Pożegnanie Tombstone

Nie macie nawet co prosić! Nie ma przecież francuzeczki-blondyneczki, nie ma więc opowieści! Spadajcie frajerzy!

Co!? Macie coś innego? Tę beczułkę? Ty, łysy, przeczytaj co na niej pisze.  „Whisky Old Grizzly – wyprodukowano specjalnie jako prezent urodzinowy dla Prezydenta Granta, 1865”.  Hmm…. Old Grizzly – co za idiota mógł tak nazwać whisky!?  No dobra mogę skosztować i się zastanowię.

A niech mnie! To najlepsza whisky jaką w życiu piłem! 5 litrów, no, no! Komu żeście ją dmuchnęli? Nieważne i tak dziś srodze ją uszerbię. Hehehe. Zapomnijmy chwilowo o tej francuskiej laluni. I tak pewnie nie byłaby w połowie tak dobra jak ta whisky! Dajcie mi zebrać myśli i już zaczynam opowieść.

Po ostatnich wydarzeniach w Tombstone nie czuliśmy się dobrze w tym mieście. Atmosfera była gęsta niczym w norze skunksów. W każdej chwili mogło dojść do nowej strzelaniny. A poza tym misja od biskupa wymagała pośpiechu. Gotowaliśmy się więc do wyjazdu i podróży do Lost Angels. Pozostawała też kwestia Kędzierzawego Billa…

Kupiłem sobie muła, którego nazwałem na cześć dawnego towarzysza – brat Tobiasz. 230$! Czujecie, za muła 230$?! W Tombstone jest drożyzna jak jasna cholera. Zakupiłem też żywność i inne rzeczy. W końcu do L.A. jest prawie miesiąc drogi w jedną stronę, w większości przez pustynię. W L.A. zresztą drożyzna będzie 10 razy większa, no i nie można jeść tego ich żarcia, bo jak pisał Stout, może być z dodatkami po których nawet dziewica zrobiła by wszystko co by zechcieli. Hehehe.

Problem wyniknął z Charlotte, bo za konia 400$ dać nie chciała (pewnie tyle nie miała), a za to chciała swą dupcię zabrać z nami. Miała jednak nasza lalunia szczęście jak cholera, bo odnalazła przypadkiem stos jakiś blach i kół. Stwierdziła, że na tym „Parochodzie” właśnie pojedzie i postanowiła go odkupić. Cóż, miałem nadzieje, że wie co robi, bo dla mnie bardziej przypominało to jakieś dziwnego potwora, który zamienił się w metal i rdzę, a zdolności do ruchu ma tyle co pobliski dom. Pomogłem jej jednak trochę w zakupie, przekonując właściciela, że to jest nic nie warte. Właściwie to pewnie oddałby nam ten złom za darmo ale Charlotte spieprzyła sprawę bo w pewnym momencie palnęła, że da 100$. Może i ma głowę do śrubek i nakrętek ale do interesów na pewno nie.

W międzyczasie przybył z El Paso Ed! Nasz stary kumpel. Tropiciel wiewiórek i dolarów, zawsze chętny do gwałcenia i rozbojów. Strach przed Żywymi Trupami nawet trochę mu minął i zaczął jak dawniej mi docinać. Spływało to po mnie jak po gęsi preriowej bo Ed już taki był. Trochę strachliwy, trochę zgryźliwy, trochę cwaniaczek, a trochę bohater. Po prostu Ed Bystry Lis. Ważne, że był. Raz, że było nas więcej, a dwa, że Ed dobry był w dziczy i na szlaku co przydać się mogło.

Kiedy Charlotte i Willy zajęli się remontem parochodu ja zająłem się naszymi sprawami.
Najpierw popytałem gdzie niegdzie o przewodników do L.A. Oczywiście dyskretnie, bo nie chciałem aby ktoś z bandy Kowbojów dowiedział się gdzie chcemy jechać. Wciąż spodziewaliśmy się, że kowboje zechcą się zemścić i będą nas ścigać lub zrobią jakąś zasadzkę.

