Rozprawa z Pasierbami

Chcecie pewnie abym dokończył ostatnią opowieść jak to rozbiliśmy Gang Pasierbów Diabła i samego Stevena Satana posłaliśmy do jego przybranego tatusia? Taa…. Była ostra strzelanka i sporo trupów. Ale najpierw Wasza kolej. Te cygara już miałem .., twoja córka nie była wcale taka dobra jak zachwalałeś więc jej siostra też pewnie nie lepsza… O tamtą whisky chętnie osuszę! Kosztowała 15$? Będzie więc się lepiej gadać. Hehehe.

A więc powróćmy do tej stodoły gdzie rozwaliliśmy tych dwóch pasierbów. Jeden jeszcze trochę dychał bo był nieprzytomny od ran i tego chcieliśmy przesłuchać. Najpierw przeszukaliśmy ich rzeczy. Mieli szatańskiesyny czaszkę! To pewnie ta czaszka starodawnego, wielkiego szamana, którą tak chciał Czarny Orzeł. A więc pierwszy sukces. W ich klamotach jednak nie było nic więcej godnego uwagi. Oczywiście obaj mieli te dziwne spluwy, pokryte różnymi runami, napisami i dziwnymi znaczkami.

Tego, który niby nie żył, uważaliśmy za wygrzebańca. Pierwsze co więc zrobiłem to odciąłem mu dłoń aby już więcej nie strzelał i podziobałem mu nożem serducho, aby mieć pewność. Na dodatek Wielebny resztką sił strzelił mu w łeb, robiąc dziurę na wylot. To powinno wystarczyć. Co tak patrzycie? Pewnie nic nie wiecie o wygrzebańcach … Może i dobrze. Ode mnie nic więcej się o nich nie dowiecie. Potem po nocy biegalibyście do mamusi i mieli problemy z nocnym moczeniem. Hehehe.

W międzyczasie Ed poszedł sprawdzić pobliski dom, do którego należała do stajnia. Wyważył drzwi, a tam natknął się na jakiegoś totalnego nachlańca, który nic nie wiedział. Nie wiedział jak się nazywa, ani nawet, że ktoś strzelał. Problem gospodarza obejścia z głowy.

Niestety Wielebny dogorywał od ran. Ed i Willie poszli więc z nim do centrum miasta aby go trochę podleczyć, a ja i Ben związaliśmy obu bandziorów i zostaliśmy ich pilnować. No i czekaliśmy aż ten wysoki się ocknie. Spojrzałem na listy gończe i rysopisy – Morgan Cutler się zwał. Dobrze, że ta szopa była trochę na uboczu bo nikt się nie przypętał. Na wszelki wypadek, co jakiś czas przepatrywałem okolicę, ma się rozumieć.

W końcu Morgan otworzył oczy. Trochę go postraszyłem i zacząłem zadawać pytania, ale nie chciał się rozkręcić i gadał tylko pierdoły. Wtedy Ben rozwalił mu kolano kulką. Znów omdlał. Miałem nadzieję, że będzie twardszy. Hehehe. Kiedy ponownie się ocknął złożyłem mu propozycję, że albo szybka śmierć i pochówek w poświęcony miejscu – jeśli będzie sypał, albo pomęczymy go sobie, jeśli nie będzie gadać. Miałem nadzieję, że strach przed tym co mu zrobią duchy po śmierci, zwycięży. Zaczął się zastanawiać, a w końcu zgodził się na śpiew. Najpierw chciał jednak prawdziwego księdza i rozgrzeszenia. Jego wiedza to była nasza jedyna szansa na znalezienie Gangu, więc się zgodziliśmy, a Willi sprowadził jakiegoś księżulka.

