Pod Dzwonnicą w jaskiniach Echavaria

Szkoda, że Brat Tobiasz nie jechał z nami do El Paso, bo oczywiście tutaj też mieliśmy pełne ręce roboty z ratowaniem zbłąkanych dusz z łap piekielnych bestii. Ale i tak fajnie, że przyjechał za nami do Gloster, bo jakby nie to jeszcze byśmy tam pewnie leżeli z Edem i stękali cichutko, po tym jak nas te wściekłe baby z Clarence pocięły.

Ale tak to nas Brat Tobiasz wyleczył mocą Boską, za co niech mu będą dzięki, ale potem pożegnał się z nami i pojechał w swoją stronę, bo coś tam mówił, że się nie godzi, żeby w takiej świętej misji dla rozgrzeszenia brał udział i takie tam. No to dalej we czwórkę pojechaliśmy do El Paso, gdzie od razu poznaliśmy Miss Charlottę Rothschild, która przyleciała z Salt Lake City ornitopterem ! W ogóle jak zobaczyłem ten ornitopter to zapomniałem o całej misji dla kościoła i jak nikt nie patrzył to wśliznąłem się do środka i próbowałem poprzestawiać te wajchy, co były podobne do tych w lokomotywie, tyle że ładniejsze i że nie dało się ich ruszyć. I nic dziwnego, bo były zablokowane i dopiero potem Miss Charlotta pokazała mi gdzie je odblokować, tak że następnym razem już będę wiedział.

Jakoś tak w międzyczasie poznaliśmy właśnie Miss Charlottę, która jest fajna babka i do tego ma duże bufory, tylko się trochę jąka, ale to nic, bo przynajmniej mówi przez to wolniej i mogę nadążyć. I dużo wie o różnych maszynach, na przykład o ornitopterze, zeppelinie i o automatonie Carsonie, to znaczy takim wielkim blaszanym kowboju, co mu się ręce zacięły i przez to mógł strzelać tylko do góry, zanim mu właśnie Miss Charlotta ich nie naprawiła. I ma fajnego gnata, chyba trzytaktowego, albo nawet więcej, jak się naciśnie to strzela i strzela, chociaż wygląda jak taka duża pieprzniczka.

No, to jak ją już poznaliśmy to poszliśmy z nią do banku, do dyrektora Winklera, którego córka Adelaide uciekła z synem kowala i za którą była nagroda 1000 $ ! To znaczy za odnalezienie ma się rozumieć, a nie za „żywą lub martwą” ! No więc i tak mieliśmy iść do Mister Winklera rozpytać się o Adelaide i nagrodę, a z Miss Charlottą było lepiej, bo ona przyleciała ornitopterem z Salt Lake City specjalnie do dyrektora Winklera, żeby naprawić automatona Carsona. Bo dyrektor Winkler kupił Carsona od Doktora Hellstromme’a do ochrony banku i podczas ostatniego napadu braci Mannings zacięły mu się ręce z pistoletami, to znaczy Carsonowi, a nie Winklerowi rzecz jasna.

Zaprowadzili nas do takiego eleganckiego salonu i dali nam herbaty w takich malutkich filiżankach, a ja swoją od razu zbiłem i musieli mi przynieść drugą. Potem Mister Winkler rozmawiał z Miss Charlottą o naprawianiu Carsona, a potem w końcu wypytaliśmy go o zaginioną córkę. Okazało się, że chyba uciekła ze swoim ukochanym, Johnnym Calahanem w nocy z czwartku na piątek. Ed sprawdził i faktycznie, były ślady pod jej oknem i brakowało tylko stroju do konnej jazdy i jedzenia. Dyrektor Winkler wspominał, że wynajął już łowcę nagród Willa Shermana, ale na razie nic nie znalazł. Właściwie nie wiem, czemu nie znaleźliśmy tego Shermana, mógł nam przecież powiedzieć, że dzieciaki pojechały do jaskiń Echevaria i że zeszły do Dzwonnicy…

