Railway to hell

Fajnie było płynąć statkiem i fajnie jest jechać pociągiem. Ale takim normalnym jak ten Mister Chelmonsky’ego, bo jest też taki pociąg, którym bym za nic nie chciał jechać ! Biedna Miss Lu nim pojechała, razem z tymi wszystkimi biedakami, do ciemnego tunelu i dalej, do samego piekła ! Ten pociąg tylko na nią czekał, a konduktor z drewnianą nogą, albo drewnianą laseczką, bo już nie wiem, patrzył na zegarek i jakby Miss Lu się nie pojawiła to pewnie chętnie by zabrał któregoś z nas. A najbardziej mnie, bo się na mnie najdłużej patrzył !

Ale tak w ogóle, to najpierw mieliśmy czekać na Czarnego Orła i Brata Tobiasza w Pawnee Rock, ale przyszedł telegraf, że oni pojechali do innego miasta, Gillespie i tam na nas czekają. Jak już do nich dojechaliśmy, to Czarny Orzeł powiedział, że wsiądziemy na wielkiego żelaznego konia, do pociągu znaczy się i pojedziemy nim aż do Santa Fe, pod same góry. A Brat Tobiasz cały czas był bardzo ranny i pijany, bo Czarny Orzeł go leczył wodą ognistą, czyli whisky. Mały Ted, jak byliśmy w jeszcze w Pawnee Rock, to też się wziął poważnie za leczenie i prawie na śmierć się wyleczył, ledwo się trzymał na Dużym Tedzie, na swoim koniu znaczy się. A Mister Ed i Mister William zostali w Pawnee Rock, tak że pojechaliśmy do Gillespie tylko w pięciu, razem z Pete’m licząc, moim psem znaczy się.

Ten pociąg, co mieliśmy nim jechać, to nie jeździł od początku wojny, był stary, nie za ładny i eksperymentalny. I dlatego, że był eksperymentalny, to dostaliśmy darmowe bilety, bo oprócz nas był tam jeszcze tylko maszynista, Mister Owen Chelmonsky, co miał bardzo dziwne nazwisko i jego pomocnik, palacz, Joseph Cambridge, który był cały czarny, ale to nie od palenia w kotle, tylko dlatego że był Murzynem. No i jeszcze Miss Olivia Colby, która była pasażerką i się spóźniła i pewnie jechała do Santa Fe, bo była ładna, a Mały Ted mówił, że w Santa Fe są najlepsze kobiety, więc pewnie będzie tam pasowała. Miss Olivia niedawno została sierotą, tak jak ja, bo jej tata dostał apopleksji jak się dowiedział, że ona pracuje w saloonie. I przeklął ją zanim umarł, powiedział „Niech cię piekło pochłonie !” i Miss Olivia myślała przez to, że to na nią czeka ten pociąg do piekła. Ale to dopiero później nam powiedziała, bo najpierw mówiła tylko, że jedzie do swojej siostry. No i nie mówiła nic o saloonie, a Mały Ted i Don Miguel i nawet Mister Ben nosili jej walizki, skakali dokoła niej i usługiwali jej jak jakiejś wielkiej damie.

Zanim jeszcze wyjechaliśmy to miałem straszny sen. Śniło mi się, że jestem w pociągu, ale nie jedziemy, tylko stoimy na stacji. W wagonie wszyscy mieli bardzo eleganckie stroje, ciemne, jak do pogrzebu i blade twarze i puste oczy, jakby wszyscy już umarli. I tylko jedno miejsce było puste, jakby jednego pasażera brakowało. A potem przyszedł konduktor z drewnianą nogą, którą stukał w podłogę wagonu, wyciągnął złoty zegarek na łańcuszku i widać było, że czeka na tego co ma zająć to puste miejsce i się niecierpliwi. A potem zaczął się odwracać w moją stronę i wtedy pomyślałem, że to jest pociąg umarłych i bardzo nie chciałem z nimi jechać i jak już miał spojrzeć na mnie, to się obudziłem ze strachu !

Tak się przejąłem tym snem, chociaż nikt inny się nie przejmował, że wypytałem się Mister Chelmonsky’ego i potem Mister Eldridge’a w saloonie o wszystko, to znaczy co to za pociąg co nim jedziemy i czy po drodze nie ma nic niezwykłego. No i się dowiedziałem, że jest taki fort Lone Rock, co kiedyś był zajęty przez wojsko, a teraz jest całkiem opuszczony, bo coś tam się stało, ale nikt nie wiedział co dokładnie. Mister Eldridge to mi tylko powiedział, że jakieś pół roku temu dwoje desperados – indiański tropiciel co się nazywał Looney i jakaś młoda Miss – pojechali do tego fortu, bo ich wojsko wynajęło, żeby sprawdzili co tam się stało. A potem normalnie wrócili, ale nie opowiedzieli co tam było i wyjechali z miasta, tak że nic więcej się nie dowiedziałem. Aha – jeszcze wszyscy mówili, że pojedziemy przez tereny Komanczów, a oni na wszystkich napadają i żebyśmy uważali. No to Mały Ted kupił dużo amunicji i inni chyba też, żeby się bronić, a potem za Mister Benem wszyscy zabraliśmy ze stacji parę podkładów kolejowych i zrobiliśmy sobie z nich opancerzenie, żeby było trudniej przestrzelić.