Księżulek to jakiś straszny wymoczek był, bo jak mnie zobaczył, to już o mało co zawału nie dostał. Ostrzegliśmy go przed tym bandytą i spowiedź się zaczęła. Oczywiście wcześniej tego bandziora, związaliśmy i zakuliśmy kajdankami. Księżulo nalegał na tajemnicę spowiedzi, intymność i takie tam. Cholera. Nie dość, że Ksiądz jaj wcale nie miał (właściwie to mu niepotrzebne przecież, hehehe) to na dodatek był jeszcze głupi jakiś. Stałem daleko więc widziałem słabo ale w pewnym momencie pochylił się nad diablątkiem, a ten jak go capnie zębami prosto w nos! Zanim go dopadliśmy zdołał odgryźć Księżulkowi cały nochal i pokiereszować twarz. A potem połknął swój własny jęzor i zdechł. Szlag by to! A wydawało się, że bandzior pęka i już będzie grzeczny i rozmowny.

Księżulo wyglądał jak wampir Nosferatu po uczcie. To znaczy nie taki najedzony ale zakrwawiony i brzydkawy. Nawet przez moment żal mi się go zrobiło. Już się za nim nie obejrzy żadna młoda parafianka. Hehehe. Fundnęliśmy mu medyka co mu ten kichol przyszył. Będzie mógł księżulo teraz mówić swojej trzódce jak to on sam ze złem walczył, a na gębie ma ślad. Dobre i to.

Mieliśmy dwa trupy bandytów. Wtedy właśnie wpadłem na pomysł aby jednego z nich w nocy podrzucić Swiftowi do domu. Kilka razy wystrzelić, powiadomić okoliczne dzieciaki, a może nawet pismaków. Porobić ploty w mieście i zostawić konia tego bandyty pod domem Swifta. Ci bandyci chcieli w końcu namówić Swifta na powrót do ich bandy. Jakby tak reszta Gangu się dowiedziała, że Swift rozwalił jednego z nich – pewnie skoczyli by sobie do gardeł, a my tylko byśmy na tym zyskali. Swift by się odkrył, Gang by się odkrył. Nas by nikt nie podejrzewał. Same zalety.  Chcieliśmy więc zaczekać do wieczora zanim wyniesiemy oba ciała. Drugie ciało chcieliśmy ukryć. Oczywiście można by je było oddać Szeryfowi i skasować 300$ ale wtedy byłoby wiadomo, że to My. A tego na razie nie chcieliśmy.

Popołudniu okazało się jednak, że z wielkiego planu wielka dupa, bo w Santa Fe rewolwerowiec Swift porwał z Czarodziejskiego Fletu panienkę Oliwię!!! Oliwię, za którą się wstawiałem i obiecałem Swiftowi zemstę! Postanowiłem, że zapłaci za to życiem! Niech go tylko dorwę! Odstrzelę mu łeb, wyrwę sercę oraz jaja i będę je długo przypiekać nad ogniskiem! A potem zjem! No, nie gapcie się tak – z tym zjedzeniem to tylko żartowałem. Hehehe.

Wracając do opowieści. Nie tylko ja miałem takie plany odszukania Oliwii i Swifta bo wszyscy ludzie szeryfa ich szukali. Nie był więc mowy o podrzucaniu ciała, a cała nasza uwaga skupiła się na szukaniu Swifta. Najpierw jednak odwieźliśmy do Szeryfa tych dwóch bandytów i skasowaliśmy 600$ na dobry początek.

Pierwsze gdzie poszliśmy to dom Swifta. Drzwi zamknięte ale dla dzieciaka Williego i jego kantów to była drobnostka. W środku niespodzianka. W jednym z pokojów trup Swifta. Wyglądało, że coś przeraziło go na śmierć, a dziewczyny brak! Znaleźliśmy też jakieś ślady człowieka. Pewnie on porwał Oliwię. Jakoś od razu przyszedł nam do głowy Steven Satan. Kto inny mógł tak przerazić takiego twardziela jak Swift?

Dowiedzieliśmy się, że Swifta odwiedzał ostatnio pewien rudzielec, który był przyjacielem Heleny, siostry Oliwii. Zaskakujące. Poszliśmy więc do Czarodziejskiego Fletu, rozmówić się z Heleną. Nie ma jej, wyszła. Po krótkim wypytywaniu różnych okolicznych osobników okazało się, że po prostu zwiała! A to niespodzianka! Zamiast szukać Oliwii, siostrunia zwiewa do tego swojego rudzielca …  Czy czasem nie była w zmowie z Gangiem i wystawiła swoją siostrę? Takie podejrzenia szybko przebiegły nam po głowach kiedy dowiedzieliśmy się, że jej dyliżans odjechał tylko pół godziny temu! Na koń! W czterech szybko ruszyliśmy w pościg.

