Pawnee Rock

Do Pawnee Rock już przyjechaliśmy bez Czarnego Orła i Brata Tobiasza, bo Brat Tobiasz musiał sobie poleżeć, bo był bardzo ranny i Czarny Orzeł musiał go wyleczyć. Ale za to pomogł nam taki inny Mister, co się nazywał tak jak na mnie mówił kapitan Mannings, to znaczy William. Najpierw to się trzymał z boku, bardziej nawet niż Mister Ben i do tego strasznie zadzierał nosa, że niby wszystko wie lepiej, bo już długo był na Zachodzie, ale potem to się nawet polubiliśmy i Mister William bił się z upiorem kapitana Linkousa i o mało co nie zginął, jak go upiór chwycił za gardło.

A tak w ogóle, to pierwszy raz jechałem na pancernym wozie, bo jak wyjechaliśmy z Silver Streak to spotkaliśmy Mister Hutchinsa, który wiózł jakieś ważne skrzynki do Pawnee Rock i właśnie miał je zamknięte na wielkie kłódki w tym pancernym wozie, a kłódek to chyba nawet z tej wielkiej strzelby Don Miguela by się nie dało odstrzelić. No a Mister William był w ochronie tego wozu, ale był tylko sam, bo reszta się potruła koniną i Mister Hutchins musiał nas nająć do ochrony, żeby go bandyci nie okradli i tak poznaliśmy się z Mister Williamem.

W Pawnee Rock miało być wielkie święto, bo dziesięć lat temu była tu ponoć bitwa, całe miasto się spaliło, tylko pięciu ludzi przeżyło, którzy potem założyli nowe miasto. Oni, znaczy się tych pięciu, mówili, że na miasto napadła banda Jacka Slate’a, takiego bandyty w jankeskim mundurze, co chciała okupu, ale akurat na miejscu byli kawalerzyści pod kapitanem Harmonem Linkousem i była wielka bitwa, wszyscy kawalerzyści zginęli i bandyci Slate’a też i wszyscy ludzie z miasta, oprócz tych pięciu właśnie. Ale to było jedno wielkie kłamstwo, bo właśnie tych pięciu, to znaczy szeryf Victor Downes, burmistrz Earl Pickett, właściciel saloonu „Kracząca Wrona” Bernard Spurlock, kowal Claude Lemley i ranczer Clovis Garman, zmówiło się ze Slate’m i w nocy wymordowali kawalerzystów kapitana Linkousa i miasto się przy tym spaliło, a wszystko po to żeby ukraść złoto, które żołnierze wieźli ze sobą !

Ale jak przyjechaliśmy do miasta to jeszcze nic nie podejrzewaliśmy i nawet Don Miguel kupił permit na wystawienie przedstawienia o tej bitwie co tu niby była. W saloonie „Kracząca Wrona” poznaliśmy doktora Imperiusa, który przyleciał zeppelinem z samego Zurichu, gdzie był doktorem i mógł robić magiczne pigułki z kamienia filozoficznego, ale wolał przyjechać na Zachód, żeby odkryć formułę pigułek na porost włosów. Kupiłem od niego pigułkę na rozjaśnienie w głowie, bo jak ostatnio czytałem „Księgę Gier” to całkiem zgłupiałem, a Mister Mały Ted kupił pigułkę leczącą i prawie całkiem wyzdrowiał ! Doktor Imperius chciał mi dać zniżkę, jeśli przekonam Pete’a, żeby połknął jedną pigułkę na porost włosów na próbę, ale Pete jest już dość kudłaty i w końcu musiałem wybulić całe sześćdziesiąt dolarów…

