Scarred Lands – Opis Sesji XI

Naradziliśmy się i postanowiliśmy znaleźć pułkownika Agrendasha zanim on znajdzie nas. Najpierw poszliśmy do tawerny „Koścista ryba”, żeby porozmawiać z Załogą. Była tam kobieta z dużymi, odsłoniętymi piersiami, ze skórą pokrytą tatuażami, ale nie elfimi. Miała na imię Anais i spodobały jej się moje rysunki. Za obietnicę zrobienia elfiego tatuażu obiecała umówić nas z najważniejszym teraz w Załodze kapitanem – orkiem Throrem Odrąbywaczem. Kazała nam przyjść w nocy na nabrzeże i poczekać.

Potem poszliśmy do Psów – strażników z dzielnicy portowej. Zastępca dowódcy porucznik Groel chętnie przyjął pieniądze i obiecał rozesłać swoich ludzi, żeby się dowiedzieli jak najwięcej o Agrendashu i jego czarodzieju Tad-al-zirze.

Dalej poszliśmy do dzielnicy kupców, najpierw do karczmy „Nagie Ostrza”, gdzie bywali podobno ludzie z Szarej Straży, którzy teraz służyli Agrendashowi, albo Kokariusowi, jak go tu zwano. Ale tylko zjedliśmy obiad, a Kastor zostawił wezwanie dla Agrendasha / Kokariusa. Jacyś dwaj ludzie, którzy wyglądali na łotrzyków mówili cicho i dość szybko wyszli. Potem paladyn wrócił do świątyni, żeby się modlić, a ja koniecznie chciałem iść porozmawiać z dowódcą Pawi, którzy pilnowali porządku w tej dzielnicy.

Pani kapitan Kamali Ocheas nie wyglądała w ogóle jak żołnierz. Ubrana w delikatne jedwabie, pachnąca perfumami była na swój ludzki sposób bardzo piękna i Emon prawie się rozpłynął na podłodze u jej stóp. Powiedziałem szczerze i bezpośrednio po co przyszliśmy i kobieta odwdzięczyła się tym samym. Nie chciała żadnych walk w dzielnicy, nie wiedziała gdzie jest Agrendash, chociaż rozmawiała z Tad-al-zirrem, ale na koniec obiecała spróbować znaleźć kogoś wśród kupców, kto mógłby spróbować nam pomóc.

Nie wiedzieliśmy, co możemy jeszcze zrobić, więc poszliśmy do dzwonu, który cały czas leżał do połowy wbity w bruk pod dzwonnicą. I tu pewien kapłan dorzucił nam nowy trop. Dzwon został przeklęty Krwią Kaduuma, zaczerpniętą z Muszli Krwi, potężnego artefaktu, który posiadali Pisceanie, ludzie-ryby żyjące w morzu. Paladyni pilnujący dzwonu zostali zabici harpunami, więc najwyraźniej napastnikami rzeczywiście byli Pisceanie. Kiedyś już szturmowali Mithril w czasie Krwawego Monsunu, ale wtedy ich odparto. Teraz też zaczął padać deszcz, a wiatr od morza przynosił jego krwawe strugi. Wszyscy pomyśleliśmy, czy ryboludy mają coś wspólnego z naszymi Kalastianami.

Kiedy wróciliśmy do naszej karczmy miałem wrażenie, że po drodze zasnąłem i to mi się śni. Przy stole obok Ferry siedziała piękna kobieta o miodowych włosach i głębokich zielonych oczach, trochę ciemniejszych niż moje. Miała na imię Mellare. Jej ramiona były ozdobione delikatnym tatuażem, w który wpleciono dumę, jaką rodzice czują na myśl o swoim ukochanym dziecku i troskę o jego niepewny los, na który utracili już wpływ. Po niemal dwóch latach odosobnienia miałem nareszcie okazję spotkać istotę, która – mam nadzieję – stanie się mi bliska. Mellare poznała Ferrę podczas polowania na potwora, kiedy my osądzaliśmy wilkołaka Ovanyana. Szkoda, że mnie tam wtedy nie było. Mellare była zaklinaczką i obiecała nam pomóc w poszukiwaniach Agrendasha.

Wieczorem wszyscy bez Ferry i jej uroczej przyjaciółki poszliśmy na nabrzeże, o którym mówiła Anais. Małą chybotliwą łódeczką popłynęliśmy wzdłuż brzegu w ciemnościach, z których po jakiejś godzinie wynurzył się wielki, stary statek z trzema rzędami wioseł. Po zrzuconych z góry sieciach wdrapaliśmy się na pokład i prowadzeni przez jakiegoś cuchnącego rybami i rumem człowieka, weszliśmy do pokoju kapitana, Throra Odrąbywacza.

