Scarred Lands – Opis Sesji XIII

Smok leżał martwy, a my zaczęliśmy się jak zwykle kłócić co dalej robić. Nagle ludzie jeden po drugim zaczęli padać na ziemię. Zasnęli, ktoś rzucił na nich zaklęcie, ale nie widziałem kto. Zacząłem szukać niewidzialnego, ale wtedy jakiś głos w mojej głowie skusił mnie żeby zasnąć. To był głos Erlina, a kiedy wprowadziłem się w trans spotkałem ich wszystkich we śnie.

We śnie smoka. Jego wielkie, czerwone serce pulsowało wolno na niebie zamiast księżyca. W tym śnie w wieży mieszkał duch Ganemedesa, paladyna który kiedyś wypłynął żeby zapalić latarnię, ale smok go zabił i teraz istniał tylko jako jego wspomnienie. Smok już co prawda też nie żył, ale jego sen trwał jeszcze przez jakiś czas, a kiedy ten czas się skończy pulsujące na niebie serce pęknie i wszyscy zginiemy. Tak powiedział Ganemedes ze snu. Powiedział też że żeby zapalić latarnię musimy znaleźć cztery czyste żywioły, które też istnieją tylko we śnie smoka, ale po wyjściu z niego jeszcze przez krótki czas pozostaną w prawdziwym świecie. A żeby je znaleźć musimy tylko iść, sen zaprowadzi nas do celu.

Nagle zza wieży wyszedł duży rosomak. Wymierzyłem w niego strzałę, bo nie wiedziałem czy nie jest wrogi, ale to był Kheben, przemieniony w zwierzę, który w jakiś sposób dostał się do Fal-Dhalos i wniknął w sen smoka razem z nami. Kheben pomógł nam dostać się na wieżę, robiąc dziurę w kamiennej podłodze przed glifem, który nie zamienił nas dzięki temu w kamień. Z tarasu wieży widzieliśmy „Niszczyciela”, który napinał łańcuchy kotwiczne, jakby chciał się zerwać i popłynąć w widmowy ocean.

Postanowiliśmy już dostać się na okręt, bo spodziewaliśmy się, że tam mogą być wyśnione przez smoka czyste żywioły, ale nie wiedzieliśmy jak to zrobić, bo lądem było daleko, a nie mieliśmy łodzi. Wtedy znowu pojawił się duch Ganemedesa ze snu i powiedział, że we śnie smoka to co realne dla smoka było też realne dla nas. Jeśli on mógł latać to i mogliśmy. No i polecieliśmy na „Niszczyciela”, każdy na swój sposób.

Ledwo wylądowaliśmy, okręt zerwał się z łańcuchów i ruszył w morze. Z platformy na dziobie gdzie kiedyś leżał smoczy kapitan oglądałem bitwę między Bogami i Tytanami, która ciągle śniła się smokowi. Potem roztopiła się we mgle za nami, a wokół pojawiła się łąka. „Niszczyciel” stanął wśród m morza kwiatów. Wysiedliśmy i poszliśmy przed siebie.

Spotkaliśmy ludzkiego chłopca, który bawił się drewnianym mieczem. On też był we śnie smoka, albo może my doszliśmy do jego snu. Nazywał się Halos i bał się człowieka o lepkich palcach, który wychodził spod korzenia, żeby straszyć chłopca. Zabiliśmy tego człowieka i Halos zaprowadził nas do jaskini, w której smok schował czysty żywioł Ziemi. Doszliśmy prawie do końca jaskini, kiedy usłyszeliśmy basowy pomruk, albo westchnienie. W głębi było ciemno, stalaktyty przypominały smocze zęby, a cokół na którym spoczywał Żywioł smoczy język. Przed nami była smocza paszcza. Kiedy spróbowałem wejść do niej na palcach język zadrżał, a z gardzieli dobiegł groźny pomruk. Cofnąłem się. Zastanawialiśmy się jak najpewniej zabrać Żywioł, żeby nie dać się pożreć, ale Kheben nie czekał co ustalimy,  wskoczył do paszczy i pobiegł po Kamień. Porwał go w swoje łapy rosomaka i wtedy wszystko znikło. Staliśmy znów na łące, opodal burty „Niszczyciela”. Spod ziemi wydobył się widmowy Kheben, w ludzkiej tym razem postaci, ale bezcielesny jak duch.

