Jaskinie Żywych Trupów

Rozsiądźcie się wygodnie i niech ktoś dorzuci do ogniska. Ta opowieść będzie o krwiożerczych Żywych Trupach w głębokich tunelach więc musi być jasno. A kolacje przecież zrobiliście bardzo smaczną. Szkoda by było ją zwracać. Hehehe.

Po wydarzeniach z miasta bab nabraliśmy pewnego opóźnienia bo dwa dni czekaliśmy na Texas Rangera, który przejął sprawę. Poza tym Willy’ego nie dało się nigdzie przenieść z powodu ran. Texas rozpytywał co i jak i doszedł do wniosku, że wszystko przez to, że te baby dawno chłopa nie miały. No i jak to Texas słowem się nie zająknął, że to coś nadprzyrodzonego było. Nawet dziwne paszcze zwaliliśmy na nóż Eda. Teraz już wiemy, że tak trzeba. Strach wśród zwykłych ludzi nie może się powiększać więc wszystko trzeba tłumaczyć po normalnemu. Nawet jeśli oznacza to kłamstwo.

W poniedziałek w Gloucester dopisało nam szczęście bo spotkaliśmy Brata Tobiasza, który swoimi Boskimi mocami uleczył Willy’ego i Eda. Nie dał się jednak namówić na naszą misję. Zdaje się, że chodziło o jakieś konflikty natury religijnej. W każdym razie dopiero w poniedziałek mogliśmy wyruszyć dalej, pociągiem do El Paso.

W południe dotarliśmy – El Paso Nowy Meksyk. 797 osób podawał stan na tabliczce. Może nie wioska ale metropolia też nie. Miała jednak 2 linie kolejowe. Tą drugą mieliśmy się udać do Tombstone. Centralny punkt El Paso nie był skrzyżowaniem ulic ale placem. Kiedy więc znaleźliśmy się na tym placu idąc od jednego dworca do drugiego, nagle spostrzegliśmy szybko zbliżający się punkt na niebie. Co za cholera? Punkt zamienił się w coś dużego, co w kłębach dymu waliło wprost na nas! Wkrótce okazało się, że jest to jakaś maszyna zbudowana przez ludzi. Jakim cudem unosiła się w powietrzu do dziś nie wiem. Zdaje się jednak, że była napędzana upiorytem, wymyślona i zbudowana przez jednego z tych szalonych i dziwacznych naukowców, o których się czasem słyszy. W końcu owo dziwo wylądowało na placu robiąc wielki hałas i zadymiając okolicę. Cześć z gapiów na placu stała z rozdziawionymi pyskami, a inni zawczasu zwiali.

Z maszyny wysiadło dwoje ludzi. Facet mamroczący coś tam o dostarczeniu jakiejś poczty i młoda kobieta, która od razu przykuła moją uwagę. Kręcone blond włosy, wspaniała figura i suknia, dość inteligentna twarz. Dziwne mi się wydało, że taka kobieta wysiała z takiej maszyny. Kiedy sięgnęła po swoje bagaże byłem jej na tyle ciekaw, że zaraz pomogłem jej dźwigać. Nawet bagaż nie był normalny bo ważył jakby tam wsadzić ubitego Dużego Teda tzn. mojego konia. Jakieś dziwne skrzynki. Wydało się też, że kobieta była tylko pasażerem w tym Ornitopterze, jak go nazwała. Najwyraźniej ona sama była jednym z tych dziwacznych naukowców. Na dodatek trochę się jąkała i co chwila używała jakiegoś terminu, którego nie rozumiałem, a całą podniebną podróżą bawiła się doskonale. Przylecieli z Salt Lake City w parę godzin! Coś niesamowitego. Ja konno potrzebowałbym na to ze 2 miesiące! Popatrzyłem na ten kawał żelastwa z nowym szacunkiem. Nie ma co, niezła sztuczka.

