Dwa pociągi

Jeszcze mnie nie znacie ale jestem Mały Ted i niejedno w życiu widziałem. Teraz kiedy będę to opowiadał siedzicie sobie przy ognisku, grzejecie kulasy, obżeracie się mięsiwem i myślicie, jacy z Was Westmani. Hehehe…..Greenhorny jesteście i tyle. Posłuchajcie mojej opowieści:

Nie zacznę od daty bo nie mam pojęcia który wtedy był i guzik mnie to obchodzi. W każdym razie ta opowieść zaczęła się parę dni po ocaleniu przez nas Pawnee Rock (to taka dziura w Teksasie). Nie, o tym nie opowiem – to inna historia. Wracając do miasteczka – to było nawet miłe jak nam się wszyscy na ulicach kłaniali, a obcy stawiali whisky. Musieliśmy jednak zaczekać na Okręgowego, aby trochę posprzątał ten burdel, który się zrobił. Miałem nadzieje, że jak przyjedzie to jakąś forsą kapnie, choćby za tego bandytę Jack Slate, którego odstawiłem pół żywego do doktorka. Ale okazało się, że nagrody za niego nie ma, a Okręgowy chętny do wydawania dolców nie jest. Wziołem tylko trochę listów gończych i nasza znajomość się skończyła. Wtedy właśnie przyszedł telegram. I to od kogo – od Czarnego Orła! Telegram od indiańca. Wyobrazacie sobie? W każdym razie Czerwony prosił abyśmy udali się na północ do kolejnej dziury, której nazwy już nie pamiętam, ale było to prawie na granicy Konfederacji Kojota. Chciał się tam z nami spotkać. Z Czarnym Orłem łączyła nas dziwna znajomość – każdy z nas jakoś się z nim związał, ja np. obiecałem sobie spłacić dług wobec niego – kiedyś, na pewnym statku, zdarzyło mi się pomylić Czarnego Orła z demonem i wpakować mu kulkę. Na szczęście przeżył. (Nie … o tym też nie opowiem). Wyruszyliśmy więc ale bez Eda: Ja, dzieciak Willie, Miguel i Ben rewolwerowiec. Edowi coś kopalnie złota w głowie zakręciły i postanowił zostać aby sprawdzić czy jakiejś nie znajdzie. Hehehe, frajer.

Po paru dniach dotarliśmy do tej dziury, gdzie czekali już Czarny Orzeł i pół żywy Brat Tobiasz. Dziwna sprawa była z Braciszkiem bo z 10 dni wcześniej jak żeśmy we dwóch wybili tych 8 bandytów on strasznie oberwał. Dziwne w tym było to, że już powinien się trochę podleczyć, a jemu gorzej było i ciągle tylko coś majaczył, robił pod siebie i się ślinił. W każdym razie okazało się, że Czarny Orzeł z kimś tam pogadał i załatwił nam darmowy przejazd Pociągiem do Santa Fe. Z Santa Fe bliżej do terytorium Nawaho, gdzie Indianiec (Nawaho właśnie) chciał dojechać z nami. Z tym pociągiem nie była to normalna sprawa, bo całości trasy jeszcze nie skończono, a ostatnio nikt tędy nie jeździł. Ta kolej należała do Dixie Rails i właśnie postanowiono wznowić ruch i puścić pociąg na sprawdzenie czy wszystko ok. Do Santa Fe miało być dobrych 5 dni drogi, a po drodze mogli pokazać się Komancze. Kierownikowi pociągu na rękę więc było wziąć taka zgraję jak nasza, co w razie czego pociągu by broniła. Nawet na wóz Miguel’a się zgodził.

Pociąg w końcu przyjechał, wóz jakoś wtargaliśmy. Cała obsada pociągu to był kierownik-maszynista niejaki Owen Chelmonsky i Palacz-Czarnuch. Widać nikogo innego Dixie Rails nie chciała ryzykować. Hehehe. Pociąg to była tylko lokomotywa, węglarka, jeden pasażerki – dla nas, jeden towarowy – dla koni i ostatni płaski w sam raz na wóz Miguela.

