Po drugiej stronie Lost Angels

A co to z Wami dziś? Co się tak puszycie i uśmiechacie? Przez ostatni tydzień łaziliście za mną z grobowymi minami i marudziliście jak to chcecie posłuchać zakończenia mojej historii ale nie mieliście odpowiedniego prezentu. Czyli znaczy się, dzisiaj macie? Wątpię abyście mieli coś wartego TEJ opowieści… Opowieści o bohaterach, którzy uratowali Amerykę!

O Kurde! A niech mnie Anioły wraz z Babami zeżrą! Nie mogę! Francuzeczka-blondyneczka! Skąd żeście ją wytrzasnęli na tym zadupiu?! Nieważne w sumie…. Ale ładna lala, a niech mnie… I nawet pachnie… Mówicie, że zna wszystkie światowe sztuczki i w nocy mi je zaprezentuje? No, no… Zasłużyliście więc. Ja dam Wam teraz końcową opowieść, a Wy mi później tę lalunie. Kurde, aż się będzie milej gadać. Usiądź sobie kociaczku na widoku. Teraz dobrze. Muszę se jeszcze łyknąć i już zaczynam.

Jak pamiętacie poprzednio zakończyłem w miejscu kiedy zwialiśmy z piekła Lost Angels i szliśmy w nocy przez pustynię do naszej kryjówki. Po 4 godzinach Ed jakoś doprowadził nas na miejsce. Bez niego po nocy na pewno byśmy nie trafili do tej wąskiej szczeliny w ziemi, wąskiej i ciasnej jak… eeee… moje myśli zbytnio odeszły w stronę tego co mnie czeka po skończonej opowieści. Hehehe. Już wracam do tematu.

Na miejscu obudziliśmy Willy’ego. Dzieciak pod naszą nieobecność musiał znów coś zmajstrować tym swoimi kantami bo ranny był. Pierwsze co więc zrobiłem, to dałem mu moją tabletkę na rany, którą jeszcze miałem od Doktora Imperiusa. Jak będzie przy forsie to mi odda. Potem pokrótce opowiedzieliśmy dzieciakowi wszystko co nas spotkało w L.A. Wykopaliśmy też od razu ze skrytki naszą broń i gotówkę. Byliśmy na maksa zmęczeni więc poszliśmy spać, oczywiście wystawiając warty. Spodziewaliśmy się ewentualnego pościgu Aniołów ale raczej w południe, nie teraz.

Obudziliśmy się koło 9 i zaczęliśmy obgadywać sytuację. Pirat, Johnny Romero wskazany nam przez Szeryfa przebywał w porcie koło Lost Angels. Tylko on znał drogę do Twierdzy. Musieliśmy więc udać się najpierw właśnie tam. Mieliśmy jednak niezły zgryz, bo byliśmy poszukiwani w L.A. i ktoś mógł nas rozpoznać w porcie. Poza tym nie wjechalibyśmy przecież do L.A. naszym parochodem. Parochód – to byłaby dopiero okoliczna sensacja i wystawienie się Aniołkom.

Stanęło więc na tym, że pójdziemy pieszo, zabierając dwa pozostałe nasze konie, a parochód zostawimy. Skoro tak, to zabraliśmy się z Edem za zacieranie śladów, tak aby nikt do naszej szczelinki w ziemi nie trafił. Szło nam całkiem dobrze i oddaliliśmy się spory kawałek od mini kanionu, kiedy nagle usłyszałem odległy tętent koni. Złapaliśmy zaraz z Edem za lunety i zobaczyliśmy pościg Aniołków! Około 15-20 jeźdźców!

Pobiegliśmy z powrotem krzykiem ostrzegając resztę. Nasze miejsce nie było zbyt dobre ani na pułapkę ani do obrony. Musieliśmy więc zwiewać albo desperacko walczyć. Postanowiliśmy zwiewać bo mieliśmy w zanadrzu nielichy argument – nasz parochód. Szybko wrzuciliśmy do niego nasze klamoty, przywiązaliśmy do niego dwa konie i sami upchnęliśmy się w środku. Charlotte dała gazu i ostro ruszyliśmy do przodu.

Wyparzyliśmy z impetem z naszej szczelinki zostawiając pościg daleko za sobą. Ja siedziałem z tyłu z moim Remingtonem. Jakby tylko zbliżyli się na odległość strzału Ja i Ed mieliśmy ich zniechęcić do dalszej pogoni. Jednak po jakiś 300 metrach wjechaliśmy chyba na jakiś kamień czy coś, bo nagle parochód niesamowicie podskoczył, zakręcił i przewrócił się przez burtę. Wszyscy polecieliśmy na glebę. Ben srodze się poobijał ale reszta na szczęście miała tylko otarcia. Pościg jednak się zbliżał, a my sterczeliśmy na tej pieprzonej pustyni niby czerwona indiańska dupa zza kaktusa – nic tylko strzelać!

Pod  wpływem zagrożenia weszły w nas jakieś dodatkowe siły i wspólnie udało nam się na powrót przewrócić parochód na koła. Trochę ucierpiał ale dało się jechać dalej. Charlotte kolejny raz ostro przyśpieszyła i znów gnaliśmy przed siebie zostawiając coraz bardziej pościg za nami. W pewnym momencie osiągnęliśmy taką prędkość, że nasze konie przywiązane do parochodu zaczęły nie wyrabiać. Konia Willy’ego musieliśmy odciąć, a mój nowy nabytek (po tym pisarzu) gonił resztką sił. Wkrótce jednak pościg został daleko z tyłu i odpuścił. Udało nam się zwiać. Nie ma co, mój szacuneczek do parochodu wzrósł ogromniasto.