Gdy niosłem jej bagaże poznaliśmy się bliżej. Nazywała się Charlotte Rothschild i przybyła do pracy u pewnego bankiera Jacob’a Winkler’a. Na dodatek denerwowała się, że nikt po nią nie wyszedł. Pewnie ten kto miał wyjść zwiał, jak zobaczył to żelazne cudo. Hehehe.

Najpierw skierowaliśmy się do tablicy ogłoszeń przed którą stało mnóstwo ludzi, kiedy przechodziliśmy przez plac. Kamraci już mi kiwali, że jest coś ciekawego dla nas. No i było. Wyznaczona nagroda za zaginionych – Adelaide Winkler i Johnny Calahan. Okazało się, że ta Adelaida jest córką tego Bankiera, dyrektora tutejszego banku Jacoba Winklera. A Charlotte go zna … Korzystając więc ze sposobności postanowiliśmy razem z nią udać się do Banku i u źródła dowiedzieć się ile tatuś jest skłonny zapłacić gdybyśmy zajęli się sprawą. W międzyczasie też wrócił Ed, który dowiedział się, że pociąg do Tombstone będzie dopiero w czwartek. Cóż za sposobność! Mieliśmy 3 dni na znalezienie zaginionych, no i przynajmniej będzie co robić.

Podpytałem Charlotte czy jako inżynier i naukowiec widziała już te sławne pistolety automatyczne. Na to ona sięgnęła pod swą kieckę i wyciągnęła stamtąd wielką spluwę – pistolet Gatlinga. Robił wrażenie, kurde, nie ma co. Z tak bliska widziałem go po raz pierwszy. Chyba z 5 luf i taki bęben z tyłu. Widać też, że był spory i ciężki, a jednak nasza nowa znajoma machała nim z łatwością. No i miejsce ukrycia – znakomite. Nie sądziłem, że coś tak dużego może się zmieścić pod kiecką i to jeszcze tak aby nic nie było widać. Ciekawe co jeszcze mogła tam ukryć Charlotte. Hehehe …

Po wejściu do „Pierwszego Pd-Zach Banku w El Paso” zobaczyliśmy najdziwniejszego ochroniarza jakiego widziałem w życiu. Był wielki i zwał się Carson. Na głowie miał puszkę, cały zawinięty był w blachy, a w rękach trzymał dwie wielkie spluwy – pistolety Gatlinga właśnie. Najpierw to się zacząłem śmiać – co za idiota wsadziłby sobie na łeb taką puszkę. Potem jednak Charlotte uświadomiła mi, że to nie jest człowiek tylko maszyna! Automaton robiący za ochroniarza! Zdębiałem z wrażenia mówię Wam. Gadająca maszyna podobna do człowieka, na dodatek umiejąca strzelać i kuloodporna! Przy tym to nawet wspomnienie tego Ornitoptera bladło. Zacząłem się mu przyglądać ale faktycznie ani śladu ludzkiej skóry. Głos też jakiś taki dziwny. Zagadał do mnie, że w banku nie można używać broni i że będzie miał na mnie oko. Raczej śrubkę, pomyślałem wtedy. No bo oczu to on mieć nie może, nie?

Dzięki Charlotte, dyrektor – Jacob Winkler, znalazł dla nas czas na rozmowę. Okazało się, że faktycznie parę dni temu zniknęła jego córka Adelaide i jej chłopak Johnny. Oboje po 14 lat. Ludzie Szeryfa nie mają za bardzo ludzi aby ich szukać bo tydzień temu zdarzyła się próba napadu na bank i Szeryf pognał za bandytami. Poza tym cała sprawa nie wyglądała na porwanie, a raczej na ucieczkę młodocianych kochanków. Ojczulek nie chciał się zgodzić aby jego córka spotykała się z synem kowala-pijusa, no i młodzi dali nogę aby być razem. Ale najważniejsze – Winkler oferował 1000$ za przyprowadzenie swej córki! Co prawda dyrektor wynajął już jednego Łowcę nagród niejakiego Sherman’a, ale co tam – my się konkurencji nie baliśmy!

