Lost Angels czyli piekło na ziemi

Przynieśliście morze whisky tak jak Wam mówiłem? To dobrze. Ta opowieść będzie tak dołująca, że po prostu musowo trza się urżnąć. Nawet Wasze nie pijące baby dziś pewnie będą wyrywać Wam flaszki. Ale prawda musi zostać opowiedziana ku przestrodze. Dołóżcie do ogniska i siadajcie.

Jak pamiętacie ostatnia moja opowieść skończyła się na pustyni, o 5 dni drogi do Lost Angels. Pochowaliśmy pisarza Huntington’a i podzieliliśmy między siebie jego dobytek. Chłopaki wzięli 300$ i jego dość porządne klamoty, Ja zabrałem jego konia. Po stracie muła wciąż czułem, że drugi zwierzak może się przydać. Próbowałem go jakoś oswoić ale konik był z gatunku twardych i charakternych. Benowi też się nie udało, a na tresurze koni ciutkę się znał. Cóż, chwilowo miał być tylko luzakiem. W najgorszym razie go zjemy, dobre i to kiedy żarcia zabraknie.

Przez 5 dni podróży nic nas nie napadło i żadnych innych niespodzianek pustynia nam nie sprawiła. Ja odczuwałem z jednej strony ulgę, że pomimo przeklętej choroby jeszcze żyłem, z drugiej strony wściekłość, bo choroba mi nie przechodziła. Nie zanosiło się też na to, aby kiedykolwiek mi minęła. W końcu, w niedziele rano, 15 października, dotarliśmy do byłej mieściny San Joaquin i starego opuszczonego szpitala, czyli miejsca gdzie umówiliśmy się z naszą Charlotte.

O dziwo, w tym opuszczonym mieście, byli jednak jacyś ludzie. Ucieszyłem się z tego faktu. Jak człowiek po miesiącu zobaczy choć kilka nowych gęb, to od razu mu się jakoś lepiej robi. A poza tym, mogło być to dobre źródło informacji o Lost Angels. Musieliśmy zdobyć masę informacji zanim tam pójdziemy.

Po chwili wszyscy ucieszyliśmy się jeszcze bardziej bo zobaczyliśmy parochód naszej pani Inżynier! Musiała dotrzeć tu przed nami! Chwała Bogu. Po gorącym powitaniu i wymianie informacji postanowiliśmy rozpytać o L.A. dwie rodziny, które zauważyliśmy w pobliżu.

Czym więcej słyszeliśmy tym gorzej to wszystko wyglądało. A więc po kolei. W Lost Angels rządził Kościół, a raczej sekta Wielebnego Grimme. Na środku miasta stała jego Wielka murowana Katedra. Reszta miasta składała się z drewnianych baraków i namiotów. Całe miasto było otoczone cholernym, grubym drutem kolczastym na wysokość 2,5 metra. Nie można więc było wjechać i wyjechać kiedy się chciało. Mieszkało tam jakieś 20 tyś ludzi, z czego całkiem sporo Aniołów Wielebnego Grimme. Była to jakby taka straż uzbrojona po zęby, mająca cholerne prawa i poruszająca się w grupach. Do każdej grupy 5 Aniołów zwykle dołączał się kapłan tej sekty. Każdego mogli udupić na miejscu. Sprawdzali, rekwirowali, zabijali. Robili sobie wypady też poza granice L.A. W celu oczyszczenia, jak mawiali

W mieście można było mieć tylko jedną sztukę broni i to nie załadowanej! Za broń załadowaną lub inną-ukrytą groziła śmierć. Przy wjeździe do miasta zabierano na potrzeby Kościoła resztę broni czyli ponad jedną sztukę. Kościół jak widać miał wielkie potrzeby co do siania śmierci. Prawdziwe Aniołki.

Ceny w Lost Angels były koszmarne i wszędzie panował głód. Podczas wjazdu do miasta obowiązywała kontrola, przesłuchanie, podatki i wydawanie paszportów. Już na wstępie dzielono ludzi na dwie kategorie – tych którzy chcą wstąpić do tamtejszego Kościoła i tych, którzy nie chcą. Kandydaci na wyznawców musieli zapłacić 100$ za każdego zwierzaka (np. konia czy muła) wprowadzanego do miasta, a reszta 75$. Można też było nie płacić i konia sprzedać – ale tylko za 50$.

Z pozoru te 100 i 75$ były bezsensu ale istniało drugie dno. Wyznawcy dostawali talony na darmowe posiłki, a reszta nie. Biorąc pod uwagę ceny żywności, te 25$ to było nic, może jeden posiłek. Na dodatek wyznawcy mieli paszporty na stałe, a reszta tylko na miesiąc. Potem znów trza było płacić na bramie.

Oczywiście wyznawcą ze wszystkimi przywilejami nie zostawało się od razu. Trza było zacząć się udzielać, iść na jakąś niedzielną mszę, odprawić jakieś obrzędy czy coś. W sumie to nawet dokładnie nie wiem. Od razu powiedziałem sobie, że mam to w dupie i żadnym wyznawcom nie mam zamiaru zostać.