Aby mieć pewność, że już nie jadą za nami zaczailiśmy przy jakiś skałkach na dwie godzinki. Nie pojawili się. Teraz już pewni swego zmieniliśmy kierunek i pojechaliśmy w stronę portu, okrążając od południa L.A. W końcu udało nam się znaleźć niezłe miejsce na ponowne schowanie parochodu w grupie wyższych skałek, o jakąś godzinkę drogi do portu. Zostawiliśmy tam parochód, konia, zapasy i trochę klamotów. Resztę zabraliśmy na własnych grzbietach i koło wieczora piechotą poleźliśmy do portu. Charlotte na swe zgrabne nóżki założyła ciężkie, metalowe buciory, które nazwała rakietowymi. Ponoć potrafiła w tym latać! Chciałem to zobaczyć – latający człowiek dzięki jakimś ognistym butom! Ale te zgrabne nóżki unoszące się nade mną –  brzmiało to całkiem smakowicie, a wyżej… Nie, no musicie tą francuzeczkę jednak schować głębiej w cień! To co przed chwilą zrobiła ze swymi nogami trochę mnie rozproszyło! No, teraz lepiej!

Wleźliśmy do środka kiedy było już ciemno. Liczyliśmy na to, że pod osłoną nocy nikt nas nie rozpozna i łatwiej będzie się nam poruszać. Port trochę przypominał Lost Angels ale przede wszystkim nie było zasieków z drutu kolczastego, no i nie śmierdziało tak okrutnie. Wszystkie napotykane patrole Aniołów staraliśmy się omijać szerokim łukiem. Kierowaliśmy się w stronę centralnego nadbrzeża portu, gdzie mieliśmy nadzieję zastać naszego pirata i Wilka Morskiego, Johnny’ego Romero.

Po drodze z ciekawszych rzeczy minęliśmy port Aniołów, odgrodzony od reszty portu, w którym byliśmy oraz kolejkę szynową, którą Aniołowie transportowali z własnego portu różne rzeczy do L.A. W porcie Aniołów stały statki większe i potężniejsze niż gdzie indziej. Stały tam też te ich osławione, metalowe, wielkie ścigacze.

W końcu dotarliśmy na nadbrzeże. Różnorakie kutry, łódeczki, barki i inne tratwy kołysały się na morzu wesoło poprawiając mi trochę nastrój. Wkrótce znaleźliśmy porządniejszą marynarską spelunę, która miała nawet swoją nazwę – Tawerna „Splunięcie Neptuna”. Reszta nawet nazw nie miała więc ta jedna rzuciła nam się w oczy.

Wleźliśmy do środka tej całej tawerny – ścisk był niesamowity ale Aniołów żadnych widać na szczęście nie było. Może dlatego taki ścisk, pomyślałem se wtedy i cieplej zacząłem traktować to miejsce. Od razu skierowaliśmy się więc do barmana.

Barman, wielkie chłopisko śmierdzące morzem i rybami, z początku przyjął nas nieufnie, że niby szczury lądowe jesteśmy, którym wcale nie musi pomóc. Nie pomogło nawet moje 5 dolców, które chciałem dać za informacje. O dziwo lody przełamała Charlotte, która wstawiła niezłą bajeczkę, że niby dwa razy opłynęła jakiś przylądek Horn. Cokolwiek to było, zrobiło wrażenie na barmanie, zaczął dopytywać Charlotte, a końcu postawił jej jakiegoś morskiego drinka, po którym Charlotte ledwo co stała. Jak wypiła drugiego, to już zaczęła głupio śpiewać i trza jej było pomagać w poruszaniu się.

Ale efekt osiągnęliśmy. Barman przypomniał sobie, że zna Johnny’ego Romero, a nawet to, że tego wieczora miał się pokazać w tawernie. Wygospodarował nam kawałek stolika i czekaliśmy sobie popijając whisky i podtrzymując Charlotte.

Dowiedzieliśmy się, że miejscowi jakoś z Aniołami żyją, po prostu nie wchodząc sobie w drogę. Wspólne interesy handlowe powodowały, że sytuacja była  w miarę stabilna. Aniołowie zapuszczali się do tej części portu rzadziej i życie było ciut normalniejsze. Poza tym żyło w porcie jeszcze masę innych nacji jak choćby Chińczycy, były też różne organizacje z Labiryntu. Na szczęście więc, nie było to piekło Lost Angels, a my mieliśmy jakąś szansę.

W końcu po godzince pojawił się nasz pirat. Trochę był obdarty ale od razu poznałem bratnią duszę, twardego gościa. Wywaliliśmy więc całą prawdę, że jesteśmy znajomymi Szeryfa z L.A. i szukamy Twierdzy. Nawet spokojnie wszystko przyjął i po krótkich targach dobiliśmy interesu. Zaoferował, że weźmie nas za forsę w okolice Twierdzy ale do samej twierdzy już nie. Bał się o swoją łódkę. Zbytnie niebezpieczeństwo złapania przez ścigacze, mówił. Twierdza, wielka forteca Wielebnego Grimme, stała na samotnej wysepce, a on chciał abyśmy wysiedli w malutkiej łódeczce milę dalej, a potem sami sobie podpłynęli. Czekał by na nas w tym samym miejscu.

O samej Twierdzy nie wiele wiedział, raptem dwa razy ją widział. Nie chciał też poznawać naszych spraw. Interes to interes, mówił. No i dobrze, pomyślałem se wtedy, nie ma to jak zawodowiec. Musieliśmy się cholernie spieszyć, bo czas podpisania porozumienia zbliżał się szybko, choć nie znaliśmy dokładnej daty. Umówiliśmy się więc na rano, aby cały dzień płynąć, a wieczorem dotrzeć do twierdzy. Jego łódka, Świt,  wyglądała ponoć jak żywy trup. Powiedzieliśmy, mu, że już takie stwory widzieliśmy więc sobie porównamy, hehehe.

Zapytaliśmy go jeszcze, o nader interesującą nas sprawę czyli czarownicę Madamoiselle Gabrielle. Ze słów Szeryfa Dunston’a wynikało przecież, że ona zna różne tajemnicę i jeśli uda się nam ją znaleźć sporo się dowiemy, być może jak wejść do twierdzy. Niestety nasz pirat i przemytnik kapitan Johnny’ego Romero, nie wiedział gdzie ona jest. Sądził, że raczej jest w Lost Angels niż w porcie. Jedyne co, to dał nam namiary na barkę pewnego murzyna, gdzie sami mogliśmy się ukryć przed Aniołami tej nocy. Dobre i to.

