Miasto bab

Jeśli słuchaliście mych poprzednich opowieści posłuchajcie i tej. Jest ona początkiem kolejnego cyklu wydarzeń. Co do zapłaty – dziś nie będę wybredny – wypiłbym nawet szczyny szeryfa z Santa Fe. Zaschło mi w gardle od tej spiekoty.

Od wybicia Pasierbów Diabła minęły trzy miesiące. Mieliśmy mnóstwo szmalu więc zrobiliśmy sobie odpoczynek w Santa Fe.  Każdy na swój sposób. Ja odwiedziłem indian  i Brata Tobiasza, a potem dobrze bawiłem się w saloonach Santa Fe. Whisky, bijatyki, kobiety. Prawdziwy wypoczynek.  No i smak sławy był całkiem przyjemny. Ludzie kłaniający się na ulicach, uśmiechające się kobiety … Hmm… właściwie to ich była mniejszość bo większość ludzi schodziła mi z drogi już z daleka.  Nasze towarzystwo uszczupliło się o Prestona, który wyjechał do Denver i Czarnego Orła. Mój dług wobec Czerwonego w końcu spłaciłem więc nasze drogi się rozstały. W końcu jednak przeznaczenie upomniało się o resztę z nas. Była niedziela, 3 września 1876 roku …

Nockę mieliśmy fatalną. Każdemu śniły się jakieś koszmary, a od rana wszystko wydawało się jakieś gorsze. Nawet słońce jakby było mniejsze. Raz w tygodniu, w niedzielę zawsze odwiedzałem panienkę Olivię w klasztorze Loretanek, gdzie się udała, po tym co przeszła z Pasierbami. W tamtą niedzielę też tam poszedłem, jednak tym razem poprosiła mnie na
rozmowę Madeleine Aubrey, przeorysza zakonu. Szukała właśnie takich twardzieli jak my i miała dla nas jakieś zadanie. Szczegółów mieliśmy się dowiedzieć następnego dnia. Cóż, wystarczająco w życiu nagrzeszyłem, że chciałem to zmyć z siebie i żadnej kościelnej prośbie bym nie odmówił.

W poniedziałek rano w Ja, Ed, Willi i Ben poszliśmy na spotkanie nowego wyzwania. W klasztorze oprócz matki przeoryszy czekał na nas John Baptist Lamy – ksiądz biskup. Od razu zrobiło się ciekawie … Biskup chciał abyśmy mu pomogli w rozwikłaniu pewnej zagadki – jego ludzie giną i znikają w niewyjaśnionych okolicznościach, a trop prowadzi do Tombstone.

Ale po kolei. Najpierw, chyba z pół roku wcześniej, w lutym, biskup wysłał kilku księży z misją do Lost Angels. Jak wiadomo miasto to jest jedyne w swoim rodzaju. Położone na skraju labiryntu, ośrodek handlu upiorytem, dookoła pustynia i w mieście nie ma co żreć. A żarcia dostarcza Wielebny Grimme, który stał się przywódcą miasta i zrobił sobie małe Państwo. Może małe ale chyba dość bogate. On pociąga za wszystkie sznurki i bynajmniej nie jest katolikiem jak nasz biskup. W każdym razie księża wyruszyli i … przepadli jak kamień w wody labiryntu. Następnie już w tajemnicy wyruszyli następni księża i też przepadli. Nikt nie wie co się stało. Pod koniec czerwca wysłano więc kościelnego agenta specjalnego Ebenezera Stouta. Chyba takiego Texasa wśród księży. Hehehe. Z tego co wiadomo miesiąc był w mieście, a 31 lipca dał znak telegrafem, że jest w Tombstone, w Arizonie. Potem jednak zniknął i zostały po nim w Tombstone tylko rzeczy.  Biskup poprosił więc o pomoc doświadczonego Łowcę Nagród, który już wcześniej dla niego pracował nijakiego Richard’a Moore’a. Miał wywęszyć co zaszło w Tombstone. Wyruszył 8 sierpnia, jednak i on zaginął bez wieści. Ostatni kontakt z nim był w połowie sierpnia. Pomyślałem sobie wtedy, że cholernie dużo tych dziwnych zaginięć i że to pewnie Wielebny Grimme wkurzył się, że Kościół Katolicki wkłada swe łapki za głęboko i wszystkich kolejnych księży wysyła na łono Abrahama. Nie chce widać konkurencji. Hehehe. Samo życie.

