Ucieczka z Tombstone

Mieliśmy wyjechać z Tombstone po cichu, najlepiej tak żeby wszyscy myśleli, że ciągle jeszcze tam jesteśmy. No ale to od początku było trudne, nawet gdybyśmy nie chcieli porwać Kędzierzawego Billa Brociusa, jednego z czterech najważniejszych ludzi w gangu Kowbojów. To był zresztą plan Małego Teda, żeby go porwać, a potem jak już go mieliśmy, to Ted nagle zmienił zdanie i mało brakło, żebyśmy zostawili ciało szakalom i sępom, zamiast dostać nagrodę. Dobrze że Ed dojechał do nas w Tombstone i nie dopuścił do takiego marnotrawstwa.

A w ogóle jak tylko Ed przyjechał i zaczął o nas rozpytywać, to mu powiedzieli że my jesteśmy już padliną, Kowboje zagięli na nas parol i lepiej się do nas nie przyznawać, bo można dostać kulkę przy okazji. No to się pewnie zdziwili, jak rąbnęliśmy Billa Brociusa i daliśmy nogę z miasta. A teraz to nawet cały gang Kowbojów może sobie za nami jechać na pustynię, najwyżej ich zeżrą te wielkie pająki co nas napadły.

No więc plan Małego Teda był prosty, jak zwykle. Ja miałem się wybrać po cichu do „Ike’a Place” i namierzyć gdzie Kędzierzawy Billy sypia. A potem wrócić i powiedzieć innym, a wtedy Ted i Ben mieli się po niego wybrać, po cichu ogłuszyć, związać i zabrać. No a potem mieliśmy cichaczem wyjechać z miasta. Jak tak się teraz zastanawiam, to i tak ten plan był do chrzanu, bo jak oni dwaj, znaczy się Ted i Ben chcieli się zakraść do pokoju Billa po cichu, skoro mnie się to nie udało ? No może nie całkiem, udało się, ale potem mnie złapali.

Najpierw sobie elegancko przeskoczyłem przez szybkę do środka. Musiałem złapać małego manitou, ale się udało. Potem narobiłem trochę hałasu otwierając okno od środka, bo było przybite gwoździem, ale wolałem sobie zostawić „naturalną” drogę ucieczki, bo z czarami nigdy nic nie wiadomo i nie wolno przesadzać. Jakiś pijus śpiący za barem się na chwilę obudził, ale za chwilę kimnął znowu i droga wolna.

Wszedłem cichaczem na górę, a wcześniej jeszcze wezwałem innego manitou, żeby mi pozbierał cienie i otulił mnie takim jakby płaszczem, żeby mnie było trudno zauważyć. W jednym pokoju leżał jakiś człowiek i wyglądał na nieżywego, ale nie wnikałem, bo szukałem Brociusa. Właściwie to Pete szukał, on ma dobry węch, jak to pies i pamiętał Billy’ego dobrze od czasu nieszczęsnej Wielkiej Gry, o której bym wolał nie pamiętać. Biedny Pete nie miał wtedy co robić i cały dzień z nudów wąchał innych graczy, więc mógł ich wyczuć na milę. No i w ostatnim pokoju wywęszył znajomy zapach Brociusa.

Drzwi były zamknięte i przyparte od środka taboretem, ale mi się udało delikatnie je uchylić. Billy leżał całkiem bez ubrania, ale pas z dwoma rewolwerami miał zapięty na gołym tyłku. Obok niego i trochę na nim leżały dwie młode i ładne panienki, też nagie. Kusiło mnie, żeby rąbnąć Kowbojowi te kolty, ale nie chciałem pobudzić panienek, które na nich trochę leżały. Tak że tylko sobie trochę popatrzyłem i wyszedłem, żeby wrócić po resztę. Ale jak tylko wyszedłem na korytarz, otworzyły się jakieś drzwi i wytoczył się z nich jakiś zaspany Kowboj. Ned, jak się potem dowiedziałem.