Całość naszej sytuacji wyglądała cholernie nieciekawie. Musieliśmy wjechać do tego popapranego miasta prawie bezbronni, a w środku dowiedzieć się, nie budząc podejrzeń, kim jest wysłannik Waszyngtonu – DC. Następnie odnaleźć go i przeszkodzić w podpisaniu porozumienia z Wielebnym Grimme. Przy tym nie umrzeć z głodu, nie dać się kultowi, nie dać się zabić Aniołom i jakoś opuścić to miasto. Jak do mnie dotarła trudność całości to od razu obciągnąłem pół mojej piersiówki.

Okazało się, że te dwie rodziny przebywają w opuszczonym San Joaquin, bo po prostu nie mieli forsy na wejście do miasta i byli udupieni. To zdaje się byli jacyś górnicy upiorytu. Koniec z końców chyba postanowili jechać dalej na północ w nadziei lepszego miejsca. I słusznie, każde miejsce będzie lepsze niż Lost Angels, pomyślałem wtedy.

My zaczęliśmy obmyślać jakiś plan. Po pierwsze przykrywka – w jakim celu przyjechaliśmy? Nie mogliśmy przecież w L.A podawać prawdziwego celu. W końcu wymyśliłem, niezłą bajeczkę. Charlotte, Wielki Inżynier udaje się do L.A. do pracy. Jest naszą Szefową, a my jej ochroniarzami. W końcu tak wielkiego inżyniera trzeba chronić. To w miarę trzymało się kupy i wyjaśniało choćby czemu mamy broń i trzymamy się razem. Ponadto było trudno podważalne bo Charlotte faktycznie była inżynierem, który szukał pracy.

Po drugie trzeba było część klamotów gdzieś zostawić i ukryć. Szczególnie broń i parochód od razu uległyby konfiskacie. Zaproponowałem abyśmy zaczęli objeżdżać L.A. i szukać jakiegoś odosobnionego kanionu czy skałek. Najpierw chciałem aby pojechał parochód, który był szybszy i mógł więcej miejsc odwiedzić. Po jego śladach reszta na koniach.

Po dobrych 5 godzinach Charlotte udało się wypatrzyć idealny kanion. Z daleka był kompletnie niewidoczny, po prostu nagle wrzynająca się w ziemię szczelina. Oddalony od miasta o ponad dwie godziny jazdy konno.

Wewnątrz kanionu przepakowaliśmy nasze zapasy na parochód, sami zabierając żarcia na jakieś 5 dni. Zakopaliśmy też w ukryciu większość naszej broni i amunicji oraz część forsy. Nie widzieliśmy przecież co ta banda może nam skonfiskować. Każdy z nas musiał więc zdecydować się tylko na jedną spluwę. Ja wybrałem mojego Peacemeaker’a. Najbardziej zdziwił mnie Ben, który zamiast colta wziął obrzyna. Rewolwerowiec bez spluw, tylko z obrzynem – czujecie? Ustaliliśmy, że wewnątrz kanionu zostanie Willy, który będzie wszystkiego pilnować do naszego powrotu. I tak do nikogo się nie odzywał i wciąż ryczał po swoim kundlu. Pożytku nie byłoby więc z niego żadnego, a znając Willy’ego tylko kłopoty by nam zrzucił na łby.

Postanowiłem zabrać ze sobą tylko Dużego Teda, a luzaka po Huntington’ie zostawić. Nie uśmiechało mi się przecież płacić kolejnych 75$. Teraz wiem, że popełniłem cholerny błąd. Dużego Teda też miałem zostawić i pójść pieszo. Jednak nigdy się z nim nie rozstawałem więc i wtedy nawet przez myśl mi to nie przeszło.

Postanowiliśmy, że chociaż jeden z nas początkowo zgłosi się na wyznawcę. Gdyby wszystkich jakoś udupili ten jeden mógłby próbować nas z tarapatów wyciągnąć. Taki fałszywy baranek, hehehe.

Jeszcze wieczorkiem wraz z Edem zatarliśmy ślady parochodu wokół kanionu i mieliśmy pewność, że nikt naszego dobytku i Willy’ego łatwo nie znajdzie. Rano wyruszyliśmy do Lost Angels. Charlotte usiadła przede mną na Dużym Tedzie. Miło było patrzeć jak Ben mi zazdrości. Uroda to nie wszystko, skoro Charlotte wolała mnie ze wstrętną gębą, niż ładniutkiego, młodego Bena.

Po godzinie jazdy zauważyliśmy kilka rozkopanych pustych grobów. Zaczęliśmy mieć pewność, że w tej okolicy zjadanie trupów to powszechność. Głód czyni z ludzi zwierzęta. Ale żeby wyciągać szczątki z grobów…

W końcu zobaczyliśmy najsławniejsze miasto Zachodu – Lost Angels. Z daleka bił od niego słodkawy odór trupiego mięsa, stęchlizny, przygnębienia i strachu. Dookoła olbrzymiej kupy szop i namiotów ciągnął się mur z drutu kolczastego i co 500 metrów wieżyczki strażnicze. Gdzieś hen w tle olbrzymia Katedra. Wyglądało to bardziej jak wielkie więzienie dla morderców. Z miastem nie kojarzyło się wcale.

