Santa Fe

Jak teraz już jestem prawdziwym mężczyzną, to mogę już palić i nikt mi nie powie, że nie mogę, ale jak na złość zgubiłem papierośnicę. Musiała mi wypaść w muzeum, jak sprzątałem ten bałagan po Mister Edzie. A właściwie, jak już teraz jestem dużym facetem, to mogę chyba mówić Ed, zamiast Mister Ed, w końcu włamywaliśmy się razem do domu Swifta i zabawialiśmy się razem z panienkami ! No, tak dokładnie to z jedną panienką i do tego nie wszystko widziałem, bo oni byli w balii, ale się o wszystko pytałem i teraz sam już wszystko umiem, no i panna Alice powiedziała że jestem wielki ogier ! Mister Ben, to znaczy Ben świadkiem !

Ale najpierw, jeszcze w Amarillo – to taka wiocha po drodze do Santa Fe – rozstaliśmy się z Don Miguelem. On się chyba obraził na Mister Bena, jak ten powiedział żeby Miguela zabić, albo przynajmniej związać, bo go ugryzł Nosferatu i żeby się też nie przemienił. W końcu Mały Ted go związał i Don Miguel się obraził, chociaż go potem rozwiązaliśmy, jak już się okazało, że się w nic nie przemienia. Szkoda że się rozstaliśmy, bo już polubiłem Don Miguela i on mnie chyba też, bo mi dał obiecaną kukiełkę, podobną do mnie i Pete’a, mojego psa.

W Santa Fe zatrzymaliśmy się w saloonie „Full House”, gdzie przegrałem kilka dolarów w karty z jednym szulerem, ale się nie obrażam, bo był widać lepszy ode mnie. Ale Mister Preston się zatrzymał w „Pueblo”, bo za bardzo śmierdział wódą na „Full House”, jak to Wygrzebaniec, a pannę Olivię odprowadziliśmy do jej siostry w teatrze „Czarodziejski Flet”. Potem za to dostaliśmy zaproszenie na przedstawienie kankana, w którym panie wysoko wymachują nogami i Miss Olivia też, chociaż nie wiem czy teraz wystąpi, bo jej wystraszona przez tego paskudnego Swifta.

Brat Tobiasz cały czas leżał i nic mu się nie polepszało, nawet jak wypróbowałem na nim nowe czary. Joker powiedział, że nie da rady, bo jakiś inny paskudnik majstruje przy Bracie Tobiaszu i teraz tylko indiańskie czary Czarnego Orła mogą pomóc. Bo nasz Czerwony Brat przestał już leczyć Brata Tobiasza whisky i zabrał go do Apaczów, razem z wodzem Siwą Skałą i jego wojownikami, których Ed i ja przyprowadziliśmy z prerii. Bo Ed się zna z Apaczami i nawet kazał Siwej Skale pozdrowić jakiegoś Krwawiącego Bawoła, no i się zna na śladach.

Jak się obudziliśmy pierwszego dnia w Santa Fe to Mister Mały Ted kupił gazetę, bo to jest duże miasto i mają własną gazetę, w której właśnie pisało, że Doktora Imperiusa aresztowali za oszustwo, bo sprzedał jakiemuś pastuchowi pigułki przeciwko jąkaniu i ten w ogóle potem nie mógł wykrztusić słowa, bo mu mięśnie twarzy zwiotczały. I jak poszedł się oświadczyć to była wielka klapa i w ogóle był biedak załamany. No ale to nie powód, żeby się mścić na Doktorze Imperiusie, który jest bardzo mądry, a jego pigułki bardzo skutecznie rozjaśniają w głowie i leczą, co obaj z Małym Tedem chcieliśmy urzędowo zaświadczyć, ale ten urzędnik nie chciał tego napisać, bo powiedział, że potrzebują tylko zeznań obciążających. No to potem poszedłem i zapłaciłem kaucję za Doktora, a on mi za to dał pigułkę na rozjaśnienie w głowie i pokazał mi kamień filozoficzny i opowiedział o podróży zeppelinem przez morze z Zurichu na Zachód. Ale to już później mi opowiedział, jak się spotkaliśmy wieczorem w saloonie i jeszcze mi sprzedał pigułkę, żeby mnie nie swędziało i żebym nie miał wysypki po zabawie z dziewczętami.

