Czerwony Bożek

Szlag by to, że już skończyłem tą waszą super prezydencką whisky i zostały mi tylko zwykłe szczyny! Jak sobie przypomnę tą historię z ruinami indiańców to od razu szukam gdzie mordę umoczyć. Działo się jak jasna cholera! Trupy, bożki, sekta, złoto i przekleństwa. Ledwo co żywi uszliśmy. Ale zanim opowiem sprawdźcie, czy wśród Was nie ma jakiś czerwonych. Nie ma? To dobrze, bo jak se znów przypomnę pewne chwile, to i teraz mógłbym jakiegoś rąbnąć. Niby przypadkiem kulka w łeb. Hehehe.

Wszystko zaczęło się dla mnie źle. Wkrótce po walce z wielkimi pająkami wyszło, że Brat Tobiasz podczas ugryzienia został przy okazji zatruty jadem. Nikt z nas nie potrafił mu pomóc – po krótkich mękach, zwierzak wyciągnął kopyta i zdechł. Przez 3 tygodnie zdążyłem się z nim trochę zżyć więc odczułem tę stratę, a ponadto zapłaciłem za niego 230$ w Tombstone! 230 za muła! A teraz te 230$ zamieniało się w cuchnące gówno, którego na dodatek nie dało się zjeść, bo było zatrute przez te cholerne Pająki! No i jeszcze te 230$ niosło większość moich zapasów! Nie mogłem ich przecież targać na własnym grzbiecie!

Nie dziwota więc, że byłem po prostu zły. Przeniosłem zapasy do parochodu Charlotte i ruszyliśmy dalej. Tym razem wszyscy mieliśmy giwery w rękach i spodziewaliśmy się najgorszego. Już nic nie mogło nas tak zaskoczyć!

Po paru dniach zaskoczyła nas jednak technika bo parachód się spieprzył. I to na tyle poważnie, że nie było szans na szybką naprawę. Charlotte postanowiła zostać i naprawić go, a nas namawiała abyśmy pojechali dalej sami. Nie chciałem się na to zgodzić – no bo jak to tak zostawić kobietę samą na pastwę pustyni, potworów, band i innych zagrożeń. Na dodatek parochód wiózł większość naszych zapasów. Jednak nasza inżynier argumentowała, że jak tylko dokona napraw, szybko nas dogoni bo parochód porusza się o wiele szybciej niż koń i przez ten cały czas to myśmy ją opóźniali, a nie na odwrót. W dodatku mówiła, że żaden grzechotnik czy inny Stwór nie zdoła parochodu dogonić więc podróż minie jej bezpiecznie.

Hmm… mieliśmy już październik, więc nasza misja wymagała pośpiechu. Nie mogliśmy pozwolić sobie na bierne czekanie iluś dni na pustyni, aż Charlotte dokona napraw. W końcu więc z żalem zgodziłem się z tą propozycją. Ed, Ben i Willy mieli to w dupie. Chyba guzik ich obchodził los Charlotte. Ed to nawet półgłosem nawijał, że baba na szlaku to tylko kłopoty więc lepiej jak jej nie będzie. Zdziwiłem się, no bo skoro zawsze chce gwałcić, a jednocześnie bab nie lubi wokół siebie, to chyba zwykle zwierzaki gwałci. Już sam nie wiem od czego zdechł brat Tobiasz. Hehehe.

Ustaliłem z Meksem-przewodnikiem gdzie blisko Lost Angels można by się z Charlotte umówić. Wybraliśmy do tego celu ruiny szpitala, na południe od L.A. Jakieś półtora godziny od miasta. Co poniedziałek lub czwartek w południe mieliśmy tam na siebie czekać. Wciąż miałem nadzieje ujrzeć Charlotte i nasze zapasy. Swoją drogą twarda lala z tej naszej Charlotte – która inna chciałaby sama zostać na tak niebezpiecznym pustkowiu?

Przenieśliśmy zapasy z parochodu na nasze konie. Tyle ile się dało i ile były w stanie unieść. Niestety nie za wiele. Jeśli Charlotte nie dotrze do L.A. z parochodem i zapasami, będzie kiepsko. Zapamiętałem dobrze okolicę gdybyśmy mieli tędy wracać, a gdyby Charlotte została w tym miejscu na wieki i w końcu rozstaliśmy się. Trzeba być praktycznym – większość zapasów nie popsuje się przez miesiąc lub dwa, szkoda tylko by było naszej lali.