Zmierzaliśmy do głównej bramy. Była na dwa wozy szeroka, z możliwością zastawiania wałem z drutu kolczastego. Pilnowana przez dwie wieżyczki strażnicze i kilkunastu Aniołów uzbrojonych po zęby. Zaraz za nią znajdowała się spora szopa, do której byli wprowadzani przyjezdni.

Gdy coraz bliżej mieliśmy do bramy coraz bardziej nie mogliśmy uwierzyć, że w ogóle chcemy tam wchodzić. Wyglądało to na czyste samobójstwo. Jeszcze w życiu się w takie gówno nie chciałem wpakować, a dużo gówien widziałem. Na wszelki wypadek jakby mi chcieli zabrać, od razu wypiłem całą piersiówkę whisky. Co w bebechach to moje. Hehehe

Przywitał nas jeden taki Aniołek – Brat Ira. Na piersi nosił symbol ich Kościoła – krzyż ze skrzydłami. Pewnie dlatego zwali ich Aniołami. Wprowadził nas do surowego baraku gdzie pojawił się też jeszcze jakiś pisarz i Kapłan. Zaczęło się odpytywanie niby w celach wyrobienia paszportu. Ten Ira był wyrażnie znudzony ale pytania Kapłana bywały cholernie dociekliwe.

Powciskaliśmy im naszą bajeczkę o Szefowej Pani Inżynier, zapłaciliśmy podatki za konie. Ben i Ed zgłosili się na wyznawców i dostali pierwsze talony na 7 posiłków. Ben od początku chciał zostać Aniołkiem, chyba liczył na to, że będą na niego lepiej patrzeć. Ed raczej robił to dla draki. Ja i Charlotte pozostaliśmy przy swojej wierze. Wyrobiono nam paszporty, wpisując do nich oprócz naszych nazwisk, nasze cechy szczególne i ogólny opis.

Wkurzało mnie to wszystko. Czułem się jakbym zaraz miał pójść za kratki, a jutro egzekucja. Specjalnie nakaszlałem nawet na Brata Ira’e, licząc po świńsku, że go zarażę albo trochę wkurzę ale zniósł to nad podziw spokojnie. Już później w mieście, usłyszeliśmy, jak Anioły się chwalą, że oni dzięki swej religii na nic nie chorują. Sekta nawet i na to znalazła swój mroczny sposób.

Brat Ira na odchodne, polecił nam Redwood Saloon czyli najdroższy i najporządniejszy lokal w Lost Angels. Prędzej połknął bym grzechotnika w całości niż skorzystał z takiej propozycji. Wyszliśmy w końcu i poleźliśmy w stronę centrum czyli prosto w głąb tego popapranego miasta.

W środku było jeszcze gorzej niż to wyglądało z zewnątrz. Bieda jak cholera, ludziska głównie pochowane w swych siedliskach, co chwila patrol pięciu Aniołków i Kapłana patrzących z byka. Jeszcze gorzej też śmierdziało trupim mięchem i strachem. Na dodatek na każdej szopie czy baraku była zamontowana jakby skrzynka na listy. Już po chwili zobaczyliśmy do czego to służyło. Patrol zatrzymywał się i jeden z Aniołów otwierał skrzynkę i wkładał tam swój łeb, zaglądając do środka. Totalna kontrola, zero intymności.

Jadąc na swych koniach od razu przyciągaliśmy wzrok wszystkich dookoła  bo koni tu prawie nikt nie miał. Byliśmy też lepiej wyposażeni i mieliśmy broń. Nie naładowaną oczywiście. No i najważniejsze – była z nami Charlotte, która przyciągała gały facetów najbardziej, bo takich kobiet jak ona i tak ubranych po prostu tu nie było wcale. Już wkrótce miało nas to wpędzić w nieliche kłopoty.

Zanim dojechaliśmy do centrum dwa razy byliśmy sprawdzani przez patrole. Paszporty i spluwy. Spotkania były nerwowe ale przebiegły gładko. W końcu zobaczyliśmy z bliska  zbiorową jadłodalnię na talony. Ze 300 ludzisków stało w olbrzymiej kolejce. Wszyscy byli chudzi ale bez przesady – nie umierali z głodu. Jednak gdybyście widzieli te ich oczy. Oczy były głodne i nie był to głód naturalny. Był to głód nałogowca. Widziałem już takie oczy u tych, którzy palili opium. Mieliśmy już więc pewność, że w tym ich żarciu na talony musi coś być. Coś cholernie parszywego czego na pewno nie należy nawet skosztować.

Ben zaczął się koło nich kręcić i coś tam wypytywać. W zamian za informacje dał nawet jeden ze swych talonów. Ja w tym czasie próbowałem się rozglądać za jakimiś charakterystycznymi budynkami czy ludźmi. Bez większych rezultatów. Inni też się trochę rozglądali ale nie oddalaliśmy się od siebie. Tam było zbyt niebezpiecznie.