Ale zamiast rozpytywać się u konkurencji woleliśmy chyba do wszystkiego dojść sami. Więc Ben poszedł do szeryfa, ja z Tedem do kowala, ojca zaginionego Johnnego, a Ed rozglądał się po okolicy. Szeryfa nie było, bo pojechał uganiać się po prerii za braćmi Mannings, tymi co napadli na bank Mister Winklera, a jego zastępca nie miał nawet czasu położyć nóg na stole i Ben nic się od niego nie dowiedział. Kowal Calahan był tak zapruty, że nie dotarło do niego jeszcze, że jego syn zaginął kilka dni temu, co tam mówić o zniknięciu ze stajni jednej marnej szkapy, na której pewnie smarkacze pojechali do tych jaskiń, co zaraz o nich opowiem. Sąsiedzi Calahanów też niewiele wiedzieli o Johnnym, niektórzy twierdzili nawet, że porwali go Indianie. Tak że tylko wałęsanie się Eda dało jakieś rezultaty, bo od czerwonoskórego pijusa Śmiejącego się Lisa dowiedział się, że dzieciaki wyjeżdżały na chudym koniu w kierunku jaskiń Echevaria.

Ale zanim jeszcze pojechaliśmy do tych jaskiń i znaleźliśmy zaginioną Adelaidę i jej narzeczonego to jeszcze spotkaliśmy się w największym w mieście saloonie „Hunter’s saloon”. Nad wejściem wisiały takie wielkie bawole rogi, które mi przypominały te doczepione do tej piekielnej lokomotywy, co nią Miss Honey Lu odjechała do piekła, więc zaraz jak tam wszedłem to nabrałem ostrożności. A jak zobaczyłem właściciela to się jeszcze bardziej przyczaiłem, bo facet wyglądał na kanciarza, albo czarnoksiężnika, ja się na tym znam. Miał długie czarne włosy, siedział prawie nieruchomo i obserwował cały saloon, no i się nazywał Hunter, bo to był jego saloon. Jego stolik był obstawiony przez grupkę kowbojów, którzy mu ciągle nadskakiwali i przychlebiali mu się, jakby był jakąś ładniutką Miss, a nie takim ciemnym typkiem.

Ale Mały Ted jak tylko wszedł, to się nie czaił jak ja, tylko od razu podszedł do stolika Huntera i jego gromadki, zrobił groźną minę i zażądał od jakiegoś kowboja, żeby mu zrobił miejsce. Mały Ted ma paskudną gębę, a do tego chrapliwy głos i świdrujące oczy, więc z reguły ludzie mu ustępują miejsca, ale teraz było inaczej. Tamten wstał i się normalnie Tedowi postawił, który tak jakby się zcykał i zamiast zastrzelić natręta dał sobie normalnie obić ryja. No bo tamten kowboj, a się potem dowiedziałem, że ma na imię Job, nagle walnął Tedowi z baśki i zaraz poprawił z piąchy w żebra ! No i patrzę, a tu Mały Ted leży i stęka ! Hmmm… Pierwszy raz widziałem, żeby ktoś tak naszego twardziela z piąchy potraktował, ale nie powiem – nawet mi się to spodobało ! A co, niech Ted wie, że nie każdego można z buta i czasem trzeba po dobroci, tak jak ja na przykład.

Bo jak już z Edem wynieśliśmy zamroczonego Teda z saloonu i położyliśmy koło tego zaprutego Indiańca, Śmiejącego się Lisa, to wróciłem kulturalnie do środka i wyczekałem, aż Job pójdzie się odlać i zaczepiłem go. To znaczy powiedziałem mu, że mi się podobało jak skuł gębę Małemu Tedowi i że jest wielkim twardzielem i że chciałbym mu postawić drinka. No i udało się – Job co prawda nie chciał żeby mu jakiś smarkacz stawiał whisky, bo by go kumple wyśmiali, ale umówił się ze mną, że sobie pójdziemy przed saloon i gdzieś w kąciku wypijemy. No i tak się stało, trochę się podchmieliłem, ale dowiedziałem się od Joba sporo o nim i co lepsze, o Mister Hunterze.

No i mi ulżyło, chociaż byłem też trochę zawiedziony, że tak się dałem zrobić w balona tymi długimi włosami i stalowym spojrzeniem. Bo okazało się, że Hunter to nie żaden czarnoksiężnik, ale w gruncie rzeczy porządny gość, twardy co prawda, ale nie aż tak, jak to chciał pokazać Job. A te rogi bawole to pamiątka po takiej bestii, co wylazła z piekła i napadła na Mister Huntera kiedyś, jak jeszcze był kowbojem. Ale on nie wymiękł, tylko ją rozwalił i powiedział sobie, że to znak, żeby otworzyć saloon w najbliższym mieście, a to miasto to właśnie było El Paso. No i tak powstał „Hunter’s saloon”.

