Wielki Szu

Czasem zdarza się takie coś, że się żałuje, że się coś zrobiło i bardzo by się chciało cofnąć czas i zrobić inaczej. Ale zwykle już się nie da i pozostaje tylko się nauczyć nie robić takich rzeczy w przyszłości. No i właśnie w Tombstone się nauczyłem, że nie wolno kantować w kartach, szczególnie jak się gra z ludźmi, których się lubi i ceni. Bo nikt nie lubi być oszukanym i nawet jak cię przyjaciele uratują od stryczka, albo kulki w łeb to i tak ludzie już nie będą cię lubić i więcej się przez to straci niż zyska. Ale od początku.

Jeszcze w El Paso obiecałem sobie wyciągnąć od Mister Huskella jak to było naprawdę z tymi górnikami. Bez problemu dał się zaprosić do knajpy i urżnął się jak niemowlak, ale nic nowego nie powiedział – górnicy weszli do jaskiń, no i potem nie wiadomo dlaczego zmienili się w potwory – i tak ciągle, aż w końcu spił się do reszty i zasnął. No i nie dowiedziałem się nic nowego.

Potem jeszcze chciałem się spiknąć z Senorem da Silva, tym co miał pierścień z pikiem, ale dopiero w pociągu mi się udało, bo okazało się że wszyscy jedziemy razem do Tombstone. My jechaliśmy dowiedzieć się co się stało z tym księdzem, Ebenezerem Stoutem, a Senor da Silva zagrać w pokera w sławnym na cały Zachód turnieju w „Crystal Palace Saloon”. Najpierw to sobie ten turniej odpuściłem, bo stawka była 1000 $, a tyle nie miałem, no i mi się wydawało, że z takimi graczami jak Senor da Silva nie mam szans i wszystko przegram. Ale potem jednak zagrałem i wszystko by było fajnie, gdybym nie zaczął oszukiwać. Ale po kolei.

Bo oprócz rozmowy o kartach udało mi się wciągnąć Senora do rozmowy o innych grach, tych z „Księgi Hoyle’a”. Pokazałem mu papierośnicę, co ją wygrałem od Mister Carmichaela i zdradził mi, że to taka brama, przez którą może przychodzić do mnie taki mój własny joker, przez co moje kanty będą silniejsze, chociaż to też może być bardziej niebezpieczne. Ale żeby otworzyć tą bramę i wpuścić jokera muszę mieć klucz. Taki klucz to najpewniej będzie słowo, które trzeba napisać na wieczku papierośnicy od środka. Ale jakie to słowo Senor da Silva nie wiedział, ale powiedział że mogę się o niego pytać w Nowym Orleanie, albo Denver, Memphis no i w Las Vegas, gdzie często bywa i grywa w pokera, to mnie skontaktuje z mądrymi ludźmi, którzy też tam bywają. Ale teraz to już nie wiem, czy się mogę spytać, po tym jak mnie złapali na oszukiwaniu w dżentelmeńskiej grze o wielkie pieniądze i mało nie zabili. Ale to zaraz, nie tak szybko.

Bo najpierw jak przyjechaliśmy do Tombstone, to okazało się że Mały Ted i Miss Charlotte się razem spili i trzeba było ich holować do hotelu. Wybraliśmy „Grand Hotel” bo był najbliżej i potem się okazało, że bardzo dobrze, bo tu też mieszkał Doc Holiday, bardzo znany rewolwerowiec i karciarz, a do tego nieprzyjaciel gangu Kowbojów, z którymi od początku mieliśmy na pieńku. No może nie od samego początku, ale już godzinę po przyjeździe do miasta to tak.

