Willie

Willie to jeszcze dzieciuch, ma jakieś 12 lat, włosy koloru zeszłorocznej słomy spadające na duże, zielone oczy i kupę piegów. Chodzi w wysokim, zwichniętym w połowie cylindrze i zdecydowanie zbyt długim płaszczu, z którego podwiniętych rękawów wystają zaledwie końce palców. To się przydaje do kantowania. Dobrzy ludzie łapią zwykle cykora jak dzieje się coś ciekawego, więc lepiej im nie włazić w oczy z jokerami. Na porządnego gnata to jest jeszcze William za młody, ale jakiegoś małego derringera na czarną godzinę chowa w głębokiej kieszeni płaszcza, razem z talią kart. To też do kantów, że niby ćwiczenie pokera. Willie zamyśla zostać szulerem jak dorośnie, bo można wygrać dużo pieniędzy, no i żeby zawsze wygrywać z manitou.

Kantów uczył młodego Stary. Miał na imię Ben, czy jakoś, ale wciąż marudził, że jest już stary, „za stary na te walce”, no i się w końcu pokazało, że chyba miał racje. W każdym razie wyszedł którejś nocy mimo drzwi zamkniętych, bo zasuwka była zasunięta od środka i nie wrócił. A że zostawił wszystkie swoje klamoty, w tym starą „Księgę Gier”, to chyba został po tamtej stronie. Ale wcześniej zdążył nauczyć Williego różnych sztuczek, grania w karty i kantowania jokerów.

Jak Starego zabrakło, Willie nie za bardzo miał się gdzie podziać, więc włóczył się na własną rękę, od miasta do miasta. W saloonach pokazywał sztuczki z kartami, monetami i takimi tam, żeby zarobić na utrzymanie, no i jakoś dawał sobie radę. Tak w ogóle to najlepsze sztuczki zna Pete, pies i najlepszy przyjaciel Willa. Pete jest bardzo mądry jak na psa, potrafi gadać z Willem, a nawet czytać, no i robi fajne sztuczki, które się ludziom bardzo podobają, na przykład nalewa whisky do szklanek i przypala papierosa. A jak Willie chce się wybrać do jakiegoś innego miasta to mówi ludziom, że jedzie do cioci, która mieszka tam i tam, a wtedy dobrzy ludzie dają mu nawet pieniądze na dyliżans, albo pociąg.

Podróżować jest fajnie, co rusz coś się ciekawego zdarza i nauczyć się można tego i owego. Może Willie znajdzie na szlaku jakiegoś poczciwego człowieka, który go przygarnie, ale żeby nie kazał chodzić do szkółki niedzielnej, tylko zabrał ze sobą na Dziki Zachód. Tam można wykopać złoto i upioryt, można strzelać do bandytów z rewolweru i tam są Indianie, a ten facet, co napisał książkę o grach, Hoyle, to właśnie jak był u Indian to się nauczył grać z manitou. Więc jakby Willie trafił do Indian i jakiś szaman nauczył go sztuczek, które da się robić w grze z jokerami, to może kiedyś Willie napisałby nową, lepszą książkę o grach, taką żeby zawsze wygrywać. A jak nie, to Willie zostanie szulerem, najlepszym na całym świecie !

 

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Deadlands, DL po raz trzeci ,

Comments are closed.