Było już koło 11 w nocy, a rano wypływaliśmy. Mieliśmy więc tylko kilka godzin aby odnaleźć czarownicę. Kilka godzin w środku nocy, a do przeszukania Wielki Port i dwudziestotysięczne zamknięte miasto! No dodatek czarownica ukrywała się dotychczas doskonale przez setkami Aniołów. Jak nam niby mogło się udać? Musieliśmy jednak próbować, bo od tego mogło wiele zależeć.

Pożegnaliśmy się z naszym piratem i udaliśmy się na barkę murzyna. Mieliśmy nadzieje, że skoro on daje schronienie ściganym przez Aniołów to powinien wiedzieć gdzie może być największa poszukiwana w mieście. Niestety, barka była świetnym ukryciem ale murzyn nic nie wiedział o tej francusce. Dupa zbita.

Nie pamiętam już kto z nas wpadł na doskonały pomysł, że zapytał murzyna o najlepszego sprzedawcę ciuchów  w porcie. Chyba Ed. Pomysł był o tyle dobry, że młoda i majętna francuska na pewno lubiła ubierać się elegancko i jak każda baba pewnie lubiła ciuchy. Murzyn znał taką osobę, niejakiego Terence’a Gaultier’a. Sprowadzał on różne ubrania między innym z Europy, a poza tym handlował też innym rzeczami jak choćby kosmetyki. Idealny kandydat do znajomości z naszą francuską. Poza tym była szansa, że uda się go po nocy zastać w jednej z knajp.

Udaliśmy się więc do  „Białej Damy” dość porządnego jak na tutejsze warunki lokalu. Miałem nadzieję, że jeśli nie wypali pomysł z handlarzem, to może nasza czarownica-kanciara lubi grać w jakieś gry, choćby karty jak Willy. Wtedy byłaby szansa aby ją namierzyć choćby w takich lokalach jak „Biała Dama”. Po rozpytaniu jednak okazało się, że hazard w porcie praktycznie nie istnieje i nic tą drogą nie osiągniemy.

W Białej Damie szczęśliwie zastaliśmy tego handlarza Gaultier’a. Wysłaliśmy do gadki z nim Bena. Najmilej i najbardziej elegancko z nas wyglądał, a nie chcieliśmy gościa przedwcześnie wystraszyć. Idealna byłaby Charlotte ale wciąż nie była zdolna do normalnej rozmowy i mogłaby wszystko spieprzyć.

Ben coś tam pogadał, coś tam próbował podpytać ale niczego się nie dowiedział. Gaultier ponoć żadnej francuski nie znał. Zauważyliśmy jednak, że wkrótce po tej rozmowie, dość nerwowo opuścił lokal. Ja chciałem faceta od razu ostro przydusić, aby wszystko wyśpiewał, ale w końcu stanęło na tym, że Ed miał go śledzić.

Po jakiejś godzince wrócił Ed z ciekawymi informacjami. Gaultier polazł do jakiejś budki strażniczej koło szyn kolejki Aniołów. Tam gadał z jakimś mężczyzną i coś mu przekazał. Chyba kartkę i trochę dolców. Dziwne mi się to zdawało, bo skoro chciał na nas donieść Aniołom, to po co sam dawał dolce? Zwykle informator kasę odbiera, a nie daje. Kto więc był w budce?

Postanowiliśmy w końcu dorwać i przydusić obu. Najpierw poszliśmy do tego z budki. Mieliśmy coraz mniej czasu, więc nie bawiłem się w żadne gierki i po prostu kazałem wyjść facetowi. Ed zaczaił się za drzwiami. Facet chyba wziął mnie za swego kumpla Anioła, który przyszedł go zmienić na warcie, bo zdezorientowany wylazł. Wtedy Ed go zdzielił po łbie  i był nasz. Związaliśmy go i zanieśliśmy do starej, pobliskiej szopy.

Polałem go wodą, a kiedy się ocknął pokazałem mu swą wredną gębę i kazałem gadać wszystko co wie. Nie dość, że zlał się w gacie to jeszcze i zesrał. Mięczak. Wszystko nam wyśpiewał trzęsącym się ze strachu głosem.

Był Aniołem, który stróżował przy torach. Był też przekupny jak sam siebie określił. Gaultier zapłacił mu aby zaniósł na kartce wiadomość do Grant Hotelu w Lost Angels. Już tak nieraz obaj robili. Na kartce było coś napisane w obcym języku. Na szczęście nasza Charlotte powoli doszła już do siebie i kartkę nam przeczytała, twierdząc, że to po francusku. Było to ostrzeżenie, że jacyś jegomoście interesują się Madamoiselle! Znaczy pisali o nas. A więc nasza francuzeczka była w Grant Hotelu! Tym samym w którym myśmy nocowali będąc w L.A.

Przecież tam prawie nikogo nie było oprócz nas. Prawie, bo przypomniała mi się pewna zbzikowana staruszka o lasce. A więc to musiała być ona! Tak blisko nas! Co za cudowne przebranie i to pod samym nosem Aniołów. No, no, nasza czarownica musiała być naprawdę dobra i mieć jaja większe niż niejeden facet, hehehe. Na dodatek właściciel Grant Hotelu – Angus McDonald musiał cały czas o niej wiedzieć i przekazywać jej te tajne wiadomości.

Był środek nocy i czasu zostało coraz mniej. Postanowiliśmy jednak udać się do Grant Hotelu. Jedyną naszą szansą było ponowne przejście przez drut kolczasty. Wybraliśmy więc odpowiednie miejsce pomiędzy wieżyczkami strażniczymi. Następnie Willy pożyczył od Charlotte nożyce do cięcia drutu, potem coś na siebie zakantował i zniknął nam z widoku. Dość szybko zobaczyliśmy powiększającą się dziurę, a potem jakby cień Willy’ego, który machał abyśmy zaczęli przełazić.

Wszystko szło po cichu i gładko do momentu jak ja nie próbowałem przejść. W skradaniu się nigdy nie byłem za dobry i zaczepiłem ubraniem o ten cholerny drut, wywołując mocno słyszalny zgrzyt. W tym momencie skierował się w naszą stronę pobliski patrol Aniołów. Ja jednak wciąż nie mogłem się uwolnić i znów czułem się jak wystającą indiańska dupa do odstrzału. Na szczęście pomógł mi Willy, który niby cień przekradł się dalej i rzucił kamieniem odciągając uwagę Aniołów. W końcu udało mi się przejść i wszyscy byliśmy na powrót w znienawidzonym i piekielnym Lost Angels.

