Dwory

Przedpołudnie dnia voltadi, czyli szóstego dnia tygodnia spędzili bohaterowie w łożach, odpoczywając po nocnej walce i kuracji, którą im zaordynował dobry doktor od piły i szpadla. Kiedy w końcu zwlekli się z łóżek postanowili zasięgnąć języka i dowiedzieć się co nieco o tajemniczym napastniku z blizną przez usta i w pancernych rękawicach. W roli języka wystąpił gospodarz z pięknej gospody „Bellavista”, niejaki Alberto Myszka, człowiek poczciwy i nader skromny, acz niezbyt lotny i jakoś mało zaradny. Po bezowocnej tedy próbie dowiedzenia się od niego czegokolwiek, postanowili bohaterowie udać się jednak na miasto i na własne oczy, w świetle dnia obejrzeć miejsce swej nocnej potyczki, w nadziei że na placu boju zostało może co wartego uwagi.

Zdążając na miejsce zatrzymali się chwilę na małym placyku niedaleko ulicy Żeglarzy, gdzie monsieur Philippe, rozkochawszy w sobie jakieś wyglądające z okienka młode dziewcze, dowiedział się tego co już w sumie wiedział, nie potrzeba więc tego tu raz jeszcze powtarzać. Ale kiedy w końcu dotarli bohaterowie na ulicę Żeglarzy 16, trafili akurat na odbywającą się licytację skromnych dóbr ś.p. Marcello Bianco. W ciżbie licytujących zwrócił ich uwagę skromnie wyglądający dżentelman, który chciał kupić jedynie książki po zmarłym – brewiarz, „Najpiękniejsze miejsca wysp” i „Procesy kościelne”. Jako że ostatnie senatory poszły na opłacenie kuracji piłowo-szpadlowej nie było jak przeszkodzić kupieniu ksiąg ! Na szczęście monsieur Philippe zareagował szybko i skutecznie: umyślnie dał się potrącić nieznajomemu, a następnie przebiegle udał śmiertelnie urażonego i zażądał pojedynku. Nabywca ksiąg okazał się być Castilijczykiem imieniem Rinaldo de la Vega, studentem Uniwersytetu w Altamirze. Ustalono że pojedynek do pierwszego trafienia odbędzie się na owym placyku pod oknem niedawno rozkochanej w Phlilippe dzierlatki o godzinie ósmej, to jest zaledwie godzinę przed rozpoczęciem balu u pana Ismaeli, na który jak uważny czytelnik pamięta, nasi bohaterowie mieli pójść z ważną misją od pana Guido Vitello.

Nadeszła kolej na wizytę u krawca i dopasowanie balowych ubrań. Z powodu zbyt małej ilości czasu krawiec był zmuszony pozszywać ubrania na swych drogich klientach, przez co opuścili oni jego warsztat pozbawieni w dużej części swobody ruchów. Każdy gwałtowny gest mógł skończyć się zerwaniem naprędce położonych szwów i rozpadnięciem się ubrań na kawałki. A jak się niebawem okazało, swoboda owa miała im być w niedługim czasie bardzo potrzebna.

Nadeszła bowiem godzina szósta wieczorem, a wraz z nią pora na wykonanie chytrego planu przerzucenia wina z barki pana Vitello na „Albatrosa” kapitana Pierce’a. Całą sprawę przygotował Ernesto Strozzi, który zajmował się nią od rana i teraz miał przypilnować drugiej części planu, to jest przerzucenia wina z barki na statek. Wcześniej jednak należało zmylić pilnujących barki opryszków i tą część wzięła na siebie pozostała czwórka, wspierana przez szóstkę marynarzy z „Albatrosa” i wynajętego przez Ernesto woźnicę, powożącego dwukółką zaprzężoną w dwa osiołki. Wszystko poszło zgodnie z planem, ocet z dwukółki niby to zamieniono z winem na barce, w rzeczywistości zaś dwukółka powiozła z powrotem ocet w asyście czwórki bohaterów i szóstki marynarzy, nie licząc pijanego woźnicy, a wino zostało na barce, skąd miała je zabrać łódź z „Albatrosa” dowodzona przez pana Strozzi.