Bo całkiem wieczorem, już po pojedynku Bena z tym nieszczęsnym Absalomem Tylerem, on, to znaczy Ben zabrał mnie do saloonu z panienkami i się zabawiałem z panną Alice i było świetnie ! No i teraz już jestem prawdziwym mężczyzną, bo przedtem to jeszcze byłem zasmarkanym dzieciakiem, co to nie wie co się robi z kobietami. Chociaż jak się zrzuciliśmy dzień wcześniej z Edem na tą pannę od kąpania to się już dowiedziałem, chociaż tak jakby teoretycznie. A jak już było po wszystkim to nawet wypaliłem pół papierosa i wypiłem kulturalnie szklaneczkę whisky, nie żeby się urżnąć jak prosię, ale tak, żeby było wiadomo że już nie jestem dzieckiem i biedną sierotką, jak powiedziała panna Olivia. Teraz jak pójdziemy do teatru na tego kankana to będę klaskał i gwizdał razem z innymi, kulturalnie.

Ale jeszcze wcześniej, zanim poszliśmy do panny Alice i innych kobiet, to właśnie Mister Ben się strzelał z takim miejscowym pastuchem, co miał na imię Absalom. Ten pastuch napadł na Bena, napluł mu najpierw na buty, a potem na twarz, żeby go zmusić do pojedynku. Tak teraz myślę, że go napuścił przedsiębiorca pogrzebowy, bo on jeden ma interes z truposzy, a ten biedny głupek pewnie myślał że zastrzeli Bena i może miał nawet jakiś układ z kopidołem, bo Ted widział jak komuś dał znak, jak już się z Benem umówili na strzelanie wieczorem za starą rzeźnią. Mister Ben poszedł najpierw do szeryfa, żeby mu powiedzieć że się będzie strzelał z takim to a takim, ale co to szeryfa obchodzi ?! Wiadomo że ten co pierwszy sięgnie po broń to idzie do paki, chyba że wcześniej pójdzie do ziemi, jak się to przydarzyło Absalomowi.

Wieczorem się wszyscy spotkaliśmy za starą rzeźnią, nasza cała czwórka, a właściwie piątka, licząc z Pete’m, a Absalom tylko z takim głupkowatym Hankiem, co się potem zeszczał w gacie ze strachu. Ben i Absalom rozeszli się na dwadzieścia kroków i stanęli naprzeciw siebie. Najpierw trochę sobie przygadywali, jak to przy pojedynkach, aż w końcu temu szczeniakowi puściły nerwy, wyszarpnął spluwę, ale Ben był szybszy ! Z dwóch rewolwerów wywalił w Absalomie cztery dziury, z czego jedna paskudna w głowie i jedna w bebechach, chłopak padł sikając krwią jak przestrzelony bukłak. Podbiegłem i próbowałem go połatać, bo mi się go zrobiło szkoda, ale jokery robiły mnie w konia od kiedy przyjechałem do Santa Fe i udało mi się zatamować tylko tę dziurę w głowie, a na bebechy zabrakło mi już sił. I chociaż się starałem zabandażować go jego własną koszulą, a potem Ted też się starał, nie udało się nam i Absalon umarł. Tak mi się smutno jakoś zrobiło, bo w sumie to był głupi szczeniak, nawet nie prawdziwy mężczyzna, jak ja. No ale trudno, w sumie sam chciał, bywa gorzej.