Potem się jeszcze dowiedziałem, że Mister Miguel Hernandez Rodrigo da Silva, który się zatrzymał w naszym hotelu i który nosi na palcu pierścień z asem pik, to też znajomy Mister Huntera i czasem z nim gra, ale towarzysko. Bo na pieniądze i to duże pieniądze to Mister da Silva grywa tylko z przyjezdnymi, w takim specjalnym tajnym saloniku. Ale żeby spróbować się z nim zaznajomić już nie miałem czasu, bo Mały Ted, który tymczasem dochodził do siebie oparty o nieźle już wstawionego Śmiejącego się Lisa, zdołał się od tego pijusa dowiedzieć tego co wcześniej dowiedział się Ed, to znaczy, że zaginione dzieciaki pojechały w kierunku jaskiń Echevaria.

To go zaraz otrzeźwiło i z werwą powrócił do poszukiwań. Zaraz się dogadał z jedną z kelnerek, że w sprawie jaskiń to najlepiej gadać z niejakim Owenem Huskellem, który kiedyś oprowadzał po nich ludzi, ale teraz się rozpił i już żadne wycieczki do Echevaria nie chodzą, tylko czasem dzieciaki urządzają tam sobie schadzki i pikniki. Ted od razu poszedł za ciosem (nomen omen, bo opuchlizna pod okiem dopiero zaczynała mu dojrzewać J) i wywęszył tego Huskella w najpodlejszym saloonie w mieście, gdzie się gość ukrywał przed wierzycielami. Whisky to jednak wredna choroba, muszę przestać pić.

Za parę dolców Huskell zgodził się oprowadzić nas po jaskiniach Echevaria, ale od razu się zastrzegł, że tylko po górnym poziomie, bo do Dzwonnicy nie zejdzie. A dlaczego ? No bo kiedyś prowadził tam grupę górników szukających upiorytu, ale górnicy jak weszli tak już nie wyszli. No może nie całkiem, jeden wyszedł, ale zaraz wyjechał, a nic nie powiedział co się zdarzyło na dole w jaskiniach. Tylko potem ktoś znalazł kapelusz jednego z tej reszty górników. Cały zakrwawiony. No i Huskell pomyślał, że na dolnym poziomie jaskiń, pod Dzwonnicą, czają się jakieś potwory. I dobrze pomyślał, choć kto go tam wie… jeszcze go spiję i podpytam.

W każdym razie nie czekając więcej na nic zebraliśmy się i pojechaliśmy do tych jaskiń. Ale, ale, zaraz ! Chwilę, musze zrobić efektowną pauzę… Oni pojechali ! Bo mnie Miss Charlotta pozwoliła się przelecieć…. Ornitopterem ! Aż mnie skręcało z niecierpliwości, bo już jak słyszałem o Zeppelinie od Doktora Imperiusa to marzyłem, żeby się takim przelecieć do Zurichu, a ornitopter jest przecież jeszcze lepszy, tak przynajmniej mówiła Miss Charlotta. A może nie mówiła, nieważne, na pewno jest lepszy ! W każdym razie usadowiłem się w kabinie obok Miss Charlotty i pilota, tego co przyleciał ornitopterem z Salt Lake City, a teraz tam wracał i po drodze miał nas wysadzić koło Echevaria, a za pazuchę włożyłem jak zwykle Pete’a, który jednak nie za bardzo się palił do latania.

Pilot poprzesuwał kilka wajch i nagle cała machina zawarczała jak wielki buldog i szarpnęła się, a potem rozległ się głośny huk i warkot, a te dziwne łapy na dachu (Miss Charlotta mówiła „wir-ni-ki”), zaczęły się obracać coraz szybciej i szybciej. Nie wiem czy już wtedy Pete zlał mi się na spodnie, czy dopiero później, bo byłem za bardzo zaaferowany startem żeby zwracać uwagę na jego popiskiwania. W końcu, kiedy hałas był już taki, że zdawało mi się że wszystko za moment wybuchnie, Ornitopter oderwał się od ziemi i zaczęliśmy się unosić ! Wszystko w dole robiło się coraz mniejsze i mniejsze, plac na środku El Paso zrobił się w końcu mały jak ćwierćdolarówka, a potem całe miasto zostało w tyle i owiał nas zimny wiatr, kiedy machina szybciej niż koń w pełnym galopie ruszyła w kierunku niedalekich jaskiń.