Ork był wielki, rubaszny i dość przyjazny. Bardziej niż się spodziewałem. Chyba spodobało mu się że Kastor chce się zemścić na Agrendashu, chociaż Emon zdołał go zdenerwować uwagami o kobietach, których przez pułkownika podobno nie zdążył poznać. Na szczęście skończyło się na żartach i Thror obiecał pomoc w znalezieniu Kalastian w zamian za jakąś przysługę u paladynów w przyszłości. Ale swoich ludzi nie chciał narażać na kule ogniste Tad-al-zirra, który był tu znany pod imieniem Sheola.

Wróciliśmy nad ranem bez snu, ale nie dane nam było odpocząć. Wystraszona Mellare (biedactwo !) powiedziała nam, że do karczmy przyszedł ktoś mówiąc że na Ferrę czeka Baudin i ona z nim poszła. Nie znaleźliśmy żadnych śladów, nikt jej nie widział, a konie w stajni nie wyczuły niczego niezwykłego. Ferra po prostu zniknęła ! Za to z „nagich Ostrzy” przyniesiono wiadomość, że ktoś odpowiedział na zostawione tam wezwanie Kastora i chce się z nami spotkać za miastem, gdy słońce będzie w zenicie. Mellare chyba mnie polubiła i poszliśmy razem do „Kościstej Ryby”, gdzie miałem wytatuować Anais. Nie mogłem się jednak skoncentrować i musiałem przeprosić piratkę. Obiecałem, że skończę następnego dnia.

W południe za miastem na Kastora nie czekał jednak pułkownik Agrendash, ale jego siostra Aramissa Arran. Powiedziała że wie tylko że jej brat jest w mieście i nic więcej. Nie pomoże nam go znaleźć, nie przejmuje się zbytnio niebezpieczeństwem które mu grozi, ale gdyby miała walczyć po którejś ze stron stanęłaby po stronie brata. Chciała się z nami spotkać bo jest jedną z ofiar wyrwanych Vangalowi, podobnie jak Kastor, Ferra, Emon, Erlin i Kheben. Umówiła się za nami na popołudnie w karczmie „Czarna Łabędzica”, gdzie się zatrzymała.

Do popołudnia odwiedziliśmy jeszcze plac z dzwonem, gdzie spotkaliśmy największego paladyna Barconiusa. Myśli tego człowieka nie trzymają się w ogóle jego głowy, na moich oczach stratował jakiegoś żołnierza, gdy gdzieś pędził i nie patrzył pod nogi. A jednak go lubię, mimo wszystko. Barconius powiedział nam, że święta flota wypływa na bitwę z kalastiańskimi statkami zgromadzonymi niedaleko Mithril. Baliśmy się że to może być związane z tym napadem Piscean, ale nic nie mogliśmy poradzić. Erlin poprosił rycerza, żeby wstawił się za nim u kapłanów Madriel, ale potem najwyższy kapłan Viselian mu naubliżał, że wykorzystuje niegodnie tak poważną osobę jak Barconius. Ja myślę, że paladyn nie jest wcale taki poważny, ale Viselian pewnie jest i zdenerwował się że nasz czarodziej przeszkadza mu w przyjmowaniu porodów i nie wie o co chce spytać.

Potem się rozdzieliliśmy, Emon i ja poszliśmy w przebraniach najpierw do „Nagich Ostrzy”, a potem do „Czarnej Łabędzicy”. Dowiedzieliśmy się tylko że Aramissa Arran używa tu imienia Vilvaria. Za to na resztę napadli miejscy zbóje, kiedy szli na spotkanie z nami i nią. Myślałem że to znaczy, że ona ich wysłała, ale inni powiedzieli że niekoniecznie. Na wszelki wypadek nie piłem wina, które nam kupiła.

Okazało się jednak, że Aramissa chyba jest po naszej stronie, w każdym razie nie jest chyba naszym wrogiem. Potrzebowała ludzi którzy poszliby z nią do wielkiej świątyni Boga Plag, zwanej Świątynią Ofiarowania. Kapłani spisywali w niej Księgę Vangala na skórze zdzieranej ze stu niewolników, którą chcieli mu ofiarować na Dziesięcinę. Ale kiedy tajemnicza kobieta wyrwała z rąk boga Ocalonych Vangal wpadł we wściekłość i osobiście pojawił się w świątyni zabijając wszystkich kapłanów. Aramissa sądziła że w niedokończonej księdze która została w świątyni jest wiedza o planach Vangala i o tym dlaczego Ocalenie je pokrzyżowało.

Ludzie jej nie uwierzyli z wyjątkiem Kastora. Ja sam nie wiem, bo może ona jest podobna do tego człowieka o wielu twarzach, albo służy Vangalowi i chce dopełnić dziesięciny w jego największej świątyni, ale czuję że jednak mówiła prawdę. Aramissa powiedziała, że jej zapiski z jej badań możemy przeczytać w świątyni Charduna w Lagenii, u kapłana Armanula. To w razie gdybyśmy chcieli ją sprawdzić, albo gdyby nie dożyła naszego następnego spotkania w Mithril. Dała nam pół roku czasu do namysłu.

