W zapadniętym kościele

Obiecałem wodzowi Siwej Skale, że nikomu nie powiem, jaki był mężny w walce ze Stevenem Satanem. Chyba mnie za to polubił, bo się zrobił trochę bardziej gadatliwy i może nawet nauczy mnie języka Apaczów. Chociaż wcześniej też mnie chyba lubił po tym, jak go wyleczyłem z ran, które mu zadał Brat Tobiasz, a właściwie manitou, który sobie wymościł gniazdko w Tobiaszowej głowie.

A jak wcześniej chciałem wyleczyć Ojca Oakenfolda to mi nie pozwolił, a nawet o mało mi ręki nie połamał, tak mnie mocno ścisnął za ramię. Bo jak już skończyła się strzelanina w tej zapuszczonej stajni, w której się zamelinowały dwa Pasierby Diabła, to Ojciec był dziurawy jak rzeszoto, bo chyba najbardziej oberwał. Więc go chciałem połatać sztuczkami, ale je wyzwał od diabelskich i w ogóle nie pozwolił sobie pomóc. Tak że dopiero jak zemdlał z upływu krwi to go trochę zakleiłem, ale wyleczyć już nie dałem rady. Widać Bóg wolał, żeby Ojciec Oakenfold był ciężko ranny i nie musiał się strzelać z Satanem, jak my. To znaczy my i w sumie wódz Siwa Skała, chociaż on właściwie się nie strzelał… Ale miałem nikomu nie mówić.

Ale na samym początku, jak się skończyła ta strzelanina w stajni, to jeden Pasierb, ten Wygrzebaniec, został się martwy na amen, bo mu Ojciec Oakenfold wystrzelił wielką dziurę w głowie, a drugi jeszcze żył. No to Ted i Ben chcieli go namówić do gadania, ale Ben go postrzelił w kolano i tamten znowu zemdlał. A jak się ocknął to powiedział, że nic nam nie powie, póki się nie wyspowiada i że mamy mu znaleźć księdza. Ja i Ed wtedy dopiero co wróciliśmy od balwierza, bo ranny Anger Oakenfold nie chciał iść do medyka, tylko do balwierza właśnie, ale chętnie zaraz poleciałem i przyprowadziłem takiego młodego księdza, co bardzo cicho mówił i tak jakby cały czas spał. Ale jak wszedł do tej stajni to się od razu obudził i zaczął się żegnać. Bo najpierw zobaczył Małego Teda, co ma gębę jak z listu gończego, potem trupa tego Wygrzebańca z dziurą w głowie na wylot, a w końcu tego żywego jeszcze diabelskiego sługusa, z roztrzaskanym kolanem i też całego ociekającego krwią. Ale jak już się pomodlił, wziął się w garść i kazał nam się odsunąć, bo tajemnica spowiedzi i w ogóle.

No i się doigrał z tą tajemnicą, bo jak się pochylił nad skruszonym satanistą, to tamten nagle z powrotem się nawrócił, na wiarę szatańską ma się rozumieć i ugryzł księdza w nos i to tak mocno, że mu ten nos całkiem odgryzł. No mógł być jeszcze bardziej złośliwy i świątobliwy nos połknąć, ale zamiast tego wypluł go i udławił się własnym językiem. Twardziel, nie ma co. Zaprowadziłem chlipiącego księdza do medyka, niosąc nos zawinięty w chusteczkę i dałem pięćdziesiąt dolców, żeby zszył jedno z drugim. A potem znowu wróciłem do nich, bo było już po południu no i w końcu trzeba się było zastanowić co zrobić z trupami.

Mister Mały Ted wymyślił, że byłoby fajnie wrzucić jednego z nich do domu Clive’a Swifta i rozpuścić plotki, że to niby on rozwalił satanistę. Wtedy gang Pasierbów Diabła zainteresowałby się Swiftem, a o nas nic by nie wiedział. Swift musiał kiedyś sam być w gangu, bo znaleźliśmy przecież u niego w szufladzie taki diabelski rewolwer, więc może Pasierby pomyśleliby że ich zdradził po latach i najechaliby na niego, a wtedy moglibyśmy zaatakować ich z zaskoczenia i wybić. Jakkolwiek by mogło być, na nic się zdało Tedowe kombinowanie, bo kiedy poszliśmy po konie czekał już na nas zastępca szeryfa z zaproszeniem do biura na rozmowę.