Po pierwszej nocy znaleźli kowala Lemleya na cmentarzu, całkiem zimnego. Od razu było widać, że się wystraszył na śmierć, nawet był podobny do trupa Watsona, ale ludzie z miasta myśleli że coś zobaczył po pijaku, bo to był straszny ochlaptus. Wszystkie pieniądze ze złota zrabowanego konfederackiej kawalerii przepił, ale że niby bohater, to mu albo szeryf, albo burmistrz, albo Spurlock pożyczali. A to złoto, to niby było z kopalni, co ją w pięciu po tej wielkiej niby-bitwie odkryli i całe złoto z niej wydobyli, tak że jak się zjechali poszukiwacze to już nie było śladu. A wiadomo czemu nie było – bo to wcale nie kopalnia była, tylko sztaby z konfederacką pieczęcią, dlatego je w kuźni Lemleya musieli przetapiać i stąd ta złota kropla, którą Jebediah znalazł i mi pokazał za dwadzieścia pięć centów. Bo w ogóle jak pobiegłem zobaczyć czemu to zbiegowisko to poznałem Jebediaha, który był pomocnikiem kowala i potem jak się dowiedziałem, że z rancza zginął stary rewolwer, jak duch zabił Clovisa Garmana, to poszedłem znowu do kuźni i Jebediah pokazał mi starą skrzynkę w której kowal trzymał swoje pamiątki. Skrzynka miała znaki Konfederacji i to na pewno w niej było złoto, które wiózł oddział kapitana Linkousa i przez które cała ta awantura. A w środku był Order Waszyngtona, prawie rozwalony kulą z jakiegoś wielkiego gnata !

Bo kiedy ja z Pete’m i Mister Ed i Don Miguel poszliśmy zobaczyć na cmentarz tam gdzie leżał kowal, reszta pojechała na ranczo Clovisa Garmana, którego ktoś zastrzelił w nocy, tej samej kiedy umarł kowal. Nie było żadnych śladów, ani nawet nikt nie słyszał strzału i wszyscy spali. Nic dziwnego, bo to był duch kapitana Linkousa ! On wystraszył Lemleya i zastrzelił Garmana, bo się chciał zemścić na swoich mordercach sprzed dziesięciu lat ! I przy okazji zabrał swój rewolwer, który miał ranczer. A kowal miał ten Order Waszyngtona, ale jego duch nie zabrał, a Jebediah nawet chętnie mi go oddał. Jak go wziąłem do ręki to usłyszałem jakby trąbka grała sygnał do ataku, gdzieś niedaleko, ale cicho, jak przez gęstą mgłę. Tak się wzdrygnąłem, ale nie dałem po sobie poznać, żeby Jebediah nie pomyślał że jestem tchórzem i schowałem order, a potem zaraz pokazałem go reszcie.

Wtedy jeszcze wszystkiego nie wiedzieliśmy, ale czuliśmy że ta piątka bohaterów, co to niby ocalili miasto, ma na pieńku z jakąś siłą nadprzyrodzoną. Chociaż tak właściwie to oni nie ocalili miasta, bo się spaliło i tylko oni zostali żywi, więc nie wiem czemu niby byli takimi bohaterami ? No, ale oni byli najbogatsi, oprócz Lemleya, który wszystko przepił i założyli miasto, więc pewnie dlatego. No więc jak z tej piątki zostało już tylko trzech to poszliśmy z Don Miguelem i Mister Wiliamem do właściciela saloonu „Kracząca Wrona”, Spurlocka, bo nam się wydawał słabszy niż szeryf i burmistrz, żeby go wypytać. Don Miguel mu opowiedział inną wersję tej historii o bitwie, że niby był jeszcze jeden ocalony i teraz on się mści na reszcie i tak to powiedział, żeby się Spurlock wystraszył. Ale nie pomogło, chociaż widać było, że Don Miguel dobrze trafił, bo Spurlock cały zszarzał i kazał nam odejść. No to go jeszcze postraszyłem kantem, bo Stary mówił, że manitou pokazuje każdemu to czego się najbardziej boi, no więc myślałem, że Spurlock powinien właśnie wtedy zobaczyć to czego się boi, czyli tego ducha – teraz już wiem że to był duch kapitana Linkousa. Ale może on się bał najbardziej myszy i nagle zobaczył stada myszy, no w każdym razie nic nam nie powiedział, ani nawet się nie zająknął, żadnego „nie strzelaj !”, „odejdź Linkous, to nie ja !”, ani nic takiego. Ale za to Mister William, który się trzymał swoim zwyczajem z boku, dostał pracę jako ochroniarz Spurlocka na wieczór.

