Scarred Lands – Opis Sesji XII

Ludzie nie zachowali się zbyt mądrze. Emon w noc po walce z Agrendashem spędził nie wiadomo gdzie, a nad ranem przyprowadził go nieprzytomnego jakiś człowiek. Chyba wypalił za dużo sennych ziół. Kastor całą noc spędził w świątyni i rano twierdził, że jest Argosem. Ubrał się w łachmany jakie noszą mnisi, a u pasa zamiast miecza nosi teraz drewnianą maczugę. Pytałem o to Barconiusa i podobno paladynom czasem się takie rzeczy zdarzają. To nie jest normalne. Kheben poczuł zew natury i poszedł do lasu, żeby przeżyć swą pierwszą przemianę w zwierzę. Wydaje im się chyba, że to już koniec. A do tej całej Ciemnej Nocy zostało tyko dwa dni.

Z drugiej strony wróciła Ferra. Zamiast wytłumaczyć co się z nią działo naskoczyła na mnie jakbym to ja miał ją pilnować. Ktoś ją zaczarował i porwał, straciła miecz Drendali, ale nic jej się nie stało. Jeśli jutro rano wróci Baudin i będzie się pieklił, że porwały go demony i zgubił gdzieś swoje noże nie będę się dziwił.

Do miasta przyjechały wysokie elfy z Termanu. Jest wśród nich Eressa – kobieta bez oczu, która widzi obrazy z przyszłości. To o niej śnił Kheben, to jest ta która widzi to na co inni są ślepi ! Prawie że nie pobiliśmy się z elfami przy pierwszym spotkaniu, bo jeden z nich kazał się cofnąć Erlinowi, to się nie spodobało Emonowi, doszło do grożenia, ale Eressa na szczęście obu uspokoiła. Potem okazało się, że Eressa często widzi nas w swoich wizjach i chciała się z nami spotkać. Ona i najważniejszy z nich – Narumil – zaprosili nas do karczmy, gdzie się zatrzymali.

Eressa widziała nas w morzu mgły, widziała jasne światło i widmo okrętu, który pamiętała z czasów gdy jeszcze miała oczy. Okręt nazywał się „Niszczyciel”. To był jeden z flagowych okrętów floty Tytanów podczas wojny z Bogami. Nie wiedziała co znaczą te obrazy, ale przeczuwała że się urzeczywistnią. Nie myliła się.

Kiedy już wychodziliśmy, trzeci, najmłodszy z trzech elfów wyzwał mnie na pojedynek łuczniczy. Nazywał się Viscarion i był bardem. Jego harfa miała osiem strun, każda zrobiona z włosów przeciwnika, którego elf pokonał w strzelaniu z łuku. Spodobały mu się moje włosy i chciał zrobić z nich dziewiątą strunę.

Narumil wyczarował ptaka, którego trafić mogła tylko jedna strzała. Kiedy zerwał się do lotu Simbelyn Kerry porwał moją strzałę i poniósł ku jego białej piersi. Usłyszałem brzęk cięciwy Viascariona, ale moja strzała była już w powietrzu. Biały ptak spadł na ziemię. Viscarion musiał pozostać na razie przy ośmiu strunach. Jako trofeum dostałem od niego trzy piękne strzały o kryształowych grotach, które przebiją każdy pancerz. Piękny dar i jak się niebawem okazało bardzo praktyczny.

Kiedy wróciliśmy od wysokich elfów w naszej karczmie czekał na nas najwyższy paladyn Barconius. Najpierw pomyślałem że zdarzyło mu się to samo co Kastorowi, bo był ubrany w zwykły płaszcz zamiast zbroi, ale powiedział że tylko się przebrał żeby go nie rozpoznano, choć i tak nic to nie dało. Lubię Barconiusa, jest bardzo szczery i nie przejmuje się, że jest taki bardzo sławny. Bo niektórym ludziom nawet zwykły miecz otrzymany od królewny przewraca całkiem w głowie.

Barconius przyszedł do nas z prośbą. Święta Flota stracona – Kalastianie jakimś czarem  przenieśli ją do innego planu. Mithril zostało zablokowane od morza. Dzwon przeklęty, wszyscy najwięksi kapłani modlą się by zdjąć klątwę. Paladyni szykują się do obrony miasta przed Kalastianami, albo Pisceanami. Świetlista Rada uznała Flotę za straconą i odmówiła Barconiusowi pomocy. Ale paladyn wierzy, że jest sposób na jej ocalenie.