No właśnie. Bo w tej gazecie, co kupił Mały Ted było też o Pasierbach Diabła. To są tacy bandyci co służą piekłu, tatuują się w takie różne diabelskie wzory, zabijają ludzi dla przyjemności i podobno robią jeszcze gorsze rzeczy, na przykład składają krwawe ofiary. Ich hersztem jest Steven Satan, czarownik i sługa diabła, albo nawet syn samego Lucyfera, jak twierdzi Ojciec Oakenfold, w każdym razie na pewno nie zwykły rzezimieszek. W gazecie pisało, że dwóch z tych Pasierbów w niedalekim ____ porwało czarną dziewczynę, robili jej straszne rzeczy przez dwa dni, a potem przybili jej rękę do drzwi gwoździem i pojechali. Ta dziewczyna teraz była w Santa Fe, w klasztorze z zakonnicami i tam się leczyła. A tych Pasierów Diabła było więcej, kiedyś dziesięciu razem z Satanem, ale jakieś trzy lata temu zebrało się w Santa Fe pięciu Texas Rangerów i była wielka strzelanina, trzech Pasierbów zginęło, a reszta uciekła i od tej pory było cicho, aż do teraz.

Ojciec Oakenfold mówił, że przez te trzy lata Satan był w Rzymie i uczył się czarów od samego Czarnego Papieża i teraz już wie, że naprawdę jest synem Lucyfera, a wcześniej tylko tak mu się wydawało. No i przez to jest potężniejszy. Ale Ojciec Oakenfold jest trochę szurnięty, zupełnie jak Brat Tobiasz. Jak go spotkaliśmy pierwszy raz to stał na skrzynce po sucharach i krzyczał żeby nie chodzić do kościołów, bo księża służą Czarnemu Papieżowi z Rzymu, który służy z kolei diabłu. I żeby przejrzeć, bo kościoły robią ludzi ślepymi i wtedy ludzie nie widzą diabłów i ich sług – czarownic, na które Ojciec Oakenfold poluje, bo jest łowcą czarownic z dziada pradziada. No to jak on tak opowiada to już bardziej mi się widzi prawdziwa ta historia Czarnego Orła.

Bo wieczorem jak wróciliśmy z Benem z saloonu, po tym jak panna Alice powiedziała, że jestem tęgi ogier, albo jakoś tak, był już u nas Czarny Orzeł. Szaman powiedział, że wiele złych manitou kręci się w okolicy i Indianie mają za mało szamanów, żeby powstrzymać zło. Powiedział nam, że kiedyś w Arizonie, koło jakiejś wioski Pueblo Viejo była Misja, w której zły ksiądz wymordował całą swoją sektę, bo był wyznawcą diabła i to byłą taka ofiara. A potem przyszli tam jeszcze jacyś biali kowboje i wywołali wielkie zło, bo otwarli przejście z Krainy Wiecznych Łowów do naszego świata, przez które wyłaziły złe duchy. A potem jeszcze jakiś wielki zły czarownik przeszedł przez to przejście w tamtą stronę, a niedawno właśnie wyszedł z powrotem i jest teraz bardzo zły i bardzo potężny. No i jak nam to powiedział, to pomyśleliśmy że to ten Steven Satan, przywódca tych Pasierbów Diabła.

Ale Czarny Orzeł nie wrócił od Apaczów tylko po to żeby nas postraszyć, tylko dlatego, że w muzeum w Santa Fe była czaszka wielkiego szamana Cztery Chmury. Ta czaszka była potrzebna naszemu szamanowi i Apaczom do jakichś obrzędów, żeby powstrzymać zło, a Indianom było trudno wyciągnąć ją z muzeum, więc Czarny Orzeł poprosił nas, żebyśmy pomogli. No to zaraz poszliśmy na miejsce i wymyśliliśmy plan odzyskania czaszki. My z Małym Tedem i Pete’m poszliśmy na cmentarz i od grabarza kupiliśmy starą czaszkę za dolara, ale przy okazji dowiedzieliśmy się, że dzień wcześniej ktoś inny zrobił to samo ! To był taki wysoki, ubrany na czarno, bardzo niemiły człowiek w rękawiczkach. A że Ted już wcześniej w saloonie „Pueblo” dowiedział się od jednego kowboja, że w mieście jest wytatuowany w diabelskie znaki ponury, wysoki człowiek, to wiedzieliśmy już prawie na pewno, że Pasierby Diabła też się interesują czaszką sławnego szamana.