A potem poszliśmy wszyscy do wdowy Hopkirk, która też żyła w tym starym mieście, jeszcze przed tą wielką niby-bitwą, co właśnie była jej dziesiąta rocznica. Ale Miss Hopkirk wtedy jak niby była ta bitwa to nie była w mieście, bo ją mąż Tom wyprawił razem z małym synkiem Tomem-juniorem do rodziny, żeby jej bandyci Slate’a nie zrobili krzywdy. No i Mister Hopkirk zginął tak jak cała reszta ludzi z miasta, a Miss Hopkirk została wdową, a niedawno jeszcze ktoś jej zastrzelił syna i to chyba był szeryf Downes, bo młody Tom Hopkirk mu się sprzeciwiał, że ma niby nie robić tych obchodów bitwy i w ogóle. I wdowa nam powiedziała, że rzeczywiście był taki kapitan Linkous i miał żołnierzy i rzeczywiście była bandyta Slate i groził miastu, no ale co było potem to nie wiedziała.

W międzyczasie jak my z Pete’m, Mister Edem i Don Miguelem byliśmy u wdowy Hopkirk, reszta była w saloonie „Kracząca Wrona” i pilnowała Spurlocka. A wtedy do saloonu przyjechał taki twardy westman w niebieskiej kurtce jankeskiego żołnierza i z wielką blizną na gębie, a z nim jeszcze dwóch zabijaków i napędzili stracha Spurlockowi, a gadali jakby się od dawna znali. Potem odjechali, ale my wiedzieliśmy z tego co nam mówiła Mrs Hopkirk, że to był właśnie Slate, ten bandyta na usługach Unii, co to dziesięć lat temu grasował w tych okolicach i który podobno zginął w tej wielkiej bitwie ! Tak że albo wcale wtedy nie zginął, albo… się Wygrzebał ! No i akurat wtedy usłyszeliśmy strzały z tej strony, w którą odjechali Slate i jego ludzie.

Pojechaliśmy tam szybko, a mnie nie konia wziął Mister Ben, którego bardzo lubię i on mnie chyba też lubi, bo nawet chciał żeby mi reszta oddała te sto dolarów co ich banda z Silver Streak zażądała za moje życie i Mister Ben je zapłacił, a ja mu oddałem. Tylko że Mister Mały Ted i Brat Tobiasz jak zabili tych bandytów wtedy to nie znaleźli tych stu dolarów przy nich, bo ja już je wcześniej zwinąłem, więc i tak nie jestem stratny, ale ładnie że Mister Ben pamiętał.

No w każdym razie jak dojechaliśmy na miejsce gdzie się strzelali, to leżał tam Slate jeszcze żywy, chociaż mocno krwawił i jego dwóch zabijaków, już martwych. Znam taką sztuczkę, która tamuje upływ krwi no i zakleiłem nią rany Slate’a i dzięki temu on przeżył i opowiedział nam o tym jak się umówili z tymi zdrajcami z miasta i że tamci mu nie powiedzieli o złocie konfederackiego oddziału, tylko dopiero potem usłyszał plotki i teraz przyjechał, żeby odebrać swoją działkę. No i powiedział nam rzecz jasna kto go postrzelił ! To był duch kapitana Linkousa ! Kule przechodziły przez niego jak przez powietrze, a on strzelał ze swojego starego rewolweru, który zabrał z rancza Garmana i zabił dwóch bandytów Slate’a i jego samego o mało co też nie zabił. Wtedy to jeszcze nie za bardzo zwróciliśmy uwagę na ten rewolwer, dopiero potem się okazało że to było dla ducha bardzo ważne !

Jak wróciliśmy do miasta z rannym Slate’m to Mister William opowiedział nam, że usłyszał od jednego kowboja z rancza o duchu, co zastrzelił ranczera Clovisa Garmana. Ten kowboj się strasznie upił w tym drugim saloonie „Szalony Bawół” i chciał się zastrzelić, no i ludzie stamtąd przyszli po tego osiłka co pilnował porządku w „Kraczącej Wronie”, Knuta Knudsona, co w ogóle nie umiał po angielsku i tylko mówił „Mein Freind” do wszystkich, a najwięcej do Mister Williama właśnie. No i jak ten Knut poszedł zrobić porządek z tym pijanym kowbojem to tamten się zwierzył Mister Williamowi ze wszystkiego co widział na ranczo.