Mały Ted i Ed „Bystry Lis” jak zobaczyli faceta z gwiazdą to chyłkiem dali nogę, bo może myśleli że chcą nas wsadzić do aresztu za włamanie do muzeum, ale my z Benem śmiało weszliśmy do saloonu i daliśmy się zaprosić na rozmowę. No i okazało się, że nie o muzeum tu chodzi, ale o Miss Olivię i Clive’a Swifta ! Siostra panny Olivii, Helen, nagadała szeryfowi, że Swift napadł na saloon, zabił dwóch ochroniarzy, porwał Olivię i uciekł z nią z miasta. Jak się o tym dowiedzieliśmy, zaraz pognaliśmy do „Czarodziejskiego fleta”, no właściwie Mister Ben pognał, bo ja pojechałem do Teda i Eda, żeby im zanieść nowinę.

Teraz już nie było po co kombinować z trupami, więc zawieźliśmy je do Szeryfa, żeby skasować nagrodę. W tym czasie Ben rozmówił się z Helen Colby, bardzo jej współczuł i dowiedział się, że Swift powiedział ponoć: „przed wieczorem będziemy w Żółtych Wodach”. Już mieliśmy gnać do tych Żółtych Wód, ale jakoś nikt nie widział ostatnio Swifta, uciekającego konno z Miss Olivią przewieszoną przez siodło, ba – facet nie miał nawet własnego konia, bo z Santa Fe ruszał się raz, dwa razy w roku. Tak, że na szczęście pomyśleliśmy najpierw, żeby zbadać dom Swifta.

Było zamknięte, bo gosposia przychodziła tylko co kilka dni posprzątać, ale wykantowałem jednego anemicznego jokera i przelazłem przez cienie do środka, a potem otwarłem drzwi reszcie. No i co znaleźliśmy ? Zimnego i sztywnego Swifta, z pustą butelką po whisky w zwieszonej ręce. Wyłupiaste oczy miał otwarte tak szeroko, że mu ledwie nie wypadły na podłogę i gapił się z wyrazem obłędnego przerażenia na skurczonej twarzy przed siebie. Pete powęszył tu i ówdzie i znaleźliśmy na dywanie grudki ziemi które spały z butów jakiegoś faceta, ale nie wiadomo było jak wszedł i wyszedł. A może po prostu wyczarował sobie przejście w ścianie i zniknął ?! Sam potrafię robić różne rzeczy, na przykład wyjść z zamkniętego domu, albo przestraszyć kowboja na śmierć, więc wiedziałem co się święci. Swift miał co prawda jaja ze stali, mało nie dzwoniły w spodniach jak chodził, ale są rzeczy na niebie i ziemi, o których nie śniło się twardym rewolwerowcom. Czułem, że to sam Steven Satan wpadł z wizytą do starego kumpla Clive’a i tak go tym wzruszył, że aż mu serce stanęło.

Zawiadomiliśmy szeryfa, przyszła też gosposia Swifta i Mister Ed zagadnął ją, że jej pryncypał coś sporo ostatnio pił. I rzeczywiście, ale to dopiero od kiedy zaczął u niego bywać ten rudy gentleman, przyjaciel panny Colby. Helen Colby znaczy się, siostry porwanej Olivii. Nikt nic o nim nie wiedział, przyjeżdżał ponoć rzadko, ale Mister Swift zrobił się nerwowy i zaczął pić, odkąd się ten rudzielec pojawił.

Ale co ze słodką Miss Olivią (teraz jak już jestem prawdziwym mężczyzną, to nic takiego że powiem „słodka”, no nie) ? Wtedy myślałem jeszcze, że Swift ją naprawdę porwał, w dobrej wierze, żeby ją ocalić z łap Pasierbów, tyle że nie zdążyli nigdzie wyjechać, bo pojawił się Satan i zabrał ją ze sobą. Ale to nie było tak. Zdaje się, że biedny Clive nic nie wiedział o napadzie na „Czarodziejski flet”, bo już wtedy nie żył. Tak myślę, bo jak już zostawiliśmy trupa Swifta w towarzystwie szeryfa to poszliśmy jeszcze raz pogadać z Miss Helen, siostrą Olivii, która widziała ponoć cały ten napad. Przychodzimy, a tu panny Colby nie ma, bo wyszła. A ten jej rudy przyjaciel to przyjeżdżał z Albukerque co jakiś czas i miał na imię Stevie, tak przynajmniej mówiła do niego Miss Colby. I chociaż nie skojarzyłem od razu, że „Stevie” to nie kto inny jak „Steven Satan”, to jednak coś mnie tknęło. Zacząłem z Pete’m biegać po mieście, pytać włóczęgów, czarnych bez nóg przesiadujących przy drodze i małych usmarkanych dzieciaków. Pete węszył, łapał trop, gubił go i znów znajdował, aż w końcu dobiegliśmy pod stację dyliżansu i okazało się, że panna Colby wyjechała chwilę temu do Albukerque.

