Sesja 1

To było kiedym podróżował do Dodge City w Kansas wraz z grupą poznanych po drodze ludzi. Było nas czworo. Najpierw Meksykanin Jose Maria Rodriquez y Perez, człek grzeszny, ale odważny i zawsze gotowy stanąć do walki, także ze Złem i nawet w imieniu Pana. Dalej Metys Ed Skyhawk, zda mi się – łowca nagród, na równi obyty ze strzelbą i indiańskim nożem, ale skryty i nieskory do zwierzeń, nawet na temat koszmarów które nie dawały mu spać. W końcu John Ravenkin, z nazwiska jak i z wyglądu podobny do kruka, z krukiem siedzącym mu na ramieniu, nowomodny magik, z tych których zwą kanciarzami. I do tego ja – wędrowny kaznodzieja wciąż na nowo szukający głosu Pana – dobrana trzódka… A jednak jak się okazało nawet ludzie na pozór stroniący od Boga mogą stać się jego narzędziem.

Jadąc polami kukurydzy i słonecznika dojechaliśmy pewnego wieczora do miasteczka Riverside, nad rzeką Honeymoon. Siedliśmy zmęczeni w saloonie przy piwie i odpoczywaliśmy kiedy poczułem jak Pan lekko trąca mnie w ramię… Do sali weszło trzech uzbrojonych ludzi w prochowcach ze strzelbami, zamówili przy barze i do mych uszu dotarło przekleństwo rzucone pod adresem kogoś, kogo szukali i kogo nie znaleźli. Przekonasz się zaraz, że od takich drobnych rzeczy zaczyna się czasem rzecz wielka, gdybym bowiem zlekceważył wtedy dany mi znak, gdybym uległ podszeptom demona nieśmiałości i lenistwa, nie zapobieglibyśmy wielkiemu Złu. Ale dzięki Bogu przemogłem się, podszedłem do trzech przybyszów, zapytałem kogóż to tak nienawidzą i do słowa do słowa dowiedziałem się co się stało.

Szeryf, on to był bowiem wraz z pomocnikami, dzień cały szukał zabójcy młodej dziewczyny. Zmiażdżono jej głowę wielkim kamieniem, albo czymś podobnym, bez żadnej widocznej przyczyny, jeśli wiesz co mam na myśli. Zaoferowałem pomoc, ale nikt nas w mieście nie chciał i szeryf jasno kazał nam się wynosić nazajutrz rano. Także moi towarzysze nie chcieli mieszać się do nie swoich spraw, zatem w zwykłym przypadku pewnie ruszylibyśmy w dalszą drogę, ale byłem wytrwały i dopiąłem swego. Nazajutrz co prawda wyruszyliśmy rankiem z miasta, ale wstąpiliśmy wpierw do domu nieszczęsnej ofiary, a potem obejrzeliśmy dokładnie samo miejsce tego bestialskiego mordu. Od ciotki zabitej (ojciec nie chciał się z nikim widzieć), dowiedziałem się że Lucy, bo tak miała na imię biedna dziewczyna w dzień przed śmiercią jakby się zakochała. Niby zwykła rzecz w tym wieku, niech mi Bóg wybaczy zbytnią pobłażliwość, ale ta śmierć dzień później, podczas zrywania bukietu, przeznaczonego jakby dla ukochanego… zaiste nie była to miłość zesłana przez Pana, ale jakiś zły urok ! Lucy zginęła pośród kwiatów, kwiatów polnych róż, a drobne kropelki krwi prowadziły do rzeki, jakby zabójca chciał zmyć krew z rąk, albo utopić się z żalu po tym co zrobił. Ja jednak już wtedy przeczułem iż nie o zwykłego pastucha tu chodzi, a o coś więcej…

Gdy tak badaliśmy miejsce zbrodni, Jose zobaczył na rzece płynący wianek, upleciony z polnych róż, takich samych jak te wśród których staliśmy i wśród których zginęła Lucy. Wianek był już parodniowy, ale zdało się nam że to nie przypadkiem trafiliśmy na niego. Teraz już wszyscy jednomyślnie postanowiliśmy wracać do Riverside, chociaż nas tam wcale nie oczekiwano. Spotkany po drodze szeryf wspaniałomyślnie pozwolił nam zostać jeszcze do zachodu, postanowiliśmy więc rozpytać się po miasteczku i rozejrzeć po okolicy. Dowiedzieliśmy się że nieboszczka była cichą i skromną dziewczyną, stroniła od chłopców, jednak nie była nienaruszona, kiedy jej zmasakrowane ciało badał doktor. Poszliśmy ścieżką którą wyszła na spacer przed owym złowrogim zauroczeniem i co znaleźliśmy ? Ścieżka kończyła się nad brzegiem Honeymoon River w kępie polnych róż ! Tak, tak, masz rację, wszystko wiązało się jakoś z różami, ale wtedy jeszcze nie zwróciliśmy na to zbyt wielkiej uwagi.