Razem z Benem naznosiliśmy trochę podkładów kolejowych aby w razie ataku Komanczów mieć coś za ochronę, bo ścianki pasażerskiego dość cienkie były. Porobiliśmy więc sobie prowizoryczną osłonę. Dobre i to.
Zanim ruszyliśmy, do pociągu załapała się jeszcze jedna pasażerka oprócz nas – ładniutka paniusia Miss Olivia Colby. Jak ją zobaczyłem to aż mi w gardle wyschło, mówię Wam. Ale miała z 19 lat, a ja 33 i wstrętną gębę. Nie dziwne więc, że na Miguela się wciąż gapiła a mnie unikała, taki los. Miałem nawet taki plan, żeby w nocy, jak wszystkie chłopy są do siebie podobne … nieważne. Wybacz Panie, już wystarczająco nagrzeszyłem w życiu – chronić ją będę i wszystkich innych, jakem Mały Ted!

Pierwszego dnia nie za wiele się działo. Ot poćwiczyłem trochę strzelanie jak co dzień, Ben pokazywał nam jak szybko potrafi dobywać gnata i takie tam. W czasie gadki okazało się, że Paniusia występy jakieś w Saloonie robiła i teraz do siostry jedzie. Do Santa Fe. Mnie się jednak zdaje, że coś ukrywa. Nawet na żaden występ dla nas się nie zgodziła, aby nudno nie było. Pewnie striptiz robiła w tym saloonie albo dupy dawała, ot co. Z ciekawych rzeczy dowiedzieliśmy się, że gdzieś niedaleko jakiś stary, opuszczony Fort jest. Ponoć nawiedzony i nikt tam jeździć nie chce. Chyba same baby w tej okolicy z jajami jak groszki z Kanady. Hehehe.
Pod koniec dnia spotkaliśmy przy torach podróżnego bez konia – niejaki Preston Younger. Zabrać się chciał z nami. Twierdził, że koń mu padł, a Komancze są na jego tropie. Twierdził też, że jest westmanem i rewolwerowcem. Przy sobie miał tylko spluwę i juki. Nachlany jeszcze bardziej niż ja. Wszystko to trochę dziwne mi się zdawało. Bo niby westman, a gdzie ma siodło? Westman nie zostawił by siodła, bo przydać się może. Skąd ma tyle wódy na tym pustkowiu aby ciągle nachlany chodzić? No i jeszcze akurat taki pierwszy pociąg trafił, farciarz. Dziwne, dziwne. Znów jakieś duchy czy co? Albo zasadzka? Tak wtedy myślałem.

Na dodatek małemu Williemu śnił się wcześniej jakiś dziwny sen, w którym w pociągu siedzi 99 odstawionych pasażerów, a Odstawiony konduktor, bez nogi, czeka tylko na jednego aby odjechać. Dzieciuch paplał coś, że tym jednym ma być któryś z nas i coś tam o duchach. Wtedy to sobie myślałem że nażre się taki grochu, to mu się potem po nocach brednie śnią. Mi w jego wieku to by się miss Olivia śniła i tyle. No, ale wkrótce okazało się, że ten sen był istotny.

W czasie gadki wieczornej Preston opowiadał jak to lokalny wódz Komaczów Sto Skalpów dyba jeszcze na niego bo jego skalp już ma (widok jego nagiej czaszki pod perułką dość przeraził paniusię, Hehe). Wódz chyba jest wkurzony, że ma 100 skalpów ale tylko 99 grobów. Nagle jednak zauważyliśmy na Prestonie liczne ślady po kulach. I jeszcze to jego pijaństwo … Podejrzenie, że jest wygrzebańcem samo wyłaziło na wierzch.
Na wszelki wypadek (tak Komaczów jak i Prestona) postanowiliśmy trzymać w nocy wartę. Po dwóch. Ja na końcu z Prestonem.

W środku nocy jednak zbudził nas Miguel. Też mu się coś złego śniło czy wyobraziło. Cały się przeraził i o mało co się nie zlał w gacie. Też coś o duchach, pociągu i pustym miejscu. Na dodatek na swojej warcie zacząłem kontem oka coś dziwnego wiedzieć. A to jakaś ręka, a to kapelusz, a to jakiś ruch, a wtedy wszyscy spali. Złe przeczucie co do tych duchów mnie wzieło.

