Grand Grimoire

Ta opowieść zaczyna się 12 Septimusa roku 1669, w pięknym mieście Gorivari, na jednej z wysp należących do księcia Donatello Falisci, jednego z pięciu żyjących książąt Vodacce, w godzinach wieczornych. Na skutek zbiegu okoliczności, a może niezbadanych wyroków losu pięcioro całkiem różnych ludzi wplątanych zostało w historię która zmieniła ich mniej lub bardziej zwyczajne dotąd życie w pasmo przygód, o których z pewnością warto opowiedzieć.

Dona Isabela de Solis – piękna, smukła Castillianka, o miodowego koloru włosach i orzechowych oczach, w skromnie zapiętej pod samą szyję sukni, ale z kunsztownej roboty szpadą u boku, Philippe Thuram Varis Cardona – montenski Szermierz w niebieskim uniformie, nawiązującym do tradycji Królewskich Muszkieterów, ze starannie przyciętym wąsikiem i dwuznacznym miejscami uśmieszkiem na przystojnej twarzy, Don Diego de Morientes – castilliański dla odmiany Szermierz, w nieskazitelnie białej koszuli, ale o silnych rękach byłego marynarza i wreszcie Archibald Pierce – avaloński żeglarz i kupiec, dobroduszny grubas o rumianych policzkach, zakrywający przynależną zaawansowanemu wiekowi łysinę trójgraniastym kapeluszem, kapitan i właściciel szybkiego szkunera „Albatros”, zasiedli razem do obiadu w przytulnej gospodzie „Bellavista”. Był też z nimi Ernesto Strozzi – stary znajomy kapitana Pierce’a, bosman i płatnik z „Albatrosa”, ale w tej przygodzie własne sprawy zajęły go tak dalece, że wystąpił jedynie w epizodach.

Nie dane im jednak było długo spoczywać w tej względnej bezczynności, zaraz bowiem pojawił się posłaniec w osobie Robina, marynarza z „Albatrosa”, z pilnym zaproszeniem do domu pana Guido Vitello – jednego z miejscowych kupców winnych, który miał dostarczyć kapitanowi Pierce cenny ładunek najlepszego Vino di Falisci z przeznaczeniem dla pewnego Szota, Cliatha MacMurdocha. Zmrok już zapadł i ulice Gorivari zaroiły się miejscową szlachtą, która przespawszy zwyczajowo dzień, o zmroku rozpoczynała prawdziwe życie. W Vodacce powszechnie przyjęte jest, że spoglądanie w oczy mężczyźnie równa się wyzwaniu, kobiecie zaś – nieprzystojnej propozycji, kiedy więc nadchodzący z przeciwka szlachcic, zamiast kulturalnie zerknąć na – zakryty zresztą – biust Dony Isabeli, bezwstydnie wejrzał w jej oczy, towarzyszącym jej kawalerom nie pozostało nic innego jak ukarać zuchwalca. I tak też się stało – monsieur Philippe wyzwawszy niegodnego Iacoppo Paradiso na pojedynek rozpruł mu najpierw spodnie w kroku, następnie zgrabnie obciął wypielęgnowaną szpiczastą bródkę i na koniec pchnął w żebra, sprowadzając dumę vodacciańskiego szermierza do poziomu najniższych ulic Gorivari.

Nie niepokojona więcej czwórka, a właściwie piątka bohaterów, bowiem Ernesto także im towarzyszył, dotarła do domu Guido Vitello. Pulchny gospodarz zgotował na ich przyjęcie prawdziwą ucztę, zakrapianą najlepszym winem Falisci i kiedy już nasycili pierwszy, a nawet i drugi głód wyjawił im cel ich wizyty. Otóż od kilku dni wstrzymano całkowicie sprzedaż wytwornego wina Falisci, którego transport miał zabrać „Albatros” w drodze powrotnej do Avalonu, według umowy którą don Guido zawarł był z panem Cliathem MacMurdochem. Vodacciański kupiec nie zamierzał co prawda wykpić się od dotrzymania tej umowy, ale korzystając z sytuacji postawił warunek: Archibald i kompania wyświadczą mu przysługę udając się na organizowany w najbliższy redi przez szlachetnego Bartholomeo Ismaeli bal i od zaproszonych nań gości wywiedzą się jakie są przyczyny tajemniczego wstrzymania sprzedaży wina. Bohaterowie przystali na to z ochotą, w końcu bal jest rzeczą wcale przyjemną, tym bardziej że monsieur Philippe skłonił pana Guido do okazania hojności i zafundowania całemu towarzystwu świetnych strojów, w których by się mogli bez wstydu pokazać w domu rodziny Ismaeli.