Wiedzieliśmy gdzie jest Grant Hotel, więc tym razem szliśmy prosto do celu, omijając wszystkie patrole już z daleka. W końcu szczęśliwie dotarliśmy. Postanowiliśmy nie bawić się w żadne gry i podchody, a od razy zapytać właściciela, Angusa McDonald’a o francuskę. Angus’a już poznaliśmy wcześniej i wiedzieliśmy, że to porządny chłop, któremu można zaufać i któremu możemy się pokazać, pomimo obławy na nas.

Obudziliśmy więc Angusa. Mocno się zdziwił jak nas zobaczył ale był chętny do gadki. Chyba przekonało go do nas dodatkowo to, że Aniołkowie nas szukają. Nasze konie wciąż były u niego. Przywitałem się więc z Dużym Tedem i obiecałem mu, że już wkrótce go stamtąd zabiorę. W końcu Angus nam pomógł. Poszedł do starej babci, która faktycznie okazała się naszą poszukiwaną czarownicą. Francuska zgodziła się nas przyjąć.

Kiedy weszliśmy do jej pokoju w niczym nie przypominała starej jędzy. Była młoda, ładna i faktycznie elegancko ubrana. Pachniała trochę jak ten Wasz kociaczek. Była też naszą ostatnią szansą na rzetelne informacje o Wielebnym Grimme, Aniołach i twierdzy. Powiedzieliśmy więc jej całą prawdę o tym co chcemy zrobić.

Doskonale orientowała się w sytuacji. Wiedziała, że nasz D.C. to w rzeczywistości David Chamberlain i faktycznie przebywał wtedy w twierdzy. Powiedziała nam, że Wielebny Grimme nie jest człowiekiem, a pochodzi z drugiej strony. Jokery, z którymi ja się pojedynkowałem, a Willy grał w karty aby zrobić kanta, to dla niego cianiarze i jego sługusy. Wielebny to jakby taki Wielki Joker i my jako zwykli ludzie byliśmy z nim bez szans. Szlag by to, nastroje nam siadły niczym Żywy trup na swej ofierze.

Madamoiselle Gabrielle powiedziała nam jednak też inne rzeczy. Mówiła na przykład, że zna różne magiczne moce przeczuć, dzięki którym udaje jej się normalnie żyć i jednocześnie swobodnie poruszać się pomimo obławy Aniołów. Przede wszystkim jednak zaczęła nam wróżyć ze swoich kart. Tarot to chyba nazwała. Wywróżyła, że wcale do twierdzy nie dojdziemy, jednak wciąż musimy podążać poprzednio obraną ścieżką. Że rozegrają się dwie bitwy, z tego jedna na morzu a druga gdzieś. To „gdzieś” nie miało być ani lądem, ani morzem. I te 2 bitwy miały zdecydować co dalej nastąpi. Poza tym mówiła, że nie będziemy walczyć ani z Wielebnym ani z D.C. Przeznaczony nam był ktoś inny ale też bardzo ważny.

Niezłe bujdy, pomyślałem sobie wtedy. Ani na lądzie ani na wodzie czyli niby gdzie? I tak jej nie wierzyłem, bo nigdy nie wierzę w jakieś brednie o przyszłości. Najważniejsze, że Madamoiselle twierdziła, że i D.C. i Wielebny są teraz w twierdzy, no i chciała iść z nami!

Szybko spakowała swoje klamoty i razem wyszliśmy w noc. Madamoiselle prowadziła, a myśmy szli za nią jak po sznurku. Po kilku minutach marszu nabrałem jednak do Gabrielle szacunku. Nie wiem jak to robiła ale nawet nie zauważyliśmy żadnego patrolu. Tak jakby wiedziała gdzie są w danej chwili.

Bez najmniejszych problemów doszliśmy do zapory z drutu kolczastego. Tam francuska pokazała nam dziurę przez którą bez problemowo przeszliśmy. Znów zero Aniołów. To faktycznie czarownica, pomyślałem o niej zdumiony. Czyżby rzeczywiście twierdza nie była nam przeznaczona?

Już powoli wstawał dzień, kiedy zmęczeni dotarliśmy na statek Świt. Faktycznie wyglądał jak żywy trup, hehehe. Coś z niego odłaziło i cały był pokiereszowany. Właściwie to zastanawialiśmy się, czy jest w stanie popłynąć. Kapitan Johnny Romero już na nas czekał. Na widok dodatkowego pasażera wcale się nie zdziwił, a wręcz ucieszył. Skasował też Madamoiselle sporo taniej niż nas. Ja chyba taką ładną lalunię też bym mniej skasował, hehehe.

Na stateczku oprócz kapitana krzątało się dwóch jego pomocników. My wszyscy oprócz Willy’ego udaliśmy się pod pokład spać. Willy zafascynowany był Madamoiselle. Dzieciak chciał się od niej zdaje się czegoś nauczyć. Ich sprawa.

Pod pokładem zaproponowałem Charlotte małe figle na zakończenie udanego dnia ale odmówiła. Chciała się tylko przytulić. Przytuliłem ją więc, a kiedy zasypialiśmy nagle zobaczyliśmy jak statek unosi się trochę nad wodę, a potem jakimś magicznym sposobem frunie nad falami. Oj, Willy, Willy znów się popisujesz, zdołałem pomyśleć zanim zamknąłem na dobre oczy i nie zachrapałem wprost do ucha Charlotte. Na szczęście już chyba spała.

Obudziliśmy się popołudniu. Willy łaził po pokładzie zadowolony jakby co najmniej przeleciał Madamoiselle. Twierdził, że zdołał się nauczyć czegoś nowego, bardzo fajnego ale pokaże nam później jak już dobrze to połapie. Miałem jedynie nadzieję, że to nie jakiś wybuchowy kant, bo od pomyłek i wpadek Willy’ego już różne rzeczy nam się przytrafiały.