Wynajęliśmy pokoje w pobliskim hotelu, odświeżyliśmy się i rozpoczęliśmy nasze dochodzenie. Zaczęliśmy od ich mieszkania na tyłach banku, a dokładnie od jej pokoju i ogrodu, na który wychodziło okno. Ślady faktycznie wskazywały na to, że w ogrodzie była jedna osoba, a potem dwie osoby wyszły przez furtkę. Z domu nic nie zginęło, poza strojem do jazdy konnej tej dziewczyny i jabłecznikiem. Najwyraźniej dzieciaki pojechały na wycieczkę, tylko, że nie zdołały wrócić.

Rozdzieliliśmy się. Ja i Willie poszliśmy do kowala, wypytać o Johnn’ego. Czy zabrał konia, broń, no i najważniejsze – czy ktoś wie gdzie się udali. Kowal jednak był już po szyję w oceanie whisky i nie docierało nawet do niego, że jego syn zniknął. Jedyne co się na miejscu dowiedzieliśmy to fakt, ze prawdopodobnie zniknęła stara chabeta. Okoliczne dzieciaki też nic nie wiedziały. W międzyczasie Ben poszedł pogadać do biura Szeryfa, a Ed zagadywał okolicznych mętów czy czego nie widzieli. Spotkać mieliśmy się w największej knajpie w mieście „Hunter’s Saloon”.

Saloon był spory. Wstępnie dosiadłem się do Bena, który niczego się w biurze Szeryfa nie dowiedział i wkrótce potem udał się z panienką na górę. Chyba raczej nie po to aby się dowiedzieć, gdzie zniknęło tych dwoje. Hehehe. Zostawił mi za to porządną flaszeczkę whisky.

Zauważyłem właściciela tego przybytku. Facet wyglądał na takiego co dużo wie o tym co się dzieje w mieście. Nie namyślając się więc długo wziołem flaszkę i poszedłem pogadać. Otaczała go grupka różnych kowbojów i nie było miejsca aby się dosiąść. Powiedziałem więc jednemu aby ustąpił miejsca starszemu i spadał. Grunt to mocne wrażenie na początku. Zresztą już nie raz tak robiłem z dobrym efektem. Mięczaki zwykle bali się już na starcie mojej wrednej gęby. Ten facet jednak albo nie zrozumiał albo się nie przestraszył bo od razu się wkurzył i chciał się strzelać. Nie chciałem się z nim strzelać bo nie lubię zabijać bez potrzeby i bez sensu. Kiedyś, jak byłem młody to co innego – od razu bym go rozwalił. Teraz jednak chciałem załatwić rzecz bez strzelania, polubownie zaproponowałem whisky,  no i się doigrałem. Bo ten jak mnie nagle nie rąbnął z misia czołem prosto w nos… Trochę mnie zamroczyło, trza przyznać. Dobry był w bijatyce. Dawno mi nikt tak nie przyłożył. Nawet na strzelanie już było za późno bo krew zalewała mi oczy, a facet akurat poprawił w brzuch i było po wszystkim. Co się tak gapicie? Mnie czasem też zdarzy się dostać manto. Na piąchy zdarzają się lepsi niż ja. Ważne jednak aby był ubaw i coś się działo. Saloon bez whisky i bijatyk to jak szkółka niedzielna dla dziewcząt.

Ocknąłem się siedząc obok jakiegoś zaprutego czerwonego. Pomyślałem sobie, że w to miejsce pewnie znoszą niezdolnych to utrzymania się na własnych nogach. Wyciągnąłem więc moją piersióweczkę i pociągnąłem sporo aby wzmocnić moje ruszające się zęby. Zacząłem sobie rozmyślać, że w Tombstone muszę dbać o reputację i nie mogę dać się tak obić po mordzie. Nagle jednak zauważyłem obok Eda! Okazało się, że on mnie tam przytargał, a ten czerwony to jego informator. Widział on jak dzieciaki pojechały na jednym koniu w kierunku jaskiń nietoperzy. Te jaskinie były o jakieś 15 mil od El Paso i kiedyś wydobywano w nich upioryt. Obecnie ludzie ich nie lubili i nikt tam nie chodził bo było w jaskiniach trochę zaginięć. Okolica jedynie co, to służyła dzieciakom do tajnych schadzek.

