thei, gdzie nie znalazłam Taty. Ale ten skrawek będę przynajmniej ciepło wspominać.

Doba minęła mi szybko. Poznawałam bliżej statek, jego kilkunastu marynarzy, a przed wszystkim Isabel i Diego. Statek za duży nie był, około 20 metrów. Ledwo na wszystko starczało miejsca. Sama nie wiem jakim cudem zmieścił się jeszcze koń Diego – El Zorro. Piękny i mądry, bardzo go polubiłam. Zawsze chciałam takiego mieć, ale nie było mnie stać. Jeszcze nie widziałam, że wkrótce będzie mój.

No właśnie zakład. Diego po ostatnich wydarzeniach nabrał na mnie ochoty i był w nastroju do rywalizacji. Oboje wiedzieliśmy, że wkrótce przyjdzie nam walczyć. Zaproponował mi zakład o to, kto pierwszy w pojedynczym wypadzie powali pięciu przeciwników. Jeśli on by wygrał miałam spędzić z nim noc, a jeśli ja? Nie wahałam się oni chwili – El Zorro! Tak czy siak, pomyślałam sobie, jakiegoś konika będę ujeżdżać, więc na swoje wyjdę. Sytuacja w której mogę się kochać z Diego, na skutek zakładu, jeszcze bardziej mnie podkręcała.

Rankiem wszystkim udzieliła się nerwowa atmosfera, bo byliśmy niczym drapieżca czyhający na swą ofiarę. W końcu pokazał się! Z mgły wynurzyła się duża galera Pisce Spada! Okręt sporo większy od naszego, kiedyś był zresztą flagowym okrętem rodu Villanova. Z początku chyba nas nie zauważyli, bo spokojnie podpłynęliśmy bliżej i jak nie huknęliśmy z naszych armat! Archie kazał wyciągnąć czarna flagę na maszt więc byliśmy prawdziwymi piratami. Huki wystrzałów zaczęły mieszać mi się, z głośnymi rozkazami wydawanymi przez Archie’go i Ernesto, potem do tego jeszcze dołączyły słupy wody wokół nas kiedy galera zaczęła odpowiadać ogniem. Od razu widać było, że dział ma więcej i to cięższych, jednak to nasza załoga była celniejsza. Archie i Ernesto spisywali się świetnie.

Stałam spokojnie schowana za główny maszt i nie mogłam się doczekać walki pierś w pierś. Podobnie Isabel i Diego. Co jakiś czas wykrzykiwałam „do abordażu!” ale nikt mnie nie słuchał w tym całym hałasie – latających kulach armatnich, wystrzałach, bryzgach wody i krzykach. Trochę mnie to dziwiło, bo sądziłam, że mamy zdobyć galerę, uwolnić Jima i innych, a nie ich zatapiać. Ale Archie wiedział co robi – tam po prostu było dużo więcej marynarzy i żołnierzy, niż nas, więc chciał ich zmiękczyć. Pisce Spada obrywała raz, za razem, a my zdaje się oberwaliśmy tylko raz, ale za to bardzo mocno – klika naszych armat runęło do wody! Byli zabici i ranni. Pomogło do Archie’mu podjąć końcową decyzję i poszliśmy w kierunku ich rufy! Zaczęła się prawdziwa walka!

Spojrzałam w kierunku Diego i uśmiechnęliśmy się do siebie – zakład! Dorwałam grubą linę, którą miałam już upatrzoną i niczym na pokazie w mojej akademii szermierki przeleciałam na pokład galery, prosto w kierunku piątki żołnierzy w pięknych mundurkach! Kiedy skoczyłam na nich już miałam szpadę i lewak w rękach. Włożyłam w to całe umiejętności oraz pasję i jednym pięknym wypadem położyłam wszystkich! Szybko spojrzałam na Diego – bił się nieopodal z jakimś oficerem. Wygrałam!!! El Zorro był mój! Och Diego, Diego…

Szybko rozejrzałam się znów. Wszędzie było widać walczących. Nieopodal na mostku stał ich kapitan, starszy mężczyzna, uzbrojony w szpadę. Na jego ubraniu widniał znaczek szkoły szermierki! A więc godny przeciwnik! Był mój! Popędziłam ku niemu. Już w biegu wyciągnęłam nóż i rzuciłam. Cholera! Znów nie trafiłam! Na dodatek nóż przeleciał dalej i zniknął za burtą. Po kilku biciach serca byłam tuż przed nim.

Nie dane mi było jednak wtedy z nim walczyć. Rozległ się huk wystrzałów armatnich i z mgły wynurzył się kolejny statek! Ktoś wołał do nas abyśmy się poddali, bo oto przybyła karawela Santa Cecilia, a na niej Sebastiano Scogna, Vodacjański pirat. Wołał, że mają nas w zasięgu dział i w każdej chwili mogą rozwalić!