Po jakiejś dobrej godzinie jazdy dorwaliśmy dyliżans. Próbowaliśmy z daleka go zatrzymać krzycząc, jednak Ci z dyliżansu myśleli, że jesteśmy bandytami i chcemy ich napaść. Jeden na dachu zaczął do nas grzać w karabinu. Miał przewagę. Leżał sobie wygodnie i celował, nie to co my. Sprawa była ważna więc co było robić – odpowiedzieliśmy ogniem. Ja celowałem w rękę aby tylko do nas nie strzelał. Powoli ich doganialiśmy, a wymiana ognia trwała. Na dodatek Helena krzyczała, że jesteśmy bandytami, choć znała nas przecież wcześniej. Potwierdziło się więc, że jest po stronie tych złych. W każdym razie Ed gnał pierwszy, ja za nim, a gdzieś z tyłu Willie i Ben.  Tego na dachu udało się uciszyć – w końcu oberwał ode mnie parę kul w tą rękę i dał se spokój. Ed dogonił dyliżans i wtedy Helena wyciągnęła rękę z damską pieprzniczką i zaczęła grzać do Eda! Oberwał parę razy i zwiotczał na koniu. Teraz ja byłem pierwszy! Nie chciałem jednak zabijać Heleny więc znów waliłem w rękę. W końcu minąłem dyliżans i podpierając swój autorytet Winchesterem kazałem powożącemu stanąć! Już takie rzeczy w młodości robiłem więc miałem doświadczenie … eee.. .zapędziłem się w zła stronę wspomnień. Zapomnijcie o tym.

Dyliżans w końcu stanął, a Willi jeszcze chyba coś pokantował bo Helena przestała strzelać. Otwarłem drzwiczki. W środku był oprócz Heleny tylko jakiś przerażony murzyn, który podawał mi swoją torbę trzęsącymi się rękoma. Na co mi jego torba? Wziąłem z podłogi nieprzytomną Helenę i kazałem wszystkim ustawić się obok dyliżansu. Poprosiłem też Williego aby pomógł temu gostkowi na dachu, którego zraniłem. W międzyczasie Ed doszedł do siebie i wściekły rzucił się na Helenę. Od razu haratnął jej twarz swoim nożem. Dość paskudnie bo buźkę miała ładniutką. Chciał też gwałcić, jak to Ed, ale nie pozwoliłem. Dość już nawyrabiał.

Helena w końcu się ocknęła. Przyciśnięta, wyjąkała że Rudy jej kazał to wszystko, nawet wystawić swą siostrę. Że on jest jej panem czy coś takiego. W pewnym momencie nawet odezwał się jego głos przez jej usta! Steven Satan czarownik pieprzony! Był na tyle bezczelny, że powiedział nam nawet gdzie go szukać jakbyśmy chcieli. Miasteczko Veritas….

Ben chciał zabrać dziewczynę do Szeryfa, aby powiedziała mu jak było. Jednak dla mnie to był głupi pomysł. No bo jakby nie patrzeć napadliśmy na dyliżans, postrzelaliśmy go i tego faceta na dachu. Dziewczyna była też dość pokiereszowana. I chociaż nic nie zrabowaliśmy paskudnie to śmierdziało.

Sięgnąłem więc pamięcią wstecz do moich najpaskudniejszych gadek i najwredniejszych poczynań, przeładowałem wincha i zastraszyłem tych z dyliżansu, że jak puszczą parę z gęby o nas, to sobie o nich przypomnę. Po prostu mają jechać dalej jakby nigdy nic.

Moja wredna gęba, głos, oczy, gadka i cała sytuacja zrobiły swoje. Srali w portki. Murzyn to nawet zemdlał. Hehehe. Puściliśmy ich więc wolno. Helenę też. Była w końcu tyko narzędziem. A po tym, że zrobiła źle, zostanie jej pamiątka od noża Eda. Paskudna blizna na jej pięknej  buzi.

