Seksmisja

Myślałem, że teraz jak już Satana nie ma to Miss Olivia zatańczy dla nas w końcu w tym teatrze, ale ona poszła do klasztoru. Próbowałem o niej zapomnieć rzucając się w ramiona innych kobiet, ale jak zaczęły na mój widok szeptać „uwaga, idzie ten napalony smarkacz” to się zniechęciłem i nawet myślałem, czy by nie zostać księdzem, albo lepiej biskupem, bo wtedy mógłbym spać w klasztorze, blisko Miss Olivii. No ale chyba jednak zostanę przy kanciarstwie, bo Czarny Orzeł zaprowadził nas w końcu do swojej wioski i mogłem sobie trochę pogadać z szamanami. Szkoda tylko, że tych największych Brat Tobiasz powyrzynał, kiedy leczyli go z ran swoją szamańską magią.

Ale poza tym przez trzy miesiące nic się nie działo i zaczynało mi się już nudzić, kiedy matka przełożona tego klasztoru, do którego poszła Miss Olivia poprosiła nas o przysługę. Ale najpierw to poprosił nas o przysługę biskup Lamy, a właściwie nie o przysługę, tylko o „wypełnienie misji dla Kościoła”. Mamy pojechać do Tombstone i poszukać śladów niejakiego Ebenezera Stouta, kościelnego agenta i Richarda Moore’a, łowcy nagród, który został wysłany w „misję dla Kościoła” przed nami. Bo biskup Lamy i inni biskupowie bardzo się interesują tym co wielebny Grimm robi w Lost Angels i wysłali tam kilku księży, najpierw jawnie, a kiedy ci zniknęli to kilku innych potajemnie. Ale oni też zniknęli, tylko jeden Stout dał radę uciec z Lost Angels i dotarł do Tombstone, ale tam on też zaginął. Potem biskup wynajął Moore’a, który też przestał dawać znaki życia kiedy dotarł do Tombstone, no i teraz jego biskupia mość pomyślał sobie że nam się uda.

Najpierw myślałem, że to dla nas będzie łatwizna, w końcu rozbiliśmy nie tak dawno gang Pasierbów Diabła, nawet kupiłem sobie gazetę „Santa Fe Nex Mexican” gdzie o tym napisali duży artykuł i jak ktoś mi powie „smarkaczu” to mu zaraz pokażę, żeby sobie nie myślał. Ale teraz to już nie jestem taki pewny, wszystko mnie boli po tym, jak mnie te cholerne baby pogryzły i chciałbym pewnie do domu, gdybym nie był bezdomnym sierotą.

Ale właśnie – jak już wyjeżdżaliśmy do Tombstone to ta matka przełożona, Madeleine Aubrey, poprosiła nas o przysługę, taką prywatną. Do niedawna w klasztorze loretanek mieszkał taki młody ksiądz, nazywał się Ralph Bascogne, ale kilka miesiący temu wyjechał i od jakiegoś czasu nie daje znaku życia. Siostry prosiły podróżnych, żeby o niego wypytywali po drodze i podobno ostatnio wybierał się do miasteczka Clarence. Ed i Ben nie bardzo chcieli tam jechać, bo trzeba było wysiąść z pociągu i odjechać trochę w bok, ale Ted i ja ich przegłosowaliśmy J.

Po drodze, w pociągu, zauważyłem jak jakiś starszy gość nam się przygląda i coś tam sobie zapisuje w kajeciku. Wysiadł w Albuquerque i śledziłem go kawałek, ale nie dość, że go zgubiłem to jeszcze wpadłem na jakiegoś wielkiego gbura. Chciał mnie walnąć swoją wielką piąchą, ale się wywinąłem i tępak przyłożył prosto w słup telegraficzny. Słup zniósł to dzielnie, ale osiłek nie i spokojnie dałem dyla, zostawiając go jęczącego i dmuchającego na obolałą łapę.

Wysiedliśmy w Gloster, podłej dziurze, gdzie nie było szeryfa, a w łóżkach w jedynym saloonie harcowały całe stada pluskiew. Pytaliśmy o księdza Bascogne i barman go pamiętał, potwierdził też, że księżulo pojechał do Clarence. Ale dowiedzieliśmy się też od niego, że te Clarence jest bardzo dziwne, bo mieszkają tam same kobiety, żaden chłop tam nie chce zostać na dłużej, albo mu te baby nie pozwalają, w każdym razie nawet szeryfem jest tam kobieta. No ale nic, pojechaliśmy poszukać Bascogne’a między tymi kobietami, nawet ktoś żartował, że pewnie ten ksiądz niewiele się różni od kobiet, skoro mu tak dobrze w tym babskim mieście. A biedak już wtedy nie żył, no ale o tym nie wiedzieliśmy.