Bo jak tylko Mały Ted i Miss Charlotte poszli otrzeźwieć do balii z wodą, każde do swojej ma się rozumieć, to Ben usłyszał że w mieście jest też Doktor Imperius. Nie wiem czemu, ale Ben się uparł, że Doktor go naciągnął na kupienie Pigułki Szybkości i teraz go ścigał, żeby mu odebrać pieniądze. Do tego opowiadał że ściga przestępcę, bo jest list gończy na Doktora Imperiusa za 30 dolarów. No i był, ale to przez tego nieszczęsnego jąkałę z Santa Fe, co się nie umiał oświadczyć i zwalił winę na biednego Doktora. A więc jak tylko Ben usłyszał, że on jest w takiej knajpie „Ike’s Place” to zaraz tam pognał. Nie do końca wiem co się tam dokładnie zdarzyło, bo potem Ben twierdził, że Kowboje go tam napadli, przyłożyli rewolwer do głowy i musiał się bronić, a znowu Kowboje donieśli szeryfowi, że to Ben napadł na nich i dwóch rozwalił, a dwóch innych poranił. W każdym razie Miss Charlotte w samym ręczniku wypadła z łazienki i jąkając się jak to tylko ona potrafi, wydusiła nareszcie z siebie, że słyszy benowego kolta. Jak ona to zrobiła to nie wiem, ale ucho ma doskonałe, bo faktycznie Ben się przedzierał przez miasto z powrotem do hotelu ostrzeliwując się gęsto, kiedy go znaleźliśmy.

Razem poszliśmy do szeryfa, żeby powiedzieć co i jak, a ten nas z miejsca aresztował. Nie wsadził nas za kratki i nawet nie zabrał broni, tylko kazał się nie ruszać z biura, a sam gdzieś wypadł, zostawiając nas ze swoim zastępcą. W ogóle to się strasznie spietrał i poniewczasie się dowiedzieliśmy dlaczego. Kowboje trzęśli całym Tombstone, a kto im się stawiał tego zabijali. Jeden z ich hersztów – Bill Brocius – chociaż poszukiwany listem gończym chodził sobie swobodnie po mieście, mało tego – miał zagrać w tym wielkim turnieju karcianym, na który przyjechał do Tombstone też Senor da Silva ! Największym szefem Kowbojów był stary Clanton, ale ten się nie ruszał ze swojego rancza i „chłopakami” dowodził jego najstarszy syn Ike, a oprócz niego w bandzie był też jeden z najlepszych rewolwerowców Zachodu, Johnny Ringo no i ten „Curly” Bill Brocius, który teraz chyba dla zabawy występował „incognito” jako William B.

No więc jak się dowiedzieliśmy jak sprawy stoją, to już wiedzieliśmy, że mamy w Tombstone przewalone, chyba że uda się jakoś ułagodzić bandziorów Ike’a. Ben oczywiście chciał ich wszystkich pozabijać, ale Ted i Charlotte rozsądnie mu to wyperswadowali i Ted wymyślił, żeby się Kowbojom opłacić. Ben się w końcu zgodził wybulić ze swojej kiesy 300$, chociaż ja się chciałem zrzucić, bo mi na pieniądzach wtedy tak bardzo jeszcze nie zależało. No i jak wrócił w końcu szeryf White i powiedział, że kowboje oskarżyli Bena o napaść i podwójne morderstwo poszliśmy do „Crystal Palace”, gdzie akurat zasiadał Ike Clanton, żeby się dogadać.

To był ten lokal, w którym miał się odbyć ten wielki pokerowy turniej i widać było, że Ike też tu rządzi. Gruby Niemiec za barem nie wyrażał się o nim inaczej jak „Pan Ike”, właśnie tak – z dużej litery. No więc „Pan Ike” miał tłuste i brudne, chociaż pewnie jasne włosy, ubrany był po kowbojsku, ale palił drogie cygara i obrzydliwie cmoknął dłoń Miss Charlotte, że niby taki grzeczny i dobrze wychowany. Jak się dowiedział, że nasz kumpel rozwalił mu dwóch gości i dwóch innych poranił to się lekko zdziwił, widać tutaj to się nie zdarzało i musiał się iść upewnić, że dobrze słyszy. Nas zamknął na ten czas na klucz, żebyśmy mu nie uciekli.

