Sesja 4

Już myślałem że teraz to się dopiero zacznie z całą tą Chupacabrą, a tu nic z tego. Rano dwie rzeczy się zdarzyły naraz. Wpierw przyjechał do nas Mr.Fox, naraz zwolniony z aresztu szeryfa Monroe, jako że we frankowej piwnicy znaleźli tajną komórkę z ciałem jakiegoś nieszczęśnika przykutym do stołu, diabelskimi napisami i innymi takimi, tak że szeryf od razu uwierzył w naszą wersję i puścił Foxa. Ale mało tego – naraz się okazało że Fox się przyśnił w wizji ojcu Casas, jako „el cavalero negro” czy jakoś tak, który miał jechać wykonać misję od Boga, która miała ocalić od diabła całą Arizonę, a może i świat ! No i jeszcze Octavio Laborda, kościelny przyznał się ojcu, że El Chupacabra to jego własny rodzony brat ! Ten brat zaparł się kiedyś rodziny, a Octavio zamiast go zabić jak każe meksykański zwyczaj zlitował się no i z tego ten brat zamienił się w to paskudztwo, co mnie tak pogryzło. Żeby się tedy Chupacabry pozbyć trzeba było żeby Octavio zginął, ale na to się ojciec Casas nie chciał zgodzić, bo kościelny po bożemu się nad bratem zlitował, więc czemu miał za to umierać. No i w końcu ten święty człowiek pozbierał to wszystko do kupy i wysłał nas wszystkich razem z Octaviem i Foxem, tym niby „cavalero negro” w tą niebezpieczną misję.

Pojechaliśmy tak jak poprowadził Mr.Fox do Arizony, do miasteczka Pueblo Viejo, a tam rozpytaliśmy się o kaznodzieję, który założył jakąś sektę pustelników, a do tej sekty wciągnął siostrę Foxa. Fox tej siostry właśnie szukał i nic o Bożych planach nie wiedział, a ojciec Casas znowu nic o jego planach nie miał pojęcia, tylko mu się we śnie objawiło że Fox to ten „cavalero negro”. Wyszło tedy na to, że chyba szukając tej siostry trafimy na jakieś zło, które trzeba będzie powstrzymać, żeby całej Arizony a może i świata nie zniszczyło.

W Pueblo Viejo wiele o owym kaznodzieji nie wiedzieli, a właściwie to nawet nie był kaznodzieja, w miasteczku nie bywał, tylko jego „wierni” czasem tędy przejeżdżali w drodze do Deadwood. Nazywał się Ephraim Witcliff i diabeł jeden wiedział co swym owieczkom o Bogu opowiadał. Nic się tedy nie dowiedzieliśmy i uradziliśmy żeby po prostu do tej sekty pojechać i na miejscu zobaczyć co tam się dzieje.

Jechać trzeba było przez tereny Indian Apaczów, z plemienia Mimbrenos, którzy ponoć na podróżnych czasem napadali i nawet prosiłem Małego Wilka żeby się z nimi dogadał, ale nie chciał bo to jacyś inni Czerwonoskórzy niźli on i się chyba nie za bardzo lubili.

No i rzeczywiście jak jechaliśmy przez prerię, to Mały Wilk i Fox namierzyli za nami trzech obcych Indiańców, ale nie udało się ich podejść, tak że tylko pogoniliśmy konie i chyba im uciekliśmy. Dobrze już po zmroku dojechaliśmy pod wysoki na półtora chłopa mur ze słomy i gliny, jakie robią Meksi.

W środku ani jednego światła, nikogo nie widać, więc stanęło na tym że się przyczaimy niedaleko i dopiero rano sprawdzimy co i jak. Jeden Mały Wilk, jak to Indianiec nie mógł usiedzieć i poszedł na zwiady. Ale szybko wrócił, bo zaraz za murem natknął się na zimnego trupa. No to już wiedzieliśmy że coś niedobrego się stało w tej sekcie, ale tym mniej nam się chciało iść tam w nocy.