Dowiedziałem się, że żadnego przewodnika w Tombstone nie znajdziemy. Nas nikt nie chciał prowadzić z powodu zatargu z Kowbojami. Dowiedziałem się jednakże też, o miejscach na szlaku do Lost Angels, gdzie przewodnicy się zatrzymują i gdzie może udałoby się jakiegoś nająć. To mi nawet pasowało bo tajność byłaby zapewniona.

Zająłem się więc drugą sprawą. Kędzierzawy Bill Brocius wciąż chodził na wolności i wart był żywy bądź martwy 500$. Płaconych poza Tombstone. Już wcześniej obiecałem sobie, że tej sprawy tak nie zostawię – taki morderca musi dostać kulkę albo zawisnąć po wyroku Sądu. Zacząłem więc dyskretnie wypytywać gdzie sypia. Dość łatwo dowiedziałem się, że w Ike’s Place. Zamysł miałem taki aby spakować klamoty do drogi i dorwać Billa w nocy, po cichu. Potem szybko zwiać z miasta, zanim Kowboje się kapną. O dzień jazdy, w miarę po drodze do L.A. leżało Tucson, tam właśnie zamierzałem odebrać nagrodę.

Wieczorkiem wróciłem do reszty i poleciłem aby się spakowali. Ku mojemu zdumieniu parachód był prawie na chodzie i wyglądał o niebo lepiej. 4 wielkie koła, prostokątna skrzynia, a na górze brezent. W środku sporo miejsca. Charlotte była pewna, że ruszy. Powsadzaliśmy więc do niego kupa naszych klamotów i zapasów.

Wszystko było zapięte na ostatni guzik więc zajęliśmy się sprawą Billa. Poprosiłem Willy’ego aby zrobił zwiad gdzie dokładnie Billy śpi, w którym pokoju. Pomyślałem sobie, że dla dzieciaka i jego kantów to będzie łatwizna. W końcu wszyscy kowboje powinni pijani smacznie spać jak na cycuszkach mamuni, więc nie powinno być dużego niebezpieczeństwa. A potem jak Willy wróci, ruszymy My z Benem i Edem.

O północy zaczęliśmy realizować plan. Willy poszedł do Ike’s Place, a nasza czwórka usadowiła się za rogiem budynku, o jakieś 50 metrów dalej. Z początku wszystko szło ok. Willy jakimś kanciarskim cudem dostał się przez zamknięte okno do wnętrza. Potem zaległa cisza, a my zaczęliśmy czekanie.

W pewnym momencie naszły mnie złe przeczucia. Willy powinien był już wrócić. No, a jak zaczął szczekać ten jego kundel, to wiedziałem, że go mają! Ruszyliśmy szybko w kierunku Ike’s Place. Trzeba szczeniaka ratować! Ale bez hałasu bo nie chcieliśmy aby się zbiegło więcej kowbojów.

Ed poleciał wejść od tyłu, ja dałem z kopa w przednie drzwi. Puściły dopiero za 3 uderzeniem. Kiedy padały, a ja cofałem nogę, już zaczęła się kanonada. Kilka kul przeleciało mi nad głową. Ben dał ostro ze swego obrzyna do jakiegoś kowboja na schodach, a z mojej drugiej strony Charlotte puściła serię ze swego Gatlinga. Kowboj ciężko ranny wycofał się za róg.

Nagle zobaczyłem jak z za baru wynurza się Kędzierzawy Bill. Rąbnął ze swego colta,  a kula minęła mnie i poleciała w kierunku Charlotte. Zdaje się jednak, że Bill pomylił falbanki sukni z ciałem, a Charlotte była szczuplejsza niż myślał. Hehehe.

Wkurzyłem się jeszcze bardziej. Żeby w takiej sytuacji strzelać najpierw do kobiety!  Zapłaci też i za to! Nie czekając wymierzyłem i posłałem mu trzy kule z winchestera. Bach, bach, bach! Prosto w pierś. Zanim opadł z powrotem za bar już był martwy.