Spokojnie mogłem uciec przez okno i wypuścić resztę, ale tego nie zrobiłem no i dobrze. Bo Ike w końcu wrócił i zgodził się na te trzy stówy za życie swoich dwóch kumpli. Tyle że, jak powiedział, nie gwarantuje za swoich chłopaków poza miastem, co chyba znaczy że pewnie na nas napadną po wyjeździe z Tombstone. Ale myślę, że sobie poradzimy.

Póki co jednak poszliśmy zrobić wywiad na temat Ebenezera Stouta i Richarda Moore’a. Ted już wcześniej pytał o nich szeryfa i wiedzieliśmy, że obaj nie żyją. Moore’a zabił niejaki Albert Lemon, gość z Labiryntu, którego podobno łowca nagród zaczepił, na co było dwóch świadków – kumpli Lemona zresztą. Po jego rzeczy zgłosił się ponoć bratanek, co znaczy że przeszły w ręce Kowbojów, jako że Moore zatrzymał się w „Ike’s Place” – jak się łatwo domyślić własności Ike’a Clantona. Za to o śmierci Stouta nie było wiele wiadomo – znaleziono go rozebranego do rosołu w rowie za miastem, wiadomo było że zginął pchnięty nożem i że nie zostawił żadnych rzeczy w „Grand Hotelu”, w którym przypadkiem i my się zatrzymaliśmy. Do Tombstone jednak przyprowadził go z Lost Angels niejaki Chester Saunders, jeden z najlepszych przewodników i zapalony pokerzysta, który też miał zagrać w wielkim pokerowym turnieju w „Crystal Palace”.
To już był znak, że trzeba będzie chyba zagrać w tym turnieju, ale jeszcze go wtedy nie zauważyliśmy, dopiero potem, jak poszliśmy do „Ike’s Place”, zagadać o rzeczy Moore’a. Kowboje byli na nas obrażeni, nie pozwolili sobie postawić drinka, widać żal im było zabitych przez Bena kolesi, no i w sumie ich rozumiem. Ale potem jednak jeden za 10 dolców puścił farbę i powiedział, że Moore załatwiał coś dla niejakiego Maddocka, lokalnego ranczera, a potem ten Lemon go zastrzelił. A Maddock oczywiście też grał w tym turnieju pokerowym.

No i wtedy już postanowiłem zagrać w Turnieju. Miałem ponad pięćset dolców przy sobie, a Ben wcześniej już chciał ryzykować swoje pięćset, że jakbym wygrał to bym mu oddał połowę. No i się zdecydowałem. Poszliśmy do „Crystal Palace” się zapisać, a potem szybko do krawca i fryzjera, żebym wyglądał szykownie, bo gra była przecież w najlepszym towarzystwie, jeśli nie liczyć Brociusa. Oprócz mnie grali Senor da Silva, Doktor Imperius, Chester Saunders – ten przewodnik, co przyprowadził Stouta z Lost Angels, Brent Maddock – ranczer, dla którego pracował Moore zanim zginął, Bill Brocius – gangster z gangu Kowbojów, poszukiwany listem gończym i niejaki Walter Norrington – dawny angielski oficer, a teraz pokerzysta i hulaka. I okazało się, że przez całe trzy dni turnieju gracze nie wychodzą z „Crystal Palace”, a tylko ich znajomi mogą wejść do środka. Czyli jakbym nie zagrał to byśmy nie dali rady pogadać ani z Saundersem, ani z Maddockiem. Poczułem się ważny.

Ledwo mi brylantyna na włosach lekko przyschła zaczęła się pierwsza gra. Taka rozgrzewka, stawka po dolarze, na początek. Myślałem że z takimi pokerzystami nie mam szans, ale jak skończyliśmy po północy okazało się, że wyszedłem pięć dych do przodu i że jestem najlepszy ! Ale byłem z siebie dumny ! Jakby mnie kto wtedy spytał to byłem pewny, że będę najlepszym pokerzystą na całym Zachodzie i to jeszcze zanim dorosnę ! Po grze była okazja pogadać z innymi graczami, a że moi przyjaciele mogli wejść do saloonu mnie odwiedzić, to wszyscy sobie pogadaliśmy z Saundersem i Maddockiem.