Clarence leżało na uboczu, bo kiedyś wielu ludzi podróżowało tędy do Kaliforni, ale teraz szlak prawie zarósł, a na resztkach starych obozowisk z rzadka widać było ślady świeżych ogni. Odludna okolica, nie spotkaliśmy żywego ducha. Do miasteczka przyjechaliśmy pod wieczór i zaraz przy wjeździe powitała nas pani szeryf i jeszcze kilka kobiet, wszystkie z bronią. Nam kazali oddać cały nasz arsenał, bo takie tu prawo – mężczyznom nie wolno nosić broni. W ogóle wszystko dziwne i takie babskie – saloon zamknięty, żadnych koni, whisky, no i rzecz jasna panienek, za to płoty pomalowane, wszystko wysprzątane, porządek jak w szkółce niedzielnej. Na noc kazali nam się zatrzymać w „Domowych obiadkach Berty Green”, gdzie można dostać obiad, lemoniadę, czystą pościel i kąpiel, chociaż nikt nie chciał nam umyć pleców. Bo to zgorszenie i „prowadzi do nierządu”, jak powiedziała nam starsza pani Green, dość miła nawet. Wtedy tak nam się przynajmniej wydawało.

Byliśmy bardzo grzeczni, oprócz Eda, który swoim traperskim nosem zwąchał niebezpieczeństwo i postanowił zostać na prerii. Umówili się z Tedem, że jakby co wystrzałami, albo biciem w dzwon damy sobie sygnał o niebezpieczeństwie, albo że chcemy się spotkać przed miasteczkiem. A potem się rozstaliśmy, Ed roztopił się w gęstniejącej ciemności, a nasza trójka pojechała posłusznie do Berty Green, choć najpierw Ben tak błaznował, że Mrs O’Neil, która była tu szeryfem, mało go nie zamknęła do paki.

Pani Szeryf powiedziała nam, że nasz księżulo rzeczywiście jest w Clarence, ale aktualnie pojechał na odległą farmę do chorej i wróci pewnie niedługo, może jutro. I żebyśmy na niego zaczekali. Pani Green z kolei opowiedziała nam, że w mieście nie ma mężczyzn bo ich mężowie, ojcowie i bracia wszyscy zginęli na wojnie, bo się dostali w ogień armatni, a dzieci płci męskiej akurat nie było. A podróżni którzy co jakiś czas przyjeżdżają do Clarence nie chcą zostać, bo im się nie podobają prawa, które sobie kobiety zaprowadziły. I wszystko niby było w porządku, chociaż jakoś tak czuliśmy że nie jest.

No i rzeczywiście nie było. Bo jak po kolacji wyszliśmy sobie przejść się po miasteczku to zagadałem dwie dziewczynki i od nich dowiedziałem się, że nasz ksiądz wcale nie został w miasteczku, tylko wyjechał i to już dawno. A zawsze jak mężczyźni wyjeżdżają, to wszystkie dorosłe kobiety z miasteczka idą się wykąpać. Nie wiadomo gdzie, bo małym dziewczynkom nie wolno iść z nimi. No to już nabraliśmy podejrzeń, Ben poszedł do koni, a my z Tedem pod areszt, gdzie pani O’Neil zamknęła nasze spluwy.

Kazałem jokerowi zrobić sobie tunel w cieniach i raz-dwa byłem w środku. Cele były puste, jeśli nie liczyć stosu naszej broni w kącie, ale myszkując po areszcie znalazłem klapę w podłodze, zamkniętą na kłódkę. Pewnie tylko dla porządku, który baby tak uwielbiają, bo w szufladzie biurka znalazłem komplet kluczy, pasujący do wszystkich zamków i kłódek które mi były potrzebne. Otwarłem drzwi wejściowe, żeby wpuścić Teda, a potem razem ostrożnie podnieśliśmy klapę do piwnicy. W środku harcowały myszy i piętrzyła się wielka kupa rzeczy. Siodła, juki, ubrania, broń, chociaż przeważnie stara i w złym stanie, taka niby rupieciarnia. Ale między rzeczami znaleźliśmy kuferek, a w środku sutannę, koloratkę i trochę drobiazgów, między innymi chusteczkę z monogramem: „RB”. Ralph Bascogne.