Ale zanim jeszcze napadli na nas Komancze dosiadł się do naszego pociągu eksperymentalnego jeszcze jeden pasażer, co się nazywał Preston Younger i był Wygrzebańcem, ale wtedy oczywista tego nam nie powiedział, chociaż od razu coś podejrzewałem, bo strasznie śmierdział whisky, a Don Miguel zauważył dziury po kulach w jego płaszczu i spodniach. Mister Preston stał przy torach z jukami na plecach i machał, żebyśmy się zatrzymali. Jakby Mister Chelmonsky mnie wtedy zostawił samego w breku to bym się nie zatrzymał, bo się bałem zasadzki po tym śnie i opowiadaniach o Komanczach, ale on zatrzymał pociąg, bo mówił, że nie można zostawić samego człowieka w potrzebie na prerii. No i się okazało, że miał rację, bo Mister Preston bardzo nam pomógł i okazał się bardzo porządnym żywym trupem, nawet pozwolił duchowi Miss Lu mówić swoimi ustami i mogła nam powiedzieć co mamy zrobić z tym hufnalem. A brek to jest ta budka z tyłu lokomotywy, w której siedzi maszynista i palacz i gdzie są wszystkie manometry, dźwignie, regulatory i przestawnica. No i drzwiczki od paleniska, ale mi ich Joseph nie pozwolił samemu otwierać, bo to niebezpieczne i można się spalić, jak się nie wie jak to zrobić.

W każdym razie Mister Preston Younger się dosiadł do nas i jechaliśmy już w jedenastkę: Mały Ted, Don Miguel, Mister Ben, Brat Tobiasz w gorączce i Czarny Orzeł, Mister Chelmonsky, Joseph, Miss Olivia, Mister Preston, ja i Pete. Czarny Orzeł siedział w kącie jak zmokła kura, bo duchy się wkurzały na niego, że jedzie wielkim żelaznym koniem Białych, a Brat Tobiasz leżał i w ogóle nie kojarzył co się dzieje, widać kuracja whisky mu nie pomogła. Mi się podróż podobała, bo Mister Chelmonsky i Joseph uczyli mnie kierowania lokomotywą, a Mały Ted dał mi postrzelać ze swojego Winchestera. Prawie zapomniałem o tym śnie, ale jak tylko przyszła noc to sobie przypomniałem. Całą moją wartę myślałem, co by mógł znaczyć ? Może ten brakujący pasażer to był Mister Younger, bo mówił że w tej okolicy jest wódz Komanczów, co się nazywa Sto Skalpów i zabił dziewięćdziesięciu dziewięciu wojowników, a jak się spytaliśmy gdzie ten setny skalp, to zdjął kapelusz i zobaczyliśmy, że nie ma włosów na głowie, tylko zarośnięte czerwone miejsce po zdjętej skórze ! O Miss Olivii to wtedy nie myślałem, bo jeszcze nam nic nie powiedziała o swoim ojcu-pastorze i jego klątwie. A już o Miss Lu to w ogóle nie pomyślałem, bo ją przecież pochowaliśmy jeszcze w Silver Streak, po tym jak się strzelała z tym Meksykańcem Hernandezem i on wygrał. Ale teraz to już będę myślał częściej, nie zapomnę tych jej szeroko otwartych ze strachu oczu, kiedy pociąg odjeżdżał… Ale to nie ten pociąg, którym jechaliśmy, tylko ten pociąg do piekła, zaraz powiem.

Jak tylko zasnąłem po mojej warcie to nas wszystkich obudziły krzyki Don Miguela. Bo teraz ja nie miałem żadnego snu, ale on miał, inny niż ja, ale też straszny i też o pociągu. Śniło mu się, że jesteśmy jeszcze w Gillespie i mamy wyjechać tym pociągiem co nim jedziemy, ale taki człowiek co kuleje, z laseczką i w cylindrze przygląda się nam, najpierw długo mnie, potem Miguelowi, Małemu Tedowi i Mister Benowi, jakby się namyślał kogo wybrać. A potem otwierają się drzwi wozowni i wyjeżdża stamtąd jeszcze jeden wagon, a w nim pełno jakichś białych, strasznych stworzeń ! Teraz myślę, że Don Miguelowi śniły się Nosferatu, ale wtedy nic jeszcze o nich nie wiedziałem i nawet razem z nim poszedłem sprawdzić, czy do ostatniego wagonu, czyli platformy, nie jest doczepiony jeszcze jakiś jeden niewidzialny. Ale  nie był oczywiście, to był tylko sen, ale proroczy, bo taki wagon pełen Nosferatu jechał na końcu tamtego pociągu, zaraz opowiem.