Dowiedzieliśmy się, że w mieście jest Unijny Szeryf Miejski, niejaki Job Dunston. Wybierany przez mieszkańców w wolnych wyborach, choć władzy za dużej nie miał. Ponoć Aniołowie go nawet nie ruszali. Taka ostatnia gwiazdka tego co tu było kiedyś. Być może też Wielebny zostawił Szeryfa w spokoju z uwagi na kontakty z Unią i zalety porozumienia, które miało być podpisane. Była to pierwsza osoba, którą obiecaliśmy sobie odwiedzić. Kto jak kto ale on musiał coś wiedzieć o Gościu z Waszyngtonu czyli naszym D.C.

Nagle zobaczyliśmy Katedrę z bliska. Wielka, niedostępna, a w koło pełno Aniołów. Jeśli DC tam był nie mieliśmy szans go wyciągnąć. Może jednak spał w jakimś hotelu, o ile te namioty i baraki można było nazwać hotelami. Wtedy mielibyśmy szanse.

Zaczęliśmy szukać jakiegoś lokalu dla nas na kwaterę. Na którymś z budynków zobaczyliśmy zagadkowy napis: „22:18”. Okazało się, że Aniołkowie mają takie paragrafy jak w biblii, a ten akurat głosił: „Czarownicy żyć nie dopuścisz”. Musiałem jako kanciarz zacząć uważać jak jasna cholera. Dobrze, że Willy’ego z nami nie było, bo dzieciak na pewno by się nie potrafił powstrzymać.

Zauważyliśmy też inną ciekawostkę tutejszą związaną z kantowaniem. Prawie wszyscy nosili podwinięte rękawy aż do łokci. Każdy bał się podejrzenia o 22:18 i już z góry próbował dowieść, że nic nie ukrywa.

No i wtedy stało się to co w końcu stać się musiało. Napotkaliśmy grupę 5 Aniołów bez kapłana. Od początku dziwnie gapili się na Charlotte, a kiedy zapytali ją czy mówi po francusku, a nasza lalunia potwierdziła, zaczęły się kłopoty. Kazali jej zejść z konia i pójść z nimi. Zaczęli też coś marudzić o jakiejś Madamoiselle Gabrielle tutejszej czarownicy. Wszyscy jednak poznaliśmy po spojrzeniach, uśmieszkach i gadce, że to tylko pretekst do czegoś innego. Mieli na Charlotte ochotę i tyle.

Był środek sporej ulicy ale oczywiście prawie nikogo na niej nie było. Charlotte zeszła z mojego konia  i zaczęła się stawiać, że nigdzie nie pójdzie. Nie dziwiłem się jej. Nikt nie chciałby być zgwałcony przez 5 takich bandziorów. Jeśli trzeba oddać życie, to w słusznej sprawie, powiedziałem do siebie w duchu i zlazłem z Dużego Teda. Nasza sytuacja była katastrofalna. Oni mierzyli do nas z karabinów i rewolwerów, a my nie mieliśmy nawet naboi w swoich spluwach. Ale oddać Charlotte tym drabom nie zamierzałem. Osłonięty częściowo koniem zakantowałem ochronę, gotując się do walki. Na szczęście nic nie zauważyli, byli chyba zajęci przycelowywaniem i gapieniem się na wdzięki Charlotte.

I wtedy przyszedł niespodziewany ratunek. Pojawił się olbrzymi facet z dwoma spluwani przy bokach i gwiazdą szeryfa na piersi. Szeryf Dunston! Zapytał co się dzieje,  a Aniołowie niespodziewanie odpuścili. Coś tam znów gadali o tej Madamoiselle Gabrielle ale dość szybko sprawdzili co jest za rogiem i tyle żeśmy ich widzieli.

Byliśmy pod wrażeniem Szeryfa i od razu zaprosiliśmy go na kolejkę do pobliskiego White House Saloon. Gdyby nie Szeryf z pewnością doszłoby do walki i pewnie byłoby po nas. Nawet jak pokonalibyśmy jeden patrol, za moment byłyby tam następne i następne. No i jeszcze trzeba by uciekać z miasta. Na przyszłość do cholery musieliśmy coś wymyślić na takie sytuacje!

Lokal prowadzony był przez Niemca Ernst’a Weiss’a. Okazało się szybko, że był to kapuś Aniołów. Zdaje się jak większość ludzi w tym mieście. Szeryf chyba z początku nas polubił. Zaczął nam wyjaśniać sytuacje, mówił też, że tej całej Madamoiselle Gabrielle, francuski, szukają wszyscy aniołowie za czary. Wedle Szeryfa babka umiała sobie radzić, sporo wiedziała i pracowała na własne konto. Gdybyśmy ją spotkali mieliśmy mu dać znać.

Zależało mi aby się czegoś dowiedzieć się o D.C. Kim jest, gdzie go można znaleźć, jak wygląda sytuacja z Porozumieniem między Unią a Wielebnym. Nie wiedziałem jednak, czy szeryfowi możemy zaufać. Starałem się więc podpytać go sytuacyjnie. Co Unia na to wszystko, czy ostatnio nie wydarzyło się nic ciekawego i takie tam kręcenie się dookoła.