Oczywiście plan zakładał, że obserwujący barkę z winem opryszki chwycą przynętę i pospieszą za dwukółką, aby przechwycić jej cenny w ich mniemaniu ładunek. I tu plan także nie zawiódł – kiedy osiołki wciągnęły wózek w wąską uliczkę, oba jej wyloty zostały zablokowane przez ciężkie wozy zza których wyskoczyła cała chmara łotrzyków wymachując szablami i pobłyskując kolczykami. Czwórka bohaterów zwarła się z nimi w walce, uważając jednak, aby nagłym ruchem nie rozerwać cennych ubrań, które krawiec ze swym pomocnikiem zszywali jak pamiętamy wprost na ich ciałach przez bite dwie godziny. Och, ciężka to była walka, błyskały ostrza, dymiły lufy, pruły się szwy i strzelały guziki, ale w końcu opryszki zostali pokonani, a bohaterowie jako że wydali byli cały swój majątek na lekarza przeszukali ich sakiewki i zebrali prawie całe dziesięć senatorów.

Tymczasem nadeszła godzina wpół do ósmej i czas już był najwyższy, aby udać się na placyk nieopodal ulicy Żeglarzy, na którym miał się odbyć umówiony pojedynek monsieur Philippe z senorem Rinaldo de la Vega. Student był już na miejscu i po rozstrzygnięciu sporów sekundantów, którymi byli Dona Isabela i Don Diego pojedynek się rozpoczął. O dziwo jednak, student Uniwesytetu w Altamirze, który ledwo dziś w południe kupił rapier po tym jak niby to obraził monsieur Philippe’a, jako pierwszy ugodził celnie Montenczyka i wygrał pojedynek! Czyżby Philippe specjalnie mu na to pozwolił? Na koniec Monteńczyk dostał jeszcze liścik od wyglądającej go tęsknie z okna młodej niewiasty z gorącym zapewnieniem o jej nieustającej wierze w jego wyższość nad Castylijczykiem w każdej dziedzinie.

Honor obydwu szermierzy został obroniony i w najlepszej już komitywie udali się wraz z towarzyszącymi Philippowi trójką przyjaciół do gospody „Malga Ciapella”, w której zamieszkiwał Rinaldo, aby przy szklance wina pogawędzić po przyjacielsku. W międzyczasie Ernesto z marynarzami z „Albatrosa” bez przeszkód przewieźli cenne Vino di Falisci z zagrożonej barki na statek. Tymczasem Rinaldo okazał się być studentem historii Kościoła i zapytany opowiedział przy winie bohaterom o upadku rodziny Bianco, uwięzieniu Nicolasa i innych interesujących ich sprawach.

Dowiedzieli się więc, że autorem bluźnierczej „Grand Grimoire”, której kopię jak pamiętamy zdobyli bohaterowie w domu Marcello, był Teodoro Bianco, którego posądzano o legionizm i powszechnie uznano za heretyka. Natomiast Rinaldo przyznał, że wśród historyków nie ma zgodności czy wszyscy Bianco byli do niego podobni. Spory trwały na przykład wokół osoby Nicolo Bianco, biskupa ekskomunikowanego przez Hierofantę i uwięzionego przez ród Vestini na ich rodowej wyspie, skąd napisał do Numy list, który jednak nie dotarł do rąk Hierofanty. Sam Nicolo zmarł w dość tajemniczych okolicznościach, prawdopodobnie zamordowany przez Vestinich. W swym liście były biskup powoływał się na napisaną przez siebie „Libro della famiglia Bianco”, która miała oczyścić nazwisko Bianco ze wszystkich oszczerstw, ale to już bohaterowie wiedzieli z opowieści Don Marcello. Jednak Rinaldo twierdził że legendarna księga może w ogóle nie istnieć, faktem historycznym jest jedynie ów list, przechowywany w kościelnych archiwach w Numie. Wszystkie te dramatyczne wydarzenia miały miejsce z górą dwa i pół wieków temu, Nicolo zmarł w roku 1399, a w rok później upadła ostatnia twierdza rodu Bianco, zdobyta przez Andrea de Casigula Rosa, Białego Rycerza, jak go nazywano, który zasłynął w czasie krucjaty przeciwko rodowi Bianco. Po tym wydarzeniu nieszczęsny ród poszedł w rozsypkę i niemal wyginął.