Czytelnik mógłby pomyśleć że to zaproszenie na bal stało się początkiem wielkiej przygody, o której wspomniano na początku tej historii, rzeczywistość jednak była zupełnie inna. Wielka przygoda nadeszła zupełnie niespodziewanie w postaci chorowitego z wyglądu, wysokiego i starszego już wiekiem człowieka, który wyłonił się z ciemności kiedy bohaterowie po opuszczeniu gościnnego domu Don Guido wsłuchani w tęskny śpiew słowika wdychali zapach pomarańcz i brzoskwiń na małym bezimiennym placyku koło skromnego kościółka. Człowiek ten, imieniem Marcello, rozgorączkowanym wzrokiem wpatrywał się po kolei w każdego z piątki ludzi, z widocznym wzruszeniem rozpoznając w nich tych na których oczekiwał, a potem zaklął ich by jutrzejszego wieczora przyszli do jego domu na ulicy Żeglarzy 16, gdzie wyjawi im wielką tajemnicę dla nich tylko przeznaczoną. Wszystkich, zwłaszcza Done Isabel zdziwiło że Marcello nie może wyjawić tej tajemnicy od razu, ale on jedynie potrząsnął głową i odszedł, na odchodnym jeszcze raz zaklinając ich by odwiedzili go jutrzejszego wieczora w jego domu. Co prawda człowiek ten wyglądał i zachowywał się jakby był z lekka obłąkany, ale nikt z całej piątki nawet nie pomyślał by zignorować jego prośbę i złamać obietnicę na której złożeniu tak bardzo tajemniczemu przechodniowi zależało.

Ta pierwsza noc zakończona została wizytą u krawca, który biorąc miarę na szykowne kostiumy w których bohaterowie mieli udać się na bal nie przestawał adorować obydwu Szermierzy. Jego pomocnik, młody krawczyk większym i zdrowszym zainteresowaniem darzył Done Isabel i tylko stary i gruby Archibald nie wzbudził niczyich zachwytów.

Dzień następny, preludium do bliskiej już teraz Wielkiej Przygody rozpoczął się około południa, kiedy to bohaterowie wyleżawszy się wzorem rodowitych Vodaccian w łóżkach wstali nareszcie zbudzeni przez pisarza pana Guido Vitello. Szemrany ten typ nieznanego imienia (mowa rzecz jasna o pisarzu, a nie o panu Guido), spędziwszy szesnaście lata na galerach przesiąkł panującymi na nich obyczajami tak dalece, że nawet jako pisarz w służbie kupca wyglądem swym zasługiwał na szubienicę. Ale tym razem nie zamierzał wcale obrabować bohaterów, ale wręcz przeciwnie – przyszedł z woli swego pana by ich ostrzec, że jacyś inni łotrzykowie „przykitrali” sobie przeznaczony dla nich towar, czyli cenne i coraz cenniejsze wobec tajemniczego wstrzymania sprzedaży wino Falisci. Nie zwlekając udali się bohaterowie na wskazane nabrzeże, żeby zbadać na miejscu sytuację i obmyślić plan działania.

„Magazyn” w którym Guido Vitello składował przeznaczone dla „Albatrosa” wino był starą barką, przycumowaną do nabrzeża w odległej części portu pośród innych podobnych emerytowanych łajb. W przycumowanej w sąsiedztwie łodzi bystre oko Don Diego Morientesa dostrzegło podejrzanego typa, który zerkał czujnie spod niby to ocieniającego mu twarz kapelusza. Bohaterowie ułożyli plan działania: wieczorem wynajętym wozem podjadą pod łódź Guido z ładunkiem octu, którego skrzynki są nie do odróżnienia od skrzynek wina. Potem udają że przeładowują ocet na łódź a zabierają wino, po czym odjadą wozem i pozostawią go pod czujną strażą ludzi kupca. Widząc to łotrzykowie powinni podążyć śladem wozu, spodziewając się że wino zostało nim zabrane. Tymczasem kuter z „Albatrosa” podpłynąwszy do pływającego magazynu zabrałby cenny ładunek wprost na statek, który wypłynął by następnie na redę portu, gdzie wino byłoby prawie całkiem bezpieczne, mało jest bowiem prawdopodobne żeby gorivariańscy łotrzykowie posunęli się do otwartego aktu piractwa.