Wskoczyliśmy wszyscy na konie i popędziliśmy za nią. Gnaliśmy drogą po śladach dyliżansu i za niedługo zobaczyliśmy w oddali ciągnący się za nim kurz. Doganialiśmy go, ale kiedy zbliżyliśmy się na jakieś sto jardów usłyszeliśmy jak Helen Colby każe strzelcowi na dachu dać ognia ! Wrzeszczała, że chcemy ją porwać, że jesteśmy bandytami, no i wtedy jak jeszcze kto miał jakie wątpliwości, to nie miał wyboru jak tylko się ich szybciutko pozbyć. Helen Colby uciekała przed nami, uciekała bo miała nieczyste sumienie, bo wydała własną siostrę na ofiarę złym manitou i Satanowi !

Z dachu dyliżansu strzelec dał ognia, nasi pognali mocniej konie i poszli do przodu odgryzając się z karabinów, ale ja zacząłem zostawać w tyle, bo dopiero od niedawna jeździłem konno i musiałem się mocno trzymać żeby nie zlecieć, co tam myśleć o strzelaniu. Jak już mnie odsadzili o dobre czterdzieści jardów zawziąłem się, zmusiłem do pomocy takiego cherlawego jokera, no i dopiero wtedy udało mi się zbliżyć do dyliżansu. Ale w tym czasie Mały Ted już postrzelił w rękę tego gościa z karabinem na dachu, a Ed Bystry Lis dogonił rozpędzoną furę i zamierzał się chyba do niej dosiąść, kiedy w okienku pokazał się koniec malutkiego pistoleciku, takiej pieprzniczki, trzymanej damską rączką. Huknęły dwa strzały i Ed zwisł w siodle, a spłoszony koń odskoczył od dyliżansu i został w tyle za nami. Mały Ted palnął z winchestera do środka powozu, ale jak się potem okazało nikogo tam nie trafił, po czym wyprzedził dyliżans i wycelował lufę karabinu w woźnicę, każąc mu się zatrzymać.

Wystraszony woźnica ściągnął cugle i niespodzianie znalazłem się nagle tuż przy oknie powozu, przed oczyma mignęła mi twarz Miss Colby i lufa jej pieprzniczki. Nie znam się za bardzo na strzelaniu, ale za mało było czasu na kantowanie, tak że tylko wyszarpnąłem w panice mojego derringera, wymierzyłem i palnąłem prosto w rękę paniusi ! Pewnie bym nie trafił, ale jak mówiłem, miałem złapanego takiego cherlawego jokera, który nagle okazał się wcale nie taki cherlawy. Przez dym z lufy zobaczyłem jak Miss Colby osuwa się na siedzenie i dyliżans został za mną, pokonany.

Facet z karabinem na dachu był ranny, woźnica tylko wystraszony, a w środku znaleźliśmy nieprzytomną Miss Helen, którą sam załatwiłem i jednego czarnego gościa, który trząsł się, aż resory dyliżansu skrzypiały. Ledwo Mały Ted kazał mu wyjść, zaraz chciał mu oddać torbę, widać naprawdę brał nas za bandytów. Pojechałem po nieprzytomnego Eda i jakoś go docuciliśmy, siadłem nawet przy nim na dłużej i wyleczyłem mu rany, bo już mu wcześniej obiecałem. Miss Colby, jak już przyszła do siebie powiedziała, że jej przyjaciel Stevie kazał jej robić te straszne rzeczy i kłamać i w ogóle ona nie potrafi mu się oprzeć i musiała to wszystko robić. Ja tam jej uwierzyłem, Mister Ted i Ben chyba też, za to Ed cały czas chciał ją zgwałcić, to znaczy jak jakby zabawić się, ale za karę i za darmo. Nie wiem zresztą dokładnie, ale Ed mówił że ja też mógłbym się po nim zabawić i spodobało mi się to, ale Mały Ted nam nie pozwolił. Ed był prawie obrażony, ale już wcześniej zrobił Miss Helen wielką szramę na twarzy nożem, jeszcze jak była nieprzytomna, więc jak za karę to taka szrama wystarczy.