Wyszliśmy normalnie przez drzwi, z całą naszą artylerią, a Ben przyprowadził konie. Jak się okazało dowiedział się jeszcze więcej, niż Ted i ja. Jakaś dobra kobieta ostrzegła go przed niebezpieczeństwem i zaklinała, żebyśmy wyjechali z miasta przed nocą. Zawsze, kiedy do miasta przyjeżdżają mężczyźni kobiety idą się kąpać do rzeki i potem nie pamiętają co było przedtem, ale dzieje się wtedy coś złego. Teraz to już w ogóle nie zwlekaliśmy, wyjechaliśmy co prędzej z Clarence i Ted wystrzelił cztery razy w powietrze, żeby Ed do nas dołączył.

Tymczasem właśnie Ed znalazł resztki niedawnego obozowiska dla jednej osoby, ale jakby porzuconego, bo został kociołek i derka. Normalny podróżnik nie zostawiłby czegoś takiego. Tropiciel natknął się też na często uczęszczaną ścieżkę, która zapewne prowadziła do miejsca tajemniczych ablucji. Kiedy więc się wszyscy spotkaliśmy postanowiliśmy najpierw pojechać właśnie tam. Ścieżka była i prowadziła do zakola rzeki, na brzegu było sporo śladów stóp, dobrze widocznych w jasnym blasku księżyca, ale teraz nie było tu nikogo. Zawróciliśmy i skierowaliśmy się ku światełkom najbliższej farmy.

Chcieliśmy zaskoczyć panią szeryf O’Neil na farmie Scarlett Wilbanks, bo myśleliśmy, że to ona wszystkim trzęsie. Nie powiedziałem tego, ale Ben dowiedział się też od tej kobiety, która go ostrzegała, że Mrs O’Neil właśnie do tej Mrs Wilbanks pojechała. Ale nie wiedzieliśmy która to farma, a do miasta nikt nie chciał wracać. No to pojechaliśmy do pierwszej z brzegu. Podkradłem się pod same okna i zobaczyłem w środku dwie kobiety, starszą i młodszą, siedzące sztywno przy stole. Żadna nie była panią szeryf, żadna nic nie mówiła, jakby się pokłóciły, albo co. Wróciłem do reszty i im powiedziałem, a potem chciałem się tych kobiet zapytać gdzie jest farma tej Wilbanks, ale mnie przegłosowali, że lepiej będzie pojechać do drugiej farmy, może to będzie ta właściwa, a nie będziemy nikomu mówić, żeśmy uciekli z miasta.

No to pojechaliśmy do następnej farmy, ale się uparłem, że jak to znowu nie będzie ta to wejdę i się zapytam jak trafić do Mrs Wilbanks. Podkradałem się blisko razem z Edem, ale potrąciłem jakąś puszkę i musiałem udawać kota, bo z drzwi wysunęła się najpierw lufa rewolweru, a dopiero potem drobna postać młodej dziewczyny. Udało się i panienka zniknęła we wnętrzu domu, gdzie było słychać jeszcze drugi głos, też młody. Mówiły coś o Emmie, która została wybrana, żeby zostać Służką, bo Berta jest już stara. I jeszcze o jakimś rodzeniu kamienia. Tym razem nasi już się dali przekonać, żeby dalej nie jechać i zrobiliśmy zasadzkę.

Znowu miauczałem pod chatą, ale kobiety nie wychodziły i musiałem zacząć drapać po drzwiach, żeby się która zainteresowała. Wyciągnąłem z Saloonu zezowatego jokera, żeby wyrwał tej dziewczynie rewolwer, kiedy się wychyli, ale oberwałem przy tym po bebechach od jednego takiego wredziola. To był znak, taki szmaciarz, a mnie dorwał, widać trzy miesiące łajdaczenia się zrobiły swoje i wyszedłem z formy. Trzeba sobie to było wziąć do serca i się nie wychylać potem, może bym tak nie oberwał. No ale póki opanowałem drania i wyszarpnąłem tej babce rewolwer tak jak chciałem, aż poleciał w ciemność. Wtedy Ed rzucił się na nią i wpadli razem do środka.