Bohaterowie chętnie pogawędzili by sobie dłużej z zapalonym badaczem historii Kościoła, ale niestety czas biegł nieubłaganie i zbliżała się godzina dziewiąta, o której to godzinie rozpoczynał się bal u Don Bartholomeo Ismaeli. Pożegnali więc senora Rinaldo serdecznie i udali się pod palazzo rodziny Ismaelli. Kiedy już byli na miejscu zdało im się że należałoby przybyć na tak wystawny bal w karocy, miast piechotą, jak ubodzy dostawcy pizzy, ale tej niestety nie mieli (karocy, nie pizzy). Nie takie przeszkody już jednak pokonywali – monsieur Philippe i Don Diego na wyścigi rzucili się przekonywać najbliższego woźnicę, że jego pan jest ich starym dłużnikiem, wobec czego należy ich co prędzej do niego zawieźć ! Oszołomiony wymową szlachetnych Szermierzy woźnica posłusznie pozwolił całemu towarzystwu rozsiąść się wygodnie w karocy swego pana, którego nazwisko dyskretnie pominiemy, a następnie równie posłusznie zawiózł ich pod bramę palazzo. Odźwierny, widząc wystawną karocę tylko dyskretnie zerknął na zaproszenia i tak w końcu cała czwróka, gdyż jak pamiętamy Ernesto pozostał na statku, dotarła na bal.

Wkroczyli w jasny blask tysięcy świec, odbity w srebrnych zastawach, kryształowych pucharach i żyrandolach, delikatnie rozmyty w sznurach pereł zebranych w piękne kolie i naszytych na ubrania, bowiem perły są jedynymi klejnotami uznawanymi w Vodacce, gdzie nie nosi się szlifowanych drogich kamieni, modnych gdzie indziej. Otoczył ich tłum barwnych postaci w pysznych strojach, szlachetnie urodzeni zasiadali razem z bogatymi kupcami, tu i ówdzie dostrzec można było kurtyzany o twarzach przysłoniętych maskami, które zresztą nosili także niektórzy panowie. Ponieważ jednak bohaterowie byli głodni, zjadłszy tego dnia jedynie lekkie śniadanie, uwagę ich przyciągnęły przede wszystkim stoły uginające się pod ciężarem setek wykwintnych potraw, zdolnych zaspokoić najbardziej nawet wymagających smakoszy. Dopiero zaspokoiwszy głód rozejrzeli się nieco po balu i przystąpili do realizacji śmiałego planu odkrycia tajemnicy zastoju w handlu winem, z którym to zadaniem wysłał ich na ten przepyszny bal pan Vitello.

Don Diego uczynił dobry początek, zdobywszy uwagę starszego lokaja serwującego wina, który okazał się jednak nie tylko znawcą tej dziedziny ale i fanatykiem tematu, począł tedy z zapałem objaśniać nieszczęsnemu Castylijczykowi sekrety produkcji, przechowywania i serwowania wszelkich trunków jakie znalazły się w pobliżu, nie zapominając oczywiście o degustacji każdego prezentowanego gatunku. Tym sposobem Don Diego poznał co prawda wiele sekretów winiarskich, ale nie zakosztował ani uroków balu, ani nie dokazał wiele w sprawie misji.