No, ale na warcie nastąpił atak Komanczów i o duchach przestałem myśleć. Ja byłem wtedy na węglarce, a Preston z tyłu na wozie Miguela. Dzionek dopiero wstawał, a Czerwoni byli sprytni. Wyjechali w takim miejscu, że zauważyłem ich dopiero jak byli 30 metrów od pociągu i zaczeli strzelać. Prestona rąbneli pierwszą salwą. Było ich chyba 11 – nie liczyłem bo strzelałem albo się kryłem jak oni strzelali. Każdy na koniu i każdy miał Winchestera. Zaraz zresztą padłem na węgiel bo chciałem mieć chociaż trochę osłony i nie paliło mi się do losu Prestona. Ale i we mnie poleciało trochę kul, a ścianki węglarki za grube nie były. Na szczęście moi kumple z pasażerskiego się pobudzili i zaczęli odpowiadać kulkami, a podkłady kolejowe się przydały. Tyle, że na tej cholernej węglarce ja ich nie miałem. Czerwoni zaczeli po kolei padać, a pewnym momencie stała się rzecz absolutnie niewiarygodna. Jeden z koni wraz z Indiańcem poleciał w górę i wpadł na następnego Czerwonego. Obydwu szlag trafił. Myślę, że stał za tym dzieciuch Willie i jego kanty. Ale coś takiego – niedowiary.

Strzelanina trwała, oni wskakiwali na pociąg i strzelali, a myśmy się odgryzali. Ben trochę oberwał, a Willie miał kupa szczęścia, kiedy nóż Komancza o mały włos nie zrobił mu drugiego uśmiechu. Ja próbowałem kantów ale coś mi nie szło, niefart i tyle. Dwóch szło do mnie po dachu. Nie miałem wyjścia – podniosłem się i zacząłem siekankę z mojego Peacemaker’a. Pierwszego zraniłem, a ich kule dosięgły równocześnie mnie, krew siknęła. Moja sytuacja nie była za wesoła (oni wciąż się zbliżali) ale nagle zobaczyłem jak od tyłu wali do nich Preston! A jednak wygrzebaniec pieprzony! Wygrzebańca tak łatwo nie zabijesz i Czerwoni się na tym przejechali. Hehehe.

Rozwaliliśmy ostatniego Indiańca, a tu nagle kolejny problem! Nie działa hamulec (sam próbowałem), pociąg nie mógł się zatrzymać i mineliśmy rozjazd. Najgorsze, że pojechaliśmy nie tam gdzie chcieliśmy. Pojechaliśmy w stronę tego nawiedzonego Fortu … Duchy czy co? Pociąg w końcu sam stanął bo murzyn przestał dorzucać.

Wkurzyłem się już na całego jak się okazało, że brakuje nam węgla. Pod brezentem i górną warstwą zamiast węgla były pakuły. Naskoczyłem na Palacza-Czarnucha, aż się ze strachu w gacie zlał. Okazało się, że czarnuch za 50$ w miasteczku popsuł hamulec, a węgiel sprzedał. Przekupił go jakiś porządnie ubrany gostek podobny do tego ze snów – widać zależało komuś abyśmy udali się w kierunku fortu i abyśmy tam trochę zostali. Duchy, sny, nawiedzony fort i my. Jasna cholera.

Miguel od razu chciał Czarnucha rąbnąć na miejscu ale się nie zgodziłem. Przy mnie nie będzie takich samosądów za byle co. Dziwne miny jednak zrobiliśmy jak zamiast 50$ z woreczka wysypało się robactwo. Jaki czort?
Aby ruszyć pociąg postanowiliśmy wyruszyć do tego fortu. Tam na pewno został jakiś węgiel albo jest chociaż sporo drewna. Ja tam się nie bałem ale większość miała miękkie kolanka i fiutki jak cienkie skręty, o jajkach już nie wspominając. W końcu wyruszyliśmy wszyscy. Z powodu Komanczów lepiej się było nie rozdzielać. Nie chcieliśmy też zostawiać rannego Brata Tobiasza. Ściągneliśmy więc wóz i Ci co nie mieli koni jechali na wozie. Samemu pociągowi Komancze nic nie zrobią.