Jak teraz wszystko sobie połączyliśmy razem, to już wiedzieliśmy co się stało. Szeryf Downes, burmistrz Pickett, Spurlock, kowal Lemley i ranczer Garman się zmówili, żeby ukraść złoto konfederackiej armii. Struli kapitana Linkousa i jego żołnierzy, a potem zabili ich na spółkę ze Slate’m i jego ludźmi, spalili przy tym całe miasto i zabili resztę mieszkańców. Złoto przetopili i rozpuścili bajeczkę, że odkryli żyłę złota, ale jak się zaczęli zjeżdżać poszukiwacze okazało się, że zostało już tylko srebro. Każdy ze spiskowców zatrzymał sobie jakąś rzecz należącą do Linkousa, dlaczego – nie wiem, może jakieś czary ? Teraz duch kapitana mści się, mordując swoich zabójców i odbierając im rzeczy, które do niego należały. Z rancza Garmana zniknął rewolwer, z saloonu Spurlocka szabla, chociaż Spurlock jeszcze wtedy żył, w kuźni Lemleya schowany był Order Waszyngtona, który Jebediah znalazł i oddał mi.

No dobra, wiedzieliśmy co jest grane, ale co z tego ? Mister Mały Ted najchętniej by pomógł duchowi się zemścić, no i mnie też nie za bardzo chciało się go powstrzymywać, w końcu draniom należała się kula w łeb ! Ale okazało się, że nie wiedzieliśmy jeszcze wszystkiego i nie dość dokładnie słuchaliśmy Czarnego Orła, który mówił nam o Mścicielach ! Gdyby szaman, albo może Brat Tobiasz byli wtedy z nami, zrobilibyśmy pewnie mądrzej. No ale ich nie było i zaraz powiem co się stało.

Kiedy się zmawialiśmy do saloonu wszedł blady burmistrz Pickett i wyszli razem ze Spurlockiem na zewnątrz. Poszedłem za nimi i ukryłem się w cieniu, żeby mnie nie widzieli. „…Vica (to znaczy szeryfa Downes’a) już nie ma, rozwalił go z TEJ strzelby ! Zostaliśmy już tylko Ty i ja, rób jak chcesz, ja się stąd zabieram, byle dalej…” To mówił burmistrz, a Spurlock milczał. Niedługo się rozeszli, Spurlock wrócił do swojego saloonu, a Pickett poszedł w kierunku swojego domu, a ja za nim. Przyczaiłem się przy oknie i widziałem jak podchodzi do sekretarzyka, otwiera jakąś szufladkę, na coś patrzy, ale potem zamyka szufladkę, gasi światło i wychodzi. Zabrałem się za otwieranie okna, bo wiedziałem że w sekretarzyku jest pewnie rzecz której szuka duch Linkousa, a chciałem to mieć chociaż nie wiedziałem do końca po co. Ale zanim skończyłem usłyszałem krzyk na piętrze i odgłos wielkiego ciała burmistrza, walącego się na podłogę. A potem nagle ciemny pokój rozjaśnił się bladym, trupim blaskiem, kiedy zjawa przeszła przez drzwi i zmaterializowała się wewnątrz. Zmartwiałem z nosem przy szybie, ale duch nie zwrócił na mnie uwagi, podszedł do sekretarzyka, jego ręka na chwilę zamigotała i wniknęła w drewno, wyciągając coś ze środka, ale co – tego nie widziałem. Potem zjawa odwróciła się, znowu zamieniła w błyszczącą poświatę, po czym znikła za drzwiami.

Pobiegłem do reszty, która siedziała w saloonie, gdzie już było spore zamieszanie, bo kiedy duch mordował Picketta , Spurlock zamknął się w swoim pokoju i sam rozwalił sobie łeb. Przypomniałem sobie, że ten pijany kowboj, z którym gadał Mister William mówił, że Garman stał spokojnie i przymknął oczy, kiedy duch Linkousa mierzył w jego serce… Może niektórych z nich dręczyły wyrzuty sumienia, może Garman i Spurlock żałowali jednak tego co zrobili ? Ale teraz, kiedy już wszyscy nie żyli duch Linkousa powinien już odejść w spokoju, bo już się zemścił. Wtedy poczułem cos mokrego i jak sięgnąłem ręką do kieszeni wyciągnąłem Order Waszyngtona, cały we krwi !