Już wcześniej umówiliśmy się, że Ebenezer Stout to niby mój dawno niewidziany wuj, który napisał do mnie list, że jest w Tombstone i ma mi coś ważnego do przekazania i żebym tu przyjechał. Taką też historię opowiedziałem Saundersowi, no i mi uwierzył. Opowiedział, że ‘wuj’ Ebenezer był twardym człowiekiem, takim co to umie dać sobie radę prawie ze wszystkim i że dobrze zapłacił za podróż do Lost Angels, a potem też za powrót. Niewiele miał przy sobie, a wszystkie te rzeczy zabrał właśnie Saunders, który zastawił je u Ike’a Clantona za 150$, bo mu brakowało do stawki wejściowej do wielkiej gry. Ted próbował go straszyć, że pójdziemy do szeryfa i będzie musiał mi oddać rzeczy, ale Saunders nie dał się zastraszyć. Powiedział, że wtedy przyjedzie sędzia, będą szukać spadkobierców, trzeba to będzie udowodnić no i miał rację. A mi wtedy nie zależało na pieniądzach, więc obiecałem, że odkupię te rzeczy za te 150$ jak już się turniej skończy. Rozstaliśmy się z Saundersem w pokoju i nawet się zaprzyjaźniliśmy trochę, ale potem wszystko zepsułem, jak wyszło moje oszustwo w kartach. Ale to za chwilę.

Za to Maddock nie był za bardzo pomocny, mówił że Moore był u niego w sprawie jakiegoś koniokrada, ale wyczuliśmy że coś tam ukrywa. Ted zaczął go mocno podejrzewać, bo ranczer sprzedawał solone mięso do Lost Angels, był w dobrej komitywie z Kowbojami no i podobno korzystał z usług Lemona, tego który zastrzelił Moore’a, niby w samoobronie. No i Ted pomyślał, że Maddock jest agentem Wielebnego Grimme’a i kto wie, może ma racje.

Poza tymi dwoma, którzy byli ważni z powodu naszej misji dla kościoła, porozmawiałem sobie jeszcze z Senorem da Silva i Doktorem Imperiusem. Senora zagadnąłem o chińskie dzwoneczki, które powiesili w sali gry, żeby nie można było kantować i powiedział mi, że nie próbował grać z jokerami, więc nie wie czy działają. Gdybym też był taki mądry jak Senor, nie doszło by do tego nieszczęścia ! Ale ja postanowiłem sobie sprawdzić, czy rzeczywiście te szkiełka potrafią odegnać jokera i zamknąć drzwi do Zadymionego Saloonu. Cholera, głupi dzieciak z ciebie Willie, nic więcej !

Doktor za to sprzedał mi ostatnią pastylkę leczenia, za jedyne 60$, czyli prawie po kosztach, od razu widać że mnie lubi, bo przecież pieniądze były mu potrzebne do zakupu nowej porcji kamienia filozoficznego, niezbędnego do produkcji pastylek. To znaczy lubił, bo teraz, jak zobaczył że jestem karcianym oszustem i do tego marnym oszustem, to już pewnie mnie nie lubi i nie dostanę więcej upustu na pastylki, a może nawet w ogóle nie będzie mi chciał ich sprzedać ? Wszystko przez to że nie grałem jak gentleman, tylko głupi smarkacz ! Ale to za moment.