Dawno temu niedaleko Mithril stała latarnia morska Fal-Dhalos. Podczas wojny z Tytanami zniknęła i przeniosła się do innego planu. Później jakiś paladyn próbował ją odnaleźć, zrobił magiczną mapę prowadzącą do miejsca gdzie jest przejście do tamtego planu, ale nie wrócił. Barconius wierzył, że latarnię można odnaleźć, odkryć sposób na jej zapalenie, a wtedy ona – jak to powiedział – zakotwiczy w naszej rzeczywistości i Święta Flota prowadzona jej światłem powróci szczęśliwie do domu. Ale nie miał ani ludzi, ani statku, żeby zrobić to co chciał. Miał tylko magiczną mapę i kleryka-marynarza imieniem Finn. No i nas.

Poszedłem jeszcze do wysokich elfów, żeby zapytać Eressę o latarnię Fal-Dhalos. Nie powiedziała mi wiele, ale gdy wracałem spotkałem Mellare. Poczuła pragnienie towarzyszenia Narumilowi i Eressie w ich podróży do Ganju. Tam się ponownie spotkamy. To chyba znak że mogę już wrócić, wina zostanie mi zapomniana, gdy wrócę na zaproszenie gości. Nomen-omen. Na pożegnanie Mellare dała mi prezent, swego Lynchee, który tłumi kroki i osłania skrzydłami nocy. Chciałem się odwzajemnić Simbelyn Kerry, najcenniejszym darem który mam, ale nie chciała przyjąć. Jest mądra i nie próżna. Inna niż Daphne. Spotkamy się w Vera-Tree. Mam nadzieję.

Potrzebowaliśmy statku i mieliśmy nadzieję znaleźć orkowego kapitana Throra z „Topora” i namówić go do współpracy. Bardzo się ucieszyliśmy, gdy okazało się że i on szukał nas, żeby nam pomóc. Szybko się dogadaliśmy, chociaż Emon próbował wyciągnąć przy okazji z Throra trochę pieniędzy, ale w końcu stanęło na podziale łupów pół na pół. Zaraz też kapitan zaprowadził nas do łodzi, którą dostaliśmy się na okręt, a wczesnym rankiem płynęliśmy już na pirackiej triremie ku pełnemu morzu.

Kiedy się już na dobre rozwidniło na morzu przed nami zobaczyliśmy żagle. Kalastiańska blokada. Trzy biremy, mniejsze niż „Topór” szły nam na spotkanie. Kiedy mogliśmy już zobaczyć kalastiańskie bandery na masztach, Thror Odrąbywacz kazał wciągnąć swoją – czarną flagę z orkową czaszką i skrzyżowanymi toporami. Na rufowym kasztelu ustawiło się sześciu łuczników, mały niziołek, chyba zastępca kapitana kazał szykować balistę, kto nie strzelał schodził pod pokład. Wybrałem sobie miejsce na forkasztelu, daleko od łuczników i balisty, żeby nie celowali we mnie ognistymi kulami, jak to zapowiadał Thror.

Zaczęły biremy. W morze niedaleko spadły kule alchemicznego ognia, który palił się na wodzie. Jedna trafiła w burtę i marynarze rzucili się gasić pożar, a jeden z łuczników cały w ogniu wypadł za burtę. Ale teraz z naszej balisty pomknęła ku najbliższemu wrogowi dobrze wymierzona płonąca strzała. Trafiła w podstawę masztu, alchemiczny ogień w jednej chwili ogarnął pokład dokoła i żagiel. Maszt przechylił się, płonące strzępy żagla spadły na pokład. Birema zwolniła mocno i wypadła z szyku. Zostały dwie.

Teraz sypnęły się strzały. Po kilka spadło na pokłady ich i nasz. Dostrzegłem sternika na bliższej biremie, wycelowałem i strzeliłem, ale okręt akurat przewalił się na fali i strzała wbiła się w pokład. Okręty szybko zbliżały się do siebie i wydawało mi się już, że tarany wroga wbiją się w nasz kadłub, ale w ostatniej chwili sternik wykręcił mocno i „Topór” wszedł między dwie biremy, tnąc wiosła jednej z nich jak kosa zboże.