Minęło kolejne parę dni. Pilnie wypatrywaliśmy grzechotników, cały czas starając się trzymać blisko skał. Jeśli taki grzechotnik, wielki jak pociąg, lezie pod ziemią i wszystko się trzęsie, jedynym wyjściem jest szybka ucieczka na skały. Od naszego Meksa wiedzieliśmy, że żadne kule nie pomogą na taką bestię, a dynamit rzucony w paszcze to dla niej niczym czkawka, nic więcej.

Na jakieś 6 dni przed L.A. zamiast grzechotnika zobaczyliśmy z oddali jeźdźca z luzakiem. Był doskonale ubrany i zaopatrzony. Taki fircyk na środku pustkowia od razu wydał mi się podejrzany więc wrócił mi zły humor. Postanowiliśmy jednak podjechać bliżej – mógł mieć jakieś ciekawe informacje.

Z jego słów wynikało, że nazywał się Allan Huntington, pochodził z Nowego Yorku i był pisarzem powieści z dreszczykiem o przygodach jakiegoś Hanka Allena. Mnie to nic nie mówiło ale Willy’emu już tak. Zdaje się, że nawet Willy czytał coś tego faceta!  Aż się dzieciak zaróżowił na policzkach z wrażenia, zaczął też strasznie temu facetowi nadskakiwać. Godził się nawet z przegraną z tym facetem w karty, byleby tylko znaleźć się na stronach kolejnej powieści. Zaczął też coś pleść o naszych byłych przygodach. Nieśmiertelna sława się Willy’emu zamarzyła.

Wy też coś czytaliście? No, no! Widać jak jeden greenhorn coś napisze to drugi lubi to czytać. Hehehe. Chyba faktycznie był naprawdę znany. Wtedy jednak i Willy’emu i jemu najchętniej bym nakopał do dupy, bo mi się niedobrze robiło od tych ich zachwytów nad samym sobą. Taaa…. Zapewniam was jednak, że żadna nowa książka Allana Huntington’a nie wyjdzie. Ed się o to postarał. Hehehe. Ale o tym za chwilę.

Zaczęliśmy nawzajem wymieniać różne informacje, jak to zwykle. O tutejszych niebezpieczeństwach, o wieściach ze świata i takie tam. W miarę rozmowy zapytałem przy okazji czy nie kojarzy inicjałów DC ważnej szychy z Waszyngtonu, o której wspomniał Stout i która miała być teraz w L.A. Jednak nic przydatnego nie miał do powiedzenia. A gadane miał, trza przyznać.

Jakiś kawałek postanowiliśmy jechać razem. Po 3 tygodniach tylko własnego towarzystwa nawet do Żywego Trupa by się gębę otwarło. Hehehe

Co do niego, to podróżował zbierając materiały do swych książek. Dostał kupa forsy po jakimś spadku więc mógł sobie robić co chciał. Nie był przy tym aż takim fajtłapą jakby się po pisarzu można było spodziewać i jak mi się z początku zdawało. Miał jaja i porządne spluwy, a to już coś. W chwili obecnej poszukiwał jakiegoś starego miasta indiańców z przed 500 lat. Indiańcy przybyli z Meksyku, skąd ich biali wygnali. Aztekowie się zwali. Mieli swoje zwyczaje, bogów, kulty i inne takie. Gdzieś w naszej okolicy założyli miasto ale zdaje się, że tutejsi czerwoni się wkurzyli, napadli na nich i ich wybili, a z miasta zostały ruiny. Oczywiście z biegiem czasu i wzrostem pustyni nawet z tych ruin coraz mniej zostało i dziś cholernie trudno je znaleźć.

Wieczorem przy ognisku Huntington udobruchał mnie trochę, bo dał skosztować resztek naprawdę dobrej whisky. Nad ranem jednak znów wylazł z niego greenhorn, bo wpadł w jedną z pułapek jakie Ed rozstawiał w nadziei, że jakiś zwierzak się złapie przez noc. No i złapał się, hehehe, całkiem spory! Willy musiał mu leczyć nogę swoimi kantami.

Następnego dnia natknęliśmy się na ludzi w potrzebie. Z daleka przez lunety wypatrzyliśmy  dwoje ludzi, mających tylko jednego konia. Kiedy się zbliżyliśmy okazało się, że to młode małżeństwo Jerome i Betsy Hammond w beznadziejnej sytuacji. Kobieta była ciężko chora i mocno gorączkowała. Leżała na ziemi, a mąż nie bardzo wiedział jak jej pomóc. Na dodatek do L.A. były jeszcze dobre pięć dni drogi po pustyni, czyli właściwie to mogli sobie kopać grób.

Okazało się, że tak jak i my jechali do L.A. Przypadkiem jednak natknęli się na tak poszukiwane przez Allana Huntington’a ruiny starego miasta. Korzystali tam ze studni i spędzili noc. Nad ranem kobieta była już chora.