Bo jeszcze następnego dnia nic złego się nie stało. Graliśmy teraz o duże stawki i ci co się spłukali nie mogli grać w ostatnim dniu o główną wygraną, w tak zwanym „złotym rozdaniu”. O dziwo – odpadł Senor da Silva, no i Bill Brocius, który mnie od początku nie lubił, zresztą z wzajemnością. Mnie poszło tak średnio, ale i tak wyszedłem do przodu na 300 $ ! Moi przyjaciele byli w tym czasie w naszym hotelu, w którym pytali o rzeczy Ebenezera Stouta, mojego rzekomego wuja, ale tak jak powiedział Chester – niczego tam nie było. Poza tym niewiele zdziałali i nawet wieczorne rozmowy po grze nie za bardzo się kleiły. I tak nadszedł trzeci, feralny dzień.

Poprzedniego dnia sprawdziłem sobie dyskretnie czy da się kantować mimo chińskich dzwoneczków i okazało się że tak, chociaż było trudno. Więc kiedy karta mi wybitnie nie poszła i złota góra pieniędzy zaczęła oddalać się ode mnie nieodwołalnie, postanowiłem pomóc losowi. Niczego mnie nie nauczyła lekcja, którą dał nam swego czasu kapitan Linkuos w Pawnee Rock ! Demony tylko czekają, żeby przekręcić wszystko co robisz i nigdy do nie wiadomo, czy one służą tobie, czy ty im. Tego dnia przekonałem się o tym na własnej skórze. Zaciągnąłem się dymem z Saloonu i złapałem wielkiego, parszywego jokera. Prosto, właściwie bez trudu. Powinno mnie to ostrzec, że coś nie gra, ale byłem tak podkręcony grą o wielką stawkę i taki dumny z tego jaki to ja jestem sprytny, że nie zauważyłem niczego. Zafascynowany patrzyłem jak demon posłusznie zamienia moje karty, obrazki falowały i przechodziły jeden w drugi niepostrzeżenie, tak że w jedną chwilę zamiast nędznej parki miałem na ręku fula na asach ! Zaczęliśmy sprawdzać i jeden po drugim gracze chwalili się swoimi układami. Wszystkie były niższe niż mój. Czyli wygrałem !

Wygrałem ! Zerwałem się z miejsca i wyrzuciłem ręce w górę w geście tryumfu i radości. I wtedy usłyszałem paskudny chichot w głowie, a z moich rękawów trysnęła fontanna kart ! Śmiech zamarł mi w gardle, stałem w osłupieniu przez moment jeszcze nie rozumiejąc. Oczywiście. Złośliwy manitou oszukał mnie, wykorzystał chwilę słabości, wyrwał się z mojego uścisku i zemścił się za upokorzenie. Zemścił się perfekcyjnie.

Cisza trwała długi moment, karty opadły na stolik i leżały pokazując bezwstydnie kolory, szydząc z mojej głupoty i pychy. Zimny strach pełznął mi po kręgosłupie. Wbite we mnie spojrzenia innych były jak lufa rewolweru przytknięta do czoła. Gracze wstali i wyszli. Mnie kazali zostać. Drzwi zamknęli na klucz, żadnego okna i te cholerne chińskie dzwoneczki. Próbowałem wspiąć się przez kominek na dach, ale obsunąłem się żałośnie z powrotem w palenisko, osypując sadzą odświętne ubranie, które kupiłem specjalnie z okazji Wielkiej Gry. Jak szczur schwytany w pułapkę miotałem się bezsilnie po pokoju, próbując zmusić jakiegoś jokera, żeby mnie stąd wyciągnął. Ale brzęczenie chińskich dzwoneczków w głowie było jak natrętna mucha, nie pozwalało się skupić, wszystkie manitou uciekały ze śmiechem, szydząc z mej bezsilności. W końcu, kiedy na schodach słyszałem już kroki wracających graczy rozpaczliwie rzuciłem się na chuderlawego starucha i stłamsiwszy w mentalnych kleszczach, zmusiłem by okrył mnie i Pete’a płaszczem cieni. Potem wlazłem pod stół i stopiłem się z cieniem, mając nadzieję że mnie nie znajdą, że pomyślą że uciekłem przez komin i mnie nie zabiją.