No w każdym razie panna Colby powiedziała nam, że jej siostrę Olivię zabrał „Stevie”. Wcześniej kazał jej sprowadzić Olivię z Pawnee Rock, bo – jak powiedział – jej ojciec „spełnił swoją rolę”. Od razu wiedziałem o co chodzi, bo przecież ojciec Olivii jak umierał to powiedział do córki „niech cię piekło pochłonie”, a ostatnie życzenie ma moc spełniania się. Dlatego skazańców zawsze się o to pyta i spełnia się te życzenia, jak nie są za bardzo wymyślne, właśnie po to, żeby się potem jakieś inne, złe życzenia nie spełniły. No i Satan potrzebował właśnie takiej przeklętej ofiary do swojego piekielnego obrzędu. A potem Helen powiedziała jeszcze, że Stevie często słyszy co ona mówi i widzi co ona robi i każe jej robić różne rzeczy nawet jak jest daleko. Po prostu mówi w jej głowie i Helen nie może mu się przeciwstawić.

Jak to usłyszałem to chciałem sobie zażartować i rzuciłem: „Hej Stevie, słyszyć nas ? Idziemy po ciebie !” A wtedy twarz Helen zmartwiała i jej usta odpowiedziały: „To chodźcie, czekamy na was. Kierujcie się na Morra i pytajcie o nas w Veritas !” I wiedziałem, że to nie były słowa dziewczyny, to Satan w jej głowie usłyszał nas i rzucił nam wyzwanie w twarz, pewny swojej diabelskiej siły.

No i podjęliśmy to wezwanie. Zostawiliśmy dyliżans z woźnicą, rannym strzelcem, rozbitą Helen Colby i ciągle wystraszonym czarnym gentlemanem z teczką na trakcie i zawróciliśmy do Santa Fe, po Prestona i Angera Oakenfolda. Komuś jeszcze się tłukły w ciasnej mózgownicy te nieszczęsne Żółte Wody, do których rzekomo Swift miał wywieźć Olivię, ale na szczęście Preston też w międzyczasie usłyszał coś o „zapadniętym kościele” i okazało się, że Satan rzeczywiście nas nie zwodził, tylko naprawdę był taki pewny siebie. Otóż parę godzin od miasta było kiedyś pueblo, ale potem przyszedł jakiś wstrząs i całe miasteczko zapadło się, tak że zrobiła się w tym miejscu głęboka dolina. Na samym dnie tej doliny był ponoć dawny kościół Pueblosów, teraz jak najbardziej „zapadnięty”, albo „zapadły”, jak kto woli. A pueblo, jak jeszcze mieszkali tam ludzie, nazywało się Veritas.

Było już późne popołudnie, do wieczora zostało kilka godzin. Nie było czasu do stracenia. Preston Younger od rana zdążył napchać swój wygrzebańczy brzuch świeżym mięsem, więc był całkiem na chodzie, za to Ojciec Oakenfold połatany jako tako przez balwierza leżał w łożu i przeklinał słabo. Tak, że do ostatecznej rozprawy z Pasierbami Diabła wyruszyliśmy z Santa w szóstkę, licząc Pete’a.

Zmierzchało już, kiedy Ed dojrzał na niebie nad nami jastrzębia, zataczającego chwiejnie kręgi i zniżającego lot coraz bardziej, wprost na nasze głowy. Mało co, a byśmy go postrzelili, ale na szczęście zanim ktoś się zdecydował, ptak wylądował ciężko na ziemi i zaczął zmieniać się w człowieka, przybierając po chwili znajome kształty wodza Siwej Skały.

