Tombstone

Dobra! Kto chce słuchać następnej historii niech siada. Reszta wynocha. Wiem, że nie wszyscy z Was wierzą w to co mówię ale nie chcę słyszeć tym razem żadnych hihotów, szeptów i innych takich. Od dziś historie będą dla prawdziwych twardzieli, o prawdziwych twardzielach. Od dziś Tombstone i Dziwne Ziemie na zachód od Tombstone. Tam już nie ma żartów. I nawet żreć nie wolno podczas opowieści bo mnie to wkurzy. Jak się któryś nie dostosuje to mu poślę kulkę. A co se będę żałować. Mało to takich greenhornów jak Wy na świecie? Nikt ubytku nie zauważy. Hehehe. O teraz dobrze. Taka cisza mi pasuje, a więc słuchajcie …

W czwartek z rańca w końcu był pociąg z El Paso do Tombstone. Eda rzeczywiście zostawiliśmy w El Paso aby trochę odpoczął i doszedł do siebie po tych Żywych Truposzach. Do pociągu wleźliśmy więc tylko w trójkę: Ja, Ben i dzieciak Willy. Zabrała się z nami także Charlotte. Okazało się, że swoją robotę w El Paso zrobiła i teraz zmierza w kierunku Lost Angels, a to przecież przez Tombstone.

Tombstone… Znałem wcześniej to miasto bo z tamtych okolic pochodzę. Dla mnie to prawie był powrót do domu. Wiedziałem, że czekają nas trudne chwile bo miasto słynie z twardzieli i bezprawia. Ciekawiło mnie też czy dalej rządzi nim gang Kowbojów. Ale wracając do Charlotte czyli młodej i mądrej pani inżynier…

Skoro nasze drogi znów biegły razem postanowiłem zdecydowanie lepiej poznać naszą blond lalunię. Najpierw poprosiłem ją aby mi pokazała dokładnie swego gnata. Tego wielkiego Gatlinga, którego nosiła pod kiecką. Wcześniej w El Paso widziałem go tylko przez moment. Piękna spluwa. Charlotte tym razem wszystko mi pokazała, rozebrała go i złożyła. Pięć obrotowych luf zamiast jednej! Tym to można by rozwałkę zrobić. Kiedy tak zachwycałem się nową bronią i celowałem sobie w różne miejsca wagonu, zauważyłem, że cześć gości dziwnie poznikała, część zbladła, a reszta z uwagą mnie obserwuje. Gatling naprawdę robił wrażenie, niech mnie baby zeżrą!

Z całego towarzystwa tylko Ben patrzył trochę inaczej bo i interesowało go co innego. Czekał tylko znów na moment kiedy Charlotte będzie wkładać gnata pod kieckę. W pierwszej chwili to se pomyślałem: „pewnie myśli, że Charlotte jeszcze jednego, ciekawszego gnata tam chowa”, ale potem dotarło do mnie, że Ben młody jest, a Charlotte też nie stara i na dodatek ma czym oddychać. W każdym razie Ben kobiecego skarbu Charlotte chyba nie zauważył bo minę miał raczej zawiedzioną. Jak by miał tyle lat co ja to by wiedział, że nawet nie ma się co trudzić, bo kobieta taka jak Charlotte ma przecież majtki, różne falbanki, firanki i takie tam. Ta myśl skierowała moją gadkę na inne tory ale jedyne co udało mi się od Charlotte dowiedzieć to fakt, że była panną i chyba mało doświadczoną w tematach łóżkowych.

Zaproponowałem jej whisky aby jeszcze lepiej nam się gadało i aby naszą znajomość pogłębić. W końcu to pierwsza inżynier jaką bliżej poznałem! Charlotte na początku niby chciała tylko jednego i to ze swojego naparstka ale wkrótce okazało się, że naparstek nie był taki mały, no i nie był pojedynczy, hehehe. Po 4 godzinach jazdy byliśmy już nieźle wstawieni. Pamiętam, że  w pewnej chwili Charlotte chciała usprawnić mą broń, więc przyniosłem jej wszystkie swoje gnaty. Wielkiego Remingtona, obrzyna, winchestera. Chyba jej się nie udało, bo następne co pamiętam to jak już wysiadaliśmy w Tombstone i gnaty były ok. Uczepiony siodła Dużego Teda (mojego konia) jakoś udało mi się dotrzeć z innymi do Grand Hotel, ale zasadniczo byłem zły na siebie. Inaczej wyobrażałem sobie mój powrót do miasta! Kiedyś muszę skończyć z tym chlaniem!