Widzę, że zrobiłem na Was wrażenie. Hehehe. Co słyszeliście o nim, nie? Sława Zachodu. To teraz już wiecie kto mu zafundował kopczyk za miastem i ucztę robali. Ja – Mały Ted! Ale wracając do opowieści…

Kiedy ja rozwalałem Bill’a, w tym czasie, ze schodów z góry, zaczął zbiegać następny kowboj. Ben jednak miał już w rękach swe Frontiery. Razem z Charlotte rozwalili go i tego rannego wcześniej, który się na moment znów wynurzył. I było po walce bo kolejni kowboje chwilowo się nie pokazywali. Pewnie woleli zostać w swych ciepłych łóżeczkach niż strzelać się z nami. Hehehe.

Dopiero wtedy zauważyłem, że za barem stoją Ed i Willy. Willy był dość blady, widać najadł się strachu. Dopiero potem dowiedziałem się, że Kędzierzawy Bill go nakrył i o mało co nie załatwił. Znów więc szczeniak coś skrewił ale znów też udało się go z tarapatów w ostatniej chwili wyciągnąć.

Uwijaliśmy się szybko bo od ulicy już było słychać jakieś hałasy. Obawialiśmy się 20 kowbojów na karku – tych, którzy spali piętro wyżej i tych z reszty z miasta. Podniosłem więc trupa Billa, wartego 500$ i tylnym wyjściem pobiegliśmy do swych koni i Parochodu.

O dziwo nikt nas nie ścigał i spokojnie z miasta wyjechaliśmy. Parachód też jechał na tych swoich kołach ku wspólnemu zdziwieniu. Nawet szyn nie potrzebował. Na pożegnanie krzyknąłem coś, że zabije każdego kto będzie nas ścigał oraz jego kobietę i przyjaciół. Hmm… to chyba było niepotrzebne ale chciałem zniechęcić ewentualny pościg. Nasza sytuacja nie była zbyt różowa. Włamaliśmy się do Ike’s Place i załatwiliśmy 3 facetów. Nie miało znaczenia, że były to bandziory i pierwsi zaczęli kanonadę. Nie miało znaczenia, że ratowaliśmy dzieciaka Willy’ego. Listy gończe i tak będą. Pościg pewnie i tak wyruszy. Tak wtedy myślałem.

Kiedy jechaliśmy nocą do Tucson coraz bardziej zacząłem się niepokoić. Nikt nas nie ścigał. Czyżby kowboje byli pewni swego nawet bez pościgu? To mogło oznaczać tylko jedno. Zasadzkę! Kombinowałem więc dalej. Nietrudno było odgadnąć dokąd możemy się udać. Tucson to było jedyne miasto w kierunku Lost Angels, a całą okolicą trzęśli kowboje. A jeśli w Tuscon są ich kompani? Albo Szeryf jest na sznureczku? Zbyt późno pomyślałem o telegrafie! Zacząłem być pewien, że Tuscon jest pułapką w którą sami wpadniemy!

Nad ranem znaleźliśmy odpowiednie miejsce do obrony przy jakiś skałkach i na zmiany trochę odespaliśmy nockę. Pościgu jednak dalej nie było, choć Parochód zostawiał ślad niczym stado bizonów. Potem doszło do narady co dalej. Ja chciałem porzucić trupa i udać się prosto do L.A. Najważniejsze zrobiliśmy – morderca zabity. O forsę już tak bardzo nie dbałem, szczególnie, że miałem jej sporo. Bardziej interesowało mnie nasze życie i nasza Misja Kościelna. Jednak inni chcieli podjąć ryzyko dla tych 500$ dolców, więc w końcu się zgodziłem. Czasem to nawet taki twardy sukinsyn jak ja, musi ulec aby nie rozpieprzyć grupy.