Po jakiś dwóch godzinkach opływaliśmy akurat jakąś wyspę, kiedy wpłynęliśmy wprost na olbrzymi okręt wojenny. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Mnóstwo dział i kupa ludzi na pokładzie. Excellence się zwał. Cały ze stali i pod banderą Południa! Nasz kapitan próbował go jakoś minąć ale było już za późno, bo nas zauważyli. Kazali nam stanąć i spuścili do nas szalupę. Ja i większość z nas, szybko pozbyliśmy się swoich gwiazd Unijnych Szeryfów, wyrzucając je za burtę. Czekałem spokojnie, no bo przecież byłem z południa, z Arizony, a nasza misja wymierzona była w Unię! Ci ze statku byli więc naszymi sprzymierzeńcami!

Kazali nam oddać broń i wsiąść do szalupy. Nie było nawet żadnych gadek. Na szczęście już na pokładzie Excellence przywitał nas kapitan Allan Birmingham, śmiesznie ubrany, w taki morski strój z trójkątnym kapeluszem i szablą. Naszym babom jednak się to podobało, bo głupawo uśmiechały się obydwie do niego i pozwoliły poprowadzić się pod ręce. A może to dlatego, że słodził im cały czas od momentu jak je zobaczył? Kto tam baby zrozumie?

Nieważne, ważne było to, że od razu powiedziałem mu, że wykonujemy tajną misję dla Południa właśnie i oni mogą nam pomóc. W końcu kto jak kto, ale taki wielki statek chyba mógł rozwalić twierdzę, nie? Kapitan chciał poznać wszystkie szczegóły, więc spoważniał i zaprosił nas do swej kajuty.

Wyłożyliśmy mu wszystko jak na spowiedzi. Że wysłał nas biskup z Santa Fe, że mamy nie dopuścić do podpisania porozumienia między Unią i Kościołem Wielebnego Grimme, że płyniemy do Twierdzy bo tam jest David Chamberlain czyli wysłannik Unii. Jego właśnie chcieliśmy zabić.

Kapitan zdziwił się mocno, bo jego misja polegała prawie na tym samym. Myślał jednak, że rzecz jest tak tajna, że tylko on o tym wie. Południe dostało cynk od biskupa katolickiego, że do takiego porozumienia ma dojść i wysłało swą flagową jednostkę floty aby zatopiła jednostkę przeciwnika, na której miało dojść do podpisania porozumienia. Bo ten układ mógł być podpisany tylko na terytorium Unii. Ciężko było w tej okolicy o takowe, więc wymyślono, że Unia wyślę swój Liniowiec „Jamaica”. Wielebny Grimme nie chciał widać ruszyć swej dupy i wybrać się na terytorium Unii o kilkaset kilometów od L.A.

Kapitan czekał więc, aż w pobliżu pojawi się Jamaica i miał zamiar ją zatopić wraz ze wszystkimi, którzy chcieli układ podpisać. Nie nam było mieszać się do tego planu, poza tym na bitwach morskich nie znaliśmy się wcale. Nie widzieliśmy też miejsca dla siebie na okręcie podczas takiej bitwy. Poprosiliśmy więc kapitana aby pozwolił nam odpłynąć naszym stateczkiem i próbować wykonać naszą misję. W końcu się zgodził.

W tym momencie nasza francuzeczka postanowiła rozstać się z nami i zostać z kapitanem. Do dziś nie wiem, czy on ją tak zauroczył, czy też przewidywała co za moment nas spotka i wcale nie chciała brać w tym udziału. A może jedno i drugie? My w każdym razie popłynęliśmy dalej w stronę Twierdzy, tak jak cały czas planowaliśmy, tak też, jak radziła nam wcześniej sama Madamoiselle Gabrielle.

Był już wieczór, a my byliśmy dość blisko twierdzy, kiedy zobaczyliśmy jeden z tych śmigaczy Aniołów. Kapitan próbował go minąć ale nagle coś się stało i wciąż się do nich zbliżaliśmy. Jakby unoszeni dziwną zła mocą. Z odległości kilkuset metrów dostrzegliśmy w końcu samotną figurkę patrzącą na nas z burty tamtego statku. Obaj z Edem złapaliśmy za naszą broń. Ed wystrzelił od razu ale nie trafił, ja chciałem zakantować. Nie dane mi jednak było, bo nagle figurka zamachała rękami, a my znaleźliśmy się nagle w innym miejscu, dziwnym miejscu, niesamowitym miejscu.

Byliśmy gdzieś ale sami nie wiedzieliśmy gdzie. Otaczała nas kompletna ciemność, nie było nic słychać ani widać. Światełka na naszym statku też przestały świecić. Jakbyśmy unosili się w nicości czerni. Trwało to dłuższą chwilę, aż w końcu jakieś cienie zaczęły się wynurzać z ciemności i światełka wróciły. Cienie okazały się setkami wraków starych statków, a my dobijaliśmy do wybrzeża portu Lost Angels! Tyle, że nie było to normalne wybrzeże tylko jakieś wypaczone i jakby za setki lat. Nie było też tu żadnych ludzi ani zwierząt. Ruiny i wraki. Śmierć i zniszczenie. Cisza i smród. No i jeszcze coś. Cholerny strach ściskający jaja.

Dziś myślę sobie, że postacią, którą widzieliśmy i do której próbował strzelać Ed, musiał być sam Wielebny Grimme. Pewnie płynął akurat na Jamaicę aby podpisać porozumienie. Kto zresztą miałby tyle ciemnych mocy aby statek i nas wszystkich zesłać w takie miejsce? Tylko on.

Zeszliśmy na ląd. Kapitana Romero poprosiliśmy aby na nas zaczekał. Zresztą tak był zdumiony i wystraszony tą całą sytuacją, że za nic w świecie nie chciał opuścić swej łajby. My wiedzieliśmy gdzie mamy się udać. Prosto do Katedry w sercu Lost Angels, bo gdzieżby indziej? Wciąż jednak pozostawało dla nas zagadką, co to właściwie za miejsce. Czyżby to właśnie było owo gdzieś, o którym mówiła nam Madamoiselle Gabrielle? A może była to jakaś kopia prawdziwego L.A ale wszystko tu było jakieś skrzywione, jak w koszmarnym śnie? Może pokazywała się tu tylko ta zła strona?