Niewiele więcej szczęścia miał Archibald – kiedy sposobił się do zagadania po monteńsku (bowiem vodacciańskiego dzielny żeglarz nie umiał) do stojącego na uboczu grubasa, wyglądającego na kupca, usłyszał z tyłu pozdrowienie w łamanej avalońszczyźnie i odwróciwszy się spojrzał w pełne nadziei zmieszanej z nabożnym niemal podziwem oblicze vodacciańskiego dżentelmana. Pan Agostino Bossi przedstawił się jako fascynat morskich opowieści i avalońskich piratów i przez niemal cały wieczór domagał się coraz to bardziej przerażających epizodów z długiej kariery kapitańskiej Archibalda, a w końcu poprosił o możliwość odbycia krótkiej podróży morskiej na „Albatrosie” na którąś z pobliskich wysp. Kapitan wybrał oczywiście wyspę rodu Vestini, tych którzy więzili Nicolo Bianco, a ponieważ pan Bossi, jako członek rodziny Lucani znał członków tego rodu całkiem dobrze, obiecał wprowadzić kapitana wraz z towarzyszami na dwór Vestini i w ten sposób wyniknął z tego Archibaldowego gawędziarstwa jednak jakiś pożytek.

Dona Isabel jak mogła unikała wplątania się w jakąś ciekawszą sytuację, udawała że nie dostrzega pełnego uroku gospodarza balu, od którego nie mogły odwrócić oczu pozostałe damy i nawet tańcząc z gubernatorem di Falisci starała się zamienić go w sopel lodu. Najwyższe cierpienie sprawiało jej znoszenie dekoltu wyciętego co prawda nie tak śmiało jak dekolty przeciętnej Vodaccianki, ale o wiele za mocno jak na gusta Isabel.

Jedynie Philippe zdołał dokonać tego co sobie zamierzył. Co prawda próba zatańczenia z żoną gubernatora, Maddaleną Verde di Falisci, spełzła na niczym, ale nie powinno to nikogo dziwić, gdyż ta budząca strach dama jest przecie jedną z najpotężniejszych Streg i nie zwykła tańczyć na balach, poprzestając na śledzeniu splotów losu bawiących się gości. I tym razem nie zaniechała tej praktyki, a jakie to miało skutki dla bohaterów dowiemy się już wkrótce.

Ale wróćmy do monsieur Philippe’a. Odstąpiwszy od oblężania Stregi upatrzył sobie bardziej dostępną ofiarę – panią Ninę Bredani, żonę bogatego kupca, kobietę w średnim wieku, ale o wielkiej pasji. Dama ta stale otoczona była wianuszkiem wielbicieli, ale urok Philippe’a zniewolił ją i wydał na jego łaskę. Już po pierwszym tańcu panią Bredani ogarnął niepowstrzymany ogień miłości i szepcąc słowa których pobożny czytelnik nie powinien się nawet domyślać, zaciągnęła dzielnego Szermierza do któregoś z wolnych pokoi. Co się tam działo zdradzać nie wypada, ale nieoczekiwanie dla wszystkich którzy by tą scenę obserwowali rozległy się z tego pokoju pełne oburzenia niewieście krzyki i już po chwili opuścił go spiesznie Monteńczyk, czmychając co prawda przed swą niedawną kochanką, ale czmychając z uśmiechem tryumfu na twarzy. Dowiedział się bowiem przyczyny dla której wino di Falisci zniknęło niemal całkowicie z rynku – uprawy niemal do cna zmarniały i próżno w tym roki spodziewać się nowych jego dostaw !

A więc dzięki Philippowi misja z którą bohaterowie zostali wysłani na bal zakończyła się powodzeniem. Ale bal się jeszcze nie skończył i nie skończyły się także przygody bohaterów. Jak być może czytelnik pamięta, pani Maddalena Verde di Falisci, żona gubernatora a zarazem jedna z najpotężniejszych Wiedźm z Vodacce przyglądała się pilnie bawiącym się gościom i splotom ich losów. I wśród tych splotów bardzo zainteresowały ją sploty czterech osób – naszych bohaterów oczywiście. Kiedy więc Don Diego uwolnił się nareszcie od towarzystwa starszego lokaja, fascynata win wszelakich, został potrącony przez wielce oburzonego tym faktem dżentelmanna we fioletowym kostiumie. Był to Gianni Falidori, osobisty ochroniarz pani di Falisci, który jak się okazało później działał według jej ścisłych wskazówek, aby poddać próbie miecza jednego z interesującej ją czwórki.