W każdym razie eminencja poprosił nas abyśmy pojechali do Tombstone, sprawdzili co się da, namierzyli rzeczy po agencie Stout i dali znać co i jak. Biskup słyszał o nas i wierzy, że my sobie damy radę. Wiara to podstawa. Hehehe.

Biskup zaoferował odpuszczenie nam grzechów po wykonaniu zadania i 100$. Ja pieniędzy nie wziąłem. Za moje niecne czyny w przeszłości jestem Panu Bogu coś winien, więc postanowiłem, że tą misję dla Kościoła zrobię za darmo. Może rzeczywiście jak mi biskup grzechy odpuści to i Bozia znów spojrzy na mnie z łaską? Bycie wyklętym przez Boga ciąży mi od dawna i nawet uzdrawiające moce Brata Tobiasza na mnie nie działały. Chciałem umrzeć ze świadomością, że spłaciłem swój dług wobec żywych, że zrobię coś naprawdę dobrego … Ta misja więc była dla mnie wymarzona!

Wpadłem na pomysł, że skoro każdy kto się interesuje sprawą Lost Angels, bądź pana Stout ginie, powinniśmy mieć dobrą przykrywkę swych poczynań. Poprosiłem więc biskupa o spreparowany list gończy za Richardem Moore, tym Łowcą Nagród. Nagroda za żywego 150$, podejrzenie oszustwa. Będziemy więc rozpytywać o poszukiwanego, a nie o Księdza czy sprawę Lost Angels. To powinno być bezpieczniejsze dla nas i tej misji. Oczywiście ten Moore nic naprawdę nie zrobił ale skoro w Santa Fe jest na niego nagroda to może nagle się odnajdzie żywy bo ktoś będzie chciał zarobić?

Następnego dnia Biskup miał już dla nas list gończy. Nasza droga wiodła koleją na południe w kierunku El Paso, a stamtąd na zachód koleją już do Tombstone. Jakby wszystko sprawnie poszło 4 dni i jesteśmy w Tombstone. Miałem mieszane odczucia. Z jednej strony niezbyt mi się to podobało bo El Paso i Tombstone są na granicy z Meksykiem, gdzie chyba do tej pory szukają mnie za pewne czyny z dawnych lat. Z drugiej strony – pochodzę z Arizony i powrót w rodzinne strony zawsze jest miły. W sumie pomyślałem jednak sobie, że ryzyko jest małe, a misja dla Kościoła istotna.

Kiedy już wychodziliśmy z prośbą wystąpiła matka przeorysza. Pewien jej znajomy Ksiądz – Ralph Bascogne wyjechał z Santa Fe prawdopodobnie do małej mieściny Clarence, położonej niedaleko drogi do El Paso. Problem w tym, że wysyłał jej z podróży listy, a od 2 tygodni przestał i słuch o nim zaginął. Matka chciała więc abyśmy tam zboczyli i dowiedzieli się co się stało. Kurde, gubią się Ci Księża ostatnio niczym pchły na sforze psów.

Pociąg odjeżdżał następnego dnia czyli w środę. W pociągu jak to w pociągu nie było co robić więc piliśmy i gadaliśmy, gadaliśmy i pili. Skumplowałem się nawet z takim jednym co pociąg ochraniał.

Wysiedliśmy wieczorem w Gloucester. Mała mieścina bez Szeryfa, a stamtąd jeszcze dzień drogi do tego Clarence. Od miejscowego barmana dowiedzieliśmy się kilku ciekawych rzeczy. Przede wszystkim w tym Clarence mieszkały same Baby! Ani jednego chłopa! Nawet małych chłopców nie było. Miasteczko liczyło około 50 babskich rodzin no i miało swą Panią Szeryf. Na dodatek nie można było w nim nosić broni…. to znaczy przyjezdni nie mogli. Baby od czasu do czasu handlowały z innym ale zasadniczo chciały się trzymać z daleka od wszystkiego i od wszystkich dookoła. Różne dziwy w tym kraju widziałem ale takiego jeszcze nie, więc naprawdę byłem ciekaw tego miasteczka. No bo jakże tak bez chłopów? Kto podkuje konia, zakopie nieboszczyka i nastruga kolejne małe dziewczynki? Może Pani Szeryf? Hehehe. No chyba, że przyjezdni … Widziałem w oczach Eda i Bena ten błysk – kupa samotnych i spragnionych bab – to może być raj!