No i guzik się dowiedziałem. Szeryf ogólnie ponarzekał na miasto i swoją sytuacje, trochę też na Aniołów. Żołnierze Unii byli ponoć 150 km od L.A. ale z powodu wojny nie mogli się ruszyć. Doradził nam abyśmy nie żarli ich jedzenia. Polecił lokal – Grand Hotel, jeszcze w miarę porządny, jak mówił.

Dowiedzieliśmy się jednak ciekawej rzeczy – otóż On i jego zastępcy mogli nosić nabite gnaty i to więcej niż jeden! Mogli też interweniować, choć od spraw Aniołów oddzielała ich niewidzialna bariera. Jedni drugim starali się nie wchodzić w drogę. Szeryf jednak nie mógł posunąć się za daleko, a Aniołkowie mogli, bo zastępcy znikali jak szczyny na pustyni. Nowy zastępca najdłużej był 3 dni i zostawał po nim tylko colt albo odznaka. Najwyraźniej Aniołowie zastępców traktowali jako obiekt polowań. Podpadał taki szybko, to i szybko szedł do piachu. Obecnie Szeryf zastępców nie miał. Tylko idiota mógł decydować się na takie samobójstwo. Tak se wtedy myślałem. Gdybym wiedział co będzie dalej… Hehehe.

Za to Ben od początku podpalił się do bycia zastępcą! Chyba gwiazda Szeryfa mu się zamarzyła, no i jego 2 colty pełne naboi. Zaczął Szeryfowi nawijać, jak to by się nadał, jaki jest wspaniały, jak to On Ben nie da się zabić i różne inne pierdoły. Nie dało się tego słuchać po prostu. W końcu też Szeryf trochę się wnerwił, nie ma się co dziwić.

Nagle zaczął podpytywać nas, po co tacy kolesie jak my, przyjechali do L.A. No to wcisnęliśmy naszą bajeczkę o Pani inżynier i jej ochroniarzach. Atmosfera spotkania nagle spadła do temperatury śniegu i było po gadce z Szeryfem. Cwaniak uznał, że go okłamujemy i coś ukrywamy. Po prostu zdał sobie sprawę, że jesteśmy inteligentni, a Charlotte w życiu by w L.A. technicznej roboty nie znalazła, bo niby gdzie? Nie było tam żadnej cholernej techniki. No i Szeryf nie chciał już więcej z nami gadać. Wstał i zostaliśmy sami w tej knajpie kapusiów z otworem na łeb, do którego co chwila zaglądali Aniołkowie.

Po wyjściu Szeryfa pojawił się inny ciekawy koleś z dwoma spluwami. Stanął sobie przy barze. Ten od razu wydał nam się podejrzany bo nie miał małego palca u ręki. Wiedzieliśmy z notatek Stouta, że tacy są w organizacji głębiej. Widać jakiś taki Wielki Anioł Specjalny. Kolejny gość na którego trzeba było uważać…

To miasto naprawdę było chore. To miasto było jak senny koszmar, z którego zaraz chcesz się obudzić. Bez wsparcia, bez pomocy, bez informacji byliśmy bez szans.

Postanowiliśmy przeprosić naszą ostatnią szansę czyli Szeryfa i … wcisnąć mu inną bajkę. Wciąż nie wiedzieliśmy czy można mu zaufać! Tym razem wymyśliłem, że przyjechaliśmy po upioryt. Tanio kupisz w L.A, drogo sprzedaż gdzieś na Wschodzie. To bardziej pasowało do naszej bandy i trzymało się kupy.

Poszliśmy od razu do Biura Szeryfa. Na szczęście był na miejscu. Po ostatnim zdarzeniu z Charlotte w każdej chwili mogliśmy się wdać w strzelaninę z Aniołami, więc każda chwila na otwartym terenie była cholernym ryzykiem.

Tym razem Szeryf łyknął naszą bajkę. Lody stopniały wraz z butelką whisky i naszymi przeprosinami. Ben postanowił zostać Zastępcą. Szeryf nie dość, że się zgodził to zaproponował nam wszystkim posady. Szukał twardzieli, którzy łazili by po mieście z gwiazdami. Którzy dali by nadzieję tym tłumom stłamszonych biedaków. Którzy mogli by cokolwiek zmienić i oczywiście, którzy pokazali by Aniołom że nie wszystko im wolno. Chodziło też o zademonstrowanie, że Unia wróciła. Oczywiście wszyscy znaliśmy ryzyko. Prawie pewna śmierć…

Nagle – nie mogłem uwierzyć – do gwiazdy Szeryfa przekonała się też Charlotte!! Lalunia Szeryf, no, no! Gapiliśmy się na siebie z Edem – my zastępcami? To przecież niemożliwe…Nie z naszą przeszłością… Jak se na dodatek pomyślałem, że mam nagle robić porządek dla Unii – ja, południowiec z Arizony, który jeszcze 20 minut wcześniej śpiewał Dixie z jednym takim pijaczkiem… To miasto naprawdę robiło we łbie bajzel.

Nawet forsa nie była za tą pracę zbyt wielka. Szeryf się zresztą wycwanił – płacić zamierzał dopiero po tygodniu. Swoją drogą miał już iluś tam zastępców i ani jednemu nie zapłacił – świetny układ. Hehehe.