Sprawa honorowa został rozstrzygnięta bezzwłocznie. Po krótkiej ale pięknej walce pan Falidori zmuszony był przyznać zwycięstwo panu de Morientes. W oczach Stregi intrygujący nieznajomi zdali pomyślnie próbę miecza, a więc był to znak że należy poznać ich bliżej. Ale zanim do tego doszło zdarzyło się jeszcze parę mniej lub bardziej znaczących epizodów.

Dona Isabel i monsieur Philippe zauważyli niemal jednocześnie człowieka, którego poznali byli już wcześniej w okolicznościach nadzwyczaj niemiłych. Wysoki, ubrany z castylijska na czarno mężczyzna imieniem Pedro Pablo Jerez y Grijalva de Sabato pojmał kiedyś oboje, występując z ramienia Inkwizycji ! Jakich to grzechów dopuścili się, czy też nie dopuścili się bohaterowie niech pozostanie na razie tajemnicą, dość że na widok Pedra krew w nich zawrzała. Irytacja Philippe’a była jeszcze większa, gdyż oprawcy towarzyszyła poznana niedawno kurtyzana-nożowniczka, której imię – Camilla Vespucci – poznał dopiero na balu. Szermierz zamierzał poznać bliżej intrygującą nieznajomą, której nie udało mu się zdobyć podczas pojedynku w rzucaniu nożem, ale fakt, że towarzyszyła jego prześladowcy ostudził jego zapał. Wtedy jednak do obojga bohaterów podeszła nieznana im wcześniej młoda kobieta, która okazała się być przyjaciółką Camilli i przetłumaczyła przesyłane przez tamtą za pomocą wachlarza wołanie o pomoc. Kurtyzana była najwyraźniej więźniem pachołka inkwizycji, nieme wołanie o uwolnienie spod władzy tego potwora nie pozostawiało co do tego żadnych wątpliwości. Zanim jednak Philippe i Isabel podjęli zdecydowane działania, ubrany na czarno mężczyzna pochwycił dość brutalnie swoją przymusową towarzyszkę za ramię i wyprowadził ją z sali balowej w głąb domu. Bohaterowie pobiegli za nimi rzecz jasna, ale napotkali żywy mur w postaci dwóch rosłych eiseńskich strażników.

Tymczasem zatopiony dotąd w morskich opowieściach Archibald zmuszony został do stawienia czoła nowemu wyzwaniu. Oto rosły drab, który w łamanej monteńszczyźnie przedstawił się jako Luca Sorto, umyślił sobie pomścić zniewagę, jaką dama jego serca, znana już czytelnikowi pani Nina Bredani miała ponoć doznać od monsieur Philippe’a. Być może tajemnicze, pełne oburzenia wrzaski dochodzące z pokoju, w którym schronili się namiętni tancerze były istotnie oznaką jakiejś obrazy, ale poczciwy Archie nie miał o tym pojęcia i zapowiedzi wielkiego Luki o wyrywaniu pewnych częściach ciała nieszczęsnego Philippe’a wziął za objaw nieuzasadnionego okrucieństwa. Wielki Vodaccianin domagał się tymczasem coraz natarczywiej, aby kapitan wskazał mu gdzie może znaleźć „tego pokurcza” i uparł się nie odstępować Archibalda na krok, póki nie uzyska satysfakcjonującej odpowiedzi. Cóż było robić – żeglarz udał się tam, gdzie Luca nie mógł mu towarzyszyć, czyli do wychodka. Niestety, okienko było o wiele za małe na słusznej postury marynarza, pozostało mu więc tylko czekać. I cierpliwość jego została nagrodzona – dźwięk wylewanej cienkim strumieniem wody spowodował w końcu u Luki odruch podobny temu który wykształca się u małych dzieci, które puszczana woda skłania do robienia siusiu. Wielki obrońca czci niewieściej, czując wzmagające się parcie na pęcherz, począł niecierpliwie bębnić pięściami w drzwi. Tylko na to czekając Archibald ustąpił mu miejsca w wychodku, ale kiedy tylko drzwi zamknęły się za Luką, zaparł drzwi wielką partyzaną. Gwałtowne bębnienie z wnętrza wychodka i głośne przekleństwa były widomym dowodem, że Luca za późno przejrzał podstęp…