Po przenocowaniu konno wyruszyliśmy dalej. Był piątek 8 września. Okolica była dość dzika i opuszczona. Wieczorem dotarliśmy do Clarence. Pierwsze co rzucało się w oczy to faktycznie brak mężczyzn oraz to, że wiele domów wyglądało na niezamieszkanych. W środku miasteczka przywitał nas komitet powitalny – chyba z 5 młodych kobiet obwieszonych bronią, w tym Pani Szeryf. Od razu doszło do małego spięcia – bo trza było oddać broń. Ja w każdym razie zostawiłem sobie w tajemnicy w bucie małego Derringera. Nigdy nic nie wiadomo. Co do innych spraw – w miasteczku nie było nawet saloon’u, a nasz Ksiądz ponoć wyjechał do okolicznej farmy. Kiedy wróci, nie wiadomo. Edowi coś te baby od razu się nie spodobały, co mnie wtedy trochę zdziwiło bo były młode i ładne. Może przeraził się, że takiej ilości nie podoła? Hehehe. Ale na poważnie to chyba od razu Ed nosa miał, że coś w tym miasteczku bardzo śmierdzi. Postanowił, że zanocuje na prerii i umówiłem się z nim na sekretne znaki dzwonem kościelnym lub wystrzałami – jakby się coś działo. Mnie też to wszystko trochę się nie podobało.

W trójkę udaliśmy się w gościnę do jednej takiej starszej babci Berty Green co to podróżnych u siebie czasem przyjmowała i nocowała oraz domowymi obiadkami raczyła. Oczywiście wszystko za opłatą. Gdzieś jednak w tej dziurze trza było przenocować i na Księdza zaczekać. Zjedliśmy kolację, wysłuchaliśmy, że tylko baby i takie tam, że w miasteczku nie ma koni, whisky, nierządu, burd, pijaństwa. Miałem nadzieje, że to miejsce to raj dla chłopów a okazało się, że to raczej piekło i to cholernie nudne na dodatek. Żadna z tych paniuś nawet chłopa nie chciała! Co to się z tym światem robi.

Co do mężczyzn to okazało się, że ponad 10 lat temu był nabór do wojska Konfederacji. Wszystkie chłopy z miasteczka od 15 do 50 lat poszły do jednego oddziału. A cały oddział poległ w jakiejś bitwie z Unią. Na dodatek niby chłopców mniejszych wtedy nie było, no i teraz żadnego mężczyzny w mieście nie ma. Nowych też nie chcą bo szanują śmierć swych mężów oraz miały złe doświadczenie wkrótce po tym jak zostały same. Jakieś obce chłopy tu przybyli, trochę się zabawili, zgwałcili co poniektóre. No i faceci mają szlaban w tym mieście. Gnaty muszą oddawać, saloon zamknięto, whisky nie dostaną i zasadniczo nie są mile widziani.

Po kiełbasianej kolacji postanowiliśmy się trochę rozejrzeć. Ja chciałem obejrzeć Kościół i ślady po księdzu – coraz mniej mi się tu podobało. Pierwszy dziwny trop był już w Kościółku – świece były nowe i nie używane. Potem Willie dowiedział się od jakiejś bardziej naiwnej dziewczynki, że przecież Ksiądz mieszkał u Pani Berty bo nie miał swojego mieszkania, a za chwilę (o zgrozo!), że dawno go już w tym miasteczku nie ma, bo wyjechał. Wyszło na jaw kłamstwo Pani Szeryf! Od razu wsadziłem sobie 2 paluchy w gardło aby zwrócić kolację. Zacząłem podejrzewać, że te paniusie po prostu zabijają facetów np. otruwając, a całe miasteczko jest jedną wielką pułapką. Willi jednak dowiedział się kolejnej ciekawej rzeczy – zawsze jak mężczyźni „wyjeżdżają” wszystkie dorosłe kobiety idą się wykąpać w jakieś sekretne miejsce. Oczyszczenie po zbrodni, czy co?

Pełni najgorszych obaw Ja i Willie skierowaliśmy się do Biura Szeryfa. Ben poszedł sprawdzić czy kto nie grzebał w naszych klamotach. Biuro było zamknięte na trzy spusty, w końcu była noc. Ciemność i cisza. Willie przeniknął do środka tylko sobie znanym kanciarskim sposobem i zaczął myszkować wewnątrz. Coś go zdrowo zaniepokoiło i od środka otwarł mi drzwi. Okazało się, że w podłodze jest klapa i piwniczka, a w środku różne rzeczy po facetach odwiedzających to miasto! Były też rzeczy po naszym księdzu! Biedaczysko źle skończył. Ale miarka się przebrała. Trzeba było z tym zrobić porządek!