Koło drugiej dotarliśmy na miejsce. Kiedy lustrowałem fort przez moją lunetkę nagle zobaczyłem coś ładnych parę kilometrów dalej – zarys ogromnej lokomotywy. Aż mnie wtedy ciarki przeszły, mówię Wam. Sam fort faktycznie był opuszczony. Rudera. Jednak wywiązała się tam jakaś walka. Wszystko było postrzelane, choć trupów żadnych nie było. Węgla niestety też nie. Jedyne co ciekawego znaleźliśmy to telegram bez przewodów – widać wojsko testowało tu jakieś nowe cholerstwo na upioryt. Nawet znaleźliśmy kawałek upiorytu, a na ścianie pokoju z telegramem był napis krwią: „Ratujcie Nasze Dusze”. Ciekawe jak? Oprócz tego znaleźliśmy chustkę z inicjałami L.L – potem to okazało się mieć znaczenie.

Nagle jednak wszystko, oprócz jednego, przestało dla mnie się liczyć – moja stara blizna po pazurach Wampira Nosferatu zaczęła mnie swędzieć!!!  Nigdy do tej pory czegoś takiego nie czułem. Przeczuwałem więc, że w pobliżu są Nosferatu. Zaraz naszła mnie fala wspomnień … Mój Brat i jego rodzina zabici, mój przyjaciel i nauczyciel  Ned Allen walczący z Nosferatu i oddający życie, pomordowani niewinni, moja walka z Nosferatu i dopełnienie zemsty. Boże Przekleństwo. Zara … zapędziłem się. Nic więcej Wam nie powiem. Ciekawi jak baby.

Powiedziałem reszcie co wiem o Nosferatu, o ogłuszeniu gradem pocisków i obcinaniu głowy. To najlepszy sposób. Te greenhorny patrzyły na mnie z niedowierzaniem. Wampiry? Tak, wampiry! Są tam! Ten drugi pociąg. Tam na pewno One są. Tam na pewno jest też węgiel. Może o to duchom chodziło? Abyśmy tam poszli? Nieważne. I tak bym tam poszedł. Każdego Nosferatu trzeba wysłać z powrotem do piekła zanim pomorduje następnych ludzi i zrobi z nich takich jak on.

Ci z nas, którzy nie walczyli, na wozie ruszyli z powrotem do naszego pociągu. Nosferatu są  zbyt niebezpieczne, a oni by nam tylko zawadzali. Ja, Ben, Miguel, Willie i Preston wyruszyliśmy w kierunku dziwnej, czarnej lokomotywy. Komuś nawet przypomniała się jakaś historyjka, że słyszano o pociągu, którym Nosferatu jeździły po Zachodzie i rzucały się na kolejne ofiary. Może to ten pociąg? Trzeba go jakoś rozwalić, spalić albo chociaż uszkodzić.

Koło czwartej dotarliśmy do upiornej lokomotywy. Była sporo większa od naszej, czarna i czuć ją było Złem. Tory za nią wyłaziły z ziemi, a tory przed nią zara się dziwnie kończyły. Leżał tam wielki młot do wbijania dziwnych gwoździ w podkłady kolejowe – na dodatek nie umiałem go podnieść. W ostatnim podkładzie brakowało jednego dziwacznego gwoździa. Tych podkładów w sumie na torach było chyba sto. Brakujący pasażer – brakujący gwóźdź? Nie zastanawiałem się nad tym bo gotowiłem się do walki z Nosferatu i chciałem wejść do lokomotywy. Parę razy zakantowałem i wezwałem Jokera do pojedynku aby się wzmocnić – zwykle pewnie wygrywam z tym cianiasem ale jednym razem coś się stało i nagle okazało się, że nie mam spluwy przy nodze, ani tej przy piersiach. Nawet ruszyć się nie mogłem. Postać w kapturze podeszła do mnie i zobaczyłem szczerzącego zębiska, bladego Nosferatu. Jasna cholera!!! Ostatkiem sił szarpnąłem się w tył i znalazłem się na powrót wśród żywych jednak coś wewnątrz mnie zawyło i jakby się skurczyło, a łapy mi się trzęsły przez długi czas później. Jednak trzeba być twardym, a nie miętkim, wlazłem więc do tej piekielnej Lokomotywy. Kupa zegarów i żadnych Nosferatu. Żadnego węgla. Chyba była na upioryt takie gorąco od niej biło. Postrzelałem trochę po zegarach bo chciałem chociaż to diabelstwo jakoś uszkodzić. Dałem sobie jednak spokój z powodu rykoszetów, które o mało co by mnie nie rozwaliły. Potem otwarłem piekielne drzwiczki – ledwo co uniknąłem strugi piekielnego ognia, która buchnęła ze środka! Miałem, cholera, nadzieję, że uda się jakoś ten ogień ugasić ale gdzie tam. Nic nie mogliśmy tej Lokomotywie zrobić.
Wyleźliśmy więc, a Willie próbował coś pokantować, chyba chciał podnieść całą lokomotywę i ją przewrócić! Coś jednak poszło nie tak, bo nagle poszarzał na twarzy, a wokół nas zrobił się wieczór. Żadnego słonka. Gdzie podziało się kilka godzin do wieczora? Diabelska sztuczka! Na dodatek ten piekielny gwizd z lokomotywy. Trzeba było mieć jaja jak buhaj aby to wytrzymać. Ale teraz najważniejsze – jest przecież już noc! Nosferatu!!! I nagle faktycznie – zobaczyliśmy jak po torach, za lokomotywą zbliża się 3 Nosferatu na drezynie! Blade ciała, szybkie ruchy, pazury i wielkie zębiska. Chyba prosto z piekła bo tory zaczynały się w ziemi przecież!