Spotkawszy się razem bohaterowie stali niezdecydowani czy uderzyć na eiseńskich strażników, którzy blokowali przejście w głąb domu, gdzie zniknęła tajemnicza Camilla i jej oprawca, czy opuścić bal wobec zagęszczającej się atmosfery. Niespodzianie nadeszła pomoc w postaci pana Gianni Falidori, osobistego strażnika pani Maddalene di Falisci. Strega zapraszała bohaterów do swego pokoju.

Kiedy już znaleźli się sami w przytulnym pokoiku pani gubernatorowa wyjawiła bohaterom jak bardzo zaintrygowały ją sploty ich losów i zaproponowała postawienie im Pasjansa. Oczywiście nie zwykłego, niewinnego pasjansa, jakim zabawiają się w obronie przed nudą starsze damy, ale Pasjansa Sorte, Pasjansa mówiącego o czasie przeszłym, teraźniejszym i przyszłym. Mimo oporów pobożnego Diego bohaterowie zgodzili się chętnie, a oto co pokazały karty:

Arcykapłanka która wyszła jako pierwsza symbolizowała zapewne samą Maddalenę di Falisci, „tą która odpowiada na pytania”. Za nią postępował Pustelnik, „ten który zrobił pierwszy krok” na drodze którą teraz kroczą bohaterowie, a wszystkim na myśl przyszedł Marcello Bianco. Następną karta, reprezentującą cel była Sprawiedliwość, co podniosło na duchu wszystkich, a za nią ukazał się Kawaler Mieczy, jak objaśniła Strega „przeciwnik którego już znacie”. Wydaje się że tym znanym przeciwnikiem winien być ów tajemniczy Eiseńczyk w pancernych rękawicach, ale Philippe domniemywał że jest nim jednak zobaczony dopiero co na balu Pedro de Sabato, siepacz Inkwizycji. Następna karta, Wisielec, reprezentująca „przeciwnika jeszcze nieznanego” niewiele powiedziała bohaterom, podobnie jak Świat, reprezentujący daleką podróż którą przyjdzie odbyć, ale kiedy ukazała się kolejna karta, mająca ukazać siłę która patronuje całemu rozkładowi, nawet sama Strega wciągnęła głośno powietrze. Kartą tą bowiem był Legion.

Wiedźma spodziewała się, więcej nawet – była pewna – że patronem będzie Hierofant, pojawienie się Legionu zaskoczyło ją i zaniepokoiło. Bardziej jeszcze zaniepokoiło bohaterów. Czy oznacza to że cała sprawa jest diabelska, że u końca drogi czeka największe zło jakie zna Thea ? Strega nie umiała, lub nie chciała odpowiedzieć na to pytanie. Ale ostatniej karty, która miała pokazać czy zamierzenia bohaterów mogą się powieść nie odkryła.