Wyglądał na ciągle jeszcze śpiącego, tak że się tylko przyczaiłem w cieniu, którym mnie opatulił manitou i byłem święcie przekonany, że żaden pijaczyna nie może mnie zobaczyć. No i się pomyliłem. Kowboj nagle odwrócił się i wymierzył we mnie z kolta, którego błyskawicznie dobył. Jak to się do cholery stało !? Próbowałem blefować, że coś się dzieje w pokoju Billy’ego, ale nie dał się ogłupić i cały czas trzymając mnie na muszce obudził Brociusa.

No, ładnie się wpakowałem. Dwóch zbirów i ja sam, myślałem że ani chybi rozwalą mnie tam. Udało mi się co prawda ochronić nieco czarami w międzyczasie, ale kulki w łeb to bym raczej nie przeżył. No to zostało mi tylko powiedzieć prawdę. Zacząłem skamleć, że przyszedłem ostrzec Billy’ego, że moi kumple chcą go porwać, dziś w nocy, a ja chciałem przejść na stronę Kowbojów, bo nie chcę dać się zabić, a oni nas na pewno wszystkich zabiją za to że Ben rozwalił wtedy tych dwóch, no i Tiberiusa Vane’a i w ogóle. I tym razem udało mi się. No może nie tak idealnie jak bym sobie wymarzył, bo Billy nie przycisnął mnie z wdzięcznością do serca i nie ucałował ze łzami w oczach za to, że uratowałem mu życie, ale przynajmniej nie rozwalił mi łba i postanowił pogawędzić trochę ze mną na temat planowanego przez moich kumpli porwania.

Zeszliśmy na dół, gdzie mnie przeszukali i zabrali mi dilingera. Znaleźli też Pete’a, który zaszczekał głośno. I to, jak się potem okazało, uratowało mnie od śmierci, lub przystąpienia do gangu Kowbojów. Ale po kolei. Ned podał whisky i dwa kubki no i zasiedliśmy do stołu. Brocius pytał o szczegóły, więc rzucałem mu strzępami planów Teda i Bena, jak to nasz rewolwerowiec planował wejść do „Ike’s Place” i wyzwać wszystkich na pojedynek, włącznie z samym Billem, a że wypiłem wcześniej szklaneczkę pod czujnym okiem Kowbojów, więc starałem się mówić prawdę, tyle że mało przydatną. No i w sumie wyszło nieźle, wyglądało jakbym się upił i bełkotał coś od rzeczy, ale oba oprychy próbowali usilnie wyłowić sens z tego bełkotu.

Ale jak już wspominałem Pete głośno zaszczekał. Moi przyjaciele usłyszeli to i pomyśleli, że coś się zdarzyło w „Ike’s Place”. No a co się mogło zdarzyć ? Tak, że kiedy Billy zmęczył się właśnie dochodzeniem prawdy i kazał Nedowi pobudzić chłopaków tak na wszelki wypadek, drzwi do lokalu otwarły się nagle, kopnięte solidnie przez Małego Teda i we framudze pojawiły się znajome postacie. W jednej chwili powietrze wypełniło się gradem kul. Ned odstrzeliwał się z góry schodów, ale poraniony solidnie wycofał się w korytarzyk. Brocius przyłożył mi rewolwer do żeber, ale zmusiłem jokera, żeby odgiął mu rękę w drugą stronę. Wtedy nasi wpadli do środka i Billy wypuścił mnie i zaczął strzelać do tych w wejściu. Ale długo se nie postrzelał, Ted wywalił mu z winchestera w bebechach dwie solidne dziury i Kowboj zwalił się na ziemię. Z góry nadbiegło jeszcze dwóch bandziorów, ale Ben i Charlotte rozwalili ich w mgnieniu oka. Zobaczyłem Eda, który zakradł się tylnym wejściem i krzyknąłem, żeby pomógł mi wytargać Brociusa, a potem do reszty że się wycofujemy. Trochę się ociągali, szczególnie Ben, który miał ochotę wystrzelać wszystkich, ale w końcu wybiegliśmy z „Ike’s Place” targając martwego Brociusa, który ciągle był wart 500$ !