Z drugiej jednak spadły na naszą burtę liny abordażowe, a zaraz potem dwa trapy po których biegli już żołnierze kalastiańskiej piechoty morskiej. Jeden trap był akurat tuż przy dziobowym kasztelu, na którym stałem i z którego wypadli na spotkanie Kalastianom Ferra i Kastor, hmm… aktualnie Argos. Emon wdrapał się koło mnie, a Erlin strzelał gdzieś z dołu. Kalastiańscy żołnierze szli do walki w półpancerzach, więc kiedy spadali z trapu tonęli momentalnie, a mimo to ciągle zastępowali ich nowi. Przy rufowym trapie szalał sam Thror Odrąbywacz i odrąbane popisowo głowy kalastiańskich żołnierzy dolatywały czasami nawet w pobliże nas. Piechota morska parła po trapie wytrwale, ale zamiast na nasz pokład spadała w fale między burtami. Nagle jednak z kasztelu biremy wynurzyło się sześciu łuczników i zasypało Ferrę i Argosa strzałami. Wtedy Emon zamachnął się mocno i ku kasztelowi poszybowała buteleczka alchemicznego ognia. Siła wybuchu zaskoczyła chyba samego Emona, nie mówiąc o łucznikach ! Dwóch z nich zaraz stanęło w ogniu, od nich zapalali się następni, a pozostali zapomnieli o łukach miotając się po ciasnym kasztelu by uniknąć podpalenia.

To zadecydowało, kalastiański kapitan kazał ciąć liny i wrogi okręt począł się odsuwać od naszej burty. Stu wioślarzy Throra naparło teraz na wiosła i „Topór” wyskoczył do przodu jak rumak spięty ostrogą. Sternik wyłożył ster na lewą burtę i nagle przed dziobem pojawiła się nam pozbawiona połowy wioseł trzecia birema. Okrzyk kapitana „Trzymać się szczury lądowe” kazał nam złapać się poręczy akurat na czas. Ciężki taran w kształcie topora wbił się z ogłuszającym trzaskiem w burtę wrogiego okrętu i na naszych oczach przeciął go na pół. Obie połówki tonęły szybko gdy przepływaliśmy pomiędzy nimi. Szaleliśmy z radości, pamiętam że sam krzyczałem jednym głosem z orkami ! Chyba podobało by mi się zostać piratem…

Zostawiliśmy za sobą rozbitą blokadę i kapitan poprosił Erlina o wytłumaczenie magicznych wskazówek na mapie. Płynęliśmy cały dzień, a gdy zaczęło już zmierzchać przed nami pojawiła się dziwna mgła. Wpłynęliśmy w nią, a kiedy zapadła noc w ciemności przed nami z mgły wynurzyła się wysoka, ciemna i milcząca wieża. Latarnia Fal-Dhalos. Byliśmy na miejscu.

Małą łodzią dopłynęliśmy do skalistego brzegu. Dwaj piraci zostali w łodzi, a nasza piątka wraz z Finnem wygramoliła się na skały u stóp latarni. Kiedy spojrzałem na jej ciemną sylwetkę po murze coś przemknęło. Coś dużego, podobnego do węża, szybkiego. Ferra, Argos, Erlin i Finn zostali na brzegu, a my z Emonem podkradliśmy się prawie pod samą wieżę. Stwór siedział po jej drugiej stronie, przytulony do ściany, jakieś dwadzieścia metrów nad nami. Miał więcej niż pięć metrów, na płaskorzeźbach zdobiących dolną połowę latarni zostawił ślady pazurów, a gdy czailiśmy się między kamieniami pod nim usłyszeliśmy jak coś mówi do siebie w jakimś dziwnym języku. Emon szepnął mi, że to język Tytanów.

Wróciliśmy do reszty i kiedy trwały dywagacje co nam teraz czynić wypada podkradłem się raz jeszcze z Finnem, który znał język potwora ku ścianie wieży. Kapłan wsłuchał się w sykliwy szept dobiegający z góry i zobaczyłem, jak twarz mu bieleje. „To smok” wyszeptał ze zgrozą. Zebrał się jednak zaraz w sobie i tłumaczył to co zdołał zrozumieć ze smoczej mowy. Potwór mruczał coś o swojej załodze i zastanawiał się kogo z nich zje. Wtedy tego nie rozumieliśmy.