Wcześniej to nawet myślałem, żeby ten order zanieść do kościoła, nie żebym był bardzo pobożny, bo w kościele jest nudno i w ogóle, ale słyszałem że złe duchy tam nie mogą wejść. Z drugiej strony podobno cmentarz to też poświęcona ziemia, a duch wystraszył tam Lemleya na śmierć i no ten wredny manitou z długimi zębami też pokazał mi się na cmentarzu. Bo jeszcze o tym nie powiedziałem, ale jak byliśmy z Pete’m i Mister Edem na cmentarzu, to on, znaczy się Mister Ed McAndrews, przyprowadził takiego jednego Chińczyka, który miał taki amulet, że jak go trzymał w ręce to widział normalnie duchy, tak jakby nie były niewidzialne. No i ten Chińczyk zobaczył manitou z długimi zębami, który łaził za mną i się paskudnie uśmiechał. Najpierw mu nie wierzyłem, ale jak dał mi potrzymać ten amulet za pięć dolarów to sam go zobaczyłem i nieźle się wystraszyłem. Co innego zobaczyć manitou w Zadymionym Saloonie, gdzie się chodzi tylko po to, żeby pograć z nimi w karty o przysługi, a co innego zobaczyć że on jest za twoimi plecami cały czas !

Ale jak już się oswoiłem z tą myślą to mi przeszło – jak łazi cały czas i nic mi nie robi, to znaczy że nie może mi nic zrobić… chyba że to on wyciągnął Linkousa z grobu ! No bo jak przez dziesięć lat kapitan leżał sobie spokojnie w ziemi, a tu nagle wraca i morduje swoich zabójców, to musi być jakaś przyczyna, że to zrobił akurat teraz. No i jak zobaczyłem tego manitou za moimi plecami i ten jego wredny uśmiech to pomyślałem że to ja go tu przywlekłem za sobą i że to wszystko przeze mnie… Ale z drugiej strony, jakby ci zdrajcy nie zabili kapitana i jego żołnierzy i innych ludzi z miasta to żaden manitou nic by tu nie miał do roboty. Tak że to i tak ich wina, a nie moja !

No ale jak teraz w kieszeni zaczęła mi się zbierać krew, co kapała z tego orderu, to zapomniałem o tym pomyśle z kościołem i nawet o tym moim manitou i pomyślałem, że trzeba ten order oddać duchowi Linkousa, żeby się już nie błąkał na tej ziemi i sobie spokojnie odszedł. Wszyscy się zgodzili i pojechaliśmy na cmentarz.

Było już prawie ciemno, nic nie było widać, tylko trzydzieści białych krzyży na grobach bezimiennych żołnierzy i stojący za nimi pomnik kapitana Linkousa szarzały w ciemnościach. Było cicho, bo cmentarz był kawałek od miasta i chłodno, jak to wieczorem. Ale kiedy weszliśmy między groby i podeszliśmy do pomnika zrobiło się jeszcze chłodniej i nagle jakby kamienny kapitan ożył ! Widmo wychynęło z pomnika i stanęło przed nami, wyciągając rękę w moim kierunku. Rzuciłem mu krwawiący order, a ten przywarł do migotliwej postaci jakby przyciągnięty magnesem. Linkous miał teraz przy pasie szablę i rewolwer, na piersi dziurawy order, a przez półprzezroczysty mundur widzieliśmy jakąś kartkę schowaną w wewnętrznej kieszeni kurtki. Ale zamiast znikać dalej się na mnie patrzył ! Aż nagle zrozumiałem, że to nie na mnie, tylko na kogoś kto stoi za mną. Obróciłem się ale nie zobaczyłem nikogo. I wtedy zrozumiałem.

Zimny powiew owionął mnie, oczy martwego Linkousa śledziły go kiedy niewidzialny manitou podszedł do kapitana. „Spełniliśmy naszą obietnicę” – rozległ się suchy i skrzekliwy głos złego ducha – „daliśmy ci zemstę i to co do ciebie należało, teraz ty spełnij swoją”. Puste oczy Linkousa wypełniły się nagle blaskiem, ogniem zemsty, pragnieniem krwi. Jego widmowe wargi rozciągnęły się w okrutnym uśmiechu. Podniósł dłoń w górę i nagle wśród grobów rozległ się czysty dźwięk trąbki, grającej sygnał go szarży !