Nie było na co czekać, Kowboje na pewno chętnie rozszarpaliby nas na kawałki, a szeryf White pewnie by nas wsadził do paki za napad, choć każdy wie, że moi przyjaciele ratowali mnie, bo zostałem porwany przez gang, no nie ? Tak że szybko wskoczyliśmy na konie, a Charlotte włączyła parochód i jazda. A, bo jeszcze nie mówiłem, ale Miss Inżynier kupiła za stówkę stary parochód od jakiegoś miejscowego pastucha, wyreperowała i teraz gnała tym dymiącym potworem prawie równo z końmi. Jasna sprawa, że jej pomagałem wyremontować ten parochód i potem dała mi nim trochę pokierować, bo mnie takie różne cuda na upioryt bardzo interesują. No i dorzuciłem dwie dychy na ten upioryt właśnie.

O dziwo, nikt nas nie gonił. Ani zaraz jak wyjechaliśmy z miasta, ani potem, jak się zatrzymaliśmy na odpoczynek. Parochód co prawda nie potrzebował odpoczynku, ale konie tak, no i Charlotte też, a ja jeszcze nie umiem tak kierować, żeby mnie można było zostawić samego za sterami. Tak że zatrzymaliśmy się w takim miejscu, żeby się było łatwo bronić i naradziliśmy się co robić. Jak już mówiłem, Mały Ted i Ben chcieli porwać Brociusa, bo był na niego list gończy za 500$. Mieliśmy go potem sprzedać szeryfowi w Tucson, bo to po drodze. Ale teraz, jak już mieliśmy trupa Billy’ego na parochodzie, to się Tedowi odwidziało. Zaczął się bać, że Kowboje na pewno urządzą na nas zasadzkę w Tucson i że lepiej wywalić ciało na prerię. Charlotte chciała go zmumifikować, ale do tego trzeba jakichś ingrediencji, a tych nie mieliśmy, zresztą mogli takiego wypchanego Billy’ego nie poznać i wykręcić się od płacenia nagrody. Na szczęście Ed mnie poparł i razem postanowiliśmy jechać do Tucson incognito, z trupem Brociusa, żeby skasować te pięć stów za niego u tamtejszego szeryfa.

Poszło gładko jak po maśle. Ja czekałem kawałek od miasta z trupem Billy’ego, a Ed załatwił interesy. Szeryf co prawda najpierw się nieźle ubawił, jak mu Ed powiedział, że „chyba” zabił Billy’ego Brociusa, ale jak w końcu zobaczył trupa to musiał się iść napić. No i tak późnym wieczorem wróciliśmy z Edem do reszty bogatsi o prawie pięć stówek. Prawie, bo Ed postawił załamanemu szeryfowi butelczynę dobrej whisky. Taka nagroda pocieszenia.

I kasa nam się bardzo przydała, bo jak w końcu dojechaliśmy do starego opuszczonego fortu, żeby znaleźć przewodnika, to Mister Chavez, znaczy się przewodnik właśnie, zażądał po sześć dych od głowy za przeprowadzenie do Lost Angels. Ale nie było wyboru, cały czas jeszcze trochę się baliśmy Kowbojów, a na innego przewodnika mogliśmy czekać i kilka tygodni, albo nawet dłużej.

Najpierw było spokojnie, chociaż nudno, nawet jechanie na parochodzie mi się znudziło i wziąłem się znowu za studiowanie Hoyle’a. A potem zaczęły nas obłazić pająki, ale najpierw jeszcze nie takie wielkie, tylko zwykłe tarantule, takie wielkości ręki. Dobrze, że Pete ma taki lekki sen, bo je zauważył i mnie obudził. Najpierw jak pierwszy zaatakował i go rozwaliłem z obrzyna to się wszyscy śmiali i prosili, żebym nie strzelał jak zobaczę że jakiś pająk po nich chodzi. Drugiego próbowałem wziąć żywcem, to znaczy złapać do kapelusza, ale mi skurczybyk zwiał. A chciałem go złapać, bo to już było po tym jak zobaczyliśmy ten wóz.