Gdy wróciliśmy do reszty smok oderwał się od ściany wieży i poszybował w drugą stronę. Leciał bez skrzydeł, niesiony czarem. Finn powiedział nam, że to jest smok morski, stworzenie Tytanów posłuszne ich woli i jedynie bogowie wiedzą co może jeszcze potrafić. Tymczasem Erlin użył takiego samego czaru jak smok i wzleciał na szczyt wieży. Była tam zamknięta klapa prowadząca do wnętrza, ale gdy czarodziej był u góry zobaczył dokąd poleciał potwór. Na cichym morzu, po drugiej stronie zatoki majaczył ciemny kształt wielkiego okrętu. Pięć rzędów wioseł wynurzało się z potężnego kadłuba. To był „Niszczyciel”, flagowy okręt tytańskiej floty, okręt z wizji Eressy, a wraz z nim jego załoga i jej kapitan. Teraz już rozumieliśmy o czym mówił smok.

Emon tymczasem otworzył drzwi latarni morskiej i weszliśmy do środka. Ale po pokonaniu pierwszej części schodów natkęliśmy się na glif strażniczy. Nie wiedzieliśmy jak go ominąć i w końcu jedyną drogą na szczyt okazały się magiczne skrzydła Erlina. Czarodziej wniósł najpierw na górę Emona, który otwarł drzwi, a potem przyniósł z „Topora” dwadzieścia metrów liny po której Ferra, Argos, Finn i ja dostaliśmy się na górę, tyle że na dwa razy.

Od drzwi na szczycie zwieszała się do środka latarni żelazna drabinka po której zeszliśmy do sali z lustrami. Cztery wielkie złote twarze patrzyły na cztery lustra, nie było miejsca na ogień, a metalowe żaluzje wokół pomieszczenia były opuszczone. Finn i Argos dopatrzyli się w symbolach kultu Urkhantusa, dziewiątego boga, zabitego przez swych złych braci i siostrę. Urkhantus był bogiem żywiołów i rzeczywiście cztery twarze patrzące w lustra zdawały się przynależeć po jednej do każdego z nich. Nie było jednak czasu na rozwiązywanie zagadki. Naszym problemem był smok. Pomyślałem sobie, że jeśli rozpalimy latarnię i ona wróci do naszej rzeczywistości to z nią może wrócić też i „Niszczyciel”, a kto wie czy cała Święta Flota dałaby mu radę. Postanowiliśmy najpierw uporać się z potworem a dopiero potem próbować zapalić latarnię.

Emon i Erlin rozpalili ognisko w dolnej części wieży i zostawili otwarte drzwi, a potem ukryli się czarem niewidzialności i płaszczem przed wzrokiem smoka. My we czwórkę zostaliśmy na górze. Mieliśmy nadzieję, że bestia popełznie w górę schodów i nadepnie na glif strażniczy. Może to wystarczy, a jeśli nie będziemy mogli atakować ją z góry na schodach.

Emon i Erlin zdążyli akurat zrobić to co zamierzali, kiedy naleciał smok. Wlazł do połowy w otwarte drzwi wieży, ale tu zatrzymał się a po chwili zaczął cofać. Emon rzucił kamieniem. Chciał narobić hałasu w środku wieży, ale trafił w żelazne drzwi które głośnym brzękiem zaalarmowały potwora. Smok błyskawicznie wyskoczył z wieży i wściekłym spojrzeniem omiótł skały w których ukryli się niewidzialni Emon i Erlin.

My w tym czasie spokojnie oglądaliśmy twarze żywiołów w górnej sali, nie wiedząc w ogóle że na dole jest smok. Nagle coś przysłoniło na moment otwarte (byłem pewien że je zamykaliśmy !) drzwi na zewnątrz, a w następnym momencie do sali wlał się z góry gęsty zielony opar. Ferra, Argos i Finn zgięli się wpół i padli na ziemię, jedynie ja zdołałem wstrzymać oddech i ustać na nogach. Zmusiłem swoją krew, żeby spowolniła przepływ trucizny i w tym samym momencie salę wypełnił znowu trujący opar. Popełzłem do góry po drabince i udało mi się zatrzasnąć właz, choć smok raz jeszcze zalał nas duszącą mgłą. Argos i Ferra podnieśli się po chwili, ale chwiali się na nogach i poruszali ospale, a Finn w ogóle nie mógł stać na nogach. Jego twarz była prawie tak samo zielona jak smocze wyziewy.

Nagle w głowie usłyszałem głos Erlina, na pewno niesiony jakimś z jego czarów. Kazał nam walić w wewnętrzne drzwi wieży, w nadziei że to przywabi smoka do środka. Nie mając innego wyjścia zaczęliśmy z Argosem tłuc w drzwi za którymi drogi strzegł magiczny glif. I czy smok rzeczywiście dał się nabrać, czy wściekłość i żądza krwi uśpiły jego czujność, a może czuł się na tyle silny by nie bać się żadnej pułapki, dość że śmignął w dół wieży i dalej, do środka. Emon zatrzasnął za nim drzwi, a Erlin zapieczętował je czarem. Potwór został uwięziony.