Potyczki na obu statkach zamarły, a Ernesto pięknym strzałem z pistoletu ustrzelił linę z flagi galery, przez co opadła w geście poddania. Figlarz z tego Ernesto. Archiemu jakoś zabrakło argumentów i również się poddał. Cóż, czasem tak trzeba. Kapitanowie wszystkich trzech jednostek przez chwilę pogadali, a potem pojawił się osobiście Sebastiano Scogna. Ponoć awanturnik o dobrym sercu, kochany przez zwykły lud Vodacce, szczególnie przez młodzież. Archie zaczął wyjaśniać sytuację ze swym synem. Nie dane nam jednak było pogawędzić z tym ponoć największym piratem, bo oto pojawił się kolejny statek! Ruch niczym w Monteńskim burdelu!

Ten statek był dużo większy od pozostałych. Szybko okazało się, że to nowiuteńka flagowa korweta Villanovy – Il Duce Nero, a sam Giovanni Villanova jest na pokładzie! I znów wszyscy poddawaliśmy się, ale tym razem komu innemu. Atut, w postaci rzędu potężnych dział wymierzonych w nas, był nie do odparcia. Przypuszczałam, że wystarczyłaby jedna salwa, aby Albatros poszedł na dno.

Giovanni Villanova zaprosił wszystkich kapitanów i ich oficerów do siebie. Archie stwierdził, że jesteśmy jego oficerami. Zaproszenia nie sposób było odrzucić i tak oto wkrótce wszyscy byliśmy na pokładzie tego potężnego statku.

Sam Giovanni Villanova, cieszy się w Vodacce raczej ponurą sławą i byłam ciekawa jego osoby. Okazał się charyzmatycznym, bardzo przystojnym mężczyzną w kwiecie wieku, a ja od razu dostrzegłam na jego ubraniu złoty znaczek szkoły szermierki. Prawdziwy Mistrz!

Villanova wysłuchał relacji wszystkich trzech kapitanów. Widać było, że jest poirytowany, że takie „coś” jak Albatros zdołało prawie zdobyć jego wspaniałą galerę Pisce Spada. Najwyraźniej wahał się czy od razu zawieźć nas do swego najgłębszego lochu, czy też zabić na miejscu, a może trochę poprzypiekać. Chyba jednak miał dobry dzień, bo wybrał wariant honorowy. Być może chciał dać możliwość zrehabilitowania się swojemu staremu kapitanowi, z którym o mało nie walczyłam?

Villanova powiedział więc Archie’mu, że jeden z nas będzie walczył, z jego kapitanem, Marino Villafiori. Możemy wybrać kto. Jeśli wygra będziemy mogli odpłynąć zabierając Jim’a. Jeśli przegra, będziemy jego więźniami.

Od razu zawołałam, że ja będę walczyć! Kapitan od początku był mój! Archie jednak się wahał. Chyba sam chciał walczyć jak kapitan z kapitanem. Kiedy jednak zobaczył zaciętą minę tamtego kapitana, jego znaczek szkoły szermierczej oraz pewną siebie minę Villanovy – spojrzał na mnie i Don Diego. Zastanawiał się przez chwilę i wskazał na mnie!

Tak! Dzięki Ci Archie!!!
(znów pokazałam Diego, kto jest najlepszy – w łóżku będzie się kiedyś musiał naprawdę wykazać)

I tak oto stanęliśmy naprzeciw siebie. Ja młoda dziewczyna z Montaigne. I on, stary weteran, zaufany kapitan Villanovy. Moi przyjaciele i inni oficerowie otoczyli nas kołem. Miejsca na pokładzie było dość. Cała reszta marynarzy i żołnierzy Il Duce Nero rozlazła się po pokładzie, żaglach i linach, w poszukiwaniu najlepszych miejsc do oglądania tego spektaklu.

Wpatrywaliśmy się w siebie, oceniając przeciwnika, kiedy Villanova rzucił: „na śmierć”! Czym mnie trochę zdenerwował, bo nikogo nie chciałam zabijać. Nasz taniec jednak już się zaczął…

Runęłam na niego z szybkością błyskawicy i od razu pięknym pchnięciem go zraniłam. Wiedziałam, że jestem szybka, jestem w końcu adeptką szkoły Valroux, najszybszej szkoły Thei! Uczyli mnie najlepsi szermierze na świecie! Monteńscy szermierze! Kapitan próbował się odgryźć fintą, ale nie trafił! Wystarczyło uderzenie serca, a ponowiłam atak! Tym razem jednak przeciwnik mnie zaskoczył. Dziwnym manewrem, którego jeszcze w życiu nie widziałam wystawił swą broń wcale nie unikając mego ciosu. Zdumiona nadziałam się na jego szpadę! Ból jednak tylko spotęgował szybkość mego myślenia i reakcji. Szkoła szermierki Villanova, przebiegło mi przez myśl – nie znam jej, cholera jasna!