Bo właśnie raz tak sobie jechaliśmy i natknęliśmy się na opuszczony wóz osadników. Chyba jechali do Lost Angels, tak jak my, a było ich z ośmiu, może dziewięciu, sądząc po porzuconej broni i innych rzeczach. Na wozie znaleźliśmy całkiem sporo jedzenia, broń, amunicję, narzędzia, dziecięce zabawki i pieniądze. Nic nie zginęło, oprócz ludzi i koni. Dookoła wozu był tylko piasek i trochę krzaczków, żadnych śladów, ale Ed coś tam jednak znalazł. Pokazał nam jakby smugi na pustyni, gdzie kiedyś były głębokie bruzdy po tym, jak ktoś, albo coś ciągnęło tędy coś dużego. Dużego jak ludzkie i końskie ciała. A potem, kawałek dalej, Ed znalazł włos. Gruby i twardy, przypominał raczej kolec jeżozwierza. I już wtedy na myśl przyszedł mi pająk.

Tak że kiedy znów Pete obudził mnie w nocy, chciałem złapać tego pająka i wypytać o niego naszego przewodnika, a może wypuścić na smyczy na pustynię, żeby zobaczyć co zrobi. Ale mi się nie udało. Inni znowu się śmiali, aż do czasu jak im przekazałem to co mi powiedział Pete – że po nich też te pająki łażą, tylko że Pete wtedy nie szczeka. To od razu im miny zrzedły i nawet prosili mnie, żeby ich też budzić jakby znów coś po nich chodziło.

Ale następnego dnia jak jechaliśmy dalej, nasz przewodnik coś zaczął mamrotać, że okolica jakaś inna, czyli że zmylił drogę. No i nie trzeba było długo czekać, jak się okazało, że okolica się zmieniła na gorszą. Było prawie samo południe, leżałem sobie w cieniu budy rozłożonej na parochodzie, a tu nagle krzyki naszych i rżenie koni ! Wychyliłem się spod plandeki a tu spod piasku wyskakują pająki, wielkie jak prosiaki i skokami rzucają się na nas !
Wszystko się rozegrało w jednej chwili. Pająki skoczyły i pogryzły trochę Bena i naszego przewodnika, Senora Chaveza, ale nasi dali ognia i oddali paskudom z nawiązką ! Ja sam przywaliłem jednemu z obrzyna, kiedy się chciał rzucić na Miss Charlotte, no bo jestem gentlemanem, chociaż zdarzyło mi się oszukać w kartach, ale to się już więcej nie powtórzy. Tak myślę. No więc wymierzyłem obie rury w te małe, liczne oczka i myślę sobie „po jednym śruciku na każde” i bach, bach ! Z obu rur ! Bydlę jakoś to przetrzymało, ale niedługo, bo Charlotte doszła do siebie, wyrwała spod spódnicy tego swojego „gatlinga” czy jak to się tam nazywa i ratatatm ! Pająk zadymił i klapnął na ziemię jak pusty bukłak !

No i okazało się, że to był ostatni. Ale się nasi misters uwinęli, nie ma co gadać. Poczarowałem trochę Bena i Senor Chaveza, rany się zagoiły, no i ruszyliśmy dalej na pustynię, w kierunku Lost Angels mam nadzieję. Nie wiem co nas jeszcze czeka zanim tam dojedziemy, ale jak zobaczę małego skorpiona to się nie będę z nim patyczkował… Trzeba zabić póki mały, tak mówią. Święta prawda !

 

Marek Meres

About Funky

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Deadlands, DL po raz trzeci ,

Comments are closed.