Wróciliśmy do naszego hotelu aby wspólnie obgadać fakty i przygotować się do małej wycieczki. Podpytując trochę o te jaskinie, dowiedziałem się od barmanki, że był tam kiedyś przewodnik Owen Haskell, co to najlepiej zna te jaskinie. Ale od kiedy nikt łazić tam nie chce, został bez forsy i pracy, rozpił się, zadłużył i zasadniczo gdzieś go wcięło.

Postanowiliśmy go znaleźć aby dowiedzieć się czegoś więcej o tych jaskiniach. Ja udałem się do największej meliny w mieście. Szczęście mi dopisało. Znalazłem go i zaproponowałem robotę aby z nami pojechał i po jaskiniach oprowadził. Dowiedziałem się od niego, że jaskinie mają jakby 2 poziomy. W tym pierwszym on był przewodnikiem, chadzali tam kiedyś różni ciekawscy i zasadniczo było bezpiecznie. Zasadniczo, bo czasem zdarzały się opary upiorytowe i można się było przekręcić. Owen zalecał specjalne lampy górnicze, liny i takie tam. Co innego ten drugi poziom. Tam właśnie ginęli ludzie. Kto tam wlazł już nie wychodził i nawet nasz przewodnik nigdy tam nie był i włazić za żadne skarby nie chciał. Wtedy to złe przeczucie mnie naszło, że właśnie tam polazły nasze dzieciaki.

Zakupiliśmy odpowiedni sprzęt górniczy i postanowiliśmy wyruszyć. Zaproponowałem aby Charlotte pojechała z nami. Lepiej mieć wiarygodnego świadka jakby coś nie tak było z dzieciakami. Winkler mógł być drażliwy co do swej córy i nawet nam mogło się oberwać. A Charlotte zna dyrektora więc była idealna. Poza tym ona też chciała chyba zakosztować trochę przygód i przy tym zarobić. Na takie obszerne kiecki i wielką spluwę trzeba forsy. Hehehe.

Charlotte i Willy jakoś się dogadali, że razem pofruną tą piekielną machiną. Dla tego powoźniczego Ornitoptera to chyba nie był kłopot bo akurat miał lecieć z powrotem i mógł ich podrzucić. Willy był trochę blady jak właził do tego czegoś ale widać, że strasznie go to rajcowało. Pofrunęli więc, a my zobaczyliśmy ich ponad dwie godziny później, kiedy konno dotarliśmy na miejsce. Siedzieli sobie na skałach i znudzeni czekali na nas. Taka technika to dobra rzecz, kurde.

Po śladach widać było, że młodziki weszły do jaskiń, a ich koń zwiał. Pewnie nieumiejętnie związany. Śladów powrotnych tej dwójki z jaskiń nie było. Na koniec znaleźliśmy jeszcze jedne ślady, duże męskie buty – to pewnie ten Sherman, który przed nami zaczął poszukiwania. Też wlazł do jaskiń.

Zrobiło się późno i słońce zaszło. Dla tych dzieciaków mogła się liczyć każda minuta więc postanowiliśmy od razu wejść pod ziemię i nie czekać na ranek. Najpierw łaziliśmy po tych górnych jaskiniach, aż w końcu znaleźliśmy ich obozowisko. Było tu m.in. stare siodło ale ich samych niestety nie. Poleźli więc niżej, cholera.

Owen zaprowadził nas więc do czegoś co nazwał dzwonnicą. Wąska i ciasna szpara w dół. Dna widać nie było ale nasz przewodnik twierdził, że ma jakieś 20 metrów. Jakaś lina tam wisiała więc to tym bardziej upewniło nas co do właściwej drogi. Owen obiecał, że popilnuje konie i zmył się podszyty strachem. Zostaliśmy więc sami, a na jaskiniach znaliśmy się tyle co nic.