Postanowiliśmy, że zbliżymy się do Tuscon, a potem rozdzielimy. Willy i Ed się odłączą i razem spróbują zebrać 500$ od Szeryfa Tuscon. Plan polegał na tym, że Eda Kowboje nie znali, a dzieciak do dzieciaka podobny niczym goła dupa do gołej dupy. Gdyby więc obaj zwietrzyli jakąś zasadzkę zdołali by zwiać.

Tak zrobiliśmy. Obaj pojechali, a my ukryliśmy się w kolejnych skałkach i przygotowaliśmy się do obrony, gdyby pościg jednak dojechał. Potem, w czasie kilku godzin, kiedy ja zacierałem nasze ślady, Charlotte grzebała przy mechanizmie Parochodu aby tak wstrętnie nie dymił. Ten cholerny, czarny dym było widać z tak daleka, że nawet nie było mowy o skrytości naszych poczynań. Nie mogliśmy też Parochodu zostawić – zbyt dużo zapasów był wstanie dźwigać, no i Charlotte się w nim zabujała niczym w jakimś przystojniaku z wielkim… eee… narzędziem.

W końcu jej się udało. Piekielna machina zaczęła dymić znacznie słabiej i na białawo. Była więc dla nas jeszcze szansa. Wrócili też obaj nasi zwiadowcy z 500$ dolarami! W Tuscon nie było żadnej zasadzki!

Po raz pierwszy ucieszyłem się ze swego błędnego podejrzenia. Swoją drogą kowboje to prawdziwe lale, a nie bandziory. Dały se zabić w ciągu paru dni 6 ludzi, w tym jednego z przywódców bandy, Kędzierzawego Billa. I co? I nic. Jajka podkurczyli, naszczali w gacie i poszli pewnie possać cyca mamusi. Za niedługo laski będą przyjezdnym w Tombstone robić. Hehehe. Już więcej gangiem lub bandą ich nie nazwę. Co najwyżej zbieraniną oferm i bab. Nie spodziewałem się tego po nich. Jak ja byłem w bandzie Długiego Jima O’Connor to…. eee…. to stare dzieje i guzik Was to w sumie obchodzi. Koniec tematu.

Ruszyliśmy dalej w stronę L.A. Kojarzył mi się pewien stary fort po drodze. Wspominali o nim ludzie w Tombstone, że można tam  czasem spotkać przewodnika do L.A. Nietrudno mi było go znaleźć – jestem w końcu z Arizony i te strony znam dość dobrze. Po dwóch dniach dotarliśmy na miejsce.

Szczęście się do nas uśmiechnęło. Spotkaliśmy tam pewnego starszego Meksa, Emilio Chavez’a. Facet miał 11 dzieci i żył właśnie z tego, że prowadził ludzi do Lost Angels. Musiał chyba często jeździć aby takie stado wykarmić. Hehehe. Akurat jechał z L.A. do Tombstone pusty, znaczy sam. Jechał po kolejnych ludzi. Czyż można mieć większego farta?

Zażądał po 60$ za każdego z nas ale byliśmy na to przygotowani. Guzik go też obchodziło po co właściwie tam chcemy jechać. No i dobrze. Dobre też było, że Meks był rozmowny i od początku opowiadał nam o różnych zagrożeniach ze strony pustyni. Widać było, że  miał skurczybyk nieliche doświadczenie na tym szlaku. Szczególnie wrażenie zrobiła na nas opowieść o wielkich Grzechotnikach, które są w stanie za jednym razem połknąć cały Parachód i kilka koni na dokładkę. Stwory te jednak mogły się pokazać dopiero pod koniec miesięcznej podróży więc traktowaliśmy je po trochu jak bajkę.

Nasz Meks-przewodnik sprawdzał się znakomicie i omijaliśmy wszystkie niebezpieczeństwa tych stron. Ogólnie to podróż była więc cholernie nuda. Piach, trochę krzaków, żadnych ludzi i zwierząt. I tak dzień w dzień. My na koniach, Charlotte i Willy na Parochodzie. Teraz dopiero wyszło jak dobrze się stało, że namówiłem wszystkich do zakupu dużych zapasów i zabrania ich.