Od razu dziwne się to nam wydało, bo choroba mogła być wynikiem jakiś złych duchów tych ruin. Kobieta raczej się nie struła bo pili i jedli to samo, a mężczyzna był zdrów. Najgorsze jednak było to, że nie mieliśmy jej jak pomóc. Kanty Willy’ego na choroby nie działały.

Wzięło mnie współczucie dla tych bogobojnych i spokojnych ludzi. Zaproponowałem więc Huntington’owi, że jeśli odda im swego luzaka, ja jestem gotów pojechać z nim do tych ruin bo tam na pewno bezpiecznie nie będzie. Reszta moich kompanów również się na to zgodziła. Nawet nasz przewodnik Meks stanął na wysokości zadania. Postanowił pomóc temu małżeństwu i pojechać z nimi, a nam oddał połowę forsy za całą trasę. Z przewodnikiem i dwoma końmi mieli szanse na dotarcie do L.A. Tam na pewno jakiś medyk się znajdzie.

Na odchodne zapytałem po co jadą do L.A. Jerome odpowiedział mi, że mieszkali w Denver ale poznali tam  pewnego człowieka z L.A. – John’a Goodwin’a. Roztoczył przed nimi wizje L.A. jako bogobojnego miasta, pełnego dobrych ludzi i bogatego. Sprzedali więc wszystko i wyruszyli szukać lepszego życia i szczęścia.

Mocno się zdumiałem i wnerwiłem. Oszukano ich przecież! W L.A. czeka ich bieda, upadek i ohydny kult, nic ponadto! Wiedziałem to na pewno! Próbowałem więc mu to tłumaczyć ale był głuchy na me argumenty. Próbowałem ostrzegać, a w końcu nawet tak się wkurzyłem na tą bezdenną głupotę i naiwność, że musiałem sięgnąć do gróźb w nadziei uratowania ich życia. Wszystko na próżno, a Jerome Hammond chyba zaczął mnie uważać za szaleńca.

Na dodatek moi towarzysze wcale mnie nie wspomogli. Po raz kolejny przekonałem się, że innych mają głęboko w dupie. Obchodziły ich tylko pieniądze i własne sprawy. Swoją drogą świat już całkiem podupadł skoro ja, były bandzior, sukinsyn pierwszej klasy, zabijaka z ohydną gębą chciałem ludziom pomagać, a oni, niby normalni, innych ludzi zlewali. Może każdy powinien w życiu przejść to co ja, aby szukać odkupienia za swe grzechy?

Pożegnaliśmy się z państwem Hammond i naszym przewodnikiem. Ruszyliśmy ku ruinom. Nasz Meks udzielił nam różnych wskazówek co do zagrożeń więc byliśmy na maksa ostrożni. Zero galopowania i bez hałasów. Grzechotniki były gdzieś tam i nie chcieliśmy ich poznać bliżej, a wiadomo, że wstrząsy je przyciągają.

W nocy śnił mi się dziwaczny sen. Coś o jakimś kruku i niebezpieczeństwie z nim związanym. To był sen proroczy, choć wtedy jeszcze tego nie wiedziałem i jak każdy mój sen – olałem go.

W czasie podróży wylazło dlaczego naszemu pisarczykowi tak zależało na tym mieście. Otóż skądś dowiedział się, o wielkiej złotej statuetce, symbolu i podobiźnie Azteckiego Boga, która w tym mieście była. Huntington wciąż miał nadzieje, że statuetka tam jest i on ją znajdzie. Zwykła ludzka chciwość jak się okazało. Moim kompanom jednak też oczka zabłysły. Zacząłem się więc spodziewać kłopotów i to dużych.

Krótko po południu dostrzegliśmy w końcu ruiny na odległym wzgórzu. Wszędzie tu zresztą były wzgórza i skałki. Czaić się tu mogło wszystko. I faktycznie – kiedy z ostrożności przepatrywałem okolicę nagle dostrzegłem przez mą lunetę jakieś ruchome kształty za nami. Ktoś lub coś szło naszym tropem! Wzmogliśmy czujność i postanowiliśmy zrobić zasadzkę. Znaleźliśmy odpowiednie miejsce ze skałkami, pojechaliśmy dalej, a potem łukiem zawróciliśmy w to samo miejsce, obserwując nasz własny ślad. Cokolwiek szło za nami musiało się na to nabrać.

Pochowaliśmy się i czekaliśmy. Wkrótce udało mi się bliżej dostrzec jakąś postać. To był indianin! Wymalowana czerwona cholera, z łukiem i tomahawkiem. Od razu jednak schował się znów. Dobrzy byli w tym podkradaniu i chowaniu się. Trza im przyznać.

