Polowanie w Santa Fe

Mmmm…. dobra ta Wasza whisky!

I co? Chcecie posłuchać następnej mojej historii? To będzie tylko wstęp do tego jak żeśmy się zmierzyli z gangiem Pasierbów Diabła pod przywództwem Stevena Satana. Co tak zbledliście? Słyszeliście o nich? Dobra kto musi się iść odlać niech idzie. Teraz, jak mówiłem, to będzie tylko jak żeśmy wpadli na ich trop, choć parę trupów będzie. Zwykłych, ludzkich. Hehehe. Nie ma na razie co srać w portki.

Zaczęło się jak jechaliśmy do Santa Fe. Najpierw pojawił się Ed, który  nas doścignął. Taki stary traper łasy na forsę jak nikt. Nadawał się bardziej na bandziora niż na łowcę bobrów i wiewiórek z północy. Niby przyjaciel Czerwonych. Ale założę się, że żaden czerwony by mu swej córki nie oddał. Hehehe. Czasem to się nawet zastanawiałem, że jakbym go ustrzelił to pewnie uczyniłbym coś dobrego. No, ale podróżowaliśmy długo razem więc traktowałem go prawie jak kompana. Co się tak nerwowo gapicie? Was nie traktuję jak bandytów, nie ma się co bać.

W końcu pożegnaliśmy się z tym pociągiem – tym co Wam ostatnio opowiadałem. Potem zostawiliśmy w jakimś miasteczku tego Meksa Miguela aby spokojnie wyleczył swe rany bo ledwo żyw był. Pewnie mu jaka lala cyca da, więc mu źle nie będzie. Przystojniak był z niego. Nie to co ja.

W kolejnej dziurze Czarny Orzeł Nawaho postanowił za pomocą jego kumpli Apaczów, przewieźć Brata Tobiasza do swej wioski. Tam mu ponoć Szamani pomogą bo Indianiec twierdził, że jakiś wredny duch przyczepił się do Braciszka i serducho mu ścisnął, a rany odlepił. Ed z Willim pojechali więc szukać Apaczów. W końcu przyjechał z nimi taki jeden – wódz Siwa Skała. Faktycznie skała – słowem się nie odezwał, no i razem z naszym Czerwonym i Tobiaszem pojechali do tej wioski Nawaho. Umówiliśmy się z Czarnym Orłem w Santa Fe.

Ze starych znajomych została z nami tylko miss Olivia, która też do Santa Fe jechała, no i Preston – wygrzebaniec. A poza tym Ja, Ben Wap, Ed, i dzieciak Willie ze swoim kundlem. Już dzień później na trakcie, okazało się, że Preston przydał się bardzo bo byśmy się pewnie postrzelali jakby go nie było. Wieczorkiem Ben i Ed chcieli się zabawić z ładniutką panienką Olivią bez jej zgody. Oczywiście, ja się na to nie zgodziłem i na szczęście poparł mnie Preston, a tamtych dwóch musiało sobie ulżyć w krzaczkach. Hehehe. Taki już teraz jestem – ludziom pomagam i krzywdy nie dam zrobić. Może w końcu Bóg mi przebaczy … Przedmiotami i innym duperelami się nie przejmuję. Ale koniec z końców i Ed, i Ben, znów mi podpadli … gdyby nie Preston różnie by mogło być.

W piątek w końcu dotarliśmy do Santa  Fe. Spore miasto. Chyba 8 tyś ludzi. Masa saloonów. Odstawiliśmy Miss Oliwię do jej siostry w Czarodziejskim Flecie. To taki lepszy lokal – kobitki tańczą ubrane dla nadzianych frajerów. Siostra Oliwi obiecała nam nawet darmowe wejście w zamian za ochronę Olivi. Jakby wiedziała to co ja, to Benowi i Edowi na pewno by darmówki nie chciała dać. Preston też się od nas odłączył – był bez gotówki, a znał jakiś tanią mordownię. My razem wzięliśmy pokoje w „Full House”, w którym już bywałem wcześniej jak byłem w Satna Fe. Standard średni, ale Ruda Betsy uwija się sprawnie. Kąpiel, panienka, kolacja – od razu się czuje, że się żyje! Polecam ten lokal jakbyście byli w Santa Fe.