Jak już się wszyscy uspokoili to znowu poszliśmy spać. Śpię sobie spokojnie, śni mi się że jadę pociągiem i gonią nas Komancze. Muszę jechać szybciej, to otwieram drzwiczki od paleniska i dorzucam węgla, dokręcam regulator ciśnienia, żeby cała para szła na tłoki i znowu, bo jeszcze jedziemy za wolno. A tu nagle wszystkie manometry skaczą jak głupie, próbuje odkręcić zawór bezpieczeństwa, żeby spuścić parę, ale się zaciął i nagle bum ! Kocioł rozrywa w kawałki, huk że uszy chcą popękać, budzę się ! A tu dokoła jeden wielki hałas, no bo kocioł rozerwało i to dlatego, pewnie Joseph zasnął i nie pilnował manometrów ! Ale nie – to huk wystrzałów, strzelają, koło mnie deski rozłupane kulą i dziura na wylot ! Komancze !

Mister Ben i Don Miguel strzelają po drugiej stronie wagonu, a po mojej leży tylko chory Brat Tobiasz i siedzi skulony Czarny Orzeł, ledwo ich widać w ciemności. Za oknem w szarym blasku świtu galopują jakieś postacie, widzę łaciate indiańskie konie i pióropusze, w pełnym galopie walą z karabinów po ścianach wagonu i zbliżają się, żeby wskoczyć na pociąg. Gdzieś z przodu, z tendra, odstrzeliwuje im się jeden z naszych, Mały Ted, albo Mister Preston, a może Mister Chelmonsky, nie wiadomo. Otrząsnąłem się ze snu i przetarłem oczy, bo od razu pomyślałem co będę robił i musiałem być bardzo obudzony, żeby się nie dać manitou ! Indianie cały czas się zbliżali, widziałem jak trzech z tyłu wskoczyło na platformę i potem już ich nie widziałem, bo mi zasłonił wagon z końmi, który jechał w środku, za naszym wagonem pasażerskim, a przed platformą. Przed naszym wagonem był już tylko tender i lokomotywa, bo to był mały pociąg eksperymentalny i miał tylko trzy wagony, nie licząc tendra oczywiście.

Tych trzech już nie widzę, ale zostało dwóch, którzy się nie odważyli wskoczyć, jadą jakieś dziesięć jardów od wagonu, po mojej stronie, nikt do nich nie strzela. Po drugiej cały czas kanonada, Don Miguel strzela ze swojego „Sharp’s Big Fifty”, a Mister Ben z Wincha, Komancze odpłacają im jak mogą, ale przegrywają. Zaciągam się dymem z Zadymionego Saloonu, już widzę nogi grających tu jokerów, ale tym razem muszę zagrać z jakimś naprawdę dobrym, jeśli chce zrobić to co sobie wymyśliłem. Idę za zasłonkę, do loży, tam się gra o większe stawki i tam siedzą ci lepsi… i groźniejsi. Wybieram jednego na oko, w białych spodniach i marynarce, w meloniku, Murzyna ze złotym sygnetem i białymi zębami, ale nie takimi szpiczastymi, tylko prawie normalnymi. Uśmiecha się wrednie, jak to joker, ale nic – rozdajemy. Czuję się mocny, cienie dookoła trzymają się z daleka i nie patrzą mi w karty. Sprawdzam – mam fulla, a on… tylko trójkę ! I o to chodziło.

Pierwsza próba nieudana – za długo się przymierzam, uścisk słabnie, koń wymyka się, potyka lekko, ale nie przewraca i znów galopuje po stepie. Siedzący na nim wojownik widzi chyba co się dzieje, dostrzega że coś się rusza za oknem wagonu i wali we mnie, ale na szczęście chybia. Ten drugi też strzela, ale nie wiem w kogo. Spieprzyłem, ale nic to – pierwsze konie, to jest koty za płoty ! Manitou z mojej głowy znów sięga ku pierwszemu galopującemu Komanczowi i podnosi go razem z koniem w górę. Przez chwilkę widzę nogi łaciatego konia śmiesznie wierzgające w powietrzu, a potem joker posłusznie rzuca wierzchowcem razem z siedzącym na nim jeźdźcem w drugiego wojownika ! Oczy obydwu Indian są pełne bezgranicznego zdziwienia, ale trwa to tylko jeden moment – dwa konie i dwaj jeźdźcy zderzają się, zwalają na ziemię,  koziołkują i po sekundzie zostają daleko w tyle za uciekającym pociągiem !

Po drugiej stronie karabiny Don Miguela i Mister Bena kończą sprawę, ale jest jeszcze tych trzech Indian, którzy wskoczyli na platformę. Z góry słyszę strzały, chyba strzelają się z naszym wartownikiem z tendra. Upojony sukcesem, wciąż trzymając manitou mocno w garści biegnę w kierunku przejścia do środkowego wagonu i otwieram drzwi. Błysk ostrza i czuję krew ściekającą po policzku, całe szczęście że odruchowo odskoczyłem, mogło być po mnie ! Ale Komancz nie wie kim jestem, widzi tylko chudego dzieciaka w krzywym cylindrze. Joker z mojej głowy uderza z furią w Indianina, chwyta go w stalowy uścisk i wtłacza między wagony, prosto pod koła. Urwany krzyk i jest po wszystkim. Rozglądam się za pozostałymi, ale dachy wagonów zasłaniają tych którzy są na górze. Nagle słyszę stamtąd serię wystrzałów i z boku spada bezwładne ciało z pióropuszem. Z drugiej strony drugie, jest po walce.