W hotelu, w naszym pokoju, racząc się kawą i zimną kąpielą szybko dochodziłem do siebie, a Charlotte chyba spała w pokoju obok. Niestety nie chciała się ze mną wykąpać. Może gdybym miał w ciele trochę śrubek, drucików i zębatek … Hehehe.

W końcu byłem w stanie normalnie funkcjonować i z Willym poszliśmy na dół coś zjeść. Ben się gdzieś stracił i od razu naszły mnie złe przeczucia. Tombstone to nie miasto na niedzielne spacerki dla młokosów! Tu trzeba być czujnym i ostrożnym.

Dzieciak Willy z wypiekami na twarzy coś wspomniał o dwóch sprawach. Jedna, że następnego dnia ma się zacząć jakiś duży turniej karciarski. Druga, że w mieście jest jakiś dentysta, Doc Holliday. Ponoć tak doskonały rewolwerowiec, że cały gang kowbojów schodzi mu z drogi. Hmm… no to naprawdę gościu musi być twardym sukinsynem.

Nagle z biegła z góry Charlotte tylko w szlafroku, twierdząc, że słyszała strzały i to najpewniej ze spluw Bena! Porwałem za gnaty i wraz z Willym wybiegliśmy na zewnątrz. Rzeczywiście kanonada była spora i to niedaleko od nas! W okolicach Ike’s Place. To przecież lokal bandy kowbojów! Pognaliśmy ile sił w nogach ale mówiąc szczerze nie spodziewałem się ujrzeć Bena żywego. Kowbojów w mieście zwykle szwęda się kilkunastu, a cała banda liczy ze 30, jeśli nie lepiej. Każdy doświadczony i każdy ze spluwą gotową do użycia. Tylko głupiec mógł z nimi zadrzeć. Biegnąc te 100 metrów do Ike’s Place kalkulowałem ilu kowboi mogło tam być, z iloma przyjdzie nam się zmierzyć. Nagle jednak kononada ustała. Czyżby już po Benie? Ale nie! Zobaczyliśmy go za rogiem sąsiedniego budynku, był lekko ranny ale żywy!

Ben w szybkich słowach poinformował nas, że wdał się w awanturę z jakąś 10-osobową bandą. Nie chciał się dać obić po mordzie. Dwóch chyba zabił, a dwóch ranił. Potem szybko zwiał. Niezły twardziel trza przyznać, ale strasznie głupi z drugiej strony. Tacy najczęściej szybko kończą na cmentarzach. Mnie już przed oczami stanęło 30 kowbojów chcących nas dorwać i będących na własnym terenie, gdzie nawet niemowlaki będą im beczeć gdzie jesteśmy i co robimy. A wśród Kowbojów osławiony Johny Ringo. Aleś nas Ben wpakował, nie ma co. Mogłeś zebrać po ryju. To żadna ujma dla prawdziwego mężczyzny kiedy na horyzoncie jest ważniejszy cel. A teraz z misji dla Kościoła dupa, z całego naszego dalszego życia chyba też dupa, tak wtedy myślałem. Razem szybko udaliśmy się do Szeryfa licząc na jakieś szczęśliwe wyjaśnienie sytuacji i polubowne jej wyciszenie. Z relacji Bena wynikało, że nie on pierwszy sięgnął po broń. Jednak jakie to miało znaczenie w Tombstone?

Kiedy szliśmy do Szeryfa już nas obserwowali. Z daleko co prawda, zza rogów budynków ale było ich sporo. Każdy z długą bronią. Na razie na szczęście czuli respekt i srali w gacie na widok Bena. Pokazał co umie. Hehehe.

Na nasze nieszczęście u Szeryfa nic się nie zmieniło od ostatniego razu jak tu byłem. Szeryf, Fred White, po prostu był i to wszystko. Cały urząd Szeryfa był tłem dla tego co się w mieście działo. Przy kowbojach był niczym pisklę szukające mamusi. Atmosferę niemocy poczuliśmy już od progu.