W końcu jednak gdzieś po dwóch tygodniach podróży dopadła nas prawdziwa groza. Najpierw natknęliśmy się na samotny ludzki wóz. Pusty. Ślady wskazywały, że doszło tu do jakiejś walki, a potem coś pociągnęło wszystkie konie i grupkę ludzi, która się broniła. Wszystko co żywe zniknęło na zawsze. Zostały jednak różne zapasy, z czego skorzystaliśmy. Wiedzieliśmy też, że nie zrobili tego ludzie tylko jakieś spore stwory.

Potem Willy przypadkiem zauważył, że w nocy łażą po nas małe pająki. A potem…, potem śmierć chciała nas pocałować i zabrać w gorące piaski pustyni.

Kiedy jechaliśmy jak zwykle i nic nie wskazywało na zasadzkę, nagle z pod powierzchni piachu wyskoczyło 5 wielkich, czarnych pająków i rzuciło się wprost na nas! Każdy sięgał przeciętnemu mężczyźnie do piersi i każdy był niesamowicie szybki oraz przerażający. Jeden skoczył wprost na mnie. Wszystko działo się tak szybko, że ledwo potwora zauważyłem i nie miałem czasu sięgnąć nawet po winchestera. Uchyliłem się przed kłapnięciem jego szczęk i w ostatniej chwili wyszarpnąłem mojego peacemeaker’a. Bach, bach – władowałem mu 2 kulki w obrośnięte grubymi, czarnymi włosiskami cielsko. Odskoczył najwyraźniej ciężko ranny, a jego 8 nóg zachwiało się. Trysnęła jakaś posoka.

Co się tak gapicie? Nie wymyślam. Pająki były wielkie jak Wasze niedowierzanie. To, że nawet w czarnych koszmarach takich nie wiedzieliście, nie znaczy, że takich nie ma. Guzik do tej pory widzieliście i tyle. Słuchajcie dalej.

W tym czasie zdaje się pozostałe 3 dobrały się do moich kumpli, a jeden próbował ugryźć Brata Tobiasza – mojego nowego muła. Ja byłem zajęty, bo właśnie celnym strzałem dobiłem Stwora. Kiedy już chciałem pomóc kompanom lub mułowi, jeden z pająków wbiegł na Meksa, przeskoczył nad Benem i rzucił się na mnie! Skoczył z 10 metrów! Najwyraźniej poznał kto ze wszystkich stanowi największe niebezpieczeństwo dla jego watahy. Może to był jaki przywódca, czy co?

Srał go pies bo i dla niego miałem ołów w mojej spluwie. Kiedy go rozwalałem, reszta poradziła sobie w końcu z pozostałymi trzema. Pięć czarnych, wstrętnych ciał leżało na piachu. Było jednak ciężko – wielkie pająki były groźnymi przeciwnikami bo zadziałały z zaskoczenia, powodowały skurcz jajek i były piekielnie szybkie. Niektórzy z nas jak np. Ben zaczęli strzelać dopiero na koniec walki! Gdyby potwory były skuteczniejsze lub bardziej twarde byłoby z pewnością po nas.

Na koniec wyszło, że Meks i Ben odnieśli rany, na szczęście lekkie i nie jadowite. Willy się nimi zajął. Przed nami zostało jeszcze dwa tygodnie podróży. Ciekawiło mnie z jakimi jeszcze potworami przyjdzie nam się zmierzyć. Oby nie z tymi wielkimi grzechotnikami…

Na tym dziś kończę. Zostało mi jeszcze trochę z Waszej beczułki więc możecie być pewni, że w nagrodę, za parę dni, będzie następna opowieść. Nie utkniemy przecież w opowiadaniu na tej cholernej pustyni, nie? Zresztą jak tu nie opowiedzieć o Lost Angels – najsławniejszym mieście Zachodu!

 

Tomek ‚Funky’ Kowalski

About Marek Meres

www.spinq.pl
Deadlands, DL po raz trzeci ,

Comments are closed.