Kłócąc się o to czy pójść z siostrą Agrendasha czy nie, wróciliśmy do naszej karczmy w świątyni. Czekały na nas trzy listy. Od kapitana Throra, że „pułkownik i czarus pod ziemię się zapadli”, od kapitan Kamei Ocheas, że „niestety nikt nie chce zostać pośrednikiem między nami a Kokariusem” i od samego Agrendasha, że „spotkanie o które prosił Kastor może się odbyć o północy na nabrzeżu”, nazwy nie pamiętam.

Ludzie jakby oszaleli. Nikt z nich nie pomyślał, że to jest pułapka. Do Kastora już się przyzwyczaiłem, ale Emon i Kheben chcieli iść na wskazane miejsce pół godziny przed ustaloną godziną, tak jakby Agrendash i Tad-al-zirr byli tak głupi by nie wziąć tego pod uwagę ! Erlin nic nie mówił, ale nie wyglądało żeby się przejmował. Ja jeden zacząłem myśleć jak można wyrównać szanse. W końcu udało mi się ich przekonać, że trzeba nająć piratów z portowych tawern i że powinniśmy iść zaraz do „Kościstej Ryby”. Oprócz Kastora, który uparł się, że musi iść na spotkanie tylko ze swoim honorem, tak jak mu napisał Agrendash i to dokładnie na godzinę, którą mu tamten wyznaczył. Nie bardzo mogłem ich opuścić, ale nie chciałem jeszcze umierać, więc kiedy nie udało się zebrać żadnych piratów do walki ze ludźmi Kokariusa-Agrendasha przekonałem Anais by podpłynęła łodzią pod nabrzeże i wyciągnęła mnie z wody gdybym musiał uciekać, a droga od portu była – jak się spodziewałem – odcięta. Okazało się, że to się nie podoba Erlinowi.
Nie wiem czemu mieszaniec uważał mój układ z Anais za głupi i był na tyle bezczelny że postanowił wetknąć te swoje czarodziejskie paluchy w nasze sprawy. Chyba nie tylko ludzi nie rozumiem, dobrze że pojawiła się Mellare.

Więcej czasu nie było, poszliśmy na wskazane nabrzeże. Myślałem że zaraz otoczą nas zbóje z Szarej Straży, ale nic takiego się nie stało. Czy Agrendash i Tad-al-zirr wzięli nas za kogoś innego, czy byli na tyle szaleni, że zamierzali pobić nas tylko we dwóch, czy może myśleli naiwnie, że rzeczywiście chcemy z nimi porozmawiać, albo może w grę wchodził ten dziwny ludzki honor, dość że kiedy z mgły wyłoniły się czekające na nabrzeżu cienie, było ich tylko dwa: Agrendash i Tad-al-zirr.

Ledwo zarysowali się w nocnej mgle Erlin coś wymamrotał i zaczęła się walka. W kalastiańskiego maga poleciały strzały i zaklęcie, a Kastor wyzwał na pojedynek Agrendasha. Tad-al-zirr nagle wzniósł się w powietrze i stamtąd zaczął miotać w nas swymi czarami. Miecz naszego paladyna zwarł się z szablą pułkownika Czarnych Dragonów, sypnęły się iskry i trysnęła krew. Emon i ja szpikowaliśmy strzałami unoszącego się w powietrzu maga, Kheben miotał w niego kule ognia, a Mellare rzucała strzałkami. Nagle Tad-al-zirr podniósł swoją różdżkę, wyszeptał jakieś słowo i… moje ciało zastygło. Cały czas widziałem i słyszałem, ale nie mogłem ruszyć nawet palcem. Wtedy Kheben podniósł ręce i z nocnego nieba na kalastiańskiego maga spłynął orzeł ! Agrendash poszlachtował już mocno Kastora, który chwiał się na nogach, ale wciąż walczył. Z dłoni unoszącego się w powietrzu maga wyskoczyła z hukiem kula ognia i spowiła mnie i Khebena. Poczułem potworne gorąco, ale dzięki magii druida nie spłonąłem, a kiedy ogień znikł zobaczyłem jak drugi orzeł spada na wrogiego czarodzieja. Miecz Kastora spadł na ramię pułkownika i prawie je odrąbał, obaj szermierze broczyli już krwią z głębokich ran i ledwo trzymali się na nogach. Paladyn uderzył raz jeszcze i Agrendash padł na ziemię u jego stóp. Widząc to jego czarodziej wzniósł się wyżej, znikając we mgle. Po chwili ku ziemi spłynęły dwa orły Khebena, Tad-al-zirr zniknął.

Wróciliśmy do dzielnicy świątyni wioząc ciężko rannego pułkownika Agrendasha. Kiedy nieco wydobrzej odpowie na pytania o klątwę Piascean i być może układzie jaki zawarli z nimi Kalastianie. Paladyni mają pewnie sposoby by wydobyć z niego prawdę o misji w jakiej przybył do Mithril. Oby nie było za późno.

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
AD&D, AD&D - Scarred Lands ,

Comments are closed.