Nasza sytuacja nie była wesoła. Gdzie jest jeden czerwony, może być i stu następnych. Z nimi jak z pchłami. Na dodatek nie wiedzieliśmy czego od nas chcą. A na tym terenie mieli sporą przewagę nad nami. Mogli nas podejść jak chcieli, a my na dodatek nie mogliśmy po prostu zwiać na koniach bo chcieliśmy wejść do ruin miasta. Osobiście podejrzewałem, dwie możliwości. Albo, że szli za naszym tropem i chcą nas napaść i ograbić. Jak to zwykle czerwoni na takim pustkowiu. Albo też, że są strażnikami tych starych ruin. W obu przypadkach mieliśmy przesrane zależało nam więc aby się czegokolwiek więcej dowiedzieć.

Ed, który z nas wszystkich najlepiej zna się na czerwonych postanowił z nimi pogadać. Wstał i zaczął krzyczeć, że chce się z „Czerwonymi Braćmi” spotkać. Ładni mi bracia. Potem przeszedł na krzyki w jakiejś mowie indiańców, której nie znam. Ktoś z tamtej strony zaczął odpowiadać i koniec z końców stanęło na tym aby 2 naszych spotkało się z 2 ich. Bez broni, na odkrytym terenie.

Z naszej strony poszedł Ed oraz Huntington, który jakiejś języki indiańskie też znał i wiedział sporo o tych ruinach i ich mieszkańcach. Najlepsze, że Willy też chciał iść i nawet się o to obraził! Od przebywania z prawdziwymi mężczyznami dzieciakowi się całkiem we łbie zamieszało. Dwunastolatek jako nasz przedstawiciel na spotkanie z Czerwonymi Wojownikami! Za niedługo to dwulatki zaczną się zgłaszać na zastępców szeryfa.  Hehehe.

Usadowiłem się wygodnie z moją lunetką i wielkim remingtonem. Do miejsca spotkania miałem grubo ponad 300 metrów ale gdybym musiał, mógłbym naszym dać niezłe wsparcie ogniowe.

Na spotkanie przyszedł jakiś szaman w worku ze skór oraz wymalowany, wielki i muskularny wojownik, ze zwojem skalpów przy boku. Chyba wódz tej bandy. Gadali i gadali ale obyło się bez większych burd.

Kiedy Ed wrócił opowiedział nam co i jak. Ogólnie to jedni nie wierzyli drugim i nic o sobie nie powiedzieli. Nie wiedzieliśmy dokładnie z jakiego są szczepu, ale Ed uważał, że Szaman jest z innego jak wódz, co wydawało się dziwne i niepokojące. Jedyne co, to zawarto chwilowy rozejm, ale fajki pokoju nie wypalono. Aha! Wyglądało na to, że czegoś im brakuje. Same zagadki. Oczywiście Ed nie chlapnął, że bardzo nas interesuje miasto i statuetka Bożka.

Do nocy na miejscu zostać nie mogliśmy. W dzień indiańcy mogli czuć respekt przed naszą bronią, ale w nocy wszystko się obracało przeciw nam. Postanowiliśmy więc mimo czerwonych pojechać do ruin, a jeszcze przed nocą je opuścić i zwiać z tej okolicy. W ruinach czuliśmy się pewniej niż na tym terenie indian i mieliśmy większe szanse gdyby doszło do walki. Pozostawała jednak kwestia choróbska z ruin, starej indiańskiej sekty i jej czarów oraz naszych dziwnych snów… bo okazało się, że Willy’emu też się jakieś krucze koszmary śniły.

Do ruin dotarliśmy przed czwartą. Na wzgórzu pełno było rozpadających się budyneczków, skałek i kawałków różnych murów. Wkrótce dojechaliśmy do studni, z której pili państwo Hammond. Kiedy reszta oglądała studnie, ja wlazłem na wyższa skałkę i przepatrywałem okolicę. Widok był całkiem niezły ale ja wypatrywałem czego innego – i fatycznie wkrótce wypatrzyłem jednego czerwieńca jak włazi do miasta. A więc poleźli za nami!

Studnia nie miała w sobie nic ciekawego, ale nagle Willy stwierdził, że jego psiak Pit jest chory bo dostał gorączki. Czyżby jednak jakaś tutejsza klątwa? No to żeśmy się wpakowali. I to wszystko przez to, że chciałem pomóc jednej chorej kobiecie więc obiecałem pomoc stukniętemu pisarzowi. Tak se wtedy myślałem.