Ale tymczasem Opatrzność dała nam jeszcze jedną wskazówkę – do Riverside przyjechał człowiek z wioski leżącej dwa dni drogi w górę rzeki, który szukał swej zaginionej narzeczonej. Dzień przed swym zaginięciem także była nieobecna duchem, jakby zakochana i splatała wianek z polnych róż… zupełnie jak biedna Lucy. Wiedzieliśmy już że działają tu jakieś złe czary – coś mamiło młode dziewczyny, a później mordowało je, kto wie w jakim złowróżbnym celu ! I to coś poruszało się w dół rzeki…

Nie zwlekając wyruszyliśmy z biegiem Honeymoon River i przed wieczorem dotarliśmy do samotnej faktorii, gdzie Jose i Ed postanowili zanocować. Ja jednak bałem się tracić bodaj godzinę – gdzieś tam przecież rzeką płynął morderca i lada chwila w jego sidła wpaść mogła kolejna nieświadoma niczego ofiara. Wiedziałem że Bóg wymaga ode mnie pośpiechu i postanowiłem ruszyć niezwłocznie i jechać całą noc do następnego miasteczka nad rzeką – Girl’s Plea. I tu powiem Ci rzecz dziwną, jakże jednak krzepiącą ! Otóż John Ravenkin, ten mroczny magik, grający jak mi mówiono z diabłem o duszę, z ochotą znamionującą wielką miłość bliźniego postanowił wraz ze mną wyruszyć natychmiast ! Zaiste, zacny to był postępek, którego – jestem pewien – Bóg mu nie zapomni ! We dwóch zatem wyruszyliśmy, podczas gdy nasi dwaj leniwi towarzysze obiecali ruszyć naszym śladem rano.

Do Girl’s Plea dojechaliśmy późnym rankiem, wszystkie nasze podejrzenia wyłożyliśmy szeryfowi i zaklinaliśmy go, by ostrzegł mieszkańców. Ja sam dodatkowo, niejako na własną rękę rozpuściłem wieść poprzez rodzinę Irlandczyków O’Reily, którzy – choć nurzając się w grzechu pijaństwa – wypełnili powierzoną im misję z wielką ochotą, za co niech im Bóg błogosławi. Wieczorem zaś, gdy już odespaliśmy nocną podróż, a Jose i Ed zjechali nareszcie z noclegu, zaczęliśmy dalsze poszukiwania. John, Ed i ja udaliśmy się wpierw do szeryfa, ale nic nie wskóraliśmy, owszem – zły był na mnie za rozpuszczenie szkodliwych w jego mniemaniu wieści o czającym się gdzieś w pobliżu mordercy, odmówił nam więc dalszej pomocy, oznajmiając że członkowie Ku-Klux-Klanu pojmali obcego, który z pewnością jest odpowiedzialny za domniemane mordy. Nie muszę chyba mówić, że nie daliśmy mu wiary i postanowiliśmy działać sami. Wkrótce jednak okazało się że niewiele jest do zrobienia i już mieliśmy udać się z powrotem do saloonu, gdzie nasz Meksykanin oddawał się grzesznym igraszkom z niemoralnymi kobietami, gdy Pan litościwie starł bielmo z mych oczu i przejrzałem. Róże ! Oczywiście – róże w miejscu gdzie morderca wyszedł z rzeki, róże tam gdzie zabił, wianek z róż na rzece… Należało poszukać róż rosnących nad rzeką !