Wódz był mocno ranny, ale mimo to, a może właśnie dzięki temu, okazał się nadzwyczaj rozmowny. Przez Eda opowiedział nam, że szamani zostali pobici przez potężnego manitou, który wszedł w ciało Wielkiego Białego Szamana, czyli Brata Tobiasza, Czarny Orzeł został ranny i sam Siwa Skała także. Dlatego nie mogą nam pomóc w walce z Satanem, ale musimy i tak stanąć do walki, bo złe duchy zbierają się wokół diabelskiego syna i wielkie zło zagraża światu. Tego to mi akurat nie musiał mówić – odkąd przyjechałem do Santa Fe miałem problemy ze znalezieniem w Zadymionym Saloonie porządnego partnera do gry – wszyscy wielcy manitou gdzieś się zabrali i czułem, że krążą wokół Satana i pomagają mu w czarach.

Pomyślałem jednak, że spróbuje złapać jakiegoś jokera i wyleczyć Siwą Skałę, który wtedy chyba pojedzie z nami walczyć z Pasierbami. Wódz położył się posłusznie na ziemi no i zabrałem się za pasjanse. Wszedłem do Saloonu, spodziewając się pustki, jak przez ostatnie dni. Ale nie tym razem. Było mrocznie, gęsto od dławiącego dymu cygar, ruchliwie od cieni chowających się po kątach. A przy stolikach, w grobowej ciszy, przerywanej tylko stukaniem wielkiego wahadła zegara siedzieli manitou, sami najwięksi, tacy których bałem się zaczepiać. Skuliłem się i zacząłem przemykać pod stolikami, wypatrując jakiegoś osamotnionego jokera, ale nagle zawadziłem nogą o jakieś rozszczepione kopyto, wyłażące z dziurawego buciora i zanim się spostrzegłem wisiałem przy ohydnej gębie rogatego manitou z żółtymi, krzywymi zębami. „A co to takiego” zapytał piskliwym falsetem i niespodzianie nadział mnie na długi widelec.

Zabolało i uciekłem z Saloonu, ale nie poddałem się. Jeszcze raz wciągnąłem dym, niepokojąco przypominający teraz smród palonego mięsa i zanurkowałem pod stoliki. Tym razem poszczęściło mi się ! Siwa Skała z niedowierzaniem oglądał swoje zabliźniające się rany, kiedy zanurkowałem do Saloonu jeszcze raz, a potem jeszcze, aż w końcu ciało Indianina poznaczone było jedynie świeżymi bliznami, w miejscu gdzie jeszcze pół godziny temu krwawiły głębokie rany po szablach Brata Tobiasza.

Wódz patrzył na mnie z podziwem, po czym własną krwią namalował mi na twarzy wojenne barwy Apaczów. Byłem bardzo dumny i postanowiłem sobie wtedy, że zostanę szamanem, chociaż teraz to już nie wydaje mi się to bardzo mądre. Siwa Skała dostał długi karabin od Małego Teda, siadł ze mną na mojego konia i teraz już w siódemkę, wśród gęstniejących ciemności, pojechaliśmy w kierunku Veritas.

Było już całkiem ciemno, kiedy dojechaliśmy na brzeg głębokiej niecki w miejscu, gdzie kiedyś było pueblo. Teraz w słabym blasku księżyca dostrzegliśmy starą tabliczkę z liczbą mieszkańców, na której ktoś przekreślił cyfry i nabazgrał wielkie zero. W cieniu, skrywającym dolinę, dostrzegliśmy zarysy domów, a gdzieś na samym dnie, wyrastający z kościelnej wieży krzyż. Wtedy Siwa Skała zamarł na chwilę nasłuchując i rzucił krótko: „patrzy na nas”.

Zadymiony Saloon był teraz pełen napięcia i wyczekiwania. Manitou siedziały jedne na drugich, ich rogi lśniły blado w kłębach dymu, jakby wyczyszczone na wielkie święto. Wpadłem tylko na chwilę i udało mi się wyszarpnąć jednego pomniejszego jokera, zanim te większe mnie zauważyły. Wyskoczyłem z Saloonu z duszą na ramieniu, ale kaprawy joker którego przytargałem ze sobą otulił mnie posłusznie płaszczem cieni, tak że stopiłem się w jedno z ciemnością i niczym duch pomknąłem ku przyczajonemu szpiegowi.