Poszliśmy dalej w stronę centrum wzgórza czyli jego najwyższej części. Wedle słów Huntington’a tam właśnie Ci Aztekowie budowali świątynie w kształcie schodkowych piramid. Tam też odbywały się rytuały z udziałem złotego Bożka i ludzkich ofiar. Widziałem po twarzach mych przyjaciół, że chciwość złota i skarbów całkowicie ich opętała. Nie myśleli wcale o grożących nam niebezpieczeństwach czy to ze strony żywych, czy umarłych, czy nawet ze strony jakiś wkurzonych Azteckich Bogów. Ja w każdym razie skupiłem się na najbardziej realnym niebezpieczeństwie ze strony jak najbardziej żywych Indian. Kiedy więc oni poleźli na górę, ukryłem nasze konie w starym budynku i przygotowałem sobie na skałce stanowisko strażnicze.

Na szczycie zaczęli coś kopać, dłubać, aż w końcu dotarli do jakiejś cholernie ciężkiej płyty z rowkami na krew i z różnymi diabelskimi symbolami. Huntington coś zaczął bredzić o jakimś rytuale, że trzeba go przeanalizować i kiedyś powtórzyć. Potem sięgnął do swych notatek i zaczął coś czytać. Willy co prawda stwierdził, że to chyba jakieś bzdury ale znów złe przeczucia mnie naszły. Przez tego pisarczyka możemy obudzić jakieś złe moce! Jakby czerwonych dookoła było wtedy mało.

Huntington doszedł jednak do wniosku, że złota statuetka musi być ukryta w domu kapłana skoro na szczycie piramidy jej nie było. Z notatek odczytał gdzie ten dom był. Zgodziłem się na poszukiwania pod jednym warunkiem, że o siódmej opuścimy to miasto. Na godzinę przed zachodem słońca.

Skoro wszyscy się zgodzili, wyruszyliśmy. Ed został z naszymi końmi, w mojej kryjówce, bo z końmi nie dało się dalej iść. Było zbyt ciasno. Wymieniłem się z Edem bo coraz bardziej obawiałem się ataku Czerwonych – chciałem naszych pilnować jakby co. Jak się potem okazało słusznie zrobiłem.

Dotarliśmy do jakiś przysypanych ruin gdzie pisarzyna zaczął kopać. Wcale mi nie zależało aby coś znalazł, a wręcz odwrotnie. Kiedy więc zapytał czy ktoś ma drugą łopatę bądź saperkę trzymałem gębę na kłódkę, choć na Dużym Tedzie miałem składaną saperkę. W końcu obiecałem mu pomoc w dotarciu do ruin, a nie to, że będę z nim kopał i szukał statuetki nieżywego Boga, nie?

Zająłem sobie bezpieczną pozycję, mając za plecami i po bokach skałę, a ręku mojego wincha. Po jakiejś godzinie Huntington dokopał się do wąskiego otworu, chyba dawnych drzwi. Wleźli tam po kolei w trójkę: Huntington, Willy i Ben. Gdy już jakiś czas ich nie było, zacząłem przygotowywać się na najgorsze i zakantowałem ochronę. Za moment miało się to wyjątkowo przydać.

Oto wyszli w trójkę, a Huntington trzymał w swych rękach olbrzymi złoty posążek, gdzieś wielkości małego chłopca. Nagle podniósł go do góry i zaczął cos wrzeszczeć, że nareszcie go ma! Natychmiast kazałem mu się zamknąć ale było już za późno. Strzała, która wyleciała gdzieś zza moich pleców walnęła go prosto w szyję i Huntington zwalił się wraz z posążkiem na glebę. Natychmiast też poleciały następne strzały, głównie w Bena i Willy’ego. Ben został lekko ranny – strzała sterczała mu z nogi. Zasadzka zamknęła się.

W pierwszej chwili zauważyłem tylko jednego Czerwonego, szybko posłałem mu więc kulkę, mocno go raniąc. Po chwili Ben go dokończył ze swoich dwóch frontierów. Ja w tym czasie zacząłem zauważać kolejnych Czerwonych strzelających z łuków. Każdy stał jakieś 40 metrów od nas. Zakantowałem szybko poprawienie celności i rozpocząłem swój własny konkurs strzelecki. Bach prosto w łeb, bach w drugi, który rozleciał się niczym arbuz, bach w trzeci. Trzy kulki i trzech czerwonych leżało martwych. Problem w tym, że za moich pleców strzelali kolejni.

Willy w tym czasie wlazł do dziury, skąd niedawno wylazł i tyle było z niego pożytku. Ben nie miał się już gdzie schować, więc stał i ostrzeliwał się ale szło w niego większość strzał. Oberwał szybko drugi raz, tym razem w rękę. Wypadłem z mojej kryjówki aby go wesprzeć ale było już po wszystkim. Ben rozwalił akurat jeszcze jednego, a dwóch ostatnich czerwonych zniknęło za skałkami.