Kiedy my byliśmy u grabarza, Mister Ed i Ben mieli siedzieć pod muzeum i mieć oko, czy ktoś się tam nie kręci, tak na wszelki wypadek. Ale Ed zachowuje się czasem zupełnie jak dzieciuch, bo próbował sam się włamać do muzeum, wybił szybę i narobił bałaganu w środku, mało go zastępca szeryfa na tym nie przyłapał. Dobrze, że Mister Ben przytomnie udawał pijaka i tak długo się zataczał na tego zastępcę, aż tamten dal sobie spokój i poszedł w inną stronę. No fakt, że Ed wyniósł czaszkę, ale się potem okazało, że to ta czaszka kupiona przez jednego z Pasierbów od grabarza i daliśmy się wyprzedzić sługom Szatana. Do tego wszystkiego próbowałem posprzątać ten bałagan po Edzie, ale się potknąłem i narobiłem jeszcze większego bałaganu i co gorsza, zgubiłem papierośnicę od Mister Carmichaela.

Następnego dnia z rana wybraliśmy się na poszukiwanie śladów Pasierbów. Wzięliśmy ze sobą Prestona i Ojca Angera Oakenfolda, chociaż oni się razem nie za bardzo lubią, ale obaj jeszcze bardziej nie lubią sługusów Diabła. Mister Bena wpuścili do klasztoru, gdzie była Dee Miller, ta czarna dziewczyna, która ci bandyci przybili do futryny, a ja poszedłem za nim i wszystko słyszałem. Dee powiedziała, że oni się mają spotkać w jakimś „Zapadniętym Kościele”, albo jakoś podobnie i że chcieli z nią zrobić coś strasznego, ale jeden powiedział, żeby tego nie robić bez Stevena Satana, bo to niebezpieczne. Pewnie chcieli wezwać demona, żeby jej zrobił krzywdę, ale się zdygali, tchórze ! Dziewczyna pamiętała też, że mieli tatuaże na ciałach, głowy kozłów, pentagramy i jakieś litery i podobne rzeczy mieli na płaszczach i na kolbach rewolwerów.

A potem poszliśmy do kościoła co się jakoś dziwnie po meksykańsku nazywał. Dogadałem się tam z meksykańskimi dziećmi i dowiedziałem się, że Pasierbów było dwóch, większy i mniejszy i ten mniejszy strasznie cuchnął whisky, tak że od razu pomyślałem że to Wygrzebaniec. Spotkali się niedaleko kościoła i rozmawiali, a potem pojechali do miasta, ale osobno. Jeden z ich koni miał taki dziwny znak, jakby podkowa z rogami, podobno żaden z hodowców tak nie znakuje swoich koni. No i tego się uczepiliśmy. Mister Mały Ted obiecał małym Meksykańcom parę dolarów, jeśli wywiedzą się gdzie teraz jest tych dwóch. Mieli nam dać znać nazajutrz.