Jak więc Szeryf usłyszał od Bena co się stało zbladł cały i chciał nas przymknąć! Nas wszystkich! Niedoczekanie jego! Wkurzyłem się nie na żarty. Warknąłem więc na niego i trochę postraszyłem. Od razu się zrobił milszy i ogon podkulił. Zaraz też polubownie pobiegł do kowbojów wypytać co i jak. A nas poprosił o zostanie. Cóż, biuro Szeryfa do obrony nadawało się całkiem dobrze więc postanowiliśmy zaczekać, może akurat ta łajza coś załatwi.

Kiedy wrócił minę miał niewesołą. Kowboje oficjalnie oskarżyli Bena o napaść i mieli na to iluś tam świadków. Za parę dni sąd. A potem Ben pewnie zawiśnie. Przynajmniej nie chcieli nas od razu rozwalić i nie chcieli strzelaniny w mieście. Mamy trochę czasu. Dobre i to. Jak się jest w takiej sytuacji jak my, to nie ma co udawać cnotliwej panienki. Trza łykać co jest. Hehehe.

Wtedy przyszedł mi do głowy pomysł aby wykupić rozróbę Bena. W końcu Ben biedny nie był. Niech zapłaci za te trupy i rannych. Szefowie kowboi na pewno forsą nie pogardzą. A zwerbowanie następnych kowboi na miejsce zabitych to chyba nie problem. Pomyślałem, że 100$ za zabitego i 50$ za rannego będzie ok. 300$ za życie nas wszystkich. Niech Ben płaci, on nas w to wpakował. Po naszej stronie było też to, że Kowboje nie chcieli strzelaniny w mieście.

Ku mojemu lekkiemu zdziwieniu Ben łyknął propozycje. Zdziwiłem się bo zwykle był strasznie chciwy i np. pierwszy rzucał się aby jakiego truposza ograbić, w pojedynkach zawsze zakłady chciał robić aby dodatkową kasę zarobić. Chyba więc musiał się teraz nieźle wystraszyć sytuacji.

Hmm… może tak to już jest z młodzikami pokroju Bena i Willy’ego. Na początku mają jaja wielkości skał z Yellowstone, a wraz z rozwojem sytuacji maleją im one do rozmiarów ziarenka piasku z dziecięcej piaskownicy.

Poszliśmy więc do Crystal Palace Saloon. Ja, dzieciak Willy i Charlotte. Szeryf mówił, że tam jest do zastania najstarszy z synów Clanton’a, szefa Kowbojów – Ike Clanton. Szycha. Z nim właśnie musieliśmy pogadać bo tylko on mógł bandę w mieście za jaja złapać.

Crystal Palace Saloon to lokal porządniejszy. Lepsze wyposażenie, posiłki, pokoje, panienki. Była nawet ochrona. Po namowach reszty mojego towarzystwa postanowiłem być trochę łagodniejszy i próbować się uśmiechać. W końcu od tego zależało życie Bena, a być może nasze też. No i misja dla Kościoła. Poprosiłem więc barmana o rozmowę z Ike’em w sprawie interesów. Zaczekaliśmy, zjedliśmy coś i w końcu poproszono nas na górę do jego pokoju. Trza było jednak oddać spluwy. Trudno. Bez ryzyka nie ma sukcesu. Oczywiście moje maleństwo w bucie sobie zostawiłem, a Charlotte pod kieckę nikt nie zaglądał.  Taka kiecka dobra rzecz.

Ike Clanton z początku wyglądał na dość znudzonego. Był sam w pokoju ale spluwę miał przed sobą. Jakby na ostrzeżenie. Kiedy jednak usłyszał w jakiej sprawie przyszliśmy zdziwił się mocno. Najwyraźniej nic jeszcze nie wiedział o strzelaninie w Ike’s Place, jego własnym lokalu! Pewnie Kowboje bali się gniewu Szefa i nic mu jeszcze nie powiedzieli. W końcu ponieśli klęskę. Hehehe.

Ike przeprosił nas i wyszedł. Zrobiło się gorąco. Ike wkurzony, w oknach jego pokoju kraty,  my tkwimy jak goła babska dupa przy 20 spragnionych kowbojach. Niewesoło, bo jakby chcieli nas sprzątnąć to szanse mieliśmy malutkie.