Zwyciężyliśmy, ale ponieśliśmy spore straty i nie wiedzieliśmy ilu indian jeszcze pozostało. Nagle gdzieś od strony naszych koni usłyszeliśmy jakiś krzyk – Ed! Zabraliśmy posążek oraz żyjącego jeszcze Huntington’a i pobiegliśmy szybko w tamtym kierunku.

Na szczęście Ed żyw był, a wrzasnął tak czerwony, którego Ed załatwił. Czerwony napadł na Eda, kiedy ten usłyszał strzały i pobiegł nam na pomoc. Trup miał dziurę po kuli ze strzelby Eda i rozharatane gardło po nożu. Niezła walka jeden na jeden. Ed rozpoznał w nim wojownika  Apaczów.

Wleźliśmy wszyscy do domu gdzie ukryte były nasze konie. Chcieliśmy obgadać tą całą sytuację i zająć się rannymi pod osłoną murów. Wtedy to usłyszeliśmy głos indiańca –  tego wodza, co gadał z Edem.  Przedstawił się jako „Wirujący Dym” – ze szczepu Apaczów Mescalero. Dowodził tą zbieraniną. Gadał coś, że mamy oddać im Statuetkę i jednego rannego, a wtedy puszczą nas wolno. Że jesteśmy otoczeni przez wielu wojowników Kruka i dają nam czas do namysłu, do zmierzchu. A zmierzch był za godzinę.

Zaczęło być jasne, że cały czas chodziło im tylko o statuetkę, której sami nie umieli znaleźć. Podejrzewaliśmy, że chcą przeprowadzić rytuał i po to im jeden ranny. Co dokładnie stałoby się na skutek rytuału nie wiedzieliśmy ale na pewno coś złego. Nie za bardzo tylko łapałem się w tym, że wódz gada, że są Krukami, o sobie mówi, że jest Mescalero Apaczem, a na dodatek Ed twierdzi, że reszta wojowników jest zbieraniną z innych plemion, Szaman też. Czerwoni zawsze są dziwni i dziwnie gadają, więc nóż im w oko. Może taka zbieranina zebrała się faktycznie po to aby pilnować tego miejsca? Wtedy jednak olałem dalsze rozważania, bo przypomniałem sobie nasze sny o krukach i grożącej nam śmierci…

Nie zamierzałem zostawać w tych ruinach do zmierzchu. Zaczęliśmy się zastanawiać czy dałoby się jakoś statuetkę rozwalić aby nie dostała się w łapy indian i aby zlikwidować na zawsze zło jakie ze sobą niosła. Nie było to jednak takie proste i w grę wchodził tylko mocny ogień, w którym złoto roztopiło by się. Jednak w tych warunkach nie było jak takiej operacji przeprowadzić. Posążek był wydrążony w środku i można by było próbować go wysadzić dynamitem ale prędzej by pofrunął niż się rozwalił, a na dynamicie nikt z nas tak naprawdę się nie znał. W międzyczasie Willy trochę podleczył Huntington’a, zdecydowałem więc, że będziemy się przebijać i że ja pójdę pierwszy, a oni za mną. Statuetka nawet przestała mnie obchodzić, a jedyne co zaczęło się liczyć to przeżycie nas wszystkich. Bożka postanowił nieść na rękach nasz pisarz (był za duży aby przywiązać go do konia).

Wtedy poczułem, że mam gorączkę! Choroba dorwała także i mnie! Ze złością spojrzałem na ten kawał azteckiego złota i obiecałem sobie, że choćby nie wiem co, już wkrótce jakoś je rozwalę lub przetopię. W tamtej jednak chwili szybko przestałem o tym myśleć i zabrałem się za wyciąganie nas z opresji. Zacząłem napakowywać się tak, jak tylko moi towarzysze mogli pomarzyć. Kant za kantem. Chodźcie czerwone diabły! Zobaczymy jak połamiecie sobie krucze szpony na  wkurzonym i przygotowanym Małym Tedzie! Jeśli miałem zginąć to w walce twarzą twarz, a nie położony przeklętą chorobą lub oskalpowany przez indian w nocy, w jakiś zapomnianych ruinach.

Dałem z kopa w drzwi i wyszedłem ciągnąc za sobą Dużego Teda. Ze 30 metrów trzeba było przejść pieszo po gruzach i w ciasnych szczelinach, zanim można było dosiąść konia i próbować wyjechać z tych ruin. A przecież Dużego nigdy bym nie zostawił. Za mną wyszedł Ben ze swoim koniem, no i miała iść reszta.