Początkowo droga mijała nam spokojnie. Pełno ruder budynków ale za to nikogo na ulicach. Wkrótce jednak zaczęliśmy spotykać patrole złożone z NICH.

Istoty te kiedyś pewnie mogły być ludźmi-Aniołami, ale teraz wyglądały tak jakby coś je obgryzło, a ubranie miały w strzępach. Potwory te trochę przypominały mi Żywe Trupy, lecz był od nich bardziej przerażające. Chodziły tak jak Anioły piątkami i tak jak Anioły patrolowały obszar swojego L.A.

Ze dwa potworne patrole udało nam się wyminąć, ale przy trzecim Ben potknął się dość hałaśliwie i stwory nas zauważyły. Od razu rzuciły się w naszą stronę z olbrzymią szybkością, wystawiając kły i pazury. Charlotte jak je z bliska zobaczyła, nie wytrzymała i zamiast strzelać zaczęła wymiotować uciekając do pobliskiego budynku. Willy i Ed  też zwiali przez drzwi. Tylko ja i Ben zostaliśmy i zasypaliśmy Stwory gradem kul. Dwa pierwsze nim dobiegły już były martwe, kolejne trzy próbowały nas atakować ale uchylaliśmy się sprawnie. Po kilku chwilach leżały u naszych stóp jak zakrwawiona czerwona masa.

Polejcie wodą naszą francuzeczkę! Pierwszy raz słucha mojej historii i biedaczka omdlała. Mam nadzieję, że się nie zlała, bo z pięknego zapachu przypominającego mi Madamoiselle Gabrielle nic nie zostanie! Wracając jednak do drugiej strony piekła…

Po wyminięciu pod osłoną nocy kilku następnych patroli, w końcu dotarliśmy w pobliże Katedry. Tu odczuwalny ciężar śmierci i przerażenia był jeszcze większy. Willy postanowił, że pójdzie do wnętrza katedry na przeszpiegi, oczywiście ukrywając się dzięki swym kanciarskim czarom. My czekaliśmy za rogiem Katedry. Ciemność nocy nam sprzyjała. Wkrótce Willy wrócił opowiadając nam co zobaczył.

W środku Katedry stał wielki ołtarz jakby z czarnego kamienia, przy którym znajdowało się kilkunastu Aniołów. Sześciu z nich ubranych było na czerwono i posługiwało się jakąś czarną magią. Najbardziej z nich wyróżniał się jeden trochę inaczej ubrany, stojący za ołtarzem, ciągle koncentrujący się na nim. Poza tą szóstką reszta to były te same stwory, z którymi już walczyliśmy. Stwory przy ołtarzu zajmowały się rozbieraniem go, kawałek po kawałku, na małe czarne kamienie i grudki. Czyżby do celów, o których pisał Stout, czyli po to, aby gdzieś w Ameryce budować kolejne ołtarze i rozsiewać swą czarną moc? Prawdziwe przygotowania do ekspansji ohydnego kultu.

Oprócz tych przy ołtarzu, w reszcie Katedry było z 50 innych Stworów-Aniołów. Kręcili się wszędzie. Byli też w części bocznej katedry, przez którą udało się przekraść Willy’emu. Mogliśmy więc albo próbować wejść od frontu i walczyć z kilkudziesięcioma Aniołami, albo też próbować się przekraść, jak Willy, pod długimi stołami części bocznej. Tamtędy dało się dojść prawie do samego ołtarza.

Nie dziwi więc, że postawiliśmy na drugi sposób. Dawało to nam możliwość ataku z zaskoczenia na przywódców przy ołtarzu. Najpierw trzeba było zabić Kapłanów, a potem mogliśmy się martwić resztą.

Kiedy my obmyślaliśmy szczegóły, Charlotte zaczęła konstruować jakąś bombę. Zaczęła od dynamitu oraz upiorytu, które miała przy sobie, a potem to wszystko opakowała w różne blachy i inne nazbierane dookoła rzeczy. Powstał spory, dziwaczny pakunek. Powiedziała nam, że odłączy się od nas, wzleci w górę katedry na swych butach, przez otwory okienne dostanie się do środka i zrzuci tą bombę na ołtarz i osoby wokół niego. Dopiero kiedy rąbnie, my mieliśmy zaatakować.

Brzmiało to dla mnie dość oszołamiająco, ale Charlotte już nie raz pokazała, że nie jest zwykłą kobietą. Aby wszystko skoordynować w czasie umówiliśmy się z nią, że najpierw my wejdziemy, a dopiero po minucie ona wystartuje. Razem z Willy’m rzuciliśmy na wszystkich kanciarską ochronę. Od tej chwili mieliśmy około 5 minut, czyli czas jej działania. Nasza szanse dzięki temu wszystkiemu rosły, ale czy wystarczająco?

Ruszyliśmy. Pierwszy szedł Willy, pokazujący drogę, potem skradający się jak indianiec Ed, na końcu Ja i Ben. Całą drogę zrobiliśmy na czworaka pod jednym ze stołów. Widzieliśmy tylko nogi stworów i niezauważenie udało nam się dojść do końca bocznej Sali.

Nagle jak nie rąbnęło! Huk, błysk, kupa dymu i odgłos walącego się ołtarza! Bomba Charlotte zadziałała! I to jak! Przez dym zobaczyliśmy rozwalony ołtarz i leżące wokół niego ciała Stworów-Aniołów. Tylko kapłani stali jeszcze na nogach. Korzystając z zamieszania szybko wyskoczyliśmy z pod stołu. Do resztek ołtarza i kapłanów mieliśmy jakieś 30 metrów. Rzuciłem jeszcze na Bena i siebie kant polepszający celność i już zaczęła się walka.

Strzeliłem jako pierwszy z wincha w głowę głównego Kapłana, ale jakimś cudem zdołał uniknąć. Tak jakby coś odepchnęło moją kulę. Widząc więc, że walka może się przedłużyć rzuciłem polepszenie celności strzału również na stojącego obok Eda. Potrzebny był nam każdy dokładny pocisk! Zasypaliśmy ich więc gradem kul, lecz nasze strzały działały na nich dużo słabiej niż powinny. Coś je hamowało. Pewnie ta ich czarna magia, pomyślałem.