Na szczęście Ike’a bardziej interesowały interesy i spokój w mieście niż burdy. Chyba też wyczyn Ben’a zrobił na nim wrażenie… No i łapał się na 300$, nie? Przystał więc na moją propozycję. Jednak jego warunki pokoju ograniczały się do Tombstone. Poza granicami miasta nie miał zamiaru powstrzymywać swoich ludzi. Ulżyło mi. W mieście byliśmy bez szans ale poza miastem to co innego. Może do czasu naszego wyjazdu trochę wyluzują, a jeśli nawet nie, to przecież nie będzie gonić nas cała banda ale tylko jej część. No i na dodatek – muszą nas jeszcze przecież znaleźć i dogonić.

W trochę lepszych humorach poszliśmy do Bena po te 300$. Ike Clanton nie był znany z prawdomówności i dotrzymywania obietnic jednak wydawało się, że tę chyba dotrzyma. Coraz częściej docierały do nas informacje o Wielkim Turnieju Karcianym w mieście. Każdy uczestnik wpłacał po 1000$, a wygrywający miał zgarnąć olbrzymią kwotę. Czyżby więc Ike’owi zależało też na spokoju z uwagi na ten turniej i możliwość olbrzymiego zarobku? Turniej miał odbyć się w jego lokalu, właśnie Crystal Palace Saloon, a jeden z jego ludzi na pewno startował – Kędzierzawy Bill Brocius. Znany przestępca, rewolwerowiec, z nagrodą za swą głowę 500$. Oczywiście tu w Tombstone czuł się bezpieczny, a Szeryf i tak nikomu nie wypłaciłby tych 5 stówek. W tym turnieju Bill przedstawiał się jako William B. Widać kowboje jeszcze dbali o jakieś pozory. Pewnie z uwagi na przyjezdnych karciarzy.

Może i Bill był tu nieźle chroniony ale ja jestem łowcą nagród i wkurzają mnie przestępcy łażący wolno po ulicach. Poza tym Kowboje kosztowali nas 300$. Obiecałem więc sobie, że zanim wyjedziemy z Tombstone spróbujemy po cichu go dorwać i wyjechać z nim, żywym bądź martwym. Może się uda. W innym miasteczku te 500$ z pewnością wypłacą.

Kiedy dotarliśmy do biura Szeryfa Ben końcowo zgodził się na układ z kowbojami i dał te 300$. Nareszcie trochę spokorniał. Szeryf też się uspokoił i lepiej się nastawił jak usłyszał, że awantura jest zażegnana.

Wykorzystując ten moment zapytałem Szeryfa o Moor’a. W końcu w tej sprawie tu przyjechaliśmy. Pokazałem lewy list gończy za Moor’em, spreparowany przez biskupa. Szeryf jednak stwierdził, że koleś leży na cmentarzu. Zabił go w pojedynku jakiś człowiek z labiryntu, tego przy Lost Angels – Albert Lenon. A więc nasz pierwszoplanowy trop urwał się na cmentarzu miejskim. Moore zakwaterowany był w Ike’s Place. To tam gdzie narozrabiał Ben. Może jednak było coś ciekawego w jego klamotach? Będziemy musieli to sprawdzić.

Nie mając już nic do stracenia zapytaliśmy o Stout’a. Dokładnie to Willy ściemnił, że to jego zaginiony wujek. Stout to ten ksiądz do zadań specjalnych co był w Lost Angels. To z jego powodu ta cała nasza misja do Tombstone. Moore właśnie jego miał ratować, a biskupowi najbardziej zależało właśnie na nim samym lub jego notatkach.

Szeryf jednak i tu nie miał dobrych wieści. Stout skończył sporo wcześniej niż Moore, w jakimś rowie poza miastem, rozebrany i z nożem w plecach. Dwóch ludzi, których mieliśmy szukać. Obaj zabici. Od nich już się więc niczego nie dowiemy. Pozostały klamoty Moore’a i Stouta. Ktoś musi je mieć. Szeryf dopowiedział nam, że Stout mieszkał w Grand Hotelu czyli tym samym hotelu co my, a jego klamoty być może jeszcze tam są. Ponadto do Tombstone przyszedł z nim jego przewodnik, Chester Saunders, ostatni jego kumpel. Nareszcie jakieś słońce zabłysło dla nas na prerii.

Kiedy szliśmy oddać tę forsę rozmyślaliśmy sobie kto i dlaczego zabił obu agentów Kościoła? Czy było to jakoś połączone? Na pewno przypadek to nie był. Może ten Saunders coś wiedział. Nie mogliśmy jednak oficjalnie wypytywać o Stouta. Wciąż nie chcieliśmy aby ktoś nas wiązał z jego misją, Kościołem i Lost Angels. Pozostawało nam zostać przy tym, że  Stout to wujek Willy’ego, którego ten szuka. Willy niby to dołączył do nas jak dowiedział się, że jedziemy do Tombstone. Lepsza taka bajeczka niż żadna.