Podróż niestety nie trwała długo, pilot krzyknął „uwaga, lądujemy”, potem ze dwa razy podskoczyliśmy i w końcu ornitopter zatrzymał się, a my z Charlotte wyskoczyliśmy na ziemię. Pomachaliśmy pilotowi na pożegnanie i latająca machina z hałasem uniosła się w powietrzu, obróciła i odleciała w dal. Zostaliśmy sami. Kawałek od nas widać było ciemne wejścia do jaskiń, a niedaleko Pete, który doszedł już do siebie po locie ornitopterem, znalazł ślady po obozowisku – urwany sznur, którym ktoś nieumiejętnie przywiązał konia do drzewa, wygasłe ognisko i okruchy jakiegoś jedzenia.

Zanim dojechali inni zdążyliśmy się już solidnie wynudzić, bo nie mieliśmy co robić, tak że jak Ted, Ed, Ben i Mister Huskell wreszcie doczłapali na swoich konikach i chcieli się rozbić na nocleg zakrzyczeliśmy ich, że nie ma chwili do stracenia i że najlepiej od razu iść do jaskiń. Ed posprawdzał jeszcze tropy i znalazł ślady prowadzące do jednego z wejść do Echevaria. Tędy dzieciaki musiały wejść do środka. Poszliśmy ich tropem.

W środku znaleźliśmy znowu ślady obozowania, ale mimo przetrząśnięcia całego górnego poziomu jaskiń, nie natrafiliśmy więcej na ślady smarkaczy. Obawiając się najgorszego doszliśmy do Dzwonnicy i oczywiście znaleźliśmy sznur spuszczony w głąb ciemnej studni z przypominającego oś dzwonu skalnego występu. Huskell, kiedy to zobaczył od razu zaczął jojczyć, że on do dolnych jaskiń nie wejdzie za żadne skarby i że taka była umowa i że najlepiej jak popilnuje konie. No i chyba rzeczywiście to było najlepsze wyjście, bo skoro nawet zaprawiony w bojach Ed popuścił potem w gacie ze strachu to nieszczęsny Huskell mógłby odwalić kitę, gdyby zobaczył to co my zobaczyliśmy tam na dole. Zawiązaliśmy więc naszą linę obok tamtej i jeden po drugim zaczęliśmy spuszczać się w głąb jaskiń.

Większości poszło gładko, bo Ed i Ted spuszczali nas po prostu na linie z góry, ale kiedy przyszła kolej na nich zaczęły się problemy. Ed co prawda zwinnie ześliznął się na samo dno, ale Ted który schodził ostatni rozbujał się za bardzo i walnął w boczną, zębatą ścianę skalnego komina. Puścił linę i zacząłby spadać, gdybym w ostatniej chwili nie wykantował diabelskiego sługi, który chwycił lecącego Teda i asekurował go aż zejdzie na dół. Ale jakoś ostatnio jestem za mało czujny, to się chyba nazywa rutyna, bo niechcący wywlekłem z Saloonu złośliwego skurczybyka, który na pożegnanie walnął jeszcze w bebechy Eda. Na szczęście walnięcie było niegroźne i udało mi się Edowi wmówić, że to trujące gazy zaległy mu w brzuchu i stąd te bóle. Zresztą gaz naprawdę tam był, bo kiedy górnicza lampa pękła przy uderzeniu Teda o skałę, to wybuchła i trochę go pokaleczyła.

I kiedy tak zbieraliśmy się wszyscy po niebezpiecznym zejściu, rozległ się nagle tupot i w krąg latarni ustawionej przez Bena na ziemi wpadło jak błyskawica jakieś włochate straszydło. Stwór zamachnął się górniczym kilofem, ale Ben był przygotowany i wywalił z obu rur obrzyna w to coś. Mnie zmroziło i zanim się opanowałem Ben i Ted walili już w stwora, a Ted  krzyczał „żywy trup, walcie w łeb”. No i miał rację, to był zombie, albo żywy trup. Długie, wyrosłe po śmierci włosy robiły za ubranie, bo dawne górnicze łachy wisiały w strzępach, skóra cała szara i wyschnięta popękała miejscami i suche, żylaste muskuły powyłaziły na wierzch, z poczerniałych ust dochodził tylko niewyraźny jęk. Trup wywracał niewidzącymi oczami i machał kilofem z furią, ale Ted przymierzył dokładnie i rozwalił mu łeb jednym strzałem. Jaja wróciły mi na swoje miejsce, Miss Charlotta też doszła do siebie, ale Ed był cały czas nieswój, a z czasem rozkleił się jeszcze bardziej.