Weszliśmy znów na pokład, a okręt uniósł nas w chmury. Potem znikł i szybowaliśmy w powietrzu. Nad nami rozległ się krzyk jastrzębia i zobaczyliśmy rannego elfa siedzącego na grzbiecie wielkiego ptaka. Nazywał się Falantamir, a kiedy Argos go uleczył zaprowadził nas do kobiety o niebieskiej skórze i włosach. Była geniuszem, tą która ocaliła z Dziesięciny Vangala ośmioro dzieci na polecenie tej która kiedyś była przyjacielem. Więcej nie mogła nam powiedzieć, rzekła tylko że ocalenia są przeznaczeni do wielkiego dzieła, a potem wyciągnęła na dłoni wirującą kulę wiatru, czysty Żywioł Powietrza. Kiedy Argos go chwycił wszystko zniknęło i byliśmy znów na „Niszczycielu”, a Argos był duchem tak jak Kheben.

Nagle usłyszeliśmy śmiech i zobaczyliśmy, że na nadburciu siedzi Tad-al-zirr. Nazwał nas głupcami, którzy oddali własne życie za Żywioły. Erlin kazał mu zniknąć i mag znikł. Sądziłem że za wcześnie, że to on miał być naszym kolejnym przewodnikiem i Erlin wszystko popsuł. Ale nagle „Niszczyciel” zaczął się zanurzać w fale, coraz głębiej i w końcu morze zakryło go zupełnie. Kiedy znów się wynurzyliśmy, dobijaliśmy akurat do kei w Mithril. Miasto było puste, jakby wymarłe. Na nabrzeżu stał Tad-al-zirr i uśmiechał się. Kiedy zapytaliśmy go o Żywioł odpowiedział, że musimy o niego poprosić kogoś innego, komu dzięki nam pozostało tylko śnić. Mówił o pułkowniku Agrendashu.

Poszliśmy przez jakby opuszczone miasto do dzielnicy świątyni. Bramy świątyń dobrych bogów ziały jak głodne paszcze, ich mury były spękane i poczerniałe. Cała dzielnica promieniała grozą. W świątyni Coreana przykuty do ściany łańcuchami wisiał Agrendash. Agros próbował go uwolnić, ale Kalastianin powiedział, że wyzwoli go tylko wybaczenie. Szczere wybaczenie i braterski pocałunek. I Argos mu wybaczył, złożył na jego policzku pocałunek, a wtedy łańcuchy opadły i uwolniony Agrendash wręczył nam kulę wody. Ferra wzięła ją bohatersko i wróciliśmy na „Niszczyciela”, choć już troje z nas jako duchy.

Nagle znaleźliśmy się z powrotem przy latarni Fal-Dhalos. Była nas tylko trójka: Emon, Erlin i ja. Duchy Khebena, Argosa i Ferry zniknęły. Serce smoka na niebie biło szybciej. Było gorąco i sucho, choć wokół nas było morze. Chyba nadeszła pora na żywioł ognia. Emon rozpalił ognisko, które zaraz zapłonęło silnym ogniem, jakby sam Żywioł był w nim obecny. Ale nie wiedzieliśmy jak go wziąć. Erlin próbował ręką, ale spaliła się w jednej chwili i pozostał mu jedynie kikut. Wtedy wpadłem na pomysł. Szliśmy już przez ziemię, powietrze i wodę, a więc teraz należało pójść przez ogień ! Wskoczyłem w ognisko i … w jednej chwili pozostała po mnie tylko kupka popiołu.

Ludzie nie chcieli wziąć ze mnie przykładu. Próbowali rozpalać ognisko bezpośrednio na wieży, ale nic się nie zmieniało, a serce smoka biło coraz szybciej, jakby za chwilę miało eksplodować zabijając nas wszystkich. Erlin próbował wzlecieć do płomienistego serca, ale kiedy opalił sobie szaty zrezygnował. Wtedy Emon wyobraził sobie, że serce smoka bije w jego piersi i w jednej chwili spopielił się. Czarodziej został sam, a kiedy w końcu zabrakło mu pomysłów wskoczył w ogień jak ja.