Po oddaniu forsy Aik’owi poszliśmy do Ike’s Place, aby najpierw powęszyć o klamoty Moore’a. W trójkę, bez Bena. Widok Bena mógłby kowbojów jednak mocno wkurzyć. Z 10 osobników bandy siedziało przy jednym stole i w ciszy piło. Nastrój pogrzebu. Hehehe. Barman poinformował nas, że w klamotach Moore kompletnie nic ciekawego nie było. Nie miał też żadnych notatek, pism czy książek. Zresztą wszystko rozeszło się wśród kowbojów. Zapytałem więc o samego Moore’a. Barman nic ciekawego nie wiedział ale wskazał na kowboja, który wiedział. Z początku kowboj gadać z nami nie chciał ale w końcu zażądał 10$, a ja się zgodziłem. Zależało mi na poprawieniu stosunków z kowbojami to się nawet nie targowałem.

Kowboj powiedział nam ciekawostkę. Otóż Moore przed śmiercią widziano z Brent’em Maddock’em, znanym rancherem, który handluje bydłem z Lost Angels. Poza tym Maddock ma zamiłowanie do gier i również gra w Turnieju. Dowiedzieliśmy się też, że w turnieju gra Chester Saunders, czyli ten którego chcieliśmy wypytać o Stouta oraz nasz stary znajomy Dr Imperius. Opócz nich jeszcze jakiś angol – Walter Norrington; Miguel Da Silva, zawodowy karciarz, którego Willy zdaje się poznał w pociągu no i Brocius, rewolwerowiec Kowboi. Razem sześciu graczy.

Wtedy Willy podpalił się do gry w turnieju! Twierdził i słusznie, że skoro z dwoma graczami chcemy pogadać to trzeba się wkręcić na turniej. Turniej był imprezą zamkniętą więc była to jedyna szansa. Miał dzieciak dryg do gry w karciochy, to widziałem, ale nie sądziłem, że czuje się taki mocny. A poza tym skąd weźmie te 1000$?

Szybko jednak okazało się, że to nie problem. Willy wysupłał 500, a drugie 500$ pożyczył mu Ben! Takiego ryzyka po Benie się nie spodziewałem. Za 500$ można przecież kupić rancho, na które cały czas zbierał. W każdym razie mieliśmy ten tysiak więc mieliśmy wejście na turniej. A coś mi nochal mówił, że wszystko wokół tego turnieju w mieście kręcić się będzie. Za duży szmal.

Jeszcze wieczorkiem Willy wpłacił ten 1000 i zamienił go na sztony. Musiał już jednak zostać w Crystal Palace Saloon. Takie reguły gry bo od  ranka, następnego dnia turniej miał startować. My mogliśmy co najwyżej być w tym Saloonie i pocieszać Willy’ego w przerwach. Samej gry nie mieliśmy zobaczyć. Dobre i to. Gdyby nie Willy to co najwyżej widzielibyśmy Crystal Palace Saloon z zewnątrz.

Kiedy wróciliśmy do naszego hotelu zaraz wypytałem barmana o Stout’a. Że niby wuj Willy’ego, a Willy chciałby odebrać rzeczy. I tu niespodzianka bo klamoty zabrał Chester Saunders, kumpel Stout’a, jeden z graczy. I znów wszystko wróciło do turnieju…

Dzień następny, piątek, turniej. Zaraz rano poszliśmy do Crystal Palace Saloon. Był nieźle obstawiony kowbojami, że niby ochrona, w środku też był ochroniarz wyglądający na zawodowego rewolwerowca niejaki Tiberius Vane. W ciągu dnia niewiele się działo. Willy grał na górze, my gadaliśmy na dole. Oprócz nas było trochę innych dopingujących i przyjaciół graczy.