Teraz już wiedzieliśmy, że Huskell nie na darmo tak się bronił przed zejściem w te ciemne korytarze pod Dzwonnicą. Wtedy nie zwróciłem na to uwagi, ale teraz na spokojnie to sobie myślę, że on dokładnie wiedział co tu zastaniemy. To w końcu on zaprowadził tu tych górników. Muszę to z niego wyciągnąć, ale nie na siłę, zrobię tak jak z Jobem. Potem się też dowiedzieliśmy, że ten łowca Sherman też się bał zejść do Dzwonnicy, ale może nie umiał się wspinać, czort go wie.

Trochę się spietraliśmy w tym pierwszym ataku zombiego, ale jak napadły na nas dwa inne to już było dużo lepiej. Teraz tylko Ed nie umiał wziąć się w garść, stał tylko i coś mamrotał, a potem jak już było po wszystkim to ciągle rozglądał się dookoła i nasłuchiwał, czy aby nie słychać tupotu. Ale reszta dała trupkom popalić, nawet pani inżynier wywaliła do nich cały bębenek z tego swojego dziwacznego kolta. Aha, bo nie powiedziałem wcześniej, że Miss Charlotta jest inżynierem, czyli takim kimś kto naprawia albo i buduje maszyny, takie jak ornitopter, albo Carson.

Ale ja mimo wszystko oberwałem w tej walce i to nie od trupola, tylko od paskudnego jokera. Coś niemożliwego – cztery razy wskoczyłem do Saloonu i dwa razy oberwałem, no raz to oberwał Ed, wtedy przy Dzwonnicy, ale się liczy że ja, bo w końcu kto się brał za kantowanie ? Tym drugim razem to nagle prawa noga mi zesztywniała, a potem jak puściła to w ogóle nie mogłem nią ruszać, jakby nie była moja. Pierwszy raz mi się coś takiego zdarzyło – najpierw myślałem że zaraz minie, ale nie i w końcu Ed musiał mi pomóc iść, bo sam nie dałbym rady. Potem się coraz bardziej zaczynałem bać że mi już tak zostanie, bo jokery potrafią być paskudne, ale kiedy wyszliśmy po wszystkim na powierzchnię to nagle moja noga ożyła i już znowu była dobra, jak dawniej.

Ale nie koniec kłopotów z nogami na tym, bo jak mnie Ed prowadził przez te jaskinie to nagle moja druga noga, lewa znaczy się, wpadła w jakąś szczelinę i tak utknęła, że wszyscy musieli mi pomóc ją wyciągać. No i potem mnie bolała, tak że odtąd pełzłem jeszcze wolniej. Chwała Bogu, że nie musieliśmy uciekać, bo by mnie te zombie zeżarły.

Ale właśnie. Tak powoli kuśtykałem razem z wszystkimi po ciemnych korytarzach, aż w końcu wyszliśmy na większą jaskinię, w której było parę ciemnych wylotów korytarzy i z jednego z nich usłyszeliśmy cichutkie wołanie o pomoc. To biedna Ada Winkler, ledwo żywa usłyszała widać nasze kroki i ostatnimi siłami wołała, żebyśmy po nią przyszli. Ben wietrzył podstęp, ale Ted, Ed i ja postanowiliśmy pójść po dziewczynę, no bo w końcu po nią leźliśmy w te jaskinie, a chyba zombie nie mogły udawać dziewczęcego głosu, bo ich wyschnięte na wiór języki i przegniłe wargi nie mogły już się ruszać i tylko jęczały upiornie.

No i poszliśmy, ale nie dość że korytarz był niski i wąski, że mogliśmy iść tylko gęsiego i na czworakach, to jeszcze Pete wywęszył w tunelu gaz, więc jakby co nie dało się strzelać, bo byśmy wszyscy wylecieli w powietrze. No i oczywiście zaraz pojawił się jeszcze jeden kłopot.