Po wszystkim dowiedziałem się jak było. Komancze mocno postrzelali trzymającego wartę na platformie Mister Prestona i myśleli, że on nie żyje. No jasne, że mieli racje, bo on jest przecież Wygrzebańcem, ale o tym akurat nie pomyśleli. Potem to już mniej więcej mówiłem, tylko że na tendrze jechał Mister Mały Ted, który dość ostro oberwał od tych Indiańców z dachu, ale Mister Chelmonsky bardzo dobrze go opatrzył i nas wszystkich też, bo prawie każdy trochę dostał, nawet ja, chociaż słabo. No a tych z dachu to oczywiście zdjął Mister Preston, który ich zaszedł od tyłu, ale się nie chciał dać opatrzyć, pewnie się bał co powiemy jak się wyda, że jest Wygrzebańcem. Ale my już i tak wiedzieliśmy i nic nie mówiliśmy, bo niby po co ?

Ale zanim mogliśmy odpocząć po walce to Mister Chelmonsky krzyknął, że zwrotnica jest źle przestawiona i zanim się skapnęliśmy pociąg wjechał na boczny tor, ten do tego fortu Lone Rock. Chcieliśmy zahamować, ale hamulec był zepsuty, para wychodziła bokiem zamiast dopychać klocki do kół. Ktoś to bardzo sprytnie zepsuł, bo się dało lekko hamować, dopiero jak się chciało zahamować na fest to się nie dało. Próbowałem zmusić manitou, żeby ciągnął pociąg do tyłu, ale szybko się zmęczyłem i musiałem go puścić, manitou znaczy się, a on z kolei puścił pociąg. No ale Mister Chelmonsky spuścił parę z kotła i w końcu się zatrzymaliśmy, daleko od głównej linii do Santa Fe, a blisko tego fortu Lone Rock, co słyszałem o nim, że coś się w nim stało i wojsko go opuściło, a potem tych dwoje, John Looney i ta dziewczyna w nim było, żeby się dowiedzieć co się tam stało. A ta dziewczyna to była Honey Lu, ale jeszcze wtedy o tym nie wiedzieliśmy.

Zaraz zrobiliśmy śledztwo o ten hamulec i zwrotnicę, a jak się pokazało, że w tendrze była tylko cienka warstwa węgla, a pod spodem pakuły, to i o ten węgiel. No i w końcu Mały Ted przycisnął Josepha tak, że się przyznał, że to on zepsuł hamulec i nakładł pakułów do tendra, zamiast węgla. A zrobił to, bo mu jeden jegomość w cylindrze i z laseczką dał pięćdziesiąt dolarów w złocie, ale jak biedny Jossie chciał już oddać te pieniądze Mister Chelmonsky’emu to się pokazało, że w woreczku były karaluchy, a nie złote dwudziestaki. A tą zwrotnicę to przestawił kumpel Josepha, jeszcze jak jechali drezyną do Gillespie, wtedy też był jakiś jegomość, ale jaki dokładnie Murzyn nie pamiętał, bo tylko przez sen coś tam słyszał.

Teraz opowiedziałem wszystkim mój sen i tym razem wszyscy słuchali bardzo uważnie. Miss Olivia się bardzo wystraszyła, bo myślała że to miejsce w pociągu pełnym sztywnych to dla niej, bo ją ojciec przeklął jak go szlag w nerwach trafił. A Mister Preston też się przejął, przyznał się w końcu, że już był pod ziemią i że pewnie śmierć upomina się o niego, ale się nie wystraszył, tylko zawziął w sobie i obiecał iść z nami do fortu. Bo żeby ruszyć lokomotywę musieliśmy albo nazbierać dużo drewna, którego w okolicy nie było, albo mieć trochę węgla. A że do fortu dochodziła kiedyś kolej, to pewnie był tam jakiś depot z węglem dla lokomotyw.

No ale pewnie nie przypadkiem ten trupi konduktor z laseczką i w cylindrze zorganizował nam postój na tym odludziu i w pobliżu fortu. Tam na pewno coś było i to coś niedobrego, ale się nie baliśmy, w końcu różne rzeczy już widzieliśmy. No i jakoś wtedy właśnie Mister Małego Teda zaswędziała stara rana. Tą ranę zrobił mu kiedyś Nosferatu, żywy trup co wysysa krew z ludzi i zamienia ich w inne Nosferatu. Wtedy Mister Ted, razem z jeszcze jednym kumplem go zabił, ale teraz jak go ręka zaswędziała to wiedział, że w pobliżu jest jakiś inny i to może nie jeden, a więcej. Na to Mister Chelmonsky opowiedział, że jest taka historia o pociągu, którym jeżdżą Nosferatu, no i że skoro Don Miguelowi śnił się taki wagon, to może właśnie to ten z tej historii. A Mister Preston powiedział, że widział na platformie w nocy jeszcze kogoś, smarkacza (tak powiedział) w kapeluszu i z rewolwerem. Teraz to wiem, że musiał widzieć ducha Miss Lu, który jechał z nami, ale wtedy się bałem, że to może znowu jakiś manitou lezie za nami. No ale jak w końcu pozbierałem do kupy te wszystkie rzeczy to mi wyszło, że w tym forcie pewnie siedzą Nosferatu i że chcą naszego pociągu, żeby nim pojechać na cały Zachód i wysysać krew z ludzi i że mamy czas do wieczora, zanim one się obudzą i że do tego czasu musimy je wszystkie pozabijać.