Począwszy od Bena, ja i Ed spuszczaliśmy na naszej linie w dół kolejnych ludzi. Potem Charlotte i Willy. W końcu zostałem sam. Mnie już nikt nie mógł opuścić więc złaziłem jak umiałem. Okazało się, że wcale to nie jest takie proste bo w połowie drogi zahaczyłem o jakiś występ skalny, obie liny wysunęły mi się z rąk i zacząłem spadać. Na dodatek lampa, którą miałem przywiązaną do spodni zahaczyła o kolejny kawałek skały i eksplodowała. Nim pomyślałem, jak ze mną źle, jakaś siła wyhamowała mój upadek i ponownie złapałem się lin. Wtedy to mi się zdawało, że to ta ciasna jak u dziewicy szpara skalna wyhamowała mój upadek ale teraz to myślę, że to był Willy ze swym kantem. Z tego wszystkiego mu nawet nie podziękowałem.

Nim dobrze rozejrzeliśmy się po tunelu przed nami, nagle wyskoczyło z niego takie coś szkaradnego w łachmanach. Wielkie zębiska, mięso zamiast skóry, kudły siwych włosów i kilof w ręku. Od razu poznałem – żywy trup! Willy, Charlotte i Ed jak to zobaczyli to w mig ze strachu zbledli i gdyby nie ściany tunelu, to różnie by mogło być. Hehehe.

Ben był bliżej więc zaczął walić, nie wiedział jednak, że aby to zabić trzeba rąbać w łeb! Ja jednak pewnie przymierzyłem i bach, było po bestii. Szybka z niej była cholera, trza przyznać. Pewnie to kiedyś był górnik, a pod wpływem upiorytu albo innej cholery zmienił się w to coś.

Na szczęście nikt z nas w tej walce nie ucierpiał, a tylko Willi przestał władać jedną nogą. Do dziś nie wiem czy to było ze strachu czy znowu go opętał jakiś zły duch podczas kantowania.

Poszliśmy dalej w głąb tunelu pomagając jednonożnemu Willy’emu. Kiedy doszliśmy do większej jaskini i rozwidleń, dopadły nas kolejne dwa żywe trupy. Znów ja i Ben rozprawiliśmy się z nimi. Tym razem jednak Ed już chyba narobił w gacie. Cały czas szeptał do siebie przerażonym głosem „żywe trupy, żywe trupy!”. Tych potworzastych bab się nie wystraszył, a byle nieboszczykom rady nie dał. Hehehe. Co, pewnie wy też byście się tak spietrali, nie? Dobra, dorzućcie jeszcze trochę drzewa do ognia bo nie dotrwacie do końca mej opowieści.

Wkurzyło nas to wszystko i ktoś zaczął wrzeszczeć „Adelaide Winkler jesteś tam?!!!” I o dziwo odpowiedział nam słabiuteńki głosik z jednego z korytarzy. Kiedy jednak tam wleźliśmy, tunel szybko stał się bardzo mały i poczuliśmy gaz … wiedzieliśmy, że tu nie można będzie grzać z naszych gnatów. Musieliśmy też iść na czworaka jeden za drugim. Wlazłem tylko Ja, za mną Willy i Ed. Ben stchórzył. Bez swych gnatów jest niczym osesek w ciemności szukający mamusi. Hehehe. Został więc razem z Charlotte.

Malutki tunel przede mną, Willy z lampą za mną. Gdzieś przed nami cel, a może i wrogowie. Atmosfera zagrożenia narastała, bo przecież nie mogliśmy użyć swej broni, a ja nożem nie umiem posługiwać się wcale. Parłem jednak do przodu bo gdzieś tam była ta dziewczyna.