Jednak obaj z Edem zaczęliśmy myśleć o tym samym. Bycie zastępcą to była dla nas jedyna szansa przeżycia w tym mieście. Jedyna szansa aby łazić z naładowanym spluwami i wpychać nos w różne ciemne sprawki Aniołów. Jedyna też szansa aby Oni czuli respekt. A że pewnie będą nas chcieli rąbnąć – lepiej zginąć w prawdziwej walce niż być zabitym jak pies. Byle trzymać się w kupie i uważać na siebie.

Tak więc wszyscy czworo staliśmy się zastępcami Unijnego Szeryfa i świat przewrócił się do góry nogami. Mówię Wam. Kiedy jednak Szeryf zaprezentował nam swój arsenał giwer, z których mogliśmy sobie powybierać co chcieliśmy – humor mi wrócił. Nawet nie przeszkadzało mi to, że gnaty te pochodziły głównie od tych, którzy zastępcami przestali być, i to dość gwałtownie. Jak łapnąłem naładowanego winchestera świat nabrał znów kolorów. Piękne uczucie.

Od Szeryfa dowiedzieliśmy się kolejnych faktów. Np. tego, że za miastem był port morski też należący do Wielebnego i Aniołów. Port leżał na brzegu Labiryntu miał więc cholerne znaczenie dla tutejszych. Z portu tego kursowały m.in małe mechaniczne stateczki do Twierdzy czyli więzienia dla wrogów Anielskich i innego elementu. Kto trafił do Twierdzy już z niej nie wychodził. Nikt też nie wiedział gdzie ta twierdza jest. A Labirynt miał tysiące wysp i wysepek oraz setki zagrożeń.

Razem z naszymi nowymi gwiazdkami na piersi postanowiliśmy wyjść na miasto. Trza w końcu było pracować na tej posadzie, nie to co do tej pory. Najpierw poszliśmy się zakwaterować do Grant Hotelu. Wielka nazwa, małe i obskurne gówno. Na szczęście właściciel, Angus McDonald okazał się naprawdę porządnym gościem. Zajął się naszymi końmi, dał nam pokoje na pięterku, gdzie Aniołki miały trudności z podglądaniem przez skrzynki. Musiałyby włazić na drabinę, którą McDonald trochę skrzywił. Hehehe. Okazało się też, że w tym samym Hotelu mieszkał Stout. Tym razem więc trafiliśmy właściwie.

Poszliśmy dalej w stronę Redwood Saloon – najdroższego lokalu w mieście. Miałem nadzieję, że tam właśnie zamieszkał D.C. Pierwsze 2 grupy Aniołków, które napotkaliśmy ze zdziwieniem zlazły nam z drogi. Potem jednak dobiegł do nas stary znajomy z pustyni, któremu ostatnio pomogliśmy i który odjechał z naszym przewodnikiem – Jerome Hammond! Okazało się, że dotarli do L.A.! Jerome był jednak w opłakanym stanie zarówno fizycznym jak i duchowym. Wyglądał jak szaleniec. Bełkotał abyśmy mu pomogli bo Aniołowie zabrali jego chorą żonę.

Natychmiast poszliśmy za nim. Mieszkali w przytułku – takiej wspólnej sali dla biedaków, którzy niczego nie mieli. Konie musieli sprzedać aby się dostać do miasta bo nie mieli na podatek. Nie mieli też za co uleczyć Betsy. A teraz przyszedł patrol i gdzieś ją zabrali razem z kilkoma innym biedakami.

Wypytując kogo się dało, udało nam się ustalić, że zabrała ją ekipa Anioła o nazwisku: Jeff Habberstadt. Niestety nie było wiadomo gdzie poszli. Porwanie biednej, chorej kobiety w środku dnia. Byłem zły. Byłem cholernie zły. Byłem tak wkurzony, że byłem gotów na wszystko, nawet na konfrontację z 500 Aniołami z miasta.

Zauważyłem przechodzący nieopodal patrol Aniołów. Pięciu jak zawsze ale tym razem bez kapłana. Zdecydowanym krokiem zbliżyłem się do nich. „Oni będą wiedzieć”, rzuciłem do reszty moich towarzyszy. Przybledli, ale poszli za mną. Wiedziałem, że boją się tego, co zaraz się stanie ale wiedziałem też, że mogę na nich liczyć.

Wkurzony zażądałem od Aniołów aby natychmiast powiedzieli gdzie tamci poszli. Gdzie chodzi się z takimi porwanymi, gdzie jest ten Habberstadt. Oczywiście gadać nie chcieli i wszystko gwałtownie szło w kierunku strzelanki. Wtedy zastraszyłem ich tak, jak tylko ja potrafię. Trafili na wkurzonego i uzbrojonego Małego Teda. Jeszcze tu takiego nie widzieli. Hehehe. Jajka kompletnie im wymiękły i przyległy niczym placuszki do ściśniętych ud i pośladków. Myślałem, że zleją się w gacie. Trzesącym się głosem powiedzieli mi, że możemy znaleźć tego Habberstadt’a w jego melinie. Pokazali gdzie i zwiali. W końcu Gwiazda Szeryfa musi budzić respekt, nie?