No i pojechaliśmy do fortu. Widać było, że od dawna już nikogo tu nie było, depot z węglem był prawie pusty i niczego ciekawego nie znaleźliśmy, oprócz brudnej i wytłamszonej damskiej chusteczki z monogramem „LL” i stacji telegrafu. A to nie był zwykły telegraf, tylko taki bez drutu, na upioryt. Na ścianie budki był napisany węglem napis: „Ratujcie Nasze Dusze” (Save Our Souls), a z telegrafu wychodziła zżółkła taśma z kropkami i kreskami, cały czas taki sam wzorek. Próbowałem uruchomić telegraf, ale mi się nie udało, a potem to już nie było po co próbować, bo Mister Ben wygrzebał ze środka upioryt, który to wszystko napędzał, żeby napalić nim w naszej lokomotywie. Mister Chelmonsky nie chciał się na to zgodzić, bo upioryt mógłby rozsadzić kocioł, bo to całkiem co innego niż węgiel, chociaż wygląda podobnie, ale Mister Ben i tak upioryt zabrał, no i potem go wrzucił do tej piekielnej lokomotywy, zaraz powiem.

Bo jeszcze jak podjeżdżaliśmy do opuszczonego fortu to ktoś zauważył dalej na prerii jakiś ciemny kształt, jakby ogromnej lokomotywy. No i jak się okazało, że w forcie nic nie ma to postanowiliśmy tam jechać, bo myśleliśmy że to może ten pociąg którym jeżdżą Nosferatu i oni wcale nie chcieli naszego pociągu, tylko ludzi do wyssania krwi. No i pojechaliśmy, ale tylko Mały Ted, Don Miguel, Mister Ben, Mister Preston no i ja z Pete’m, na koniach, a reszta na wozie Don Miguela i na mułach pojechała z powrotem do naszego pociągu.

Już jak jechaliśmy to widzieliśmy, że to rzeczywiście wielka lokomotywa, ale jak podjechaliśmy blisko przeszedł nas dreszcz, w każdym razie mnie na pewno. Lokomotywa była czarna i wielka, prawie dwa razy taka jak nasza, kocioł był cały czas gorący od ognia huczącego w środku, chociaż z komina nie wychodził żaden dym. Zamiast cow-catchera ten szynowy potwór miał dwa wielkie rogi, wyciągnięte do przodu jak rogi szarżującego byka, z tyłu nie było doczepionego żadnego tendra z wodą i węglem, bo na palenisku wył i huczał upioryt ! Lokomotywa stała na grubych szynach, które wychodziły prosto z ziemi i kończyły się tuż przed nią. Gwoździe, mocujące szyny do podkładów, były jakby misternie rzeźbione, ale od razu spostrzegliśmy, że jednego z nich brakowało. Z przodu, oparty o masywne rogi lokomotywy leżał wielki, czarny, rzeźbiony młot do wbijania gwoździ w podkłady. Jakby czekał na ten ostatni gwóźdź, przez który lokomotywa nie mogła ruszyć w dalszą podróż.

Każdy z nas zaczął po swojemu kombinować co by tu zrobić. Mały Ted szukając ukrytych Nosferatu ostrzelał cały brek i o mało nie oberwał rykoszetem, a potem otworzył drzwi paleniska i mało co się nie spalił, kiedy wielki jęzor ognia wyskoczył stamtąd, a ze środka zawyło, jakby paliły się tam potępione dusze. Wtedy myśleliśmy że to upioryt, ale teraz myślę, że to rzeczywiście dusze, bo ta lokomotywa miała pociągnąć pociąg do piekła ! Mister Ben wrzucił przez komin ten kawałek upiorytu zabrany z telegrafu bez drutu, ale wielki żelazny potwór tylko fuknął, kiedy grudka upiorytu wybuchła w kotle. Wtedy ja pomyślałem, że czas na moje czary, że przewrócę tę diabelską lokomotywę i żaden Nosferatu nigdzie już nią nie pojedzie ! No więc zanurkowałem między nogi jokerów i polazłem, jak ostatnio, do loży, gdzie siedzą ci lepsi gracze. Tym razem Saloon był jeszcze gorszy niż zwykle, światło lampek na ścianach ledwo się przeciskało przez wirujące kłęby dymu, w których widziałem twarze i zwierzęce pyski, złośliwe uśmiechy i wyszczerzone kły. Lazłem prawie w zupełnych ciemnościach, aż nagle coś mnie złapało za kołnierz i wyciągnęło spod stołu. „A to ty !” powiedział spokojny głos. Wisiałem naprzeciwko eleganckiego dżentelmena w cylindrze i z laseczką. Odłożył ją, podniósł rękę i strzelił palcami.