Zabraliśmy naszą broń. W międzyczasie przyjechał Ben z naszymi końmi! Dowiedział się od jakiejś przychylnej mu kobiety, kolejnych szczegółów do układanki. Z Bena jest przystojniak i potrafi mieć gadane więc baby zawsze robiły do niego maślane oczka. Ta kobieta ostrzegała go abyśmy natychmiast wyjechali stąd! W nocy miało wydarzyć się coś strasznego. Po czymś takim kobiety zawsze chodzą do rzeki się obmyć, a potem nic nie pamiętają co się wydarzyło! No ładnie, pomyślałem sobie, najpierw zbiorowo zarzynają lub otruwają facetów, a potem krótka kąpiel i sumienie czyste. Wygodne, nie? Kult pieprzony. Już mi im pokażemy kto się lepiej gnatem posługuje! Hehehe. Ben dowiedział się też, że Szeryf pojechała do pozamiejskiej farmy niejakiej Scarlett Wilbanks. Pewnie razem przygotowują coś na nas.

Co koń wyskoczy pognaliśmy za miasto. Dałem sygnał Edowi i wkrótce się pojawił. Też miał coś do powiedzenia. Znalazł pozostałości męskiego obozowiska z pozostawionymi rzeczami oraz dość uczęszczaną ścieżkę  z miasteczka gdzieś w głuszę. Czyżby trop „oczyszczania się w rzece?”. Ciekawe też jak wykończyły tego z obozowiska? Chyba w nocy jak spał. Albo to trucizna zadziałała później … Teraz to i Willi i Ben też wsadzali sobie paluchy aby oddać kolację. Hehehe.

Najpierw sprawdziliśmy trop na ścieżce. Faktycznie prowadził do zakola rzeki. Tu jednak nic specjalnego nie było. Postanowiliśmy odnaleźć farmę tej całej Wilbanks aby po mojemu rozmówić się z Panią Szeryf. Ben znał mniej więcej kierunek ale farm było kilka.

Zajechaliśmy do pierwszej z brzegu i zaczęliśmy małe podchody. Ed i Willi się tym zajęli bo potrafią dobrze się skradać. My z Benem ich ubezpieczaliśmy. Na farmie były 2 kobiety ale to nie te, których szukaliśmy. Na języka jednak wystarczą. Nie chcieliśmy hałasować i używać broni – baby z innych farm na pewno by usłyszały. Tak więc Ed z pomocą Willi’ego rzucił się na nie ręcznie i po cichu. Po krótkiej szamotaninie były nasze.

Jak mnie zobaczyły to od razu zaczęły gadać. Nawet Ed nie musiał straszyć gwałceniem. Hehehe. Nie za wiele jednak wiedziały. Wiedziały, ze faceci znikają ale jak i dlaczego już nie. Po prostu zapominały po tym obmywaniu w rzece co się w nocy działo. Obie nienawidziły mężczyzn to pewne. Mówiły nam o kościach, które z mężczyzn zostawały. Te baby zjadały trupy! Zjadały też konie, które zostawały. Obrzydzenie mnie wzieło jak myślałem, że wcześniej niektóre z tych bab nawet mi się podobały. Tfu!

Okazało się, że to wszystko był jednak jakiś kult bogini matki z rzeki. Kobiety z miasteczka miały 9 przywódczyń, w tym panią Szeryf i tę Wilbanks. Podały nam nazwiska. One to na początku „tych” nocy połykały jakieś rzeczne kamienie, a po nocy i uśmierceniu mężczyzn „rodziły je” z powrotem. One też musiały wszystko dokładnie wiedzieć i nakłaniać inne kobiety do tych ohydnych zbrodni i praktyk. One też jako jedyne wszystko pamiętały. Aha! Jeszcze jedno nam powiedziały – wszystkich małych chłopców, którzy zostali 10 lat temu, wymordowały. W końcu to też mężczyźni, jak mówiły.

Ja już chyba wolę wilki, nosferatu i inne potwory. Przynajmniej od razu wiesz co i jak.

Te dwie związaliśmy, wsadziliśmy do piwniczki i udaliśmy się na farmę Wilbanks. Kiedy jednak dojeżdżaliśmy światła na farmie pogasły. Wiedziały!