Jak wróciliśmy do „Full House” czekał na nas list od panny Helen Colby, siostry Olivii. A właśnie Miss Olivia potrzebowała naszej pomocy, bo napastował ją ten paskudny Clive Swift, miejscowy najlepszy rewolwerowiec i gbur z wyłupiastymi oczami. Nawet w tej gazecie miejscowej o nim pisali, że zabił już trzech ludzi i jednego ciężko ranił, a wszystko przez kobiety. Do Olivii się przystawiał, jak za dużo wypił poprzedniego wieczora, ale bełkotał przy tym coś o wybawianiu, że „nie wiesz co oni ci zrobią”, ale „ja cię wybawię” i takie tam. No i zaraz zmiarkowaliśmy, że on może wie coś o Pasierbach i postanowiliśmy go wypytać. No to najpierw Mały Ted poszedł postraszyć Swifta, ale nie zrobił wrażenia i wycofał się jak go Swift obrzucił obelgami. No to ja próbowałem napuścić na niego jakiegoś manitou, ale jak już mówiłem, od kiedy przyjechaliśmy do Santa Fe nie mogłem znaleźć w saloonie żadnego porządnego gracza, tylko same stare, wyliniałe łajzy. Swift trochę się wzdrygnął i na tym koniec. Potem próbowałem po dobroci, bo on przecież nie wiedział że to ja straszyłem go koszmarami, ale był bardzo niegrzeczny i chyba go obleje pomyjami przy okazji. W końcu Mister Ben, już następnego dnia rano poszedł do niego do domu, niby pogadać, ale Swift też go zmieszał z błotem i wyprosił. Tak że zostało nam tylko zaczaić się na niego gdzieś w ciemnym zaułku i obić, ale to się mogło łatwo skończyć aresztem, więc na razie daliśmy spokój.

Bo znaleźliśmy z Edem inny sposób na wybadanie jak to jest z panem Swiftem i Pasierbami. W nocy weszliśmy do jego domu, tym razem już fachowo, najpierw ja przeszedłem przez cienie, otwarłem okno od środka i dopiero wpuściłem Eda, tak że wszystko odbyło się po cichu i bez problemów. No a w środku Ed znalazł stary rewolwer, czarny, z diabelskimi i magicznymi znakami na kolbie i lufie. Broń była zawinięta w szmatkę, pokryta kurzem i widać, że leżała na końcu szuflady już parę ładnych lat. Ale to by znaczyło, że pan Swift kiedyś też był wyznawcą diabła i stąd wiedział, co Pasierbowie robią ładnym dziewczynom.

No i w końcu rano następnego dnia znaleźliśmy sługi diabła. To znaczy meksykańskie dzieciaki znalazły, ale zgodnie z umową powiedziały nam i od razu wyruszyliśmy na nich. Ojciec Anger Oakenfold i Mister Preston znowu z nami poszli i bardzo się przydali, bo chociaż Pasierbów było tylko dwóch odstrzeliwywali się celnie. Zamelinowali się w jakiejś wypożyczalni koni, której właściciel ciągle „gonił smoka”, jak Chińczycy nazywają palenie opium i pewnie w ogóle nie wiedział, że oprócz koni ma w stajni dwóch niemiłych gości. Jak podeszliśmy blisko to się ukryłem w cieniu, trochę sobie pomagając kantami i poszedłem na przeszpiegi, ale nikogo nie zauważyłem i dopiero jak Mister Mały Ted wszedł drugim wejściem zaczęła się strzelanina.

Ted oberwał od większego Pasierba, a Ojciec Oakenfold od niższego, tego Wygrzebańca. Ed, Ben i Preston trzymali się z tyłu, tak że oberwali mniej, albo wcale, a ja cały czas próbowałem kantami wyrwać spluwy diabelskim sługusom, ale znowu jokery nie chciały grać ze mną, chociaż jeden skurczybyk wyskoczył nagle z lustra i dziabnął mnie w szyję, tyle że na szczęście lekko. Ale nasi zaczęli teraz kanonadę i po chwili obaj bandyci leżeli, jeden martwy, a drugi ciężko ranny. Tak to sobie zresztą zaplanowaliśmy, bo chcemy teraz wziąć tego większego na spytki, żeby nam powiedział, gdzie jest ten „zapadnięty kościół”, czyli miejsce gdzie ma się zebrać cała banda na jakiś wielki diabelski spektakl. Chociaż jak pomyślę, że pięciu Rangersów nie dało rady wytłuc Satana i jego bandy to mnie ciarki przechodzą. A przecież nie tak łatwo mnie wystraszyć, zwłaszcza teraz, jak już jestem prawdziwym mężczyzną !

 

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Deadlands, DL po raz trzeci ,

Comments are closed.