Zaczęło się. Wynurzyło się kilku indian i zaczęło do mnie walić z łuków. Trudno było ich dostrzec i namierzyć, jednak byłem na to przygotowany. 4 strzały z mego wincha i 4 czerwone trupy. Dzięki kantom moje pociski były większe, szybsze, celniejsze i wredniejsze. Każdemu celowałem w głowę i każda głowa po prostu się rozpryskiwała. Ben też zaczął walić, a z okna ruiny zaczął walić Ed. Czy kogoś trafiali nie wiem, bo znów już strzelałem, przebijając się do przodu. Strzały przelatywały koło mnie ale dzięki ochronie nie trafiały. Rozwaliłem trzech kolejnych pomalowanych czerwonych. Czułem się tak jakbym strzelał do dyń z farbą, które stoją mi na drodze. W końcu od strzał czerwonych ochrona mi się skończyła i wiedziałem, że jeśli indiańców jest jeszcze dużo, to już po nas.

Nagle usłyszałem z tyłu odgłosy zamieszania i kłótni w ruinach domu, z którego wychodziliśmy. Willy groził bronią Huntington’owi, a ten Willy’emu. Zorientowałem się, że nikt za mną i Benem z domku nie wyszedł! Cały plan do dupy!

Natychmiast zawróciłem z powrotem, przeciskając się koło zdezorientowanego Bena. To my tam walczyliśmy, narażając życie dla wszystkich, a Im zachciało się w takiej chwili kłótni! Byłem wkurzony na maksa i gdyby w tamtej chwili podszedł mi pod lufę Huntington… Z pewnością wszystko przez tą statuetkę!

Z naszego zamieszania skorzystali indiańcy i nagle trzech z nich zeskoczyło z jakiegoś dachu i z tomahawk’ami w rękach rzucili się na nas w pełnym biegu. Dwóch innych wciąż pruło do nas z łuków. Wśród tej trójki był jeden większy i lepiej umięśniony. Sam wódz tej bandy, ten Apacz, który jeszcze na pustyni gadał z Edem i który żądał od nas oddania statuetki.
Strzeliłem do niego od razu, nim zamierzył się na mnie swym toporem. O dziwo jakimś cudem udało mu się trochę uchylić, kula utkwiła mu w boku głowy i zakrwawiony rzucił się na mnie. Rana spowolniła jednak jego ruchy. W tym czasie drugi również zamierzył się na mnie biegnąc, a trzeci na Bena. Ja zdołałem się uchylić przed ciosem rannego wodza i jego kumpla,  ale nagle zobaczyłem, że Ben swojemu nie dał rady. Tamahawk przepołowił by go chyba na pół. W ostatniej chwili wsadziłem swego wincha między nich, ratując Benowi życie ale cios był na tyle silny, że i tak topór wbił się w pierś Bena ciężko go raniąc.

Szlag by to zaraz umrzemy, przemknęło mi przez łeb. Trza było Ben, razem ze mną łazić obijać się po mordach z chłopakami z saloon’ów, teraz miałbyś wprawę w walce wręcz, jak ja.

Winchester w tym zwarciu był mi na nic, więc rzuciłem nim w wodza i szybko sięgnąłem po mego colta. Tej kuli już nie miał jak uniknąć i zrobiłem mu drugą dziurę w czółku. Mógł być sobie twardy jak czerwona skała ale z dwoma dziurami nad ślepiami każdy by padł. Hehehe.

Drugi czerwony machnął toporkiem, a ja uskoczyłem za dużego Teda i wpakowałem mu kulkę. Padł tak samo jak czerwony Ben’a, który właśnie naszpikował go ołowiem.

Nie mając już przeciwników blisko siebie, daliśmy ognia do ostatnich czerwonych z łukami. Po chwili było już spokojnie i czysto. Żaden nowy czerwony już się nie pokazał. Nawet czerwone jaja mają swoje granice. Hehehe.

Wpadłem do domu. Ed leżał ogłuszony na podłodze, tak samo Huntington. Okazało się, że Huntington powalił Eda i nie chciał wyjść z posążkiem! Zdradził nas! Szybko skułem go mymi kajdankami i obwiązaliśmy go liną dla pewności. Do dziś nie mam pewności ale to chyba Willy Huntington’a ogłuszył. Pewnie jakimś kantem.

Nagle Willy stwierdził, że jego kundelek Pit, zdechł od tej choroby. Strasznie się tym przejął i przestał się w ogóle odzywać do nas. Popłakiwał sobie w kąciku. Chyba był z nim bardzo zżyty. Przypomniałem sobie, że faktycznie zawsze go ze sobą zabierał, no i raz nawet jego szczekanie w Tombstone uratowało Willy’’emu skórę.