Szybko siedliśmy z koni i ruszyliśmy przez jakiś sad w stronę farmy. Nie doceniliśmy jednak przeciwnika. Zdołały zamienić się w jakieś potwory i zaatakowały nas z nienacka pośród ciemności nocy. Były trzy. Zamiast normalnych ust miały rozdzielającą się na czworo wielką paszczę pełną zębisk. Zdębiałem z wrażenia. Czegoś takiego jeszcze w życiu nie widziałem. Żeby zwykła kobieta w coś takiego? W tym czasie te 3 rzuciły się na mych kompanów. Srodze poharatały Willi’ego i Eda. Na całe szczęście Ben zaczął walić ze swego obrzyna. Było na co spojrzeć trza mu przyznać. Wstyd mi trochę było ale jak ja zacząłem grzać to już było prawie po wszystkim i tylko rozwaliłem tą trzecią. Pierwsze stracie wygraliśmy ale Willie i Ed wyglądali fatalnie. Szkoda, że nie było z nami Brata Tobiasza albo innego uzdrowiciela. Willie kiedyś potrafił pomagać innym ale najwyraźniej sam sobie nie potrafił, no a w jego stanie nie potrafił też Edowi.

Chyba Ed zaproponował wtedy abyśmy udali się do Gloucester po posiłki bo sytuacja nie przedstawiała się różowo. 2 z nas rannych a całe miasteczko wrogów. Ktoś inny jednak zasugerował, że może jak kobiety z miasta zobaczą swe prawdziwe przywódczynie w swym prawdziwym wyglądzie to się opamiętają i staną po naszej stronie. Postanowiliśmy więc przetestować ten plan i pokazać trupy potworów tym dwóm, które związaliśmy w farmie niedaleko. Nie sądziłem aby to się powiodło ale spróbować warto.

Na tych 2 babach nie zrobiło to żadnego wrażenia. Chyba nawet podświadomie spodziewały się tego, że ich przywódczynie mogą tak wyglądać aby zabijać mężczyzn. Z planu dupa. Nagle jednak usłyszeliśmy jakiś hałas na zewnątrz domu i Ed wyjrzał przez drzwi aby zobaczyć co się dzieje.

Rzuciły się na niego następne potwory. Dokładnie 3 poharatały Eda i rzuciły się w głąb izby. Były niesamowicie szybkie. Jednak tym razem nie czułem się zaskoczony. Zacząłem do nich ostro walić z wincha. Ben, Willie i Ed byli w ciężkich opałach. Każdy z nich leżał pod ciałem jakiejś z nich. Każdy też był ranny. Walka była ciężka. Doszło nawet do tego, że aby uratować Willi’ego przed śmiercią Ben rzucił swym obrzynem w paszczę Potwora, który miał właśnie go dokończyć. W końcu zwyciężyliśmy ale z Willi’ym było już bardzo źle, z Edem tylko ciut lepiej.

Nagle jednak usłyszeliśmy na zewnątrz kolejne potwory! Zabarykadowaliśmy się szybko w środku domu. Willi’ego znieśliśmy do piwniczki, a ja zacząłem się przygotowywać do walki moimi kantami. W końcu jednak sufit się zawalił i kolejne trzy wpadły do środka z góry! Na dodatek dwie tuż koło Eda i rzuciły się na niego! Kurde, już po nim! Walnąłem – Bach i łeb jednej rozprysnął niczym arbuz. Bach i łeb drugiej! Ed ma wobec mnie chyba dług. Hehehe. W tym czasie Ben dokończył trzecią i było po walce. Zwyciężyliśmy! Zabiliśmy wszystkie 9!

Bez swych dowódczyń kobiety w mieście były bardziej uległe. W końcu doszło do nich co zrobiły. Doszło do nich, że same zabiły swych synów. Może kiedyś to miasteczko wróci do normalności? Ja w każdym razie nie chciałem tu zostać ani minuty dłużej … Szkoda tylko, ze nasz wypad do Tombstone znacznie się opóźni. No ale Willy i Ed muszą się jakoś podleczyć.

Ruszyło Was co? Chyba nawet nie pijacy zaczęli dziś pić. Hehehe! Od dziś już tak spokojnie na swe baby nie spojrzycie. Mówię Wam, jakem Mały Ted!

 

Tomek ‚Funky’ Kowalski

About Funky

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Deadlands, DL po raz trzeci ,

Comments are closed.