Ułożywszy ten szczwany plan bohaterowie rozeszli się do swoich zajęć. Dona Isabel w towarzystwie Archibalda udała się na ulicę Żeglarzy do portowej tawerny „Pod powolnym krabem”, aby dowiedzieć się co nieco o tajemniczym Marcello. Stary żeglarz Giuseppe, który walczył na Zakazanym Morzu z Tiurkami i widział ponoć strzelanie z bombardy kapitanem, powiedział im, że człowiek ten był chyba jakimś kupcem, któremu się nie powiodło i obecnie schorowany i zbiedniały mieszkał samotnie w pobliżu. Nie było to wiele, ale w każdym razie nie wyglądało na to by Marcello był kimś groźnym, a umówione spotkanie pułapką. A powolne kraby smakowały całkiem nieźle.

W tym samym mniej więcej czasie monsieur Philippe Thuram Varis Cardona spędzał czas o wiele bardziej emocjonująco. Zabawiając się ćwiczeniami w rzucaniu nożem zwrócił na siebie uwagę eleganckiej i po vodacciańsku wyzywającej młodej damy. Zaproponowała ona Monteńczykowi zakład – jeśli pokona ją w sztuce rzucania nożem spędzi z nim uroczy wieczór, a jeśli przegra zapłaci za wieczór który ona i jej kochanek spędzą razem. Philippe zgodził się ochoczo, ale stracił ochotę kiedy dama przewiązała sobie chustą oczy i bezbłędnie trafiła w wąską krawędź deski. W minorowym raczej humorze przyrzekł zapłacić rachunek za wytworną kolację, który zostanie mu dostarczony następnego ranka. Kiedy o tym usłyszał Ernesto, rodowity Vodaccianin, od razu domyślił się że tajemnicza dama była kurtyzaną, które są znane z mistrzowskiego opanowania sztuki miotania szpilek i sztyletów.

Nadszedł wieczór a wraz z nim dylemat: czy najpierw przerzucić zagrożone wino z ledwo pływającego magazynu na dużo lepiej pływający statek, czy jednak nie zwlekając podążyć na umówione spotkanie z tajemniczym Marcello. Głównie za sprawą Dony Isabel zwyciężyła ta druga opcja i bohaterowie, znów całą piątką udali się na ulicę Żeglarzy, numer 16. Dom Marcello był nader skromny, choć piętrowy. Przez proste drzwi weszli bohaterowie do oświetlonego wątłym światłem łojowych kaganków pokoju, w którym na zbitym z prostych desek łóżku spoczywał gospodarz. Jego wymizerowana twarz pokryta była kropelkami potu a głos dobywający się spomiędzy spieczonych warg był słaby i cichy, gołym okiem widać było że widoczna już wczorajszej nocy choroba trawiła go w zatrważająco szybkim tempie. Ale na widok piątki wyczekiwanych gości zbolałe oblicze Marcello rozjaśniło się blaskiem radości i wyraz ulgi zastąpił widoczne dotąd cierpienie. Głosem urywanym tak z powodu słabości jak i ekscytacji wyjaśnił im skrywaną długo tajemnicę.

Siedem rodów które jeszcze do niedawna rządziły Vodacce wywodziło się z trzech wielkich i starożytnych rodów, z których największym był ród Lorenzo. Jednak niechęć członków tego rodu do tak umiłowanych przez innych Vodaccian spisków i intryg sprawiła, że przez stulecia byli niszczeni przez swych drapieżnych kuzynów i w końcu pozostały z nich jedynie dwie stosunkowo niewielkie rodziny: Serrano i Bianco. Z tych dwóch zwłaszcza ród Bianco został znienawidzony i rzucono na niego wszelkie możliwe kalumnie, oskarżając o kontakty z Legionem i Czarną Magię, ścigano i mordowano jego członków, aż niemal wyniszczono całą linię, tak że nieliczni pozostali ukrywali swe prawdziwe nazwisko pod innymi, przybranymi. Marcello pochodził właśnie z tego rodu i całe swe życie poświęcił oczyszczeniu z kłamstw imienia rodziny. Szukał zaginionych tajemnic, miejsc i ludzi i tak wpadł na trop księgi „Libro della famiglia Bianco”, pisanej w więzieniu przez Niccolo Bianco, w której autor odkrył ponoć korzenie kłamstw rzuconych na jego ród przez Kościół Watycyński i zazdrosną rodzinę Vestini, największych wrogów rodu Bianco. W księdze tej, oprócz obnażenia podłości swych prześladowców zawarł Nicolo także klucz do zaginionego skarbca rodziny. Otóż jedna ze stron stanowi jak gdyby zamek, do którego kluczem jest stronica innej księgi – „Grand Grimoire”. Ta – dla odmiany – bluźniercza księga, której autorstwo przypisywane jest kłamliwie rodzinie Bianco była jednak znana Niccolo dość dobrze, na tyle w każdym razie dobrze, że siedząc w więzieniu pamiętał dokładnie rozkład jednej ze stronic, zawierającą miejsca mocy w Numie, stolicy starożytnego Imperium i umieścił w swej „Libro della famiglia Bianco” stronicę komplementarną. Po nałożeniu na siebie obydwu stronic oczom czytelnika ma się ukazać miejsce ukrycia sekretnego skarbca rodziny Bianco. Don Marcello nie zdołał co prawda odnaleźć legendarnej „Libro…”, ale zdobył kopię „Grand Grimoire”, której pilnował dzień i noc, schowanej pod łóżkiem w mocnej skrzynce.