Zaraz z rańca, przy śniadanku, wyczytałem w gazecie „Santa Fe New Mexican”, że gang Pasierbów Diabła powrócił, bo dwóch z jego członków zabawiło się dość okrutnie z pewną czarnulką. Mieli dziwne tatuaże, ubrani na czarno, a znani byli z rzeczy daleko gorszych niż to, co zrobili tej dziewczynie. No i za każdego płacono 300$, a za szefa – Stevena Satana – aż 1000$!!!  Od razu więc udaliśmy się do Szeryfa. Po drodze spotkaliśmy pewnego nawiedzonego wielebnego bez ręki, który głosił, że Kościoły są wypełnione złem, a księża służą Czarnemu Papieżowi. Brednie takie, że z początku nie chciałem mu nawet ręki podać. Okazało się jednak, że ma trochę informacji o tym Gangu. Steven Satan to ponoć wielki kultysta co niejedno potrafi, a Szatan go wspomaga. Co więcej, okazało się, że wielebny jest łowcą czarownic, zna różne sztuczki i chętnie by ten gang wytłukł i na dodatek nie chce za to ani grosza! Wróg naszego wroga jest naszym przyjacielem, jak mówią. Zapoznaliśmy się więc z nim – Anger Oakenfold się zwał. Ustaliliśmy gdzie go szukać jakbyśmy się na bandę wybierali.

U Szeryfa wziąłem 9 rysopisów członków bandy. Dowiedziałem się też, że kiedyś już 5 Texas Rangerów za bandę się wzięło i doszło do ostrej strzelaniny. Większość gangu jednak zwiała. Wychodząc od Szeryfa, do Bena Wapa przyczepił się jakiś młodzian i zaczepki szukał. Ben, choć rewolwerowiec,  pojedynkować się nie chciał – bo pojedynkuje się chyba tylko za forsę. Jednak koniec z końców młodzik tak go wkurzył, że umówili się na pojedynek wieczorem na obrzeżach miasta, niedaleko starej rzeźni. Obaj młodziki jeszcze se nie pożyli, a już śmierci szukają, ich sprawa. I pomyśleć, że kiedyś też taki głupi byłem. Co ciekawe jednak wyglądało na to, że ktoś tą zaczepkę zlecił. Postanowiłem być czujnym w czasie pojedynku. Może jakiś wrogów tu mamy?

Pokręciliśmy się trochę po mieście. Ja odwiedziłem Prestona w sprawie Gangu. Wyraził chęć uczestnictwa w pościgu i likwidacji bandy. Przekonała go chyba tylko wysokość nagrody – bo na pożyczkach jechał. O Gangu fatalne rzeczy słyszał. Nawet wygrzebaniec nie palił się do starcia z tym gangiem. Hehehe.

Sprawy szły dobrze. Do posse przeciw bandytom udało się zaciągnąć i Wielebnego i Prestona. Jeden zwiększał naszą siłę ognia, drugi znał się na czarnej magii. Problem jednakże był taki, że w końcu Preston to wygrzebaniec i Wielebny na pewno się na tym pozna. Preston jakoś to przełknął ale udaliśmy się jeszcze do Wielebnego. Na szczęście i on dał się przekonać w imię wyższego celu, ale chciał mieć Prestona w oddaleniu od siebie i zawsze przed nim.

Wieczorkiem udaliśmy się na pojedynek. Właściwie to nie ma o czym gadać. Ben Wap uwinął się szybko i pewnie robiąc ze swych dwóch dwutaktowych coltów Frontierów cztery dziury w młodziku. Najpierw oczywiście go sprowokował aby tamten pierwszy sięgnął po broń. Gładka robota i wszystko zgodnie z prawem. Spodziewałem się jakiś kłopotów ale jedyne kulki jakie zostały wystrzelone to te od Bena Wapa.

Wciąż pozostawało jednak pytanie gdzie bandy szukać? Rozpytując po saloonach udało mi się  dowiedzieć, że prawdopodobnie jednego z członków bandy widziano niedawno w Santa Fe! Niedaleko fabryki sucharów i Kościoła Seniora de Guadelupe. Dziwne tatuaże, czarne ubranie, strój rewolwerowca, charakterystyczne pistolety. Wszystko się zgadzało.

Późno już było więc udałem się z powrotem do „Full House”. Nieźle się jednak zdziwiłem bo w moim pokoju czekał już Czarny Orzeł. Zaczął coś nawijać o złych duchach, o tym co nadciąga, że Czerwoni bracia muszą zwołać Szamanów i takie tam. Miał jednak bardzo konkretną prośbę. Chciał abyśmy zdobyli dla niego czaszkę pewnego wielkiego i silnego Szamana – Cztery Chmury, który żył 150 lat temu. Ta czaszka jest obecnie w muzeum w Santa Fe. Trzeba więc ją albo odkupić albo wykraść. Czaszka była bardzo ważna dla Indiańca, bo dzięki niej duch tego Szamana Cztery Chmury ma pomóc w odegnaniu Zła. Na dodatek w czasie rozmowy wyszło, że być może sprawa Gangu jakoś się wiąże ze sprawą tego zła i tych złych duchów. Pamiętając mój dług u Czarnego Orła obiecałem mu pomoc.