Siedział w czarnym kapeluszu i długim płaszczu, na kolanach miał długą broń, karabin. Nie dostrzegł mnie, kiedy okrążyłem go i podszedłem od tyłu, wyciągając obrzyna. Najpierw pomyślałem, że wywalę z obydwu rur w tył głowy, ale zaraz się poprawiłem że przecież narobię hałasu. Wpadłem więc na głupi pomysł, że rąbnę go mocno kolbą i ogłuszę. Jak pomyślałem, tak i zrobiłem. Zamachnąłem się obrzynem, ale że robiłem to pierwszy raz w życiu zeszło mi paskudnie i kolba zaryła w ziemię, a ciemna postać odwróciła się nagle ! I wtedy huknął strzał, ale nie był wycelowany we mnie. To Ed, który przyczaił się z karabinem, widząc że tamten zrywa się na nogi wypalił i trafił prosto w skroń, kładąc faceta trupem na miejscu.

Wszyscy podeszli obejrzeć sobie upolowanego przez Eda Pasierba. Ale groza nas ogarnęła, kiedy odsłoniliśmy czarną pelerynę i znaleźliśmy na piersi martwego człowieka gwiazdę Texas Rangerów ! Przypomnieliśmy sobie, że Siwa Skała wspominał o samotnym białym myśliwym, polującym na bandę Satana, który kręcił się w okolicy Veritas. I tego oto myśliwego mieliśmy teraz przed sobą, martwego, zabitego znienacka i przez pomyłkę ! I to przeze mnie ! Gdybym był mądrzejszy i zamiast próbować ogłuszać Rangera przyłożył mu lufy obrzyna do głowy i zażądał by się poddał, facet by żył i bardzo by się nam przydał w rozprawie z Satanem !

Ale nic, skosiliśmy jedynego sojusznika, który miał dość odwagi i sprytu by stanąć do walki z Synem Szatana, trzeba było teraz samemu wykonać robotę. Zebraliśmy się w sobie i powoli, starając się nie narobić hałasu zaczęliśmy skradać się ku skrajowi kotliny w której leżało teraz dawne Veritas. Znowu otuliłem się cieniami, ale tym razem śmierć Rangera osłabiła mnie i zdekoncentrowała tak, że pokazałem się nieroztropnie większym manitou i dorwał mnie wielki, chudy, paskudny joker. Oberwałem solidnie, ale udało mi się wyciągnąć pomniejszego demona i koniec końców czar wyszedł. W końcu dotarliśmy do zewnętrznej części miasteczka i zaczęliśmy schodzić w dół, w kierunku majaczącego w ciemnościach zapadniętego kościoła.

Między glinianymi domami przemykały cienie, tak to przynajmniej musiało wyglądać dla innych, bo ja widziałem dobrze złośliwe ślepia, błyszczące robi i kopyta tłumów jokerów. Zleciały się do Satana jak muchy do świeżego gówna, czując krew niewinnej Olivii i szukając okazji by przecisnąć się przez szparę między Krainą Wiecznych Łowów, a naszym Dziwnym, bo dziwnym, ale jeszcze całkiem do wytrzymania Zachodem. Te stada demonów rozpraszały mnie i myliły tak, że kiedy o parę metrów ode mnie huknęły pierwsze strzały byłem kompletnie zaskoczony.

Pasierbów było dwóch, jeden strzelał zza rogu chaty przy ścianie której się skradałem, a drugi gdzieś z sąsiedniego dachu. Żaden z nich mnie nie widział, strzelali do reszty. Z naszej strony też odpowiedziały karabiny Teda, Eda, Bena i Prestona i nawet wódz Siwa Skała wystrzelił kilka razy z długiego karabinu, który pożyczył mu Mały Ted, ale wszystkie razy spudłował. Próbowałem podejść tego bliższego, wszedłem do środka zrujnowanego domu, ale zanim znalazłem drogę na drugą stronę obaj napastnicy zostali już rozstrzelani przez naszych na zewnątrz. Teraz zaczęliśmy przekradać się przez drogę, ale znów huknęła broń ukrytych w cieniu Pasierbów. I znowu byliśmy lepsi, to znaczy oni byli, bo ja się przezornie nie wysilałem na strzelanie, żeby się nie rozproszyć i nie wypuścić demona, który mnie osłaniał płaszczem cieni.