W przerwie pogadaliśmy sobie spokojnie z oboma facetami, na których nam zależało. Brent Maddock wyparł się znajomości z Moore’m, ale czułem, że coś ukrywa. Zresztą miał układy i z Kowbojami w mieście i z kimś w Lost Angels. Handlarz bydła. Więc jeśli Stout podpadł komuś w L.A. to czy właśnie Maddock by tego nie załatwił? Wystarczyło by słówko wyszeptane kowbojom. Moore’a też on mógł pośrednio załatwić. W końcu zabójca pochodził z labiryntu. Kto wie kogo tam znał Maddock? Szlag by to. Gdybyśmy spotkali Pana Maddock’a w innej sytuacji albo poza miastem, inaczej byśmy sobie pogadali. Ściśnięty za jaja każdy prawdę powie. A na dodatek Maddock nie wyglądał na twardziela.

Drugim z naszych rozmówców był Chester Saunders. Faktycznie był przewodnikiem z labiryntu i faktycznie przyprowadził Stouta do Tombstone. Nie wiedział nic o misji Stout’a w L.A. Nie wiedział kto go zabił. A tego Albert’a Lemmon’a z labiryntu też nie znał. Chyba uwierzył w bajeczkę Willy’ego o wuju. Powiedział nam, że odebrał klamoty Souta ale niestety musiał je zastawić u Ike’a Clantona za 150$ aby mieć na wpisowe do gry. Dziwne mi się od razu wydało, że Ike chciał dać aż 150$ za rzeczy osobiste po nieznanym mu zmarłym. Pewnie stał za tym Maddock … W każdym razie klamoty po Stout’cie można było odzyskać dopiero po zakończeniu turnieju.

Dzień dobiegł końca, a Willy wyszedł z forsą do przodu. Po dwóch turach eliminacji dostał się  do finału! Niesamowity dzieciak. Finał następnego dnia. Odpadli Da Silva i Bill Brocius co było dla nas sporym zaskoczeniem bo myśleliśmy, że kowboje ułożą turniej pod siebie. Widać bardziej opłacało im się organizowanie cykliczne turniejów, niż przewałka w pojedynczym.

W sobotę rano zawodnicy znów zasiedli do gry, a my znów czekaliśmy piętro niżej. Tym razem jednak wydarzenia potoczyły się zgoła inaczej. W pewnym momencie, przedpołudniem, zobaczyliśmy jak Willy schodzi razem z innymi ale to nie była przerwa. Na dodatek ta mina Willy’ego… Okazało się, że przyłapano dzieciaka na oszustwie! Talia kart z rękawa czy coś takiego. No, a za to grozi śmierć. Niezła obsuwa i bagno! Szczególnie, że wokoło pełno ludzi, a na zewnątrz z dziesięciu ochroniarzy – kowbojów.  Siłą więc nic byśmy nie wskórali, co najwyżej poszli do piachu gdzieś za miastem.

Pięknie, pomyślałem sobie wtedy – najpierw Ben, a teraz Willy. Dlaczego ciągle muszę być niańką dla tych młokosów? Oni co chwila wpadają w cholerne tarapaty, a ja muszę ich wyciągać.

Willy jednak zdołał ich jakoś ubłagać – młody wiek i takie tam – i zamiast kary najgorszej kazali mu zapłacić 1000$. Jak nie zapłaci w ciągu doby to wyznaczą za jego głowę list gończy na 250$. Taki list to jak wyrok, każdy będzie na dzieciaka polował, więc zaczęliśmy się zastanawiać skąd wytrzasnąć tysiąc dolców. Miałem u dzieciaka dług uratowania życia więc dla mnie sprawa była cholernie ważna. Pieniądze Bena i Willy’ego przepadły. Po oszustwie na turnieju nikt im ich nie zwróci. Obaj byli więc dość spłukani. Charlotte też nie śmierdziała groszem, a poza tym znała nas dość krótko jak na inwestycje finansowe. Pozostawałem ja. A ja przez ostatnie przygody znacznie się wzbogaciłem i zbierałem sobie dolca do dolca. W końcu z czegoś trza żyć nie? Miałem dobry okres ale kto wie co będzie za rok. Teraz jednak Willy był ważniejszy.

Kiedy więc Willy płaczliwie rwał włosy z głowy ja kombinowałem jak zainwestować aby nie stracić. Razem z Benem wymyśliliśmy sposób. Pójdziemy do Ike Clantona i zapłacimy za Willy’ego ale pod jednym warunkiem. Ten tysiąc będzie dla zwycięscy pojedynku rewolwerowców. Ben kontra najlepszy z nich. Ben był nawet dość chętny do zaryzykowania swego życia za tak grubą kasę. Chyba go to strasznie rajcowało. Młodzik nie zdawał sobie sprawy jak łatwo może zginąć. Ale z drugiej strony był dobry w wyciąganiu gnatów, lepszy niż ja za młodu. Wiedziałem, że ma spore szanse, szczególnie, że Johny’ego Ringo w mieście nie było.