Wróżba była skończona, bal miał się już ku końcowi i pani di Falisci poprosiła całą czwórkę bohaterów by odprowadzili ją do jej pałacu, odprawiła też swego wiernego sługę Gianni Falidori. Wyszli w noc w piątkę, ale zamiast ruszyć prosto do pałacu, ruszyli w kierunku miejsca, które kiedyś było pięknym pałacem rodu Lucani, a obecnie zwie się Perseguita – „Pustym Miejscem”. Niegdyś w stojącym tu wtedy pałacu potężna Strega przeklęła cały ród Lucani, wskutek czego Wiedźmy z tego rodu, choć najpotężniejsze ze wszystkich Streg, nie mogły pomagać członkom własnej rodziny, co doprowadziło w końcu Lucanich do upadku, kiedy rok temu ich książę zginął w zamachu. Pałac opuszczono i teraz Perseguita wyciągała ku nocnemu niebu poczerniałe kolumny oplecione wyschniętymi pnącymi różami. Maddalena przeprowadziła bohaterów przez labirynt ruin i stanęli wokół małego wyschniętego baseniku z nieczynną od dawna fontanną w środku. Kiedy jednak tu doszli basenik począł napełniać się dziwnym światłem księżyca, które w kilka chwil wylało się z niego i uniosło w oparze gęstej, srebrzystej mgły, która skryła bohaterów, a kiedy się rozwiała spostrzegli że stoją w zupełnie innym miejscu.

Wokół rozciągała się posadzka jakiejś wielkiej sali, szeregi kolumn niknęły w oddali, a obok nich stała dziwna postać, którą jednak zaraz poznali – to był Głupiec z talii Sorte. Od niego właśnie dowiedzieli się bohaterowie gdzie są i co ich teraz czeka. Oto znaleźli się na Dworach – Dworach Arkanów Sorte, gdzie czasem ponoć podróżowały Stregi i żeby powrócić do własnego świata musieli przejść przez wszystkie Dwory, na każdym pokonując Rycerza i odbierając dar dla Cesarza, który czekał przy końcu tej drogi. Poczęstowany winem di Falisci, które Archibald wyniósł za pazuchą z balu u księcia Ismaeli Głupiec nabrał do bohaterów sympatii i zaoferował się być ich przewodnikiem po Dworach.

Najpierw trafili na Dwór Denarów. Kapiący od złota Król siedzący u boku milczącej królowej zażądał daru, ale ani wytworne wino di Falisci, którego drugą butelkę miał jeszcze przezorny Archibald, ani cały majątek bohaterów w wysokości pięciu suwerenów nie okazały się godne jego wysokości, którego zadowolić mogło tylko złoto. Tak więc jeden z czwórki bohaterów musiał stanąć do śmiertelnego pojedynku z Rycerzem Denarów, najlepiej ten który najbardziej pragnie złota. Wybór padł na Philippe’a, który jak wiadomo miał gardłowy dług i Szermierz przygotował się do starcia, ale jako że pojedynek miał być na śmierć postanowił w obliczu ostateczności odsłonić przed towarzyszami swe prawdziwe oblicze. Dramatycznym gestem zerwał z głowy szeroki kapelusz, którego dotychczas nigdy nie zdejmował i przed oczyma zdumionych współtowarzyszy rozsypały się długie, czarne, dziewczęce włosy ! Szybkim ruchem oderwał z twarzy wypielęgnowany, ale jak się okazało sztuczny wąsik i ukazało się oblicze młodej kobiety ! W ten sposób pozostali bohaterowie poznali, że ten którego dotąd uważali za monsieur Philippe jest w rzeczywistości mademoiselle Sophie Alnet Le Goc Calderon, uciekającą przed Inkwizycją w męskim przebraniu, które przyznać trzeba okazało się wyjątkowo dobre, wziąwszy pod uwagę wielkie doświadczenie, a i zapewne prawie nieomylny zmysł pani Bredani. Tym samym wyjaśniła się też przyczyna owego nieoczekiwanego, pełnego oburzenia krzyku tej ognistej niewiasty, można sobie bowiem łatwo wyobrazić co czuła gdy jej niedoszły kochanek okazał się być kobietą…

Ale zanim pozostali bohaterowie ochłonęli ze zdumienia, Phlippe, a właściwie należałoby już teraz powiedzieć – Sophie – zwarł się, czy raczej zwarła się z Rycerzem Denarów. Walka byłą długa i ciężka, ale w końcu dopingowana przez pozostałych Sophie wraziła rapier w zdobny kałdun wyzłoconego fircyka kładąc go na posadzkę. Przyjacielski Głupiec podszepnął życzliwie, że teraz należy poprosić o Dar dla Cesarza i wskazanie drogi na kolejny Dwór. Niosąc kuferek ze złotem dla Cesarza bez żalu pożegnali bohaterowie Dwór Denarów.