Przysposobiłem się do walki, reszta stanęła za mną. Kiedy byli ze 20 metrów od nas zacząłem kanonadę. Inni z powodu strachu, szybkiego ruchu Nosferatu i ciemności – nie trafiali. Pierwszego rozwaliłem z Wincha srebrną, magiczną kulą prosto w łeb! Łeb rozprysnął się mu niczym arbuz i było po nim. Drugiego trafiłem porządnie w bebechy. Na tyle porządnie, że padł i chwilowo odechciało mu się dalszej walki. Hehehe nie spodziewali się, że moja kule będą tak celne oraz, że będą  większe i szybsze niż normalne. Trzeci jednak był szybki i zdołał mi doskoczyć do gardła, a pazury chciały mnie rozorać. Prawa łapa, lewa, zęby … Ledwo co się ręką zasłoniłem. Bardzo pomógł mi Miguel – wsadził gdzieś jeszcze między nas swoją wielką Big 50 Sharpa i wystrzelił mu prosto w gębę. Trzeci Nosferatu poległ. Willie swą mocą wrzucił wszystkie 3 ciała do piekielnego kotła, a potem podniósł Wielki Młot. Próbował nim uszczerbić lokomotywę ale się nie udało, potem wsadził młot na konia. Dobre i to.
Nagle jednak usłyszeliśmy gwizd z naszej lokomotywy! Nasi mają problemy! Co koń wyskoczy popędziliśmy z powrotem. Szaleńcza jazda nocą. Ben o mało co nie skręcił karku. Zaraz przy pociągu pierwsze co napotkaliśmy – to zwłoki Murzyna z rozszarpanym gardłem. Ben na wszelki wypadek od razu odciął mu głowę pożyczoną od Brata Tobiasza szablą. Następnego Nosferetu nam nie było trzeba. Na szczeście tylko ta jedna osoba zgineła – reszta schowała się w wagonie i desperacko broniła. Czując nas Nosferatu zwiały. Poszliśmy ich tropem bo baliśmy się następnego zaskakującego ataku. Niestety poszło nas zbyt mało i Nosferatu znów zaatakowały, ale tym razem nas. Jeden rzucił się na Miguela, drugi na Prestona. Trudno nam była strzelać bo w tych ciemnościach i chaosie walki łatwo mogliśmy trafić kumpla. A Nosferatu były mordercze. Jeden błyskawicznie powalił Prestona, drugi Miguel’a. Wgryzł się Miguel’owi w gardło, poszarpał mu tułów i rękę. Pokantowałem trochę, przymierzyłem dokładnie i bach – Nosferatu na Miguel’u padł. Bach i drugi padł. Doskoczyłem do nich i nożem obciąłem im łby. Macie za swoje pokraki! Zaraz dopadliśmy też do Miguel’a aby go ratować. O Prestona nie martwiliśmy się – i tak wstanie prędzej czy później. Miguel był strasznie poharatany, o włos od śmierci. Na szczęście Willie i na to zna jakąś kanciarską sztuczkę bo przynajmniej w końcu powstrzymał krwawienie. Mnie zwykła chustą się to nie udało.