Poszliśmy więc pogadać z Ike’em. Gadałem tak jakby dzieciak Willy mnie guzik obchodził. W końcu czemu miałbym dawać taką ciężką kasę za obcego dzieciaka, mówiłem Ike’owi. A tak to będzie co oglądać w mieście, a my mamy szanse na odzyskanie tego tysiaka.

Ike zgodził się nawet bez oporów. Pewnie liczył na to, że za jednym zamachem łatwo zgarnie forse i zemści się na Benie.

Umówiliśmy się w samo południe. Pojedynek miał być na sygnał z zegara na ratuszu. Na przeciw Bena Ike wystawił Tiberius’a Vane. Z wyglądu i postawy widać było zawodowca. Zresztą byle kogo nie wystawił by w pojedynku o 1000$. Co słyszeliście o nim? Tym lepiej! Nadstawcie więc uszu.

Miasto stanęło w miejscu. Tłumy ludzi pod ścianami budynków, pochowane za rogami lub patrzące zza szyb. Nadbiegł jeszcze grabarz i ich wymierzył. A potem już tylko oni dwaj naprzeciwko siebie, w odległości 25 metrów. Kurz unoszący się na drodze i tylko szum wiatru.

Zanim zaczęli powiedziałem Ike’owi, że nie chce żadnych szwindli, że jak zobaczę jakieś oszustwo, grę nie fair, kombinowanie, cokolwiek nie tak – to się wkurzę i zrobię im rozpierduchę jakiej nie widzieli jeszcze w Tombstone. Że ma być uczciwie. A Ben Wap przy wkurzonym Małym Tedzie to bułka z masłem. Poszarzał na twarzy. Widziałem w jego oczach, że wystraszył się mych słow. Widziałem też że będzie tak jak chciałem – tylko oni dwaj naprzeciw siebie. Strach Wielkiego Ike’a dał mi niebywałą satysfakcję. Na kolejną liczyłem ze strony Bena.

Zegar zaczął wybijać południe. Gapie wstrzymali oddechy. Ja lustrowałem sytuację. Willy chyba jeszcze chciał rzucić kanta na Bena ale się na szczęście wstrzymał. Jeszcze ktoś by coś zauważył. Bach 11 uderzenie, bach 12… Tiberius pierwszy sięgnął za gnata. Wyprzedził Bena, choć wszystko odbywało się niesamowicie szybko! Bach, bach, siekał i 2 kule poszły w kierunku Bena! Ale i Ben już miał 2 swoje spluwy w dłoniach. Kiedy miał nacisnąć cyngle kule Tiberius’a doszły celu. Prosto w klatę. Ale niegroźnie! Lekka rana! Ben wciąż stał na nogach i 4 wystrzały z jego dwóch dwutaktowców rozdarły powietrze! Grad czterech kul sięgnął celu! Tiberius jak szmaciana laleczka poleciał w tył i tak już został. Nieżywe ciało pośrodku ulicy. Tylko wiatr zamiótł na niego trochę kurzu. Zwycięstwo!

Spojrzałem na Ike’a. Niedowierzanie, wymieszane za strachem! Wiedz z kim zadarłeś psia gnido! Zaraz zabrałem mu nasze 1000$ A kiedy szliśmy razem ludzie rozstępowali się przed nami. Trza być twardym i mieć jaja. Szczególnie w Tombstone!

Teraz pozostało nam załatwić rzecz ostatnią ale najważniejszą. To co zostało po Stout’cie. Najpierw odwiedziliśmy telegraf. To było ostatnie miejsce do którego poszedł Stout przed śmiercią.

Telegraf był nieczynny, że niby jakieś gremliny czy inne cuda, słowem spierniczył się. Telegrafista na szczęście chciał być pomocny, choć nic dodatkowego o Stout’cie nie powiedział. Charlotte jednak jakoś dorwała się do tej wiadomości co ją Stout nadał do biskupa. W jaki sposób to zrobiła nie wiem i guzik mnie to obchodzi. Aha no i przydała się nasza rzadka biblia co ją dostaliśmy od biskupa. Ta biblia jakoś odkodowała ten telegraf czy rozebrała wiadomość, sam już nie wiem.