Spotkaliśmy się wszyscy w podziemiach jakiegoś zamku. Było ciepło, ale nie upalnie. Z jednego z korytarzy wyszedł wysoki człowiek w czerwono-złotej zbroi. Przedstawił się jako Agator, Czerwony Smok. Prawdziwy Smok, z tych które walczyły w wojnie Bogów i Tytanów jako trzecia, niezależna siła i zostały wytępione. Obiecał dać nam Żywioł Ognia w zamian za obietnicę, że obudzimy go z długiego snu kiedy nas wezwie. Obiecaliśmy wszyscy oprócz Argosa i Agator dał nam kulę czystego Ognia.

Zapadła niezręczna cisza. Ręka smoka zawisła w powietrzu, ale żaden z nas nie chciał wziąć od niego kuli ognia i zmienić się w ducha. Postanowiliśmy ciągnąć słomki. I wtedy Erlin mnie zdziwił. Kiedy nie udało mu się przekonać mnie, że wzięcie Żywiołu to nic takiego postanowił mi to udowodnić. Sięgnął po Ogień i za moment już jako duch wypłynął spod pokładu „Niszczyciela”, który znowu pruł fale morza snów.

Przed nami pojawił się duch Ganemedesa. Ostrzegał, że płyniemy w złym kierunku, ku koszmarowi. Próbowaliśmy zawrócić okręt, ale bez powodzenia. Wtedy Ganemedes powiedział że musimy stoczyć walkę z Ennui, panem koszmaru.

Dopłynęliśmy do jakiegoś miasta. Z uliczki wyszedł chłopiec, zachęcał nas byśmy przeżyli jakiś koszmar w uliczce, którą wskazywał. Poszliśmy w drugą stronę. Z jakiejś bramy wychynął Baudin, z długim nożem w dłoni. Oczy mu płonęły, jakby zabójstwa których tu wciąż dokonywał sprawiały mu wielką radość. Tak zresztą mówił. Poszliśmy dalej. Jakaś kobieta o ciemnej skórze próbowała nas skusić do wejścia w inna uliczkę koszmarów, ale znów ją ominęliśmy i poczuliśmy, że wynurzamy się ze snu. Zawróciliśmy. W ciemnej uliczce napotkaliśmy szykującego się do walki z nami demona koszmarów – Ennui. Miał wielkie owadzie skrzydła i twarz także przypominającą owadzi pysk. Ale kiedy powiedzieliśmy że smok już nie żyje zmartwił się i zasmucony wypuścił nas bez walki.

Znowu byliśmy w Fal-Dhalos. Serce smoka na niebie gorzało czerwono i biło jak oszalałe, jakby spiesząc się do swego ostatniego uderzenia, wielkiego wybuchu, który spopieli nasze ciała. Dziura zrobiona przez Khebena wciąż tu była i wszyscy weszliśmy przez nią do sali z twarzami i lustrami, gdzie miało zapłonąć światło latarni. Każdy z naszych przemienionych w duchy towarzyszy stopił się z właściwą przejętemu żywiołowi twarzą, potem wszyscy zniknęli i… nic się nie stało.

Staliśmy z Emonem bez ruchu, gdy nagle ktoś zaczął potrząsać nas za ramię. Leżeliśmy na kamieniach przed wejściem do wieży do latarni. Ciał naszych towarzyszy nie było, nie było też ciała smoka. Za to jego serce cały czas biło, coraz szybciej. Nad nami pochylał się kapitan Thror Odrąbywacz i jego bosman – niziołek. Zerwaliśmy się z Emonem i pobiegliśmy do wieży. Dziury nie było. Wysłaliśmy Throra na statek po linę, ale nagle bosman przeleciał koło nas unosząc się w powietrzu. A więc smocze czary wciąż działały ! Wznieśliśmy się wszyscy na dach latarni i dalej do sali z lustrami. Przed każdą twarzą w powietrzu wisiał Żywioł. Emon, Thror, bosman i ja wzięliśmy każdy po jednym i naśladując kapłanów wyrzeźbionych na ścianach pomieszczenia przekręciliśmy najpierw głowy w stronę luster, a kiedy ich oczy zapłonęły wstawiliśmy między nie a lustra Żywioły.