Don Marcello wiedział, że w oznaczonym miejscu i czasie, to jest poprzedniego wieczora na owym małym placyku, spotka ludzi którym powierzyć powinien swój sekret – przepowiedziała mu to dawno temu sorte strega. Wiedział także, że kiedy spotka tych ludzi i przekaże im tajemnicę – umrze. I oto umierał, ukąszony przez jadowitego pająka, którego jad zabijał go powoli, ale nieubłaganie. A jednak w tej ostatniej godzinie Don Marcello tryumfował, gdyż jego skryci w cieniu prześladowcy nie zdołali zniszczyć dorobku jego życia, nie zapobiegli przekazaniu bezcennej wiedzy piątce bohaterów, których sploty przeznaczenia przywiodły do jego domu. Bohaterowie byli nieco zbyt oszołomieni by przyjąć spokojnie do wiadomości to co usłyszeli, a ich oszołomienie zwiększyło się jeszcze gdy Don Marcello odkrył przed nimi jeszcze jedną tajemnicę, o której oczywiście nie mieli pojęcia – Dona Isabel, choć z pochodzenia Castylijka, była po matce Bianco !

Wiele pytań napłynęło do głów piątki bohaterów, którzy stanąwszy nagle na progu Wielkiej Przygody czuli się przytłoczeni jej nagłością i rozmiarem, ale nie dane im było uspokoić myśli bowiem w tym właśnie momencie drzwi do mieszkania Don Marcello otwarły się gwałtownie i stanęły w nich liczne, groźnie wyglądające cienie ! W migotliwym świetle łojowych kaganków zamajaczyła wysoka postać w kapturze i masce na twarzy, z obydwu rękoma okutymi w pancerne rękawice, zagrzechotały wyszczekiwane po eiseńsku rozkazy i w małym pokoju zaroiło się od uzbrojonych drabów. Zamigotały dobywane szpady, rapiery, pałasze, wśród szczęku broni utonęła ostatnia modlitwa Don Marcello, który właśnie oddawał ducha.

Bez chwili zastanowienia monsieur Philippe Thuram zwarł się z wielkim mężem, który przewodził napastnikom. Swymi dwoma ostrzami Montenczyk parował ciosy ciężkich pancernych rękawic usiłując przy tym wyprowadzić własne pchnięcie. Dona Isabel stawić musiała czoła całemu zastępowi twardych eiseńskich najemników, podczas gdy z drugiej strony, zapewne przez tylne wejście wpadł następny zastęp Eiseńczyków, którzy rzucili się na Don Diego. Ernesto błyskawicznie skoczył do bocznego okienka, najwidoczniej nie zamierzając walczyć, ale po prostu uciec. Okazało się jednak, że była to nad wyraz przytomna reakcja. Natomiast Archibald nie atakowany przez nikogo rzucił się pod łóżko po księgę, ale kiedy okazało się, że chroniąca ją skrzynka przyśrubowana jest tęgo do podłogi, stary kapitan zmienił plany, wyjął pistolet i wypalił prosto w zasłoniętą maską twarz wysokiego Eiseńczyka. Strzał najwidoczniej nie wywarł jednak pożądanego wrażenia, jedynie okopcił napastnika, który tymczasem zdołał unieruchomić rapier Philippe i tłukł Montenczyka wolną rękawicą. Dona Isabel kładła nadbiegających Eiseńczyków jednego po drugim, ale Don Diego zbierał cięgi od atakującej go grupy. Widząc, że sytuacja jest niepewna, Archibald rzucił się ponownie ku skrzynce, tym razem przytomnie zdejmując klucz z szyi zmarłego już Marcello, wydobył ze środka worek i rzucił go Ernesto, który już miał zniknąć w okienku, przez które się ewakuował.