Nagle znowu byłem koło lokomotywy, w tym samym miejscu gdzie zacząłem czarować. Mister Mały Ted zeskakiwał właśnie z breku po tym jak uniknął spalenia, a Mister Ben wycierał rękę w spodnie z upiorytowego pyłu. Wyglądało na to, że minęła ledwo chwila. Ale to nie była prawda, ostatnie promienie słońca barwiły niebo na ciemną czerwień. I właśnie w tej chwili znikły i nadszedł zmierzch. I wtedy w gęstniejących z sekundy na sekundę ciemnościach zobaczyliśmy, że tory za lokomotywą wcale nie wchodzą w ziemię, ale w głęboką i ciemną dolinę, której dna nie widzieliśmy. I z tej ciemnej otchłani nadjeżdżała teraz z miarowym stukotem drezyna, a na niej, machając wściekle dźwignią siedziały trzy białe, chude postacie !

Nosferatu zbliżały się szybko, mimo ciemności widzieliśmy ich sterczące szpiczaste uszy, czerwone oczy i długie, cienkie, żółtawe zęby, wystające spomiędzy bezkrwistych warg. Don Miguelowi zacięła się jego wierna „Big Fifty”, a Mały Ted zmartwiał i zaczął się trząść jak osika. Ja zamiast się skupiać zacząłem się wspinać na lokomotywę, ale w ciemnościach pośliznąłem się i spadłem. Kiedy się podniosłem, Nosferatu już zeskakiwali z drezyny i biegli w naszą stronę !

Nareszcie nasi otrząsnęli się z szoku i zaczęli strzelać, ale kule tylko spowalniały potwory ! Tak, żeby zabić Nosferatu trzeba mu obciąć głowę, bo nawet kiedy padnie od ciężaru ołowiu,  który się w niego wpakuje, poleży chwilkę i wstaje, zupełnie jak nowy. Ale my o tym wszystkim wiedzieliśmy, bo Mały Ted nam powiedział jeszcze w pociągu, jak tylko go zaswędziała rana, więc wszyscy starali się strzelać w głowy, oprócz mnie, bo miałem znowu swój własny plan. Pomyślałem sobie, że powrzucam Nosferatu do kotła lokomotywy i się tam spalą ! Zamknąłem oczy i wszedłem do Saloonu, ale wyskoczyła stamtąd paskudna blada gęba Nosferatu z rozdziawionymi szczękami, spanikowałem i uciekłem. Manitou wykręcili mi numer, te skurczybyki lubią Nosferatu i chętnie widzieliby mnie wyssanego na wiórek. Na szczęście tymczasem ktoś rozwalił łeb jednemu potworowi i tylko dwóch dobiegło i rzuciło się na naszych. Ale teraz zrobiło się naprawdę groźnie, bo łapy potworów, chociaż chude, były bardzo silne, a żaden z naszych Misterów nie umiał się bić w zwarciu. Znowu zacząłem rzucać moje czary, ale wtedy moim przyjaciołom udało się odepchnąć trochę potwory i je poogłuszać, tak że jak już wróciłem z Saloonu zostało mi tylko powrzucać bezsilne potwory do pieca w gorącym brzuchu lokomotywy, gdzie się elegancko spaliły. Potem próbowałem jeszcze przewrócić lokomotywę, albo rozbić szyny wielkim młotem do wbijania gwoździ w podkłady, ale nic to nie dało, bo wszystko było zaklęte i w końcu zabrałem tylko ten piekielny młot, żeby ktoś nie wbił tego ostatniego gwoździa. Ale w końcu pokazało się, że to ja sam wróciłem i go wbiłem, ale to zaraz powiem.

Ledwo uporaliśmy się z trójką Nosferatu usłyszeliśmy z oddali gwizdek naszej lokomotywy – widać działo się tam coś niedobrego ! Wskoczyliśmy na konie i w te pędy polecieliśmy do naszego pociągu, gdzie reszta broniła się przed innymi Nosferatu. Jak w końcu dojechaliśmy, to kawałek od pociągu znaleźliśmy Josepha, całkiem wyssanego z krwi, ale Mister Ben przytomnie zaraz mu odciął głowę, żeby nie wstał jako nieumarły. Pozostali byli cali i zdrowi, powiedzieli że potwory napadły na nich i wywlokły biednego Josepha, ale to im widać wystarczyło na początek, bo dały im chwilowo spokój. Na to Mister Mały Ted, Mister Preston, Don Miguel i ja z Pete’m zaraz poszliśmy ich szukać i zabić.

Ale to była głupota. Było już całkiem ciemno i nawet nie zauważyliśmy kiedy z tej ciemności wyskoczyły na nas dwa blade potwory, błyskając długimi zębami. Tym razem walka od razu była w zwarciu, zakotłowało się i zanim się skapnęliśmy co się dzieje, Mister Preston i Don Miguel leżeli na ziemi ! Zobaczyłem tuż przed sobą blady, wyszczerzony pysk Nosferatu i w panice rzuciłem się w tył i poturlałem po ziemi, no i dobrze, bo przez to zakrzywione pazury zafurczały tylko w powietrzu nade mną i nic mi się nie stało. Mister Ben biegł do nas od pociągu i strzelał w biegu, ale było ciemno i chyba ani raz nie trafił, Pete szczekał wściekle, ale na umarlakach nie robiło to wrażenia, ja zbierałem się z ziemi i tylko Mały Ted walczył. Ale jak walczył ! Z bliska wywalił z Winchestera prosto w łeb Nosferatu który już się przypiął do szyi nieprzytomnego Don Miguela i potwór padł na ziemię, a wtedy Ted wymierzył w drugiego, tego co rozszarpał Prestona i o mało co nie rozerwał mnie. Nosferatu rzucił się na niego, ale Mały Ted nie spanikował i palnął prosto w wyszczerzony pysk kładąc drugiego potwora na ziemi. Potem przyskoczył i odciął oba paskudne łby nożem, no i było po wszystkim.