W wiadomości było o tym, że Kościół w Lost Angels prowadzi jakieś praktyki okultystyczne, że ludzie Kościoła są likwidowani, że przygotowywany jest jakiś układ ze Stanami Zjednoczonymi, który ma umożliwić ekspansję tego ich Kościoła na tereny Stanów. Stout informował biskupa aby za wszelką cenę nie dopuścić do podpisania tego układu. No i że więcej informacji jest w jego notatkach.

Na koniec więc dorwaliśmy jeszcze raz Saunders’a. Po tym co zrobił Willy w turnieju, traktował nas niczym samotny Indianiec gdy widzi grupę niedźwiedzi grizzly, po prostu unikał nas szerokim łukiem. Teraz jednak po popisie Bena od razu zgodził się na to co chcieliśmy. Wykupiliśmy te klamoty po Stout’cie za 150$. Wśród nich trochę rzeczy brakowało m.in. rzadkiej biblii, takiej jaką mieliśmy i my, aby wysyłać telegrafem zakodowane wiadomości do biskupa. Pewnie Ike lub Madok myśleli, że biblia zawiera jakieś informacje albo po prostu dmuchnęli ją bo była cenna.

Był jednak notes Stouta! Po przeglądnięciu wydawało się, że to kupa jakiś bazgroł, nic nie warty stek bzdur i pokreślone rysunki. Jednak my mieliśmy naszą biblię oraz wiedzę, że coś tam musi być. I w końcu udało się. Z pomocą Biblii przetłumaczyliśmy trochę kawałków tekstów. Wszystkie dotyczyły tego co robił Stout w Lost Angels i czego się dowiedział. Te informacje były dokładniejsze od tego co nadał telegramem i bardziej niepokojące.

Stout z początku tylko nie ufał temu co działo się w L.A. Dziwnym nabożeństwom, ołtarzom, darmowej żywności, okaleczeniom i innym praktykom. Potem zaobserwował prawdziwą plagę znikania ludzi, szczególnie przyjezdnych. Tak właśnie zniknęli wcześniejsi Księża Kościoła Katolickiego. Sekta, która rozpanoszyła się w L.A. znała prawdziwe czarne czary i chciała rozszerzyć swoje terytorium na resztę Stanów poprzez budowę kolejnych ołtarzy dających moc w najbliższej okolicy. Bluźniercze modlitwy, bluźniercze praktyki, bluźniercze czary. Pewnie składają też ofiary z ludzi. Zło w najczystszej formie. Z Waszyngtonu przyjechał ktoś ważny o pseudonimie DC. On właśnie miał w połowie października podpisać sekretne porozumienie pomiędzy USA a Kościołem z L.A. czyli tą Sektą. Gdyby do tego doszło nic już nie powstrzymało by ekspansji Sekty. USA pewnie chodziło o prawa do Labiryntu i upiorytu bo DC miał podpisać porozumienie w imieniu prezydenta. Za sektą stał z pewnością Wielebny Grimme.

Natychmiast wysłaliśmy telegram do biskupa. Wkrótce odpisał i prosił nas o interwencję. Tylko my mogliśmy przeszkodzić w podpisaniu tego porozumienia. Trzeba było koniecznie dowiedzieć się kto to jest DC. Przed nami więc było Lost Angels. Aby się tam dostać musieliśmy przebyć najtrudniejszy szlak Zachodu. Pustynia, gorąc, potwory, bandy, indianie, szaleństwo – prawdziwe piekło na ziemi.

Ale się dziś nagadałem. Dobrze, że mi w gardle nie zaschło. To pewnie dzięki tej porządnej whisky. Jak mi się zechce to wkrótce Ci z Was, którzy nie spękają będą mogli posłuchać co było dalej. Ale tym razem, tym razem musicie się cholernie postarać abym o tym gadał. Nie tylko najlepsza whisky, cygara,  tytoń i porządne żarło. Chcę też młodą francuskę-blondynkę. Słyszałem, że są dobre i znają różne sztuczki, strzeleckie też. Hehehe. Skąd na środku prerii wytrzaśniecię taką lalę? A guzik mnie to obchodzi. Wyczarujcie. Chcecie opowieści to ma być i tyle. Do następnego razu więc.

 

Tomek ‚Funky’ Kowalski

About Funky

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Deadlands, DL po raz trzeci ,

Comments are closed.