Rzeka Honeymoon to ładny kawałek wody, a i miasteczko Girl’s Plea nie było najmniejsze, więc mogliśmy całkiem pewnie szukać do rana, ale Opatrzność czuwała i skierowała nas prosto na pomost, gdzie stary rybak moczył w mętnej rzece wędzidło. Owszem – widział krzaki dzikich róż niedaleko, przy rzece, co dzień przechodzi koło tego miejsca i dałby głowę że jeszcze przedwczoraj ich tam nie było… Najbliżej tego miejsca mieszkają Browningowie, ale ich córka Daisy ma dopiero 14 lat…

Rozdzieliliśmy się, John pobiegł do Browningów, Ed po Jose do saloonu, a ja konno do kościoła. Ed słusznie przewidział że potwór, za chwilę przekonasz się że nie przesadzam, żeby zabić musi zwieść dziewczę do większej kępy róż, tak jakby one dawały mu siłę. I tej kępy szukaliśmy. W kościele stara kobieta strojąca ołtarz wskazała mi takie miejsce, niedaleko miasteczka.

Jose dowiedział się że człowiek pojmany przez Klan to nasz sprzymierzeniec, szukający zemsty na Człowieku z Rzeki, który kiedyś był jego sąsiadem i konkurentem do ręki jego siostry. Do czasu, aż znalezioną gdzieś starą indiańską siekierą nie rozbił jej głowy i nie uciekł przed zemstą sąsiadów skacząc w nurt Honeymoon River. Teraz rzeka go niesie, a on po drodze zabija coraz to nowe ofiary i wciąż coś przeszkadza go dopaść i wymierzyć sprawiedliwość.

U Browningów ich mały synek śpiewa piosenkę o siostrze: „Daisy, Daisy, wannabe a Rosie…”. Daisy nie ma, gdzie się podziewa, przecież już zmierzcha ?! Browning chwyta za strzelbę i wraz z Johnem wybiega do koni…

Wszyscy czterej, a wraz z nami ojciec Daisy gnamy w zapadających ciemnościach ku zakolu rzeki, gdzie w kępie szkarłatnych dzikich róż ma się spełnić los młodej dziewczyny, uwiedzionej przez – nie mam już teraz wątpliwości – demona. Jesteśmy jeszcze o dobre pięćdziesiąt jardów, kiedy wśród spokojnego kumkania żab słyszymy diabelski syk: „Każde piękno musi zginąć…”. W bladym blasku wschodzącego księżyca widzimy unoszoną ponad kępy róż kamienną siekierę – czyżbyśmy zawiedli ?!? Musieliśmy zmarudzić o tą właśnie chwilę za długo, a przecież wiedziałem że czasem sekunda wystarczy by zmienić życie w śmierć ! W desperacji krzyczę do Pana: „Nie pozwól !!!” i wtedy Ed Skyhawk staje w strzemionach, podnosi do oka karabin, na moment cały świat nieruchomieje, słyszę jak nasze ciche modlitwy płyną ku niebiosom i niemal widzę jak ważą się szale… Pada strzał, kula niesiona Bożą Ręką krzesze iskry na straszliwym toporze, broń wypada z dłoni zaskoczonego i zmieszanego demona.

Wpadamy na niego końmi, sypią się kule i razy, przeklęty topór rzeźbi mi nową bliznę na piersiach, ale to niewielka cena za życie dziewczyny ! Dzięki Ci Panie, niech Twa Chwała trwa na wieki !!! Staję z nim twarzą w twarz, ale nóż Eda niczym miecz Archanioła Michała strącający Szatana z Niebios jest szybszy ! Potwór pada na ziemię wypuszczając z ręki zaklętą siekierę. Wiemy jednak że to nie koniec, rzeka burzy się, sięgając swymi zachłannymi ramionami po leżącą bez czucia Daisy i martwe ciało jej niedoszłego oprawcy. Ratujemy się ucieczką, przeklętą siekierę wrzucamy w odmęty, ledwo unosimy ze sobą dziewczynę, ciało demona zaś przepada w rzece, by gdzieś tam zapewne odrodzić się na nowo. Niestety, nie udało się pokonać zła raz na zawsze, ale przecież ocaliliśmy młode i niewinne życie, z pomocą Bożą zwyciężyliśmy !

Po ustąpieniu rzeki miasteczko Girl’s Plea odżyło, szeryf przekonany już do nas zwolnił z aresztu naszego tajemniczego sprzymierzeńca, który zresztą ruszył zaraz w pogoń za swym niegdysiejszym sąsiadem, my zaś wkrótce wyruszyliśmy w dalszą drogę.

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Deadlands, DL po raz drugi ,

Comments are closed.