W międzyczasie pokazała się reszta moich kompanów. Postanowiliśmy zobaczyć to muzeum jeszcze tej nocy, bo sprawa była pilna. Willie twierdził, że potrafi wejść niepostrzeżenie do tego muzeum i czaszkę wykraść. Trzeba by było tylko mieć jakąś inną, na podmianę. Ed od razu chciał się włamywać choć guzik się na tym znał. Chciał po prostu czaszkę gwizdnąć. Mówiłem, że bandzior. Z drugiej strony jak sobie przypomnę mnie młodego i bandę Długiego Jima O’Connor to Ed jest niczym polny kwiatuszek. Hehehe, stare dzieje. Teraz już jestem inny… W każdym razie postanowiliśmy, że Ed i Ben zostają obserwować muzeum, a ja i Willi idziemy po jakąś czaszkę do grabarza.

Grabarz chętnie czaszkę sprzedał pomimo, że był środek nocy. Powiedział nam jeszcze ciekawostkę – że niedawno inny facet na czarno ubrany brał od niego czaszkę. Czyżby jeden z Gangu? Opis się zgadzał. Po co im jednak była czaszka? Czyżby chcieli tego samego co my?

Kiedy wróciliśmy do muzeum okazało się, że głupi Ed jednak włamał się na własną rękę. Rozwalił przy tym całe okno i z naszego planu nici. Willie wziął jednak nową czaszkę i wskoczył do środka aby naprawić to co spieprzył Ed. Nie chcieliśmy aby było widać, że coś zginęło.

Kiedy wróciliśmy do pokoi okazało się, że czaszka z muzeum nie jest czaszką Szamana Cztery Chmury! Ktoś w międzyczasie podmienił ją na inną. Pewnie gang! Czarny Orzeł był zawiedziony, też jednak nie wiedział po co gangowi czaszka Indiańskiego Szamana.

Wstaliśmy w niedziele dość późno od razu jednak ostro wzieliśmy się za szukanie bandy. W końcu to mój fach – łowca nagród, nie? Ludzie gangu muszą być gdzieś w mieście! Najpierw odwiedziliśmy klasztor gdzie leczona była ta czarnulka, która gang poturbował niedawno. Siostry Loretanki robiły nam trochę problemów ale w końcu zgodziły się wpuścić Bena – chyba najłagodniej z nas wszystkich wyglądał. Ben nie dowiedział się zbyt wiele – jedynie rodzaj tatuaży jakie mieli oprawcy. Będzie ich łatwiej poznać. Ze słów dziewczyny wynikało też, że banda chyba jest w trakcie gromadzenia się – odszukuje swych członków po latach.

Potem wybraliśmy się do tej fabryki sucharów, gdzie niedawno widziano jednego z nich. Obrzeże miasta. Było tam pełno meksów, a żadnych rewolwerowców i odzianych na czarno bandytów. Z początku wyglądało, że niczego ciekawego się nie dowiemy, jednak dzieciak Willie pogadał z jakimś innym dzieciakiem i dowiedział się trochę. Spotkało się tu dwóch. Obaj wyglądali na rewolwerowców. Jeden strasznie jechał wódą, pewnie wygrzebaniec jak Preston. Na ich koniach był jednak ciekawy znak, jakby „U” z rogami. Nareszcie coś mieliśmy! Postanowiliśmy wynająć dzieciaki miejskie aby znalazły nam takie koniki. A było co szukać bo koników w Santa Fe całe mnóstwo. Tu przydało się moje doświadczenie łowcy nagród. Od razu wiedziałem jak taka sprawę załatwić i gdzie chętnych dzieciaków szukać. Już wieczorem mieliśmy się więc czegoś dowiedzieć.

W międzyczasie dowiedzieliśmy się, że najbardziej znany i najlepszy rewolwerowiec w mieście Clive Swift będąc pijanym napastował naszą Miss Olivię! Na szczęście nic jej nie zrobił ale sprawy nie można było tak zostawić. Idąc pogadać z Olivią  przyszła mi do głowy pewna myśl, że ktoś tak znany jak Swift musi znać i innych rewolwerowców w mieście. Może więc zna tych dwóch, których szukaliśmy? Na dodatek od Olivii dowiedzieliśmy się, że mówił coś do niej, że jeśli nie on, to już Oni się nią zajmą. Czyżby Gang?