I nie zabili. Ale nie dlatego, że się dobrze ukryłem. Tiberius Vane, rewolwerowiec z ochrony saloonu, wypatrzył mnie w głębokim cieniu pod stolikiem mimo diabelskiej pomocy. Kazali mi wyjść i ogłosili wyrok. Jako głupi szczeniak nie zostałem zabity, ani nawet nie obcięli mi palców, jak chcieli niektórzy. Musiałem tylko oddać całą wygraną i dopłacić okrągły tysiąc dolarów. Jak nie, wyślą za mną list gończy. No i wieczysty zakaz pokazywania się w „Crystal Palace”, którego reputację splamiłem moim niegodnym oszustwem, jak i cały turniej.

Nie patrzyłem w oczy żadnemu z nich. Było mi wstyd, tak bardzo wstyd, że miałem ochotę się rozpłakać. Zrozumiałem, że demon tylko obnażył moją własną nikczemność, że gdybym grał uczciwie i przegrał z honorem, nie doszłoby do tego. Dalej miałbym szacunek tych ludzi, choć na niektórych z nich wcale mi nie zależało. Dalej byłbym gentlemanem, choć nieco smarkatym. Ale ja udowodniłem, że nie można mnie traktować jak poważnego gracza, pokazałem że nie mam szacunku dla graczy i dla gry. I nieważne że to nie były moje karty, tylko podrzucone przez manitou. Ważne że oszukałem. „To byłoby poniżej mojej godności”  powiedział wcześniej Senor da Silva o oszukiwaniu w takiej grze. Ja nie miałem godności.

Byłem tak rozbity, że w ogóle nie wiedziałem co robić. Uciekać z Tombstone, a potem dalej, przed różnymi łowcami nagród, którzy pewnie ruszą za mną skuszeni wysoką nagrodą ? Zostać i dać się powiesić, albo próbować skombinować ten tysiąc ? Zostało mi dwieście dolarów, ale pozostałych ośmiuset nie miałem skąd wziąć. Ale na szczęście miałem przyjaciół. Charlotte intensywnie myślała skąd wytrzasnąć pieniądze za moją głowę, chciała nawet zbudować Carsona dla Ike’a Clantona, Ben chciał się strzelać z Johnem Ringo o ten tysiąc, ale w końcu Ted przyznał się, że ma odłożone osiem stówek i wyłoży za mnie.

No i tak perspektywa stryczka czy tam kulki w łeb oddaliła się ode mnie prawie niepostrzeżenie, bo cały czas byłem załamany ogromem swojej klęski. Chester Saunders obraził się na mnie i nie chciał już mi pomóc w odzyskaniu rzeczy ‘wuja’ Stouta, w ogóle miałem wrażenie, że wszyscy odwracają się ode mnie z pogardą. Oprócz przyjaciół.

Ale Ted i Ben postanowili spróbować odzyskać ten tysiąc. Poszli do Ike’a Clantona i powiedzieli mu, że Ben będzie się strzelał o ten tysiąc z Johnnym Ringo. I Ike się zgodził, z tym że Johnny’ego nie było w Tombstone, więc padło na Tiberiusa Vane’a, tego wynajętego rewolwerowca z „Crystal Palace”. Jeszcze mnie kusiło, żeby przechylić szalę na stronę Bena, ale Miss Charlotte mi to wyperswadowała, no bo właściwie to Ben nie strzelał się z konieczności tylko dla pieniędzy, jakby nie patrzeć. No i posłuchałem jej i chyba dobrze, zimno mi się robi jak sobie pomyślę jaki numer mógłby wykręcić joker, gdyby mi się wyrwał wtedy, a byłem taki rozbity, że mógł się wyrwać z łatwością.

No i koniec końców Ben stanął do uczciwego pojedynku z Vane’m, na sygnał, którym miało być dwunaste uderzenie z wieży kościelnej. W samo południe. Zegar wybił, huknęły strzały, Ben się skulił trafiony dwoma kulami, ale miał cholerne szczęście, bo obie ledwo go drasnęły, a jak wywalił w Tiberiusa ze swoich dwóch Frontierów to było posprzątane. No więc tysiączek okupu wymknął się jednak z łap Ike’a, który nam tego chyba nie podaruje, ale co tam – niech się bandzior dowie z kim zadarł.