Nie zastanawiając się wiele, kolejny raz zaatakowałam, a on drugi raz zastosował ten swój dziwny manewr. Tym razem jednak, nauczona doświadczeniem, nie cofnęłam się i oboje nadzialiśmy się na swoje szpady. On jednak chyba mocniej to odczuł, bo aż stęknął. Poszłam za ciosem i mój czwarty wypad zakończył sprawę. Kapitan padł na deski pokładu. Była ranna, ale zwyciężyłam!

Kiedy cieszyłam się wraz z przyjaciółmi, Villanova podszedł do kapitana i dobił go okrutnie swą szpadą, obracając ostrze w jego ciele. Spojrzałam na niego z odrazą. Kiedyś mi za to zapłacisz potworze, pomyślałam. Życie kapitana należało do mnie i ja mu je darowałam. Może teraz umiejętności mi nie starcza na Ciebie, ale to się zmieni i wtedy Cię wyzwę.

Okazało się, że Villanova dosłownie chce realizować umowę i wypuści tylko Jim’a. Reszta Avalończyków ma zostać w niewoli Villanovy. Byliśmy wściekli.

Wróciliśmy na szczepione wciąż ze sobą Albatrosa i Pisce Spada. Wydano nam syna Archie’go, jednak nie chciał z nami płynąć bez swej załogi! Jim zadecydował abyśmy wzięli któregoś z jego ludzi, a on zostanie do końca ze swymi marynarzami. Sytuacja zrobiła się dramatyczna.

I wtedy Isabel coś zrobiła swymi mocami ognia. Kochana Isabel. Nie jestem pewna co dokładnie, ale po chwili Pisce Spada zaczęła płonąć i nie sposób było tego ugasić! Ogień zbliżał się szybko do prochowni. Trzeba było ewakuować wszystkich. Był jednak problem gdzie? Il Duce Nero wziął większość, ale dla Avalońskich więźniów nie było już miejsca! Postanowiono, że mogą odpłynąć z nami.

A więc udało się uratować wszystkich! W radosnych nastrojach szybko oddaliliśmy się stamtąd – jeszcze ktoś by zmienił zdanie. Nagle jednak przypomnieliśmy sobie o jednej ważnej rzeczy – mapy warte 1000 Senatorów! Były na płonącej jeszcze galerze! Jak mogliśmy o tym zapomnieć?!

Archie szybko nakazał nawrót i płynęliśmy z powrotem. Pozostałych statków już nie było widać. Galera zamieniła się w mnóstwo szczątków pływających po wodzie. Niektóre jeszcze dymiły. Z pokładu Albatrosa nie mieliśmy szans dostrzec szczegółów, wśród dymu, szczątków i piany morskich fal.

Archie, Ernesto, Diego, ja oraz dwóch marynarzy wsiedliśmy do szalupy i zaczęliśmy wypatrywać dużej, płaskiej skrzynki z mapami, takiej jak opisał kupiec Guido. Powoli już traciliśmy nadzieję, kiedy nagle los się do nas uśmiechnął – zauważyliśmy ją. Powoli tonęła, zaczepiona o jakieś kawałki desek. Szalupą nie dało rady do niej podpłynąć.

Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że tylko Archie i ja umiemy pływać! Ja byłam lekko ranna, więc Archie wskoczył do morza, zresztą jest w końcu marynarzem. Nie wyglądało to jednak dobrze – jego wielkie ciało raz po raz o coś zaczepiało i w końcu zamiast map musieliśmy ratować bosakiem naszego kapitana, bo by się chłop utopił.

Widząc jak sprawy stoją i widząc skrzynkę, która już całkiem pod wodę się chowała, wskoczyłam do morza. Niczym monteńska wydra cętkowana, podpłynęłam do desek, zanurkowałam pod nimi i złapałam skrzynkę! Szybko pociągnęłam ją za sobą i zaczepiłam o wyciągnięty w moim kierunku z szalupy bosak! Mieliśmy ją i wszystkie mapy, które były w środku! 1000 Senatorów! Oczami wyobraźni widziałam swoje nowe stroje, zapasową szpadę, liczne perfumy i biżuterię… No i buty. Mnóstwo nowych par butków!

W doskonałych nastrojach wróciliśmy na Albatrosa. Ernesto trochę mnie połatał, a ja już od południa wpisuję zdania do tego pamiętnika. Moja matka byłaby zażenowana stylem, błędami i formą, tego co piszę. No i treścią oczywiście też. Cóż już od dzieciństwa mówiłam jej, że mam rękę do szpady, a nie do tańca, czy pióra. Ciekawe, kiedy znów się zmobilizuję aby tu coś wpisać.

Za sobą słyszę oddech Isabel, chyba znów czyta. Gdzieś na pokładzie słychać szermierski taniec ćwiczącego Diego. Na to wszystko nakładają się tubalne głosy Archie’go i Ernesto, kierujących statkiem. No i jak tu się skupić? A poza tym boli mnie ręka od tej pisaniny, czyli najwyższy czas skończyć i poflirtować z Diego lub Isabel.

Tomek ‚Funky’ Kowalski

About Funky

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
7th Sea - Tajemnica familii Bianco, Siódme Morze ,

Comments are closed.