Coś trzeba było dalej zrobić z tym Fortem, duchami, Nosferatu i Piekielną Lokomotywą, tylko co? Wtedy ktoś usłyszał, że Brat Tobiasz coś majaczy. Wiadomo, że Tobiasz na sprawach Zła i duchów się zna, więc nawet na jego majaczenia uwagę zwracamy. Gadał jakby z jakimś duchem właśnie. Z duchem Honey Lu! Żałował, że nie zdołał jej ocalić w Silver Streak. A więc to duch naszej dawnej towarzyszki tu jest i czegoś chce! Preston już się wtedy pozbierał i zaproponował, że sam może tego ducha wpuścić do swego łba, bo jego trupi łeb już nie jest taki zwykły, i już i tak siedzi tam Joker ale jest jakby spętany. Wtedy sobie z tym duchem pogadamy. To było niebezpieczne bo zamiast ducha mógł się pojawić właśnie ten Joker. Cóż, podjęliśmy to ryzyko, związaliśmy go, a nawet założyłem mu kajdanki na wszelki wypadek. I faktycznie po paru chwilach Honey Lu przybyła i zaczęła gadać przez niego. Powiedziała nam, że kiedyś już była w tych stronach i w tym forcie. Że zawarła układ z diabłem i ten jeden brakujący gwóźdź jest jej i mamy go teraz wbić – zostawiła go w forcie. Wtedy pociąg odjedzie do piekła i przestanie nękać tą okolicę. Ona będzie tym setnym pasażerem na którego czeka piekielny Konduktor. Okazało się, że chustka L.L była jej, bo Honey to tylko ksywka. Okazało się też, że jej duch towarzyszył nam po drodze i to jego widziałem na warcie.

Byliśmy w rozterce. Już raz w Pawnee Rock daliśmy duchowi co chciał i źle się to skończyło. Czy duchowi można więc uwierzyć i zaufać? W podjęciu decyzji pomogły nam 2 rzeczy – opinia Czarnego Orła, który się na tych sprawach duchowych trochę znał oraz fakt, że Świt nie wstawał! Ta piekielna Lokomotywa jakoś wpłynęła na Świat dookoła!
Wyruszyliśmy w trójkę. Inni byli zbyt poranieni albo na nic by się nie przydali. Ja, Willie i Ben. W forcie znaleźliśmy ten gwóźdź. Ale i też znów znalazły nas Nosferatu. I znów jednego udało mi się zabić, zanim na dobre poharatał Bena, a drugiego ranić. Macie za swoje potwory! Popamiętacie mnie w piekle!

Kiedy w pośpiechu opuszczaliśmy fort cała zgraja Nosferatu rzuciła się za nami. Szybciej, szybciej koniki, do piekielnej Lokomotywy! Odstawiliśmy trochę potwory i mieliśmy czas na działanie. Willie swą kanciarską mocą podniósł młot i wbił tego gwoździa. Lokomotywa zagwizdała po raz ostatni i ruszyła. Pojawił się widmowy wagon. W oknie zobaczyliśmy szarą twarzyczkę Honey Lu, a na schodkach naszego Konduktora ze snów. Pomachali nam do pożegnanie, a pociąg znikł w czeluściach ziemi. Za nim pobiegła cała zgraja ostatnich Nosferatu – najwyraźniej chcieli się załapać na ostatni kurs. Hehehe. Do piekła potwory. Tam Wasze miejsce. Szkoda tylko Honey Lu. No, ale ktoś musiał zająć to ostatnie miejsce więc już lepiej martwy, niż żywy, nie? Szczególnie taki martwy za sam z diabłem paktował i umowy chciał dotrzymać.

Nic to. Pociąg zniknął. Słonko się pokazało i znów było wszystko ok. Nawet udało nam się znaleźć trochę schowanego przez wojsko węgla. Czas było ruszyć znów do Santa Fe. Łyknąłem z piersiówki, pożułem trochę tytoń, zapaliłem cygaro i popatrzyłem na żywą paniusię Olivię – dobra robota Mały Ted!

I co wciągnęła Was historyjka? Może kiedyś jak równie dobrą whisky postawicie to znów coś usłyszycie. Ja jednak w to wątpię. Bo Mały Ted rzadko coś opowiada. Taki już jestem. Hehehe.

 

Tomek ‚Funky’ Kowalski

About Funky

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Deadlands, DL po raz trzeci ,

Comments are closed.