Szamotali się razem, druga dziewczyna skoczyła na Eda od tyłu, rzuciłem w nią jakimś dzbankiem i lekko ogłuszyłem, Ed dołożył swojej i w końcu baby się poddały. Związaliśmy je i zaczęliśmy przesłuchiwać. Mały Ted jak zwykle grał zbója, takiego co to lubi wydłubywać ludziom oczy i przypalać pięty, no i dziewczyny szybko wyśpiewały wszystko co wiedziały.

Kiedyś, jak jeszcze przez ich miasteczko przejeżdżali poszukiwacze złota, co jechali do Kaliforni, jedna taka grupa łajdaków napadła na samotne kobiety. Samotne, bo ich mężczyźni rzeczywiście zginęli na tej wojnie, rozszarpani przez armatnie kule. Wiele kobiet ucierpiało, bo nie potrafiły się bronić. Wtedy jednak Wielka Matka dała im siłę, zabiły drani, ale bogini powiedziała im, że mężczyźni są źli i że wszystkich trzeba zabijać. No to kobiety wycięły wszystkich pozostałych przy życiu mężczyzn, nawet małych chłopców i od tego czasu jak jacyś przyjeżdżają do miasta, Służki zbierają się, połykają Kamień i mordują przybyszy, których potem zjadają. A potem rodzą z powrotem ten Kamień i wtedy wszystkie dorosłe kobiety idą się razem kąpać w rzece i zapominają o wszystkim co się stało wcześniej.

Baby mówiły o tym wszystkim tak spokojnie, że aż mnie obrzydzenie wzięło. Widziały ogryzione zębami Służek kości przypadkowych podróżnych i nic ich to nie ruszało, naprawdę wierzyły że wszyscy mężczyźni to potwory, które trzeba wytępić do ostatniego. Choć może to wcale nie Służki zeżarły ciała, to mogły być demony z samego dna piekła, albo te Służki to demony, które na co dzień mieszkają w ciałach kobiet z miasteczka ! Bo Służek jest dziewięć, między innymi szeryf O’Neil, ta Scarlett Wilbanks i stara Berta Green od domowych obiadków, które zresztą już wcześniej wyrzygaliśmy, bojąc się zatrucia. Ale jak reszta może żyć na co dzień z takimi potworami kanibalami to ja nie wiem, chociaż z drugiej strony – w końcu potem wszystkie te babska się kąpały i zapominały cudownie o wszystkich okropnościach. Obrzydliwe ! Ale z drugiej strony te tutaj były jeszcze całkiem młode, jak im matki i babki od dziecka tłukły do głów, że chłop to bestia to skąd mają wiedzieć że tak nie jest. Nawet śmierć ich braci nic dla nich nie znaczyła, bo to przecież byli ci źli faceci !

Próbowałem przemówić im do rozumu, ale bez skutku, jakby im mózgi wypłukało w tych kąpielach do reszty. W końcu wsadziliśmy głupie baby związane do piwnicy i przystawiliśmy stołem, żeby nas nie zdradziły i pojechaliśmy w kierunku następnej farmy, na której miała mieszkać Scarlett Wilbanks, jedna ze Służek. Ale tym razem nie było już tak łatwo.

Jak podjechaliśmy na jakieś pięćset jardów to światła w oknach chaty zgasły. Zsiedliśmy z koni i we trzech, bo Ben został przy zwierzakach zaczęliśmy się podkradać ku odległej jeszcze chałupie. Idziemy, idziemy, a tu nagle patrzę – między gałęziami drzewa nade mną blada twarz pani szeryf ! Ledwo to pomyślałem wiedźma z wrzaskiem skoczyła na mnie, a na Teda obok mnie i Bena przy koniach dwie inne ! Nie zdążyłem nawet pomyśleć brzydkiego słowa, kiedy twarz Mrs O’Neil przede mną rozwarła się na cztery części, najeżone zębami, a w sekundę później te zęby wbiły mi się w udo ! Ból mnie sparaliżował i zamiast coś zrobić dałem się bez walki ugryźć tuż przy szyi. Żebym chociaż wywalił z obrzyna, może bym trafił i rozwalił służkę na kawałki tak jak Ben ! Oj, gdyby nie Ben byłoby ze mną krucho ! Drobny rewolwerowiec dobiegł do mordującego mnie potwora i dosłownie odstrzelił go ode mnie ! Dalej nie wiem co było, jak się otrząsnąłem z szoku było już po wszystkim, trzy dymiące ciała potworów leżały na ziemi, ale mało brakowało, a ja bym leżał razem z nimi. Ed chyba też trochę oberwał, ale nie tak jak ja. Ale to jeszcze nie był koniec i najgorsze dopiero nas czekało.