W tym czasie kapłani zaczęli walić w nas magicznymi błyskawicami. Oczywiście tylko Ci, którzy w chaosie tego wszystkiego zorientowali się gdzie stoimy, hehehe. Ja zdołałem swojej uniknąć, inni też. Benowi udało się lekko zranić głównego kapłana, a on natychmiast chciał go porazić królową błyskawic. Wyglądała tak, że mogłaby powalić wielkiego, pustynnego, stumetrowego Grzechotnika! Ben jednak uniknął i rzucił się przed siebie skokiem, ciągle strzelając ze swych rewolwerów! Usłyszeliśmy za sobą huk jak ta błyskawica rąbnęła w kawałek Katedry, rozwalając go.

Nagle z góry usłyszeliśmy charakterystyczny stukot Gatlinga! Charlotte wygarnęła serią prosto w głównego kapłana! Chyba się tego gnój nie spodziewał, bo go zraniła. Atak z nieba, prawdziwie anielski, hehehe. Po chwili usłyszeliśmy drugą serię! A zaraz potem Ben rąbnął i skończył sprawę – główny Kapłan padł! Złapaliśmy ich za jaja!

Skoncentrowaliśmy ogień na reszcie kapłanów. Zraniłem jednego, a potem dokończył go Ed. Zirytowałem się, że mi tak słabo idzie, więc podparłem się kolejnym kantem zwiększającym prędkość i rozmiar moich kul. Chciałem zobaczyć co ta ich magia powie na to. W międzyczasie sypały się na nas kolejne błyskawice. Jedną oberwałem ale osłoniła mnie kanciarska ochrona. Ben i Ed ostro strzelali i chyba załatwili kolejnego, Willy gdzieś zniknął, nie widziałem też co z Charlotte.

W końcu nadszedł mój moment – strzałami w głowę rozwaliłem dwóch, reszta dokończyła trzeciego i było po mrocznych kapłanach. Nagle zobaczyliśmy Stwory atakujące nas od tyłu, od strony części bocznej katedry, skąd przyszliśmy. Zdaje się, że najpierw rzuciły się na Willy’ego, bo wypadł w naszym kierunku z krzykiem, mając tuż za plecami dwa stwory. Nie daliśmy się jednak zaskoczyć. Na mnie z Benem wyskoczyły też dwa. Załatwiłem pierwszym strzałem jednego, a zraniłem drugiego. Dokończył go Ben, który chwilkę później ostrzelał też pozostałe cztery, które były blisko nas. Strzelał też Ed i zdaje się, że Charlotte. Stworów zaczęło się pojawiać coraz więcej kiedy nagle… znaleźliśmy się w innym Świecie, normalnym świecie.

Staliśmy przy ołtarzu prawdziwej Katedry, światełka świec w środku paliły się normalnie, w pobliżu nikogo nie widzieliśmy. Sam ołtarz był sporo mniejszy i mniej okazały niż tamten, w tym dziwnym świecie, gdzie byliśmy przed chwilą. No i stał sobie jak gdyby nigdy nic, jakby się nie rozwalił od bomby Charlotte. Zresztą miałem też wrażenie, że ta prawdziwa Katedra też jest jakby mniejsza i mniej okazała…

W jaki sposób przenieśliśmy się tutaj z powrotem? Co w takim układzie zrobiliśmy po tamtej stronie? Kogo właściwie zabiliśmy? Te i inne pytania pozostawały bez odpowiedzi, za to od razu spadł na nas ciężar kolejnego niebezpieczeństwa – przecież w realnym Lost Angels poszukiwało nas 500 Aniołów, a my byliśmy w środku ich najważniejszego budynku!

Ben zaraz przypiął sobie swoja gwiazdę zastępcy tutejszego Szeryfa, a Ja powiedziałem Willy’emu aby spróbował swymi mocami podnieść i rozwalić ten prawdziwy ołtarz. Skoro mieliśmy coś dobrego zrobić to do końca, a skoro być może mieliśmy zginąć, to robiąc coś ważnego, szczególnie, że nadarzyła się okazja. Willy jednak najpierw chciał pomóc Charlotte, która utknęła na gzymsie przy suficie Katedry. Miała chyba jakiś problem ze swymi cudownymi butami. Dwa razy próbował ściągnąć Charlotte ale dwa razy mu się nie powiodło. Gdyby dał radę, to później tą samą mocą mógłby spróbować przewrócić ołtarz.

Wtedy jednak wszyscy zobaczyliśmy kapłana i kilku Aniołów, którzy z bocznych drzwi weszli do głównej Katedry. I zaczęło się! Ben kompletnie nie pomyślał i od razu zaczął do nich walić z obu rewolwerów! Ben Ty idioto nie dajesz nam szans na wyjście stąd i przeżycie, chciałem krzyknąć, ale nie było już na to czasu! Nie miałem czasu aby przygotować jakieś kanty, nie miałem czasu wzmocnić siebie czy innych przed walką. Na nic nie było już czasu, bo Ben chciał umrzeć w starciu z setką Aniołów, która w najbliższej okolicy z pewnością była. Tych którzy wyszli na nas można było przecież zagadać czy jakoś omamić. Mogłem zresztą podczas takiej rozmowy ukradkiem wzmocnić siebie i innych. I wciąż byłaby szansa dla nas.  A tak to w momencie poczułem się jak jeszcze żywy trup.

W katedrze było ciemnawo i od razu wykorzystali to Willy i Ed. Willy rzucił kanta i zniknął, Ed jednym skokiem znalazł się w bocznej części Katedry i wparzył pod stół, chowając się przed Aniołami. Miałem wybór stać i dać się zabić razem z Benem lub spróbować zwiać jak inni. Nie będę głupio umierać za głupotę kogoś innego, pomyślałem i skoczyłem za Edem. Wykonałem skok życia i również znalazłem się pod stołem. Pomogło mi jednak znacznie to, ze Ben wywołał w Katedrze prawdziwą strzelaninę, skupiając na sobie uwagę. Raz po raz rozlegał się huk wystrzałów, a kolejni Aniołowie wpadali do wnętrza katedry.