Chciałem pogadać z nim po dobroci, a potem ew. go zastraszyć. Odszukaliśmy więc Swifta w jakimś saloonie przy whisky, a ja dosiadłem się do niego. Nie chciał puścić pary z gęby i w sumie nic się nie dowiedziałem. Miał jednak jaja bo zastraszyć się nie dał, a nawet mnie prowokował do pojedynku. Dla mnie jednak ważniejszy jest teraz Gang, niż sto takich rewolwerowców jak on. Na odchodne powiedziałem mu tylko, że jak jeszcze raz spróbuje z panienką Oliwią to się z nim policzę. I zamierzam słowa dotrzymać. Jakem Mały Ted! Nie będzie drań kobietom krzywdy czynił bezkarnie. W tym mieście wszyscy się go bali, więc Mały Ted jakby co, musi sprawiedliwość wymierzyć.

Moi kompani doszli do wniosku, że Swift musi mieć coś wspólnego z gangiem. Willie i Ed włamali się więc do jego domu. W kącie szuflady znaleźli tam dziwny, stary pistolet kapiszonowy pokryty runami. Widać dawno nie używany. Kiedyś już coś takiego widziałem. Takie runy mogą magicznie poprawiać strzelanie. A na dodatek podobne pistolety mieli członkowie gangu. Coś zaczęło nam się układać. Prawdopodobnie tych dwóch przyjechało po Swifta, swego starego kompana. Chcieli widać, aby się do nich przyłączył tak jak kiedyś. A Swift się wahał. Za dobrze mu w mieście. Sława i pieniądze. Nawet może sobie bezkarnie kobiety napastować. Pistolet zabrał sobie Ed. Chyba myśli, że będzie lepiej strzelał dzięki niemu.

W końcu jednak szczęście się do nas uśmiechnęło. Dzieciaki miejskie namierzyły konie! Skrzyknęliśmy Wielebnego i Prestona, i razem udaliśmy się do pewnej starej stadniny końskiej. Oczywiście uzbrojeni po zęby. Otoczyliśmy  budynki aby wejść z różnych stron. Kiedy nagle zobaczyłem, że Willi już jest w środku i skrada się na zwiady, natychmiast i ja wlazłem do środka. Trochę się o tego dzieciaka bałem. Na dodatek, od czasu kiedy trup-czarownik Albert Ogle o mało co mnie nie zabił, miałem dług u Willie’go. Gdyby nie dzieciak już bym nie żył bo jako jedyny oprócz mnie nie uciekł wtedy i w decydującej chwili swymi kantami rzucił truposzem o ścianę.

Zapędziłem się. Już wracam do tej historii. Wlazłem więc jako pierwszy, a inni oprócz Williego jakoś się nie kwapili. Dzieciak jednak miał twarde jaja choć pewnie jeszcze małe. Reszta moich kompanów nie miała jaj, tylko wgłębienia, mówię Wam. Może kiedyś coś im tam wyrośnie choć na razie się na to nie zanosi. Willie więc wlazł do szopy z jednej strony, a ja z drugiej. I wtedy się zaczęło. Zobaczyłem jednego jak przyczajony na pięterku celuje do mnie. Ja i on zaczęliśmy grzać do siebie, a kule gwizdały. Zraniłem gnoja. Wkrótce jednak dołączyli do mnie nasi i nasza przewaga wzrosła. Drugi z nich też zaczął strzelać. Wielebny mocno oberwał. Po paru chwilach i ostrej strzelaninie, mieliśmy to co chcieliśmy. Jeden nie żył, a drugi był mocno ranny i stracił przytomność. Będzie kogo przesłuchać aby namierzyć resztę bandy. A potem coś miłego. 600$ od szeryfa za tych dwóch. Czyż dzionek nie był piękny?

Resztę opowiem Wam jutro albo za tydzień. Jak mi się zechce. Zostało Wam tej whisky? Nie? No to dawajcie ten tytoń i te cygara. Ich już też zabrakło? Szlag by Was Greenhorny! Chcecie opowieść, a na koniec wszystkiego Wam brakuje. Czerwona, ładna panienka? Hmmm… jeśli jest chętna to czemu nie? Zobaczymy czy jest równie dobra co whisky, tytoń i cygara!

 

Tomek ‚Funky’ Kowalski

About Funky

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Deadlands, DL po raz trzeci ,

Comments are closed.