Zamiast uciekać co sił w koniach do Gloster, jak radził zdaje się Ted, postanowiliśmy rozwalić po kolei pozostałe strzygi, bo tak się te stwory chyba nazywają. Ale nie sami, chcieliśmy pokazać kobietom z miasteczka jakimi potworami są ich sąsiadki i jakie ich bogini ma służki, myśleliśmy naiwnie że się do nas przyłączą. Farma na której zostawiliśmy dwie związane dziewczyny była o parę minut drogi stąd. Pojechaliśmy tam, wyciągnęliśmy obie panienki z piwnicy i pokazaliśmy im wymownie nasze trofea. I co powiedziały ? Że „służki muszą tak wyglądać, żeby mogły zabijać mężczyzn” ! Cholera, myślałem że je zastrzelę na miejscu, ledwo stałem na nogach, wszystko mnie bolało, a te mi tu takie gadki ! Koniec końców jednak zagnaliśmy tylko głupie baby z powrotem do piwnicy i zamierzaliśmy się wynosić, kiedy na wychodzącego Eda skoczyła nagle kolejna strzyga, a za nią dwie inne !

Znowu pierwsze starcie było diabelnie szybkie i znowu oberwałem paskudnie zanim mogłem cokolwiek zrobić. Czerwone plamy zawirowały mi przed oczami i nagle wszystko zwolniło. Zobaczyłem jak rozwarta na czworo paskudna paszcza zbliża się ku mnie wolno i nieuchronnie, bo nie mogłem ruszyć końcem palca. Pomyślałem, że teraz moje życie zacznie się przesuwać przed moimi oczami, bo następnego ciosu już nie wytrzymam i kiedy już prawie widziałem siebie raczkującego po podłodze, majestatyczny lot paskudnej paszczy ku mojej twarzy został niespodziewanie zakłócony. Oto z prawej strony równie powoli nadleciał, wirując, ciężki obrzyn Bena i zderzył się w powietrzu z pyskiem strzygi. Uzębiona paszcza i goniący za nią obrzyn przesunęły się przed moimi oczyma w lewo i zniknęły i wtedy wszystko wróciło do normy.

Ben doskoczył do mnie i wywalił do strzygi ze swoich rewolwerów, Ted chyba też strzelał, bo Ed leżał i się nie ruszał, ale potem się okazało że tylko był ogłuszony. Dokładnie nie pamiętam kto co zabił, ale nareszcie było po wszystkim. To znaczy po drugiej rundzie, bo zostały jeszcze trzy służki i kiedy dochodziliśmy do siebie i zapieraliśmy drzwi, przez komin wpadła do środka butelka z naftą, a zaraz potem strzygi zaczęły przebijać się przez sufit. Przyjaciele zaprowadzili mnie do piwnicy, gdzie siedziały związane dwie dziewczyny i tam przeczekałem trzecie i ostatnie starcie. Dopiero po wszystkim dowiedziałem się, że Ed prawie zszedł, dopadnięty przez dwie strzygi i tylko refleks Małego Teda ocalił mu życie, tak jak wcześniej celny rzut Bena uratował mnie. Teraz dopiero czuję co to znaczy mieć przyjaciół ! Gdyby nie Ben już by mnie nie było i przysięgam, że zrobię wszystko, żeby go nie zawieść !

Jak już wszystkie dziewięć strzyg leżało martwe reszta mieszkanek miasta trochę zmądrzała. Jakimś cudem teraz dopiero dotarło do nich, że zabiły własne dzieci, żeby spełnić wolę bogini i że cały czas służyły ciemnym mocom. Tylko stara Berta Green nie pożałowała swoich czynów, no i nic dziwnego, bo przecież była kiedyś jedną ze służek, tylko że teraz zastąpiła ją Emma. Ted założył jej kajdany i zabierzemy ją do najbliższego szeryfa, żeby postawił ją przed sądem. Jeszcze tylko telegraf do klasztoru loretanek, że ich sympatyczny ksiądz został zeżarty przez strzygi w Clarence, a potem pół roku leczenia w jakimś sanatorium i można ruszać w dalszą drogę do Tombstone…

 

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Deadlands, DL po raz trzeci ,

Comments are closed.