My z Edem ruszyliśmy pod stołem w kierunku wyjścia po drodze spotykając Willy’ego. Benowi już nie mogliśmy pomóc w żaden sposób. Zresztą wkrótce strzały ucichły, a my zobaczyliśmy sporo Anielskich nóg i rękę Bena zwisająca bezwładnie w swej czarnej rękawiczce. Żegnaj Ben pomyślałem, twoja głupota przydała się chociaż na to, że zdołaliśmy się ukryć, czy zdołamy wyjść z tego żywi? Na szczęście dla nas Ci, którzy wyszli z bocznego korytarza i mogli nas widzieć, byli albo martwi albo ranni, na dodatek skupili całą uwagę na Benie, no i było ciemno. Aniołowie nie mieli więc pewności kto właściwie był w katedrze. Zaczęli szukać ale nas nie znaleźli. My cały czas po cichu leźliśmy do drzwi wyjściowych. Skradałem się jakby od tego miało zależeć wszystko, no i właściwie zależało, hehehe.

W końcu kiedy myśleliśmy, że już nas znajdą i będzie po nas, usłyszeliśmy nad sobą odpalenie butów rakietowych Charlotte i jakieś jej krzyki. Chyba ich obrażała i prowokowała do pogoni. Odciągnęło to uwagę Aniołów, a my w końcu wyparzyliśmy z ukrycia i uciekliśmy z Katedry. Udało nam się! Mieliśmy u Charlotte dług potężny jak Wielki Kanion.

Omijając wszelkie patrole spotkaliśmy się w czwórkę u Szeryfa. Charlotte nie miała problemów z uniknięciem pogoni, bo nikt nie był w stanie za nią nadążyć. Poprosiliśmy Szeryfa, aby dowiedział się czegoś o Benie, no i o starciu Okrętów Wojennych przy twierdzy. Miał się spotkać z nami następnego dnia poza miastem. Korzystając z okazji poprosiłem go, aby wyprowadził Dużego Teda, mojego konia z miasta. Jeszcze tej samej nocy uciekliśmy ponownie z Lost Angels przez drut kolczasty i odnaleźliśmy nasz parochód.

Szeryf Dunston przybył tak jak było umówione. Przyprowadził Dużego Teda i oznajmił nam, że Ben żyje! Jest ciężko ranny i przebywa w więzieniu miejskim. Dało by się przekupić pewnych Aniołów ale niestety kosztowałoby to 1000$ Za tyle Ben byłby wolny. Aniołowie nie kojarzyli go wcale z tym co nawyprawialiśmy po Tamtej stronie Lost Angels i wzięli go za zwykłego zastępcę Szeryfa, któremu puściły nerwy. Podliczyliśmy wszystko co mieliśmy. Ledwo, ledwo ale uzbieraliśmy ten tysiąc. Mi zostały wszystkiego 3 dolary, jak dołożyłem 480 do wspólnej puli. Poza tym dowiedzieliśmy się od Szeryfa, że Johnny Romero, kapitan „Świtu”, który razem z nami znalazł się po drugiej stronie, przeżył i tak jak my przeskoczył do normalności, wraz ze swym statkiem i pomocnikami.

Następnego dnia szeryf przyprowadził Bena! Był w łachmanach, ledwo dychał i był torturowany ale żył! Ucieszyliśmy się wszyscy, bo w sumie wszystko dobrze się skończyło. Na zimno myśląc to nie wiadomo co stałoby się gdyby Ben wtedy nie zaczął strzelać. Może rzecz ułożyłaby się dla nas gorzej? Czy przeżylibyśmy tak jak to miało miejsce teraz? Mieliśmy przecież wtedy pełno naładowanej broni przy sobie, za co Aniołowie od razu karali śmiercią. Kto wie, może więc zawdzięczaliśmy Benowi życie? Dobra, nie będę się roztkliwiał jak jakaś baba – ważne, że znów byliśmy razem!

Po kilku dniach przez przypadek ponownie spotkaliśmy Madamoiselle Gabrielle, naszą francuską czarownicę. Miała masę interesujących nas informacji. Flagowiec południa „Excellence” pokonał w bitwie morskiej Liniowiec Unii „Jamaica”, sam odnosząc ciężkie uszkodzenia. Wszyscy na pokładzie Liniowca zginęli w tym też nasz D.C czyli David Chamberlain. Jako jedyny uratował się Wielebny Gimme choć nikt nie wie jak. Udało się więc zatopić to cholerne porozumienie! Na dodatek Gabrielle powiedziała nam, że dzięki zabiciu tych kapłanów po tamtej stronie i rozwaleniu ołtarza na wiele lat osłabiliśmy Kult. To co się działo po tamtej stronie miało cholerny wpływ na naszą stronę i tam właśnie Kult przygotowywał ekspansję na resztę Ameryki. O co chodziło z tymi stronami nie wiem do dziś i nawet nie chce wiedzieć. W każdym razie od tego momentu nie mogli  budować nowych ołtarzy i nie będą mogli jeszcze długo. Byliśmy więc pieprzonymi bohaterami! Co prawda takimi cichymi ale miło było wiedzieć, że to wszystko czego dokonaliśmy, nie poszło na marne.

Dobra, wyrzuciłem z siebie już całą naszą historię. Widzę, że zrobiłem na Was wrażenie! Czegoś takiego już pewnie nigdy nie usłyszycie, bo przez całe dalsze życie nie spotkacie kogoś takiego jak ja – Mały Ted. A poza tym ilu żywych może się pochwalić takimi przygodami jak ja?

A teraz zabiorę swoją nagrodę i przez całą noc będę zapominać o popapranych miastach, mrocznych kultach, drugich stronach, potworach i śmierci. W ogóle o wszystkim mam zamiar zapomnieć. Chodź francuski kociaczku, zobaczymy czy jesteś lepsza niż najlepsza amerykańska whisky! No i chcę poznać wszystkie światowe sztuczki! Obyś mnie mile zaskoczyła!

 

Tomek ‚Funky’ Kowalski

About Funky

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Deadlands, DL po raz trzeci ,

Comments are closed.