Ten zombie nie tupał, bo nogi miał obcięte, albo może odgryzione i zasuwał na samych rękach, ale i tak przyskoczył do nas o wiele za szybko. Wpadł na Teda, który pełznął pierwszy i zaharatał go po twarzy, obitej już wcześniej przez Joba. Mały Ted próbował się bronić, najpierw pięściami, a potem nożem, ale cienko mu szło i jakby nie kanciarska ochrona byłoby już po nim. Muszę się w końcu od niego nauczyć tego kanta, chociaż on nie wie co to jest Hoyle, albo może udaje, że nie wie, diabli go wiedzą. W każdym razie monitou zbierał teraz za niego ciosy wściekłego, beznogiego zombiego, a my z Edem próbowaliśmy się zamienić miejscami. Bo Ed, chociaż nieźle wydygany i cały roztrzęsiony, bohatersko postanowił walczyć z trupolem i przepychał się do przodu ze swoim wielkim, traperskim nożem, a ja próbowałem ustąpić mu miejsca. Szamotaliśmy się tak parę chwil, a Ted z przodu wrzeszczał „zróbcie coś”, bo już mu manitou uciekł i teraz obrywał we własne ciało.

No to zrobiłem. Jak tylko Ed się w końcu przepchnął do przodu skupiłem się, wciągnąłem znajomy zapaszek dymu w płuca i otwarłem oczy w Zadymionym Saloonie. Tam za każdym razem jest inaczej, zależy od dnia i siły, no i od jokerów. Tego dnia najwyraźniej nie byłem w formie i miałem cholernego pecha, bo już wcześniej oberwałem dwa razy i chyba powinienem być wydygany, ale nie byłem. Jakoś taka zadziorność mnie wzięła, że zamiast się czaić jak zwykle, wyskoczyłem na stołek i chybnąłem na kark takiego małego wypłosza, z tych co to pomagają. Chwyciłem go mocno za włosy i kopnąłem piętą pod ogon, wio kobyło siwa, do ataku ! Pognał jak kawaleryjski koń na dźwięk trąbki i z całym impetem wpadł na takiego wielkiego uszatego jokera w cylindrze. Na ten moment czekałem, puściłem konusa i skoczyłem na plecy tego wielkiego, złapałem za uchole i dalejże targać. Z normalną grą to już nic nie miało wspólnego, ale co tam – oni też robią numery i to nie takie. No i udało się, pogoniłem jokera do wyjścia i za mgnienie oka znowu byłem w ciasnym tunelu, ale teraz już nie sam. W mojej głowie siedział naprawdę wielki i paskudny joker, taki co to może podnieść wóz i rzucić nim przez rzekę.

Bierz go ! I joker wziął, co miał robić ! Chwycił beznogiego trupka w swoje kowalskie łapy i łupnął nim o niski strop tunelu aż zatrzeszczało, tak dla efektu. „Wycofujemy się !” – zakomenderowałem i gęsiego wypełzliśmy z tunelu, a za nami joker wyniósł pana nie-do-końca-sztywnego i zawiesił go posłusznie w powietrzu, jak te truchła zwierząt, które bogacze wieszają sobie na ścianach. Tu w jaskini już nie było gazu i cała nasza paczka dała salwę, rozwalając łeb żywego trupa na kawałeczki. Puściłem jokera i chwilę musiałem posiedzieć, żeby złapać tchu.

A potem poszliśmy po Adę. Siedziała zaklinowana w prawie pionowym, wąskim szybie i już chyba znowu omdlała, bo nie odpowiadała na nasze wołania. Jak tam weszła nie wiadomo, ale żywe trupy nie mogły się do niej dostać i tylko dzięki temu żyła. Żaden z nas nie mógł się tam wspiąć, tak że znowu musiałem się wybrać do Saloonu i złapać odpowiedniego pomocnika, który elegancko sprowadził Miss Adelaidę na ziemię. Biedactwo było wychudzone, brudne i bardzo słabe, daliśmy jej pić i coś do jedzenia, no i zapytaliśmy co z Johnnym, jej chłopakiem. „Zabrali go, kilka dni temu” wyszeptała i znowu zemdlała, bo była rzeczywiście słaba. No a my zaczęliśmy się teraz spierać, co robić dalej.