Był już wieczór. Szybko doszliśmy do meliny. Ben ustawił się przy oknie, reszta od strony drzwi. Zakantowałem ochronę i przez to Ed mnie wyprzedził z wejściem do środka. W pierwszej izbie zobaczyliśmy 4 podchmielonych Aniołów, alkohol na stole i jakiś leżących ludzi za stołem, w tym Betsy. Jak tylko nas zobaczyli sięgnęli po broń i zaczęła się ostra rąbanina.

Kule gwizdały i jedna z nich poszła we mnie, odbijając się z rozbłyskiem od mej ochrony. „Czarownicy żyć nie dopuścisz!” ryknęli Aniołki. Ja wam pokaże czarownicę popaprańcy, pomyślałem. W ciągu 10 sekund było po wszystkim. My staliśmy a oni leżeli. Nie wiedzieli łosie na kogo trafili. Ed dopadł zaraz do drugiego pomieszczenia i tam swoim nożem zaszlachtował ostatniego Anioła, który akurat zlazł z kobiety, którą gwałcił.

Ben wszedł do środka i pomogliśmy tym zmaltretowanym biedakom. Kiedy gotowaliśmy się do wyjścia nadszedł następny patrol. Krzyczeli przez drzwi, że mamy się poddać. My krzyczeliśmy, że jesteśmy Szeryfami i doszło do złamania prawa. Kule zaczęły sypać się przez zamknięte drzwi i uchylone okno. My też odpowiedzieliśmy ogniem. Ja kantowałem co tylko mogłem szukując się do prawdziwej wojny. Charlotte raz za razem wypluwała przez drewno serie kul ze swego Gatlinga. Po krzykach wiedzieliśmy, że zraniliśmy kilku.

Ich kapłan oznajmił, że jeśli się natychmiast nie poddamy wrzucają dynamit. Że inni już nadchodzą. W pierwszym odruchu zakantowałem też ochronę na Charlotte, która stała koło mnie ale potem przyszło opamiętanie – jeśli mamy w ogóle wyjść z tego żywi musimy natychmiast opuścić ten budynek, zabić ten patrol i zwiać! Nie mogliśmy czekać ani chwili dłużej bo za moment faktycznie byłoby tam 50 Aniołów, których na pewno byśmy nie pokonali.

Dałem z kopa w drzwi i wyszedłem na zewnątrz oczekując gradu kul lecących we mnie. Kiedy jednak kapłan zobaczył gwiazdę Szeryfa odpuścił lekko i kule zamieniły się w wymianę zdań. Nie spodziewał się najwyraźniej, że naprawdę możemy być Szeryfami.

Wytłumaczyliśmy całą sytuację. opowiedzieliśmy o porwaniu i gwałcie oraz o tym, że pierwsi zaczęli do nas strzelać. Kiedy wszedł do środka i zobaczył tych biedaków dał się przekonać! Nie to, żeby nas przepraszał ale przynajmniej już nie chciał nas zabić ani uwięzić. Przyznał nawet, że Habberstadt zawsze był dziwny i miał różne wyskoki wcześniej.

Powiedział, że zajmą się tymi biedakami i zabiorą ich na leczenie. Ben nie chciał się na to zgodzić ale sytuacja była wciąż tak napięta, że kazałem mu się zamknąć. Balansowaliśmy na super cienkiej lince i teraz najważniejsze było przeżycie i dokończenie naszej misji. Dla tych biedaków zrobiliśmy co mogliśmy w tej sytuacji. Poza tym kapłan wydawał się mówić szczerze. Gdyby zresztą chciał, mogli nas zabić i z tymi biedakami zrobić co tylko im się podobało. Wcale nie musiał odpuszczać. Dlatego mu wierzyłem. Pomoże im na swój chory sposób, ale dobre i to.

Zresztą – co my byśmy mogli zrobić dla tych biedaków? Zaprowadzić ich do przytułka, nic więcej. Nie byliśmy w stanie zmienić tego miejsca. Nie byliśmy w stanie wyprowadzić stąd ludzi ani pokonać 500 Aniołów. Do tego potrzeba by armii. Ale mogliśmy coś zrobić dla reszty ludzi poza tym Piekłem. Mogliśmy dokończyć naszą misję i zerwać porozumienie, które pozwalało na ekspansję tych potworów na resztę Stanów. Trzeba znaleźć tego D.C!

Szybko oddaliliśmy się od sporej już grupy Aniołów i meliny Habberstadt’a. Żegnajcie Państwo Hammond. Pomogliśmy Wam na ile mogliśmy. Gdybyście mnie posłuchali na pustyni, nigdy byście tu nie trafili. Za głupotę i nie słuchanie Małego Teda się płaci, takie życie.

Od razu skierowaliśmy się do Redwood Saloon. Już nie mieliśmy daleko. Jeśli D.C był w mieście to mógł być tylko tam lub w Katedrze.

Wciąż byłem zły. Moi towarzysze znów patrzyli na mnie z lekkim niepokojem co chce zrobić. A ja wparzyłem do tego lokalu i od razu skierowałem się do Barmana. Wskazałem na swą gwiazdę i zażądałem listy gości. Miałem nadzieję, że skojarzę nazwisko bez problemów. A jak już będę znał nazwisko… Byłem w takim nastroju, że pewnie rąbnął bym tego D.C na miejscu i sprawa byłaby załatwiona.