Ed w końcu doszedł do siebie. Huntington’a przerzuciłem przez Dużego Teda i ponownie, tym razem już wszyscy, wyszliśmy z domu. Znów byłem przygotowany do walki ale tym razem żaden nowy indianiec się nie pokazał. Spokojnie opuściliśmy ruiny miasta i wjechaliśmy między skałki pustyni.

Znaleźliśmy odpowiednie miejsce i jeszcze wieczorkiem rozpaliliśmy porządne ognisko. Ed strasznie marudził, że trzeba mieć pod spodem jakąś formę aby złoto się nie zmarnowało. Miałem to w dupie, bo nie byłem pewny, czy i takie złoto nie będzie miało złego ducha. Statuetka rozpłynęła się w końcu i wymieszała z ziemią i korzeniami. Wielka złota plama, ostatnie wspomnienie Azteków z przed 500 lat. Wszystko kiedyś pójdzie do piachu, hehehe.

Przenieśliśmy się w inne miejsce bo ognisko zdradzało nasze położenie, a jakieś niedobitki Kruków  wciąż w pobliżu były, choćby ten Szaman. W końcu też ocknął się Huntington. Twierdził, że nic nie pamiętał od czasu jak weszliśmy do zrujnowanego domu po pierwszej walce. Zacząłem podejrzewać, że coś go mogło opętać, choćby ten Szaman albo Statuetka. Nie ufałem mu jednak ani trochę. Przez niego omal nie zginęliśmy, a nasza Misja była dużo ważniejsza niż jakieś cholerne Azteckie Bożki z przed 500 lat, nawet ze złota.

Najbardziej wkurzony był Ed, któremu Huntington dał po łbie, wyłączając go z dalszej walki. Zaczął zadawać mu pytania i nagle jak nie wywalił w niego ze swego obrzyna! Pisarzyna był wciąż związany, więc Ed dokonał prawdziwej egzekucji z zimną krwią! Na nasze wkurzenie Ed stwierdził, że Huntington na pewno nas zdradził bo właśnie go okłamał i dostał to na co zasłużył Cóż, do dziś nie wiem jak było naprawdę z tym Huntington’em ale z pewnością już więcej nic nie napisze. Nie z taką dziurą.

Willy, który chyba lubił i szanował Huntington’a rzucił się na Eda. Byłaby się polała krew więc huknąłem na nich, że jak nie przestaną to zaraz moich kulek posmakują. Willy się wystraszył. Ed był trochę twardszy więc całkiem nie wymiękł, ale swój cel osiągnąłem. Nie mogliśmy sobie pozwolić na zwady. Nie w tak niebezpiecznym miejscu.

Willy uleczył trochę Bena z ran. Potem już znów kompletnie odizolował się od nas, opłakując swego psiaka. Przez noc już nic więcej się nam nie przytrafiło i rano wyruszyliśmy na powrót do Lost Angels.

Od tamtej pory trawiło mnie to cholerne choróbsko i nijak nie chciało minąć. Kaszel, gorączka i takie tam. Do dziś jednak nie wiem co naprawdę wydarzyło się w tych ruinach, czy pisarz zdradził nas czy też nie, jakim cudem zebrali się do tej sekty indiańcy z tylu różnych plemion i po co, kto przeklął mnie tą chorobą i jaką moc miała Statuetka. Wiem jednak, że zabiłem chyba z 15 czerwonych, w tym wodza, a moi kompani powiedzieli po walce, że jestem naprawdę chodzącym arsenałem i gdyby nie ja, pewnie nie wyszli by z tych ruin. No, może w postaci skalpów przy bokach indiańców. Hehehe.

Nie macie się więc co dziwić, że jak widzę teraz czerwonego, to w wyobraźni widzę też dziurę w jego czółku od mojej kulki. No, wodzów to widzę z dwoma dziurami. Hehehe. Kiedyś jak byłem młody, zastanawiałem się czy nie robić nacięć na kolbie za każdego zabitego sukinsyna. Wielu tak robi. Jednak dobrze, że nie zacząłem, bo prostu zabrakło by mi miejsca. Hehehe.

Heja! Spokojnie! Nie uciekajcie! Mówiłem przecież tylko o czerwonych i sukinsynach! A zresztą… spadajcie i tak za kilka dni, trawieni ciekawością, przyjdziecie po nową opowieść. Wraz z upływem czasu nawet największemu tchórzowi jaja trochę twardnieją. Mały Ted poczeka. I nie zapomnijcie przynieś jakiegoś prezentu! Ostatnio polubiłem te Wasze prezenty. Hehehe.

 

Tomek ‚Funky’ Kowalski

About Funky

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Deadlands, DL po raz trzeci ,

Comments are closed.