Dobre kilka chwil się zbierałem, zanim mi wyszła sztuczka z bandażowaniem, a czas był najwyższy, bo z Don Miguela krew leciała jak woda z przestrzelonej beczki. Ale udało się, a wtedy usłyszeliśmy jęk od strony leżącego Mister Prestona. Wygrzebaniec nie mógł sam chodzić i nic dziwnego, bo dziurę w brzuchu miał jak po kuli armatniej, ale żył. To znaczy nie żył, jak to Wygrzebaniec, ale był na chodzie i cały czas powtarzał: „to tylko draśnięcie”. Niesamowite ! Pozbieraliśmy się wszyscy do pociągu, Don Miguela i Prestona „To Tylko Draśnięcie” Youngera położyliśmy obok Brata Tobiasza i zaczęliśmy myśleć co tu robić. I wtedy Brat Tobiasz podniósł się znowu na swoim posłaniu i wykrzyczał: „wybacz mi, że dałem ci umrzeć”, czy jakoś tak, dokładnie nie pamiętam. Właściwie to ani się zdziwiłem, bo od zeszłej nocy tak wrzeszczał co jakiś czas, myślałem i inni pewnie też, że to gorączka i majaki. Ale Czarny Orzeł powiedział cichym głosem, że pewnie Brat Tobiasz widzi tego ducha, którego on też wyczuwa, tego niby młodzika w kapeluszu i z rewolwerem, co go Mister Preston widział na platformie zeszłej nocy i co go nawet szukaliśmy po całym pociągu.

Wtedy chyba źle zrozumiałem Czarnego Orła, bo mi się zdało, że ten duch wlazł w Brata Tobiasza i że to ten duch mówi, tak od siebie. Dlatego najpierw myślałem, że to jakiś dowódca z tego opuszczonego fortu, który żałuje że dał zginąć swoim żołnierzom i że nam powie jak to się stało. I nawet myślałem, że ta chustka, co ją znalazłem w forcie jak tam myszkowałem, to jakiejś żony tego dowódcy albo co. A to było całkiem inaczej i dopiero Mister Mały Ted zgadł co i jak, bo jak nie pije, to jest całkiem bystry i czasem nawet bardziej niż ja, tak jak teraz.

No bo Mister Ted zrozumiał, że Brat Tobiasz widzi jakiegoś ducha, którego zna i że właściciel tego ducha zginął przez Brata Tobiasza i teraz go straszy. A potem pokojarzył, że to może być Honey Lu, która się naprawdę nazywała Luisa Lefebvre, a właśnie takie inicjały były na tej chustce, co ją znalazłem w forcie i że to znaczy, że Lu była tu już kiedyś, pewnie razem z tym Indianinem, Johnem Looney’em ! A potem to jeszcze Mister Ben sobie przypomniał, że Lu miała przy sobie taki wielki, dziwny gwóźdź, podobny do tych co je widzieliśmy wbite w te podkłady, tam gdzie była ta diabelska lokomotywa. A to znaczyło, że to Honey Lu wzięła ten brakujący hufnal i że przez nią ten pociąg do piekła nie może odjechać !

Wtedy Mister Preston okazał się bardzo odważny i powiedział, że jak chcemy porozmawiać z Honey Lu, to on może ją wpuścić do swojej głowy, bo skoro ma już jednego ducha w głowie i to złego, to jeden więcej nie zrobi mu różnicy. Tylko ostrzegł nas, że Lu może przegrać z tym jego złym duchem i że tamten może nas oszukiwać, że niby jest naszą zmarłą znajomą i żebyśmy go nie słuchali, jeśli nie będziemy pewni że to Lu mówi, bo możemy narobić niezłego bigosu. No i potem ją wpuścił.

To było dziwne tak rozmawiać z duchem zmarłej osoby, którą się znało za życia, chociaż słabo. Lu też nie za bardzo nas poznawała, ale jak ją podpytaliśmy to sobie przypomniała i nawet pamiętała takie drobne sprawy, że już byliśmy pewni, że to ona, a nie manitou. No może prawie pewni, bo kto wie, jakie rzeczy potrafi taki manitou. Powiedziała nam też trochę o tej lokomotywie, że to na nią czeka ten pociąg do piekła i że ona nie chce nim jechać, ale musi, bo taka była umowa i że teraz jej duch się błąka, a dopóki piekielny pociąg czeka, cała okolica staje się coraz bardziej groźna. I miała rację, normalnie przecież Nosferatu nie pojawiają się na świecie tak sobie. I powiedziała, że powinniśmy pójść do fortu i znaleźć tam hufnal, który tam zostawiła, a potem wbić go w przeznaczone dla niego miejsce i wtedy wszystko się dopełni. A potem odeszła i to był ostatni raz, jak z nią rozmawialiśmy.