W tym całym zamieszaniu prawie nam umknął główny cel naszej wizyty w Tombstone. Dowiedzieliśmy się tylko, że rzeczy Stouta zabrał Clanton. Chester Saunders odmówił nam pomocy w ich odzyskaniu, czuł się oszukany i nie chciał mieć ze mną nic wspólnego. Rozumiem go. Ale po tym jak Ben rozstrzelał Tiberiusa Vane’a pod okiem Clantona, nieoczekiwanie zmiękł i jednak odkupił dla nas te obiecane rzeczy. Całe były poszarpane i pocięte, brakowało Biblii, o której przewodnik mówił wcześniej, ale ocalały „Żywoty Świętych”, na marginesach których widniały całe szeregi liczb. Kod ! Mieliśmy nasz egzemplarz Biblii, który dostaliśmy w Santa Fe od biskupa Lamy’ego i potem odcyfrowaliśmy tajne zapiski Ebenezera Stouta, ale zanim do tego siedliśmy pobiegliśmy na stację telegrafu, pochwalić się biskupowi z naszych postępów.

A tu nowa niespodzianka. Zdziwiony telegrafista zwierzył się nam, że od kilku tygodni gremliny buszują na drutach i telegraf sam nadaje bez ładu i składu. Pokazał nam zapiski – liczby, liczby, liczby, żadnych słów. Znów kod biblijny. Czyżby duch Stouta zaklęty w telegrafie przekazywał nam wiadomość ? Zabraliśmy notatki i na spokojnie, w zaciszu naszego hotelowego pokoju zabraliśmy się za ich odcyfrowywanie.

Tak, to rzeczywiście był Stout, a raczej jego ostatni przekaz, który nigdy nie dotarł do adresata. „KZA to sekta… nasi ludzie likwidowani… misjonarze sekty przygotowani do ekspansji na tereny USA… DC, wysłannik USA pod wpływem HG… proszę o wsparcie… notatki operacyjne zawierają niezbędne informacje… STOP”. A więc Kościół Zagubionych Aniołów to diabelska sekta, w której szpony miały niebawem wpaść całe Stany Zjednoczone, za sprawą DC, którego pastor Grimme zauroczył. Rozszyfrowaliśmy też wspomniane notatki operacyjne, czyli „Żywoty Świętych”, a tam oprócz dokładniejszych informacji mogliśmy sobie poczytać jak to bogobojni księża łamią nosy, nogi i żebra przesłuchiwanym sekciarzom, żeby zmusić ich do mówienia. No nic, może tak było trzeba, pewnie dobry Bóg nie oświeciłby Stouta, gdyby ten się tylko żarliwie modlił o odpuszczenie grzechów tym, co to nie wiedzą co czynią. W każdym razie teraz my wiedzieliśmy już to wszystko, za co on oddał życie i chyba też czyste sumienie, więc czym prędzej pobiegliśmy znowu do telegrafu, żeby się tą wiedzą podzielić z biskupem Lamy.

No i skończyło się tak, jak się można było spodziewać. Jedziemy do Lost Angels, przez pustkowia i straszną pustynię Mojave, do krainy gdzie nie ma co jeść i do miasta, w którym sekta „wielebnego” Grimme’a szykuje się do podboju całej Unii. Będziemy walczyć tak na oko z dwoma setkami ‘wybrańców’ Grimme’a, z czarną magią promieniującą z ołtarza w katedrze i Bóg wie z czym jeszcze, oczywiście pod warunkiem, że przedostaniemy się przez pustkowia między Tombstone a Lost Angels. Nie ma co, to jeszcze lepsze niż walka z sektą Stevena Satana. Pytanie tylko, czy skończy się równie dobrze jak tamta historia…

 

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Deadlands, DL po raz trzeci ,

Comments are closed.