Nagle zauważyłem ruch przede mną. Żywy trup bez nóg rzucił się na mnie! Poruszał się błyskawicznie na samych rękach! Wielka paszcza zaczęła kłapać aby mnie sięgnąć. Z początku ratowała mnie moja kanciarska ochrona ale później było coraz gorzej. Ledwo co unikałem kolejnych ciosów, a sam nie byłem w stanie trafić tej cholery pięścią! Przeklęty tunel! „Zróbcie coś!” krzyknąłem do tych z tyłu, ale oni nie byli w stanie przecisnąć się obok mnie. Sytuacja zaczęła się robić bardzo niewesoła. Besta w końcu mnie zraniła. Wtedy jednak Willy uniósł ją w górę swą mocą i jak po sznurku powiedliśmy ją z powrotem do jaskini. Tam spokojnie rozwaliliśmy ją ze swych gnatów.

Postanowiliśmy całą rzecz zrobić inaczej bo w tym tunelu byliśmy bez szans. Ustawiliśmy się w półkolu, za plecami mając korytarz prowadzący do dzwonnicy. Staliśmy więc w szyku bojowym i zaczęliśmy wrzeszczeć i przyzywać te potwory. Wiedzieliśmy, że tych górników, którzy tu zeszli było tylko kilku więc i stworów nie mogło być zbyt wiele. Chcieliśmy rozprawić się z nimi na naszych warunkach, a potem spokojnie pójść po dziewczynę. W końcu udało się nam. Ale to raczej nie dzięki hałasowi, a zapachowi naszej krwii, który to przywabił resztę potworów.

Walka była ostra ale też nie trwała dłużej niż 10 sekund. Wpadło ich pięć. One byłe szybkie ale my byliśmy gotowi. Kolejne ryki potworów i nasze wystrzały wstrząsały ciszą jaskini. Strzelali wszyscy, nawet Charlotte i Willy. Zostałem ranny ale niezbyt poważnie i wkrótce ich ciała zaległy przed nami. Zwycięstwo!

Tym razem bez przeszkód dotarliśmy do dziewczyny. Wlazła w taką wąską dziurę, że nawet Żywe trupy nie umiały jej tam dostać. Wydostał ją Willy swoim kantem. Była w szoku ale żywa! Udało się nam!

Postanowiliśmy też odszukać chłopaka. Długo błądziliśmy po jaskiniach ale w końcu go znaleźliśmy. Ale miał dzieciak szczęście! Wlazł do jednej z górniczych skrzyń i truposze go nie znalazły. Mieliśmy więc oba dzieciaki żywe i spokojnie rano wróciliśmy do El Paso.

Na deser skasowaliśmy 1000$ nagrody, a potem jeszcze Ben w pojedynku załatwił jakiegoś leszcza. Poszło chyba o jakiś zakład o 50$. Pojedynek był na sygnał ale leszcz nie wytrzymał i pierwszy sięgnął po spluwę. Jednak to Ben nafaszerował go 4 kulkami ze swoich dwóch gnatów i było po wszystkim. O dziwo te kule nie zabiły facia, ale to bez znaczenia bo jak wydobrzeje to i tak go powieszą za to, że pierwszy wyciągnął gnata.

Nasze przygody w El Paso dobiegły końca. Jedynie dla Eda cała sprawa skończyła się źle. Bo tak się biedak przejął tymi truposzami, że musieliśmy go w El Paso zostawić aby doszedł do siebie. Wiecznie się trząsł, srał w gacie, a jego jajka, zamiast o zwyczajowych gwałtach myślały o tym jakby się tu schować głębiej. Wstyd takiego zabrać do Tombstone.

O tym co zdarzyło się w Tombstone usłyszycie następnym razem. A teraz dawajcie to co zwykle. Najpierw cygaro, potem jeszcze napiłbym się tej whisky za 15$ flaszka. A później no wiecie – to co zwykle. Dziś nawet mam siły na wszystkie trzy Twoje córki Callahan na raz! Jakem Mały Ted!

 

Tomek ‚Funky’ Kowalski

About Funky

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Deadlands, DL po raz trzeci ,

Comments are closed.