Wróciliśmy do Santa Fe. Nie wiedzieliśmy dokładnie gdzie to Veritas jest, a poza tym chcieliśmy jeszcze wziąć wygrzebańca Prestona na wyprawę przeciwko Pasierbom. Niestety, Wielebny był zbyt ranny i nie nadawał się nawet do zabawy wykałaczką, nie mówiąc o takiej wyprawie jak nasza.

W Santa Fe okazało się, że Veritas to wymarłe miasto duchów, o ładnych parę godzin drogi od Santa Fe. To pasowało! A więc Satan powiedział prawdę! Albo taki pewniak z niego albo frajer. Zaopatrzyliśmy się więc w różne pochodnie, lampy i ruszyliśmy czym prędzej. Ponoć coś miało się dokonać jeszcze w nocy …

Po drodze zobaczyliśmy Jastrzębia, który w końcu dość anemicznie wylądował i zmienił się w wodza Apachów Siwą Skałę. W ostatniej chwili, bo już chciałem temu jastrzębiowi posłać kilka kulek. Nie lubię takich dziwnych zwiadowców. Tego Apacha już kiedyś poznaliśmy choć teraz był dużo bardziej gadatliwy i poraniony niestety. Wielkie zło się stało w ich wiosce, jakiś Wielki Zły duch wszedł w Brata Tobiasza i pozabijał Wielkich Szamanów, ranił też Czarnego Orła i Siwą Skałę. Coś Złego wisi w powietrzu i musimy natychmiast przyspieszyć w stronę Veritas! Willi pomógł Indiańcowi z ranami za pomocą swych kantów i Czerwony ruszył z nami. Dałem mu swój karabin Remingtona. Dobre jest każde wsparcie kiedy idzie się na taki Gang jak Pasierby. Indianiec coś jeszcze wspominał, że jakiś Biały Wojownik też walczy ze złem ale wtedy rzecz olaliśmy.

W końcu w nocy dotarliśmy do wymarłego miasteczka Veritas. Pusto, dziwnie, a ulicami przemykały jakieś niesamowite czarne cienie. Nagle wódz coś poczuł, jakby obecność nieopodal miasteczka. Willie i Ed zaczęli się tam skradać, a ja wzmocniłem się kantem ochrony i już pewny swego ruszyłem spokojnie w tamtym kierunku z winchem w garści. Nagle jednak Ed strzelił. Bach i jakaś postać wydała ostatni jęk bólu. Ed potem mówił mi, że ten ktoś celował do mnie. Może nie powinienem o tym mówić ale co tam, walę prawdę, więc i o tym powiem. Tym zabitym był Texas Ranger. Pewnie on był tym wielkim białym wojownikiem. Czyste nieporozumienie, szlag by to. Szkoda Texasa!  Ktoś kto mógł nam pomóc w walce, przyczynił się do tego, że ten strzał z pewnością usłyszano z daleka … Nici z zaskoczenia.

Weszliśmy głębiej w miasto. W stronę krzyża, Kościoła i cmentarza. To pewnie tu czają się Ci źli. Oni lubią takie miejsca. Ed i Willi się skradali. Ja tam się na tym nie znam. Szedłem więc spokojnie między domami, szukając osłony jakby co. W końcu była noc. Jednak zaczęło się. Zaczęli do mnie walić we dwóch. Jeden z dachu, drugi czaił się przy boku budynku. Tego z dachu szybko ściągnąłem. Pewna kulka w łeb i po sprawie. Tym drugim zajęli się moi kompani. Zaraz zaczął też walić trzeci bandyta. Strzelanina była na całego bo całkiem dobrze strzelali. W końcu wykończyłem i tego trzeciego.

Dopadliśmy do wejścia w głąb przy kościele. Tam przez drzwi słychać było jakieś głosy po łacinie. Tak w każdym razie powiedział Preston bo ja żadnej łaciny w życiu bym nie poznał. Oprócz takiej nieprzyzwoitej. Hehehe.