Z wolna oczy głów rozjarzały się blaskiem, a potem ich usta rozchyliły się i każde wypowiedziało jedną magiczną sylabę, której nasze usta nigdy nie byłyby w stanie wymówić. Blask, najpierw łagodny, a potem coraz silniejszy popłynął z twarzy ku lustrom i odbity od nich wystrzelił daleko w morze. Jasność olśniła nas i na moment straciliśmy wzrok.

Najpierw usłyszeliśmy szum fal, a potem nasze oczy oślepił blask zwykłego słońca. W powietrzu rozległ się basowy dźwięk wielkiej konchy. Odwróciliśmy się w tamtą stronę. W oddali na falach zalśniły białe żagle, urosły w naszych oczach, pojawiły się pod nimi błyszczące galiony, a potem zaczęliśmy dostrzegać także równe rzędy pracujących wioseł. Święta Flota wracała do domu ! Jeden, drugi, trzeci… dziewiętnaście wielkich okrętów wracało z nieznanych, widmowych mórz prowadzonych światłem latarni Fal-Dhalos. Przez długą chwilę staliśmy z Emonem, kapitanem i kilkoma załogantami z „Topora” patrząc bez słowa, wzruszeni.

Ale nagle dotarł do nas niepokój: ciało smoka leżało tam, gdzie je zastała śmierć, ale ciał naszych towarzyszy nie było. Nie wierzyłem za bardzo Tad-al-zirrowi ze snu że oni umarli, ale z drugiej strony trochę się bałem sprawdzić jego kłamstwa na sobie. Oni się nie bali, ale teraz nie było ich z nami. Wspięliśmy się z Emonem na wieże, żadnego śladu. Zaczęło do nas docierać, że już nigdy ich nie ujrzymy. Ale gdy zrezygnowani zeszliśmy na dół, zobaczyliśmy bardzo starą łódź kołyszącą się na falach przy brzegu. W  środku leżeli nasi towarzysze i ktoś jeszcze… Ganemedes. Pobiegliśmy do nich, przekonani że nie żyją. Ale tylko spali, nawet paladyn, który zaginął czterdzieści lat temu. Ucieszyłem się bardzo. Chociaż to ludzie którzy krótko żyją i do których nie można się przywiązywać. Brakowało by mi ich, gdyby odeszli teraz. Cieszyłem się że mag ze snu kłamał.

Od najbliższego okrętu Świętej Floty, „Herolda” podpłynęła bliżej łódź i człowiek który nazywał siebie Cormackiem wykrzyczał do nas, że Eressa przyśniła mu się i kazała przekazać byśmy nie wracali do Mithril, bo to przyniosłoby zgubę miastu i nam. Potem okręty zawróciły i odpłynęły do bitwy z blokującą Mithryl kalastiańską flotą, a my zostaliśmy z Throrem Odrąbywaczem i jego niezawodnym „Toporem”.

Choć widmo „Niszczyciela” rozpłynęło się w promieniach latarni kapitan skusił nas do splądrowania wraku, który na pewno spoczywał przy brzegu. Chronieni przed utonięciem czarami Khebena i Erlina zeszliśmy do wraku i wynieśli skarby flagowego okrętu tytańskiej floty. Potem Thror odwiózł nas uprzejmie nieopodal Mithril, gdzie mieliśmy się spotkać z paladynem Barconiusem. Rzeczywiście przybył osobiście nam podziękować i przywieźć nasze rzeczy, wraz z darami księżniczki Teeween. Przyniósł też wieści: w noc Szeptów Pisceanie wyszli na miasto z morza, ale zostali odparci. Wtedy jednak uderzyła kalastiańska flota i miasto było już bliskie upadku, gdy zapłonęła latarnia i Święta Flota, pojawiwszy się niespodzianie pod miastem zdziesiątkowała zajęte wyładunkiem żołnierzy okręty kalastiańskie i zamieniła bliską klęskę we wspaniałe zwycięstwo. Ale butelka, do której kapłani zamknęli duszę pułkownika Agrendasha jest pusta.

Barconius podziękował nam wylewnie, a my spakowaliśmy nasze stare i nowe rzeczy i wyruszyliśmy do Ganju, na spotkanie Eressy, Narumila i… Mellare.

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
AD&D, AD&D - Scarred Lands ,

Comments are closed.