Teraz trafili na Dwór Kielichów, gdzie królowała namiętność, a w kielichach które im podano pływała trucizna tak gęsta że same jej opary trawiły kamień. Oczywiście niespełnienie toastu tym wykwintnym trunkiem poczytano tu sobie za obrazę i tym razem to Dona Isabel stanęła do walki w imieniu całej drużyny. I znowu jak w przypadku Philippe’a który okazał się być Sophie czekała wszystkich wielka niespodzianka. Co prawda Isabel nie okazała się być dla odmiany mężczyzną, ale jej prawdziwe imię brzmiało Leonora Violanta Salbatierra y Monroy de Mondavi, czyli że jej mąż od którego uciekała był z książęcego rodu Mondavi. Dodatkowo okazało się że ona i Sophie znały się już wcześniej, będąc razem uwięzionymi przez podłego Pedro de Sabato, którego jak czytelnik pamięta widziały obie na balu. Leonora bez trudu pokonała Rycerza Kielichów, zostawiając tylko wypaloną ogniem który pełgał po klindze jej rapiera skorupę.

Kolejny Dwór Mieczy nie przyniósł więcej niespodzianek, choć Archibald w cichości liczył że i Don Diego okaże się przebierańcem, ale nic z tego, choć może Castylijczyk postanowił po prostu jeszcze nie odkrywać kart. Na tym Dworze najważniejszy był Honor, a pokonany przez Diego Rycerz legł honorowo z brzękiem walącej się na kamienną posadzkę blaszanej skorupy. Nadszedł czas na wizytę na ostatnim Dworze.

Dwór Pałek upodobał sobie władzę, siedzący na tronie Król miał oblicze okrutnego tyrana, a jego Rycerz chyba jedynie jakimś potężnym czarem zmuszony został do posłuszeństwa, tak widoczna na jego obliczu była chęć uzurpowania sobie królewskiej władzy. To pragnienie usiłował wykorzystać Archibald, który będąc niezbyt biegłym w sztuce fechtunku wolał popróbować innych sposobów na zwyciężenie przeciwnika. Ale kiedy postępy zawiodły wbił po prostu spojrzenie swoich siwych kapitańskich oczu w mocarnego osiłka jakby samą siłą woli chciał go zmusić do posłuszeństwa. I to zadziałało ! Rycerz Pałek cofnął się pod wpływem zaciętego spojrzenia starego szypra i stracił swoją pewność siebie. Jego ciosy były słabe, a obrona pełna obawy i mimo że był silniejszy i sprawniejszy od starego Archibalda uległ mu po długiej i ciężkiej walce.

Ostatnim miejscem w tym dziwnym świecie Arkanów Sorte był Dwór Cesarski, na którym złożone dary otwarły bohaterom drogę do normalnego świata i pozwoliły nawet zyskać błogosławieństwo Cesarza, na osłodę piętna które każdy z nich musiał nosić po walce na każdym z Dworów. I tak Sophie prześladować miał odtąd pech w sprawach związanych z pieniędzmi, ale raz jeden wolno jej było powołać się na błogosławieństwo Cesarza by odwrócić los, Leonora miała odtąd nosić piętno namiętności, Diego honoru, a Archibald władzy. Pożegnali się z Głupcem, któremu Archibald podarował drugą butelkę wina di Falisci, a ten na odchodnym zdradził im jeszcze, że ich przewodnikiem bardzo chciał być ten, który przynosi szczęście tylko wtedy kiedy stoi na głowie. Wtedy tego nie rozumieli, ale kiedy powrócili wreszcie na Perseguita i opowiedzieli wszystko pani di Falisci dowiedzieli się że tym który tak chciał ich spotkać na Dworach był Legion.

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
7th Sea - Tajemnica familii Bianco, Siódme Morze ,

Comments are closed.