Diabelski obrzęd trwał! Wódz w końcu się na coś przydał bo rozwalił drzwi. Ben wpadł pierwszy ale w ciemności chyba się potknął i runął na łeb na szyję schodami w dół. Za nim skoczył Willie i Ed, ja spóźniłem się o cholerny ułamek sekundy bo akurat kantowałem aby się wzmocnić. Tym razem towarzysze trochę mnie zaskoczyli i zostałem ociupinkę w tyle. Zacząłem za to cieplej o nich myśleć. Kiedy ruszyłem po schodach w dół już słychać było strzały. Nagle zobaczyłem przed sobą obraz, który zapamiętam na długo.

Na wprost mnie, w oddaleniu stał jakiś przerażający stwór, sporo większy niż człowiek, z płonącą grzywą włosów, gębą jak piekło, z ogniami wystrzeliwującymi z paluchów, osnuty dymem. Obok niego stało dwóch Pasierbów z gnatami w dłoniach, a za nim był ołtarz na którym rozciągnięta była panienka Oliwia, naga jak ją Pan Bóg stworzył. Na dodatek moi towarzysze Ed, Ben i Wódz już leżeli u mych stóp. Ben i Wódz byli cali bladzi, chyba zlali się ze strachu. Wyglądali na półprzytomnych. Willy chował się za drzwiami, chyba też miał dość. To wszystko zdarzyło się może w 2 bicia serca bo tylko takie miałem opóźnienie!

Teraz moja kolej! Ten w środku to musiał być Satan! Palnąłem mu od razu w łeb z mojego wincha. A masz Diable! Oberwał, jednak wciąż stał, a cała uwaga wrogów skupiła się teraz na mnie. Gdyby nie mój kant nie siedziałbym tu teraz między Wami, wierzcie mi. W moim kierunku poleciały całe stada kul. Satan też walił. Oberwałem w nogę i klatkę. Moje uniki na nic się nie zdały i wycofałem się aby ponownie się wzmocnić.

Nagle jednak znów usłyszałem strzały! Jeden z naszych! Czym prędzej ruszyłem z powrotem. To był Ben! Musiał się w końcu jakoś opanować bo walił do Satana z dwóch swoich spluw! I załatwił go! Wołał coś przy tym o Oliwi. Czyżby się zakochał i to dodało mu sił? Ciałko miała całkiem, całkiem, nie powiem. Potem jeszcze Ben skosił jednego z pasierbów, a ja rąbnąłem drugiego. Było po wszystkim. Zwycięstwo!!!

Pozbieraliśmy naszych i pasierbów. Wynieśliśmy panienkę Olivię, na którą cześć z naszych patrzyła co najmniej tak jak Ben. Hehehe. Dobrze, że Ed nie gadał nic o gwałceniu bo chyba bym mu przyłożył. Ale najważniejsze – 5 bandytów po 300$ plus Satan za 1000$. 2500$ Ładnie. No i Miss Oliwię udało się ocalić.
Najwyraźniej do tego obrzędu potrzebowali wyklętej przez boga dziewicy. Sam jestem wyklęty przez Boga ale nie wiedziałem, że komuś może się to na coś przydać. Co się tak gapicie! Nie każdy jest świętoszkiem! Czasem zdarza się zrobić w życiu coś złego, nie? Do dziś nie wiem co takiego złego zrobiła Oliwia. Chyba ojciec ją przeklął bo nie podobało mu się, że tańczyła dla mężczyzn. Willi twierdził, że ten cały obrzęd to po to, aby Satan posiadł jeszcze większe moce. Jakby tych, które już miał było mało.

Zabójstwo Rangera zwaliliśmy na Gang i wróciliśmy z ciałami do Santa Fe. Miło uratować trochę świat, a przy tym dobrze zarobić, nie? Na następne opowieści będziecie musieli jeszcze sporo poczekać. Najpierw sam muszę je przeżyć. Hehehe!

 

Tomek ‚Funky’ Kowalski

About Funky

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Deadlands, DL po raz trzeci ,

Comments are closed.