Zabiliśmy jak dotąd cztery zombie, a było ich tu na pewno więcej, jeśli wszyscy górnicy którzy tu zeszli się w nie zamienili. Jeśli porwali Johnny’ego to pewnie już po nim, bo co jeden smarkacz może poradzić na głodne żywe trupy, na widok których nawet mnie serce podeszło do gardła. Ktoś nawet rzucił, że za chłopaka nie ma nagrody, więc możemy go zostawić, ale to chyba taki upiorny żart był, bo chyba nikt by nie zostawił człowieka na taki los, jakby wiedział że może go uratować. W końcu głosowaliśmy no i ja, Ted i Miss Charlotta wygraliśmy, to znaczy że nie wracamy póki nie uratujemy Johnny’ego, albo się nie przekonamy że nie żyje.

Ale żeby nie wpakować się w kabałę tak jak w tym ciasnym tunelu postanowiliśmy wydać trupom walkę na naszych warunkach. Przygotowaliśmy się do obrony w wylocie jednego z korytarzy i zaczęliśmy hałasować, żeby przywabić zombie, a ja nawet rozdrapałem ranę na lewej nodze, tej co mi wpadła w szczelinę, bo zapach krwi przyciąga te głodne potwory bardziej niż wszystko inne. No i udało się – nagle rozległ się szybki tupot i w krąg lamp ustawionych z przodu wbiegły zgarbione, długowłose  postacie. Pięć !

Daliśmy ognia ze wszystkich luf, Ben i Ted na przodzie zaraz położyli po jednym potworze, a my z drugiej linii też waliliśmy ile wlezie. Złapałem sobie małego jokera, żeby mi pomógł celować, bo nie jestem za dobry w strzelaniu, a chciałem też rozwalić jeden z tych paskudnych łbów. No i prawie mi się udało, trafiłem i odłupałem tak z pół trupiej gęby, ale już poprawić nie zdążyłem bo ktoś odstrzelił od tułowia resztę i było po sprawie.

Jak dym się trochę rozwiał to jeszcze dla pewności dobiliśmy truchła, a potem ruszyliśmy przeszukać resztę jaskiń. I o dziwo, w starej, górniczej skrzyni znaleźliśmy skulonego, wyczerpanego do reszty, ale żywego Johnny’ego Calahana ! A więc warto było nie dać za wygraną, ocaliliśmy niewinną duszę od strasznego losu i to był bardzo dobry uczynek, tak myślę. Ale też postanowiłem sobie, że jak ja będę miał czternaście lat tak jak Johhny to na pewno się nie zakocham w żadnej dziewczynie, bo to chyba od tego on tak zgłupiał, że zachciało mu się romantycznych spacerów po jaskiniach.

Wyszliśmy na powierzchnię, dojechaliśmy do miasta i oddaliśmy dwoje wycieńczonych kochanków Mister Winklerowi, który nam wypłacił nagrodę tak jak było umówione. A potem sobie siadłem i wszystko przemyślałem. Dlaczego ci górnicy się zamienili w żywe trupy ? Dlaczego w ogóle zostali w jaskiniach ? Wszyscy oprócz jednego. Może oni się tam nawzajem pozabijali o ten upioryt, który znaleźli, a może ten jeden ukradł wszystko, wyszedł po cichu na powierzchnię, a linę odciął, żeby go kamraci nie dopadli. A oni zostali tam na dole, pod Dzwonnicą, po jakimś czasie skończyło im się jedzenie i może wtedy pozabijali się wzajemnie, już nie dla upiorytu, ale żeby się pożywić mięsem trupów. Ten jeden, który nas dopadł w tym ciasnym tunelu był bez nóg, to pewnie kamraci je zjedli. Głód to straszna i czarna magia, może zamienić człowieka w potwora, którego nawet śmierć nie chce. Jak było naprawdę ? Może Huskell coś wie, albo podejrzewa ? Jak tylko się uda postawię mu butelczynę, pewnie nie odmówi, a po pijaku prawda wychodzi z człowieka i może wtedy dowiem się co się zdarzyło w tunelach jaskiń Echevaria pod Dzwonnicą.

 

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Deadlands, DL po raz trzeci ,

Comments are closed.