Zjechaliśmy na linie na ziemię, a Finna musieliśmy spuszczać przywiązanego, bo dalej nie mógł się ruszać. Smok uwięziony w wieży ryczał tymczasem i walił w drzwi, które zaczynały się wypaczać i było jasne że w końcu nie wytrzymają. Potwór miotał się coraz gwałtowniej, syczał że nas pożre jednego po drugim, ale zamiast się przestraszyć przygotowywaliśmy się metodycznie do nadchodzącej walki.

W końcu zamek pękł i w otwartych drzwiach pojawił się w całej okazałości smoczy łeb. Jego wąski pysk przechodził w kościany kieł, niczym taran na wojennej galerze, całe łuskowate ciało oblazły mu małe kraby i inne morskie skorupiaki, bladozielone oczy pałały nienawiścią i żądzą krwi. Nie marnując ani chwili strzeliłem, ale strzała wbiła się ledwie samym grotem, zahamowana grubą łuską. Ferra i Argos uderzyli na smoka, bicz i buława przeciw jego pazurom i kłom. Nagle gdzieś spoza mnie skoczyła ku smokowi magiczna błyskawica niewidocznego dotąd Erlina, rozdzierając uszy trzeszczącym łoskotem i zamieniając na jeden moment ciemną noc w jasny dzień. Potwór wyprężył się opleciony na całej długości jasnobłękitnymi jęzorami, ale gdy jasność ustąpiła zaryczał tylko z większą furią i runął na naszego paladyna.

Wyjąłem jedną ze strzał Viscariona, wąski kryształowy grot zalśnił na moment, gdy nakładałem ją na cięciwę. Naciągnąłem mocno, aż łuk jęknął cicho i strzeliłem. Strzała pomknęła ku łuskowatemu łbu smoka zamieniając się w powietrzu w błysk jasnego światła i w jednym momencie zniknęła cała w cielsku potwora. Smok zaryczał, ale nie zdał się mocno ranny. Erlin jakimś czarem przywołał chmarę szczurów, które rzuciły się na potwora, ale wtedy ku czarodziejowi runęła chmara krabów i morskich żyjątek obłażąca dotąd smocze cielsko. Wyłączywszy z walki Erlina smok powalił Argosa, a potem mocno poranił Ferrę, która wlała mu magiczny leczący napój. Nagle gdzieś zza wielkiego cielska pojawiła się głowa Emona – niewidzialny dotąd zaszedł gada od tyłu i wbił mu sztylet między łuski na brzuchu. Smok ryknął z bólu i zarzucił głową, ale zamiast ku Emonowi skierował swą wściekłość ku powstającemu znowu paladynowi. Buława Argosa nie mogła sprostać smoczej łusce, a jego drewniana tarcza poszła w drzazgi pod ciosami jego pazurów i rogu. Nieszczęsny rycerz padł znowu, ale tym razem z pomocą pospieszył mu Erlin. Wystrzeliłem drugą strzałę Viscariona, która znów weszła cała w smocze cielsko, ale zwykłe i nawet mistrzowsko wykonane strzały odbijały się od jego pokrytej łuską skóry, albo wbijały niegroźnie samym tylko grotem.

Bestia zdawała się nie do pokonania, spychała nas powoli do obrony, ale nagle znowu dzielny Emon podskoczył do słabo osłoniętego smoczego brzucha i wbił sztylet po rękojeść. Gad obrócił się błyskawicznie i kłapnął paszczą, ale Emon odtoczył się już poza jego zasięg i straszliwe zębiska chwyciły tylko powietrze. Erlin wsadził w smoka trzy świetliste magiczne iskry i potwór po raz pierwszy zachwiał się. Nałożyłem ostatnią kryształową strzałę i wystrzeliłem. Smok zamarł na moment i w tym momencie bicz Ferry łupnął w pokiereszowany pysk, a jego kolczasty koniec wbił się z chrzęstem. Smok stanął jakby uspokojony i pozbawiony w jednym momencie całej swej wściekłości, a potem powoli zapadł się na łapach i legł martwy w drzwiach latarni Fal-Dhalos.

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
AD&D, AD&D - Scarred Lands ,

Comments are closed.