Najpierw chcieliśmy czekać na dzień, ale pora świtania minęła i dalej było ciemno, tak że nabraliśmy pewności, że coś jest bardzo nie w porządku i chociaż najpierw nie za bardzo chcieliśmy wysyłać Lu w podróż do piekła, to teraz chyba nie mieliśmy wyjścia. We czterech, to znaczy Mister Ted, Mister Ben, Pete i ja, pojechaliśmy do fortu po hufnal. Nie wiem jak Lu go tam zostawiła, bo przecież pochowaliśmy go razem z nią, ale kiedy dotarliśmy do fortu, był w budce telegrafisty tak jak powiedziała. Po drodze zauważyliśmy cienie sunące ku nam od strony lokomotywy i kiedy ja z Pete’m szukaliśmy gwoździa, Mister Ben i Mały Ted musieli walczyć z dwoma Nosferatu, którzy nas zaatakowali. Potem, ściskając hufnal,  popędziliśmy w kierunku piekielnej lokomotywy, a jeden z Nosferatu pozbierał się i biegł za nami.

Dojechaliśmy na miejsce, mieliśmy hufnal Honey Lu i wielki młot, który cały czas wisiał przy koniu Mister Bena, gdzie go powiesiłem, kiedy pierwszy raz tu byliśmy. Wystarczyło tylko wbić gwóźdź, ale młot był za ciężki dla każdego z nas i chcąc nie chcąc musiałem pójść znowu do Zadymionego Saloonu, zagrać z jokerami. No i poszedłem. Od ostatniego razu jeszcze się tu pogorszyło, widać piekielna lokomotywa psuła nie tylko zwykłą okolicę, ale i Krainę Wiecznych Łowów, w każdym razie opary dymu z cygar były czarne, pełne złych szeptów i chichotów, a w zakurzonym lustrze na ścianie odbijał się mały pokurczony szkielet w za dużym cylindrze, czyli ja. Ociągając się wylazłem spod stolika i roztasowałem karty. Dostałem mocną kartę – fula, z takim układem mogłem podnieść wóz z drzewem, ale manitou się wkurzył i nie zamierzał grać uczciwie. Kiedy wychodziliśmy walnął mnie nagle w brzuch, aż mi w oczach pociemniało i zwinął się, próbując czmychnąć. Prawie mu się udało, dymy już się rozwiewały, ale ostatkiem woli złapałem go mocno za połę surduta i ściągnąłem kawałem po kawałku i upchnąłem w kieszeni. Wyszliśmy razem.

Podniosłem się z klęczek, bo cios jokera zwalił mnie z nóg też w normalnym świecie i teraz już pilnując demona kazałem mu złapać za młot. Ciężki czarny obuch wyskoczył w powietrze i zawinąwszy młynka, wbił rzeźbiony hufnal głęboko w drzewo podkładu. Usłyszeliśmy turkot i z ciemnej doliny wytoczyły się wagony pociągu do piekła. W oknach salonki widziałem blade, smutne twarze potępionych dusz, z tyłu jechał wagon pełen krwawych ochłapów, a uczepione ich Nosferatu wyglądały jak stado białych wron na bezkształtnym, ale wciąż żywym ścierwie. Wagony dobiły do lokomotywy, z której komina wydobyła się teraz smuga dymu, drzwi wagonu otworzyły się i wyszedł z nich wysoki jegomość w cylindrze, wsparty na laseczce. Wyciągnął złoty zegarek na łańcuszku, otworzył wieczko i spojrzał niecierpliwe gdzieś za naszymi plecami. I wtedy bezszelestnie, zgarbiona, przeszła między nami chuda, dziewczęca postać, w sfatygowanym kapeluszu, z kaburą zwisającą na udo i powoli weszła do pociągu, a demoniczny konduktor zamknął za nią drzwi i dał sygnał do odjazdu. I kiedy piekielny pociąg przejeżdżał koło nas z jękiem nienasmarowanych osi, widzieliśmy wyraźnie blade twarze, pełne śmiertelnego przerażenia, a między nimi twarz Lu. Potem lokomotywa, a za nią wagony, zniknęły w ciemnym tunelu, który zamknął się za nimi i po chwili jeszcze usłyszeliśmy ponury, żałobny gwizd pary, gdzieś głęboko pod naszymi stopami.

Wtedy nad nami znowu pojawiło się słońce, które stało wysoko, bo było już na południe. Znikła ciemna dolina i upiorne Nosferatu, znikły tory do piekła i diabelska lokomotywa. W oddali zobaczyliśmy nasz zwykły, poczciwy pociąg eksperymentalny, gdzie czekali na nas nasi ranni przyjaciele i robota, bo trzeba było jeszcze nazbierać trochę drzewa, ale teraz wydawało się to już całkiem przyjemne zajęcie.

 

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Deadlands, DL po raz trzeci ,

Comments are closed.