„Tru tu tu, tu tu, tu tu !” grała upiorna trąbka, a w odpowiedzi białe krzyże poczęły się ruszać. Z ziemi wystrzeliła koścista dłoń, zwisały z niej resztki skóry i zgniłego munduru i nagle dookoła nas z grobów zaczęły się wygrzebywać ożywione mocą klątwy trupy kawalerzystów. Powiał trupi wiatr, a wraz z nim na cmentarzu pojawiło się stado widmowych rumaków. Trupy żołnierzy wskakiwały na widmowe konie i formowały oddział. Nasi zaczęli strzelać, najpierw do upiornego kapitana, ale kule nie czyniły mu żadnej szkody, więc w końcu ktoś wypalił prosto w łeb jednego z zombich i trup bezwładnie zwalił się z konia.

Ale oto już cały odział stał w szyku i na głos trąbki pogalopował w kierunku miasta, ignorując nas zupełnie. Rzuciliśmy się za nimi w pogoń, tym razem siadłem za Mister Edem, niektórzy strzelali, ale kule grzęzły w martwych ciałach i tylko kiedy trafiły prosto w głowę, ożywiony kawalerzysta spadał, a jego wierzchowiec rozwiewał się. Widmowe rumaki były dużo szybsze niż nasze i zanim przygalopowaliśmy do miasta rzeź już się zaczęła. Ludzie, którzy wybiegli z domów ginęli z rąk żywych trupów, a dachy tu i ówdzie zaczynały się już palić, bo nie wiadomo skąd w rękach zombich pojawiły się widmowe pochodnie. Upiór Linkousa stał na środku miasta i milcząco wydawał rozkazy.

Zeskoczyłem z konia Mister Eda i pobiegłem do domu wdowy Hopkirk, bo myślałem że ducha kapitana nie da się zabić i musi być jakiś przedmiot, który złamie czar, a nic poza wdową nie przychodziło mi do głowy. Ale pozostali próbowali walczyć mimo wszystko i dzielnie stawali, chociaż martwi żołnierze i sam upiór nie zwracali na nich prawie wcale uwagi. Zanim wróciłem Mister Ben wystrzelił rewolwer z upiornej ręki kapitana, ktoś inny szablę, a Mister William rzucił się na ducha z gołymi rękami i oderwał mu ten fatalny order, który ja sam mu wcześniej oddałem i o mało co przy tym nie zginął, bo upiór chwycił go martwą ręką za szyję i począł wysysać z niego życie. Ale wtedy Mister Ed McAndrews chwycił upuszczoną szablę Linkousa i natarł z konia na upiora. Ciął nie za bardzo wprawnie, ale miał sporo szczęścia i naznaczył ramię ducha migotliwą blizną. Na to Linkous wydał z siebie bolesny jęk i zrozumieliśmy, że tylko jego własne przedmioty mogą mu zrobić krzywdę !

Mister Ed zaatakował znowu szablą, a Mały Ted chwycił za rewolwer Linkousa, który ten w międzyczasie podniósł, ale Mister Ben znowu mu go wystrzelił z ręki ! Ja złapałem małego manitou i kazałem mu kąsać ducha srebrną ostrogą, którą mi dała Miss Hopkirk i ta ostroga też się okazała należeć do Linkousa, bo zajęczał kiedy ukłuła go w szyję. Upiór chwilę próbował się bronić, ale kula z jego własnego rewolweru i cios jego własnej szabli były zabójcze i po trzecim ciosie Eda duch jęknął przejmująco i zapadł się w nicość. Ożywione trupy żołnierzy padły na ziemię jak kukiełki Don Miguela, a widmowe rumaki znikły. Było po wszystkim.

Plan Mścicieli prawie się udał, zginęło piętnastu ludzi z miasteczka, nie licząc pięciu morderców sprzed dziesięciu lat, których mi wcale nie żal. Ale reszta mieszkańców przeżyła, pożary ugaszono i miasto ocalało, więc – było nie było – utarliśmy nieco nosa manitou ! Don Miguel najpierw szybko pozrywał plakaty zachęcające do obejrzenia przedstawienia z okazji dziesięciolecia bitwy o Pawnee Rock, ale po namyśle wystawił je jednak, tyle że pokazał prawdziwą historię i opowiedział ludziom jakich to mieli ojców – założycieli. Teraz życie w mieście wraca powoli do normalności i myślę, że parę dni tu jeszcze zostaniemy, aż nie dojadą do nas Brat Tobiasz i Czarny Orzeł. W końcu bez szamana nie mamy po co jechać do Indian Nawaho, no nie ?

 

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Deadlands, DL po raz trzeci ,

Comments are closed.