Po krótkiej chwili Pasierby leżeli martwi, a my już bez przeszkód dotarliśmy do drzwi „zapadniętego kościoła”. Było dziwnie gorąco, a ze środka wyraźnie dochodziły jakieś zaklęcia w języku którego nie znałem, podobno w łacinie. I tu wódz Siwa Skała mężnie przysłużył się sprawie i odwalił swoją robotę. Wiem, obiecałem nie mówić, ale nie ma się czego wstydzić. Jeszcze nie. Otóż wódz, wziąwszy ode mnie obrzyn, przyłożył go do drzwi i wygarnął z obu luf, zamieniając grube deski w połupane drzazgi. Wejście stanęło przed nami otworem.

A potem się zaczęło. Mister Ben, który zawsze był ostrożny i nie kwapił się do ryzykowania własnej skóry, teraz nagle poczuł w sobie zew bohaterstwa i wskoczył w migoczącą światłem pochodni czeluść. Ale środek kościoła był jeszcze bardziej zapadnięty niż reszta i Ben spadł ze schodów, lądując na posadzce dobrych parę metrów niżej. Ja wsunąłem się cichcem, bo dzięki temu, że wódz wyręczył mnie w rozwaleniu drzwi cały czas trzymałem w garści jokera, a on osłaniał mnie płaszczem ciemności przed oczami Satana i jego przybocznych. Wsunąłem się więc cichcem i ujrzałem taki obraz.

Jakieś dziesięć jardów ode mnie, w drugim końcu małej kościelnej nawy stał ołtarz, na którym leżała całkiem naga Miss Olivia. Była piękna, gładka i okrągła tu i tam, oświetlona czerwonawym blaskiem pochodni rozwieszonych na ścianach, wyprężona w takiej pozie, że zaraz mój mały konik stanął dęba i mógłbym tak stać i patrzeć na nią, a najlepiej podejść bliżej i dotknąć… Gdyby nie to co stało za nią. Bo kiedy wszedłem do środka za ołtarzem na którym leżała Olivia stał sobie Steven Satan, chudy rudzielec w czarnej pelerynie, z dwoma rewolwerami w kaburach i rękami wzniesionymi do góry, jak to zwykle w takich satanistycznych obrzędach. Po obu stronach stało dwóch Pasierbów, też z rewolwerami, ale ci dla odmiany mieli ręce opuszczone, no i nie byli rudzi. Ale to nic. Bo kiedy Ben wpadł do sali i stoczył się po schodach na podłogę Satan krzyknął wielkim głosem: „Ojcze ! Daj mi swoją siłę !” I podniósł ręce jeszcze wyżej, a właściwie to same ręce uniosły się wyżej, bo nagle cały Steven Satan zrobił się większy, cięższy, muskularny i straszny ! Jego rude włosy zapłonęły prawdziwym ogniem, skóra sczerniała, z końców wyciągniętych palców strzeliły małe płomienie, a oczy zrobiły się czerwone i lśniące. Przez moment zmroziło mnie strachem, ale otrząsnąłem się jakoś i pozbierałem, przypomniałem sobie, że jestem tu by walczyć z tym czymś i nie mogę uciec z podkulonym ogonem, bo jeśli bym tak zrobił to każdy saloon kiedyś zamieni się w ten Zadymiony. Poczułem tylko jak biedny Pete kuli się w moim płaszczu i siusia mi ze strachu po koszuli.

Huknął strzał. To Ed, który tymczasem wskoczył za mną do kościoła i wygarnął do potwornego Satana ze swojego karabinu. On też się nie wystraszył, ma jaja, pierwszy strzał i pierwsza krew ! Z czarnego łba bestii trysnęła ciemna posoka ! Ale teraz monstrualny Syn Lucyfera błyskawicznie wyciągnął dwa czarne kolty i wypalił cztery razy w Eda, ścinając go z nóg jak kosą !

Nie jestem tchórzem, ale jak to zobaczyłem zmieniłem zamiar. Ciągle chyłkiem, zamaskowany przed sługami diabła, wymknąłem się z powrotem za drzwi kościoła. Mały Ted wpadł tymczasem do środka i jakby zamarł na moment, potem jednak opanował się, przymierzył i strzelił. Ale Preston, który próbował iść w jego ślady, padł jak rażony gromem i już myślałem, że po nim, bo chociaż Wygrzebańcom raczej nie grozi zawał serca, to jednak strach może zdusić w nich obudzony umysł i w ten sposób położyć ich na powrót do grobu.