Barman jednak listy nie dał, bo nie miał. Zaczął się też stawiać. Widać miał przyjaciół Aniołków i liczył na nich. Ryknąłem wtedy na niego, już zły jak jasna cholera. Pękł i zaczął sypać nazwiskami gości z pamięci. Jednak ku mojej złości nie było tam D.C.! Po prostu dupa! Katedry przecież nie zaatakujemy. Były co prawda pewne plany aby nasz parochód wyładować upiorytem, przebić się przez drut kolczasty, wjechać w Katedrę i zrobić buuum ale były to plany absolutnie szalone.

Gdzie jeszcze mógł być D.C? Przypomniały mi się notatki Stouta. D.C. przyleciał lub przypłynął. Jeśli przyleciał jakąś maszyną z pewnością wielu go widziało i Szeryf coś wie. Jeśli przypłynął jest szansa, że w porcie się czegoś dowiemy. Trzeba by więc opuścić jakoś miasto. Skierowaliśmy się do Biura Szeryfa Dunston’a po dodatkowe informacje.

Kiedy opadły ze mnie emocje zdałem sobie sprawę z prostej sprawy. Kiedy większość Aniołów dowie się w nocy lub jutro rano, że zabiliśmy ich kompanów, że panoszymy się w mieście – będzie po nas. Urządzą sobie masowe polowanie i w końcu nas zabiją. Albo jeszcze w łóżkach, albo zza rogu, albo podrzucą nam dynamit. Nieważne, następnego dnia byliśmy martwi. Kurczył nam się czas i to jak jasna cholera! Przyśpieszyliśmy kroku.

No i wtedy stało się to czego zacząłem się obawiać. Gdzieś z dachu padł strzał i kula musnęła mi głowę. Ed chyba zauważył snajpera ale kiedy pobiegł w tamtym kierunku nie było już czego szukać. Pierwsza wyraźna zapowiedź tego, co nas czeka za parę godzin.

Szeryf Dunston wysłuchał naszej historii i od razu spoważniał. Będąc pod wrażeniem, sam pierwszy zaczął opowiadać o wysłanniku Unii. Potem my wyznaliśmy mu prawdę o naszej misji. Jemu też nie podobało się, że Unia kuma się z Grimme’m i jego Kościołem. Twierdził, że Wysłannik czyli nasz D.C. przypłynął i jest obecnie w Twierdzy. Nie wiedział gdzie Twierdza jest, znał jednak pewnego pirata, który ponoć wiedział. Dał nam na niego namiary w Labiryncie. Radził nam abyśmy w miarę możliwości skontaktowali się z Madamoiselle Gabrielle, która była kopalnią informacji. Ostrzegł nas też przed przerażającym Wielebnym Grimme.

Powiedzieliśmy mu, że z powodu sytuacji natychmiast musimy opuścić miasto. Zrozumiał to chyba. Nie był jednak w stanie nam pomóc. Nie znał żadnych dróg ucieczki, nie wiedział gdzie drut kolczasty jest cieńszy.

Główna brama odpadała. Zbyt dobrze chroniona. Jedyną szansą ucieczki dla nas było przedostanie się przez drut kolczasty pomiędzy dwoma wieżyczkami. Była noc, więc mogło się udać. Ale niestety bez koni. Z końmi na pewno by nas zauważyli. Szeryf obiecał zająć się naszymi końmi w Grant Hotelu. Dałem mu nawet 100$ aby dbał o Dużego Teda i dawał mu żarcie. Miałem nadzieje, że tu wrócę i jakoś go zabiorę. Żegnaj Duży Tedzie! Wybacz ale są rzeczy ważniejsze niż Ty i nasza przyjaźń. Choćby moja dupa!

Pod osłoną nocy przekradliśmy się pod drut kolczasty, pomiędzy wieżyczkami. Każdy z nas czuł, że od tego zależy życie nas wszystkich. Z wrażenia skradaliśmy się jak pięciu indiańskich wodzów. Ale udało się! Przecięliśmy druty i wyleźliśmy z tego pieprzonego obozu! Nikt nas nie zobaczył i już po chwili zostawiliśmy druty za sobą w ciemności nocy.

Czekały nas jakieś 4 godziny pieszego marszu przez pustynię ale to już była czysta przyjemność po wydarzeniach w Lost Angels. Kiedy jednak zacząłem iść myśli kołatały mi się po łbie – jak i czym wypłyniemy do Labiryntu, czy znajdziemy Twierdzę, jak do niej wejdziemy, czy nam się uda dorwać D.C, czy przeżyjemy, czy zobaczę kiedyś jeszcze Dużego Teda?

O tym wszystkim usłyszycie może przy okazji następnej opowieści. Na koniec powiem tyle, że jak dziś myślę o piekle to nie myślę o kotłach i diabłach. Myślę o Lost Angels. Napijmy się.

 

Tomek ‚Funky’ Kowalski

About Funky

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Deadlands, DL po raz trzeci ,

Comments are closed.