Tak więc Ernesto zbiegł wraz z workiem, a na placu boju pozostała jedynie czwórka – Philippe słaniał się na nogach zmaltretowany pancerną rękawicą Eiseńczyka, ale nie ustawał i śmiałym cięciem szpady zerwał przeciwnikowi z twarzy czarną chustę – ukazało się oblicze młode, choć surowe, a dzięki charakterystycznej bliźnie przez usta łatwo zapadające w pamięć, Isabel choć powaliła dwa zastępy drabów także otrzymała dwa cięcia i nie była już w najlepszej formie, Diego wyglądał nawet gorzej i jedynie Archibald trzymał się jeszcze całkiem nieźle i wytrwale, choć bezskutecznie próbował trafić któregoś z licznych przeciwników swym marynarskim kordelasem, sapiąc przy tym i dysząc ciężko. W końcu padł Diego, padł Philippe, ale też – trafiony przez Isabel – zwalił się na ziemię potężny Eiseńczyk, dowodzący napadem. Nadbiegli jednak następni najemnicy i wydawało się że nie ma wielkich nadzieji na kontynuację tak obiecująco się zapowiadającej przygody, kiedy Acrhibald, także ciężko już ranny i zmęczony bezskutecznym wymachiwaniem kordelasem stanął i poprosił pardonu. O dziwo – Eiseńczycy także widać mieli już dość, wskazali tylko na leżących bez przytomności Philippe i Diego, a potem na drzwi. Pozbawieni potężnego przywódcy, odpuścili.

W nader ciężkim stanie, nie zaczepiana jednak przez nikogo dowlekła się czwórka zmaltretowanych bohaterów do uroczej gospody „Bellavista”. O żadnej akcji przewożenia wina nie mogło być mowy, ale na szczęście ludzie Don Guido wzmocnili straże i obiecali utrzymać magazyn jeszcze jeden dzień. Tymczasem wezwano medyka, który przy pomocy piły i szpadla zoperował rany czwórki śmiałków, po czym – niejako na deser – przejrzano zawartość cennego worka. Wewnątrz istotnie była kopia „Grand Grimoire” – bluźnierczej księgi, oraz bardzo stary pierścień z wygrawerowaną literą „L” jak „Lorenzo” – pamiątka po dawno wymarłym rodzie, z którego po kądzieli wywodziła się Dona Isabel. Archibald skopiował cenną stronicę z mapą Numy, ów klucz do skarbca rodziny Bianco, a stronę w samej księdze pozmieniał, tak iżby przypadkowy znalazca nie miał z niej specjalnego pożytku. Piątka (bowiem Ernesto znów dołączył do kompanii) świeżo zaprzyjaźnionych śmiałków postanowiła spalić bluźnierczą „Grand Grimoire”, ale tylko jeśli uda się zdobyć nieco pieniędzy na spłatę długu monsieur Philippe, który musiał się tymczasem zapożyczyć u płatnika Don Guido, aby spłacić rachunek tajemniczej nożowniczki. A że płatnik ten spędził na galerach całe 16 lat, nikogo nie zdziwiło że Philippe dostał całe trzy dni na oddanie długu ze słonym procentem, a gdyby mu się jednak nie udało straci mały palec za przedłużenie terminu o kolejne trzy.

Zostawmy więc tymczasem piątkę bohaterów, pokiereszowanych solidnie w pierwszym spotkaniu z Wielką Przygodą, aby powrócić do nich za tydzień, kiedy to przewiózłszy miejmy nadzieję cenne wino na „Albatrosa”, przywdzieją wytworne stroje i udadzą się na bal u Bartholomeo Ismaeli, w jednej czwartej krwi Tiurka, na którym to balu wyjawiona im zostanie być może tajemnica nagłego zahamowania sprzedaży wina, a może i inne tajemnice, któż bowiem wie jak splątały nici ich Przeznaczenia vodacciańskie Stregi.

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
7th Sea - Tajemnica familii Bianco, Siódme Morze

Comments are closed.