Jak już byłem w drzwiach, odwróciłem się i puściłem demona od płaszcza cieni. Potem zanurkowałem w oświetlony teraz pochodniami i nieznośnie gorący Saloon, by złapać jokera, który pokrzyżuje szyki Satanowi. Znalazłem i wyskoczyłem, zanim rogate i zębate bestie w które zamieniły się wszystkie pozostałe manitou mogły mnie dopaść i rozerwać na sztuki. Nie czekając na nic puściłem złapanego jokera prosto w monstrualnego Satana. Demon zamienił się w locie w wielkiego pająka i w jednej chwili oplątał Syna Szatana lepką pajęczyną, ruchy bestii stały się wolniejsze i ślamazarne, ale niestety, wciąż jeszcze zachował wiele ze swego wigoru. Wycelował lufy swych broni we mnie i wypalił. Prawie widziałem ołowiane kule z wypisanym na nich moim imieniem, ale w ostatniej chwili skoczyłem i pacnąłem na ziemię bezpiecznie ukryty za grubą ścianą glinianego kościoła. Udało się !

Tymczasem jednak w środku szła walka na śmierć i życie. Ed leżał na ziemi i wyglądało że nie żyje, Ben walczył ze sobą, usiłując opanować trzęsące się dłonie i tylko Mały Ted strzelał i obrywał, nie tylko od mniejszego już nieco, ale wciąż potężnego Satana, ale także od dwóch Pasierbów, z których każdy walił z obu luf w biednego Teda ! Zebrałem się i złapałem kolejnego jokera, żeby spróbować zrobić z Pasierbami to co nie tak dawno udało mi się z Komanczami. Ale zanim zdążyłem zerknąć znów do środka było już prawie po wszystkim !

Leżący dotąd po niefortunnym upadku na ziemi Ben podniósł się nagle i z krzykiem doskoczył do górującego nad nim potężnego Satana. Diabelski Syn był już nieźle postrzelany, ale ciągle groźny, jednak Mister Ben z niecałych dwóch metrów wywalił mu cztery kule prosto w oczy ! Czaszka Satana jakby rozbłysła wewnątrz i wtedy jego czerwone oczy zgasły i zamieniły się w puste, poczerniałe oczodoły, a wielkie ciało powoli pochyliło się do przodu i majestatycznie gruchnęło o ziemię, omijając na szczęście ołtarz z wciąż rozciągnięta na nim cudowną Miss Olivią. Ale nie koniec na tym – Ben nie tracąc impetu doskoczył do jednego z Pasierbów i wygarnąwszy mu z bliska w łeb z obu rąk, wysłał go w pół uderzenia serca do jego pana. Niewiele już było do zrobienia, ale zdążyłem jeszcze wyrwać drugiemu czcicielowi diabła rewolwer, zanim ktoś z naszych rozwalił mu łeb.

Walka była skończona, ogień pochodni zaczął przygasać, a zawiedzione demony rozchodziły się do domów. Ben przypadł do ołtarza i zaczął odwiązywać ocaloną Olivię, Ted dobijał dla pewności trupy Pasierbów, a Ed z niedowierzaniem oglądał swój mokasyn. Okazało się bowiem, że tylko udawał trupa, a kiedy padł Satan chciał z zaskoczenia sięgnąć po broń i o mało co nie odstrzelił sobie przy tym stopy. Ja podszedłem do wodza Siwej Skały i udało mi się uspokoić go na tyle, że przestał dygotać i zdołał wyjść z kałuży, która utworzyła się u jego stóp. Pete też doszedł do siebie i nawet Preston, który runął na ziemię jak długi kiedy zobaczył przemienienie Satana, okazał się być w całkiem niezłym stanie.

Tak więc koniec końców udało nam się ocalić Miss Olivię przed posłaniem do Diabła, co po tym co spotkało biedną Honey Lu jest dla mnie bardzo ważne, rozgromiliśmy przy tym osławiony gang Pasierbów Diabła, wart okrągłe dwa i pół tysiąca dolców, no i zepsuliśmy zabawę całej rzeszy jokerów. Wolałbym nie pamiętać, że załatwiliśmy też jednego Texas Rangera, oficjalnie zresztą będzie na Pasierbów, ale chociaż kupię biedakowi ładny nagrobek, niech odpoczywa w pokoju.

 

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Deadlands, DL po raz trzeci ,

Comments are closed.