Po swojej warcie położyłem się zmęczony, bo jakby nie było cały dzień wytrząsłem się solidnie w siodle i zaraz zasnąłem. Nagle budzę się w nocy na pryczy, dokoła słyszę huczenie ognia i śmiech dziecka, wybiegam na dziedziniec i widzę plecy indiańskiej dziewczynki, dokoła trupy, ogień się pali, nagle zaczyna bić dzwon. Odwracam się, a potem znowu i biegnę za tą małą indianką w kierunku kościoła, w końcu ją chwytam za rękę i odwracam, a wtedy widzę, ze gardło ma rozcięte od ucha do ucha, nawet laleczka którą niesie w rączce ma główkę prawie całkiem odciętą, tak że się ledwo nie urwie.

Obudziłem się z krzykiem, wszyscy mnie pytali co się stało, a Fox to nawet zaczął się nabijać z mojego koszmaru, ale przestał jak się zaraz wybraliśmy do osady. W środku ze dwadzieścia trupów, podobno tak z miesiąc już starych, domy tylko lekko ponadpalane, ale koło kościoła ślad po wielkim ognisku, a w nim Ben i Fox znaleźli małe kawałki złota, jak ze złotych zębów. Rozleźliśmy się po wymarłej osadzie i okolicy, znaleźliśmy małą, zapuszczoną kapliczkę o strzał z łuku, a Mały Wilk idąc po starych śladach doszedł do małej groty w której na ścianie wbite w skałę wisiały żelazne kajdany. Od tej groty w prerię szło sporo śladów, choć w samej osadzie było miejsca tylko na dwa konie. W kościele nie było żadnego krzyża, nawet ołtarza, tylko ambona, na plebanii znaleźliśmy jakąś książkę pisaną najpewniej przez Ephraima Witcliffa – jak powiedział Fox – szyfrem, którą można było odcyfrować szukając w Biblii, która też była i nawet poznaczona, ale tylko w Starym Testamencie. Nowy jakby wcale nie czytany, tak przynajmniej powiedział Ben. Dookoła osady, wypisany od wewnątrz na murze biegł napis w jakimś dziwnym języku. Jednak najgorsze znaleźliśmy w suchej studni, wykopanej na środku placyku w osadzie sekty…

Najpierw Fox wrzucał tam kamyki, ale słychać było że nie wpadają do wody. Zmontowałem z różnych rupieci taki prosty wyciąg i parę haków no i Octavio z Foxem opuścili mnie do środka. Najpierw było cembrowanie jak normalnie w studni, ale potem zaczęła się lita skała, w którą haka nie mogłem wbić, więc jak do cholery ci bosonodzy „nawróceni” wykuli ten tunel ?!? Zaraz też zaczął się ten smród, a im niżej zjeżdżałem tym wyraźniej wiedziałem że to zapach trupów. Wreszcie z mroku wychynęły ich twarze i ciała, nagie, z popodrzynanymi gardłami i rozprutymi brzuchami. Leżeli na dnie studni wrzuceni jak do śmietnika, a kiedy stanąłem na nich ciała ugięły się pode mną lekko… Musiało ich tu być dobre kilka metrów… Zebrało mi się na mdłości i mało nie zwróciłem tych paru kęsów które przełknąłem rano po obudzeniu z tego upiornego snu. Kazałem się wyciągnąć.

Fox chciał wyciągać te trupy ze studni, żeby sprawdzić czy nie ma tam jego siostry, ale my z Octaviem postanowiliśmy najpierw pogrzebać tych co leżeli w osadzie. Ben studiował dziennik Witcliffa i przed wieczorem zdążył się już co nieco doczytać, a MałyWilk i Mr.Fox buszowali po budynkach i okolicy. Na noc przenieśliśmy się na  nasze stare miejsce, żeby nie spać blisko tej trupiej studni i całego tego przeklętego miejsca.

Zaczęliśmy sobie układać co się tu mogło dziać. Witcliff ani chybi zarzynał ludzi a ciała wrzucał do studni, wymordował tak sporo swoich wiernych, a całkiem możliwe że kupował też ludzi od niejakiego Boucharda, o którym Ben wyczytał w dzienniku, to by wyjaśniało po co były te kajdany w grocie niedaleko osady. No i ta studnia – wykuta w twardej skale na dobre 60 stóp, raczej nie przez „wiernych” diabelskiego kaznodzieji, więc skoro trafili z kopaniem studni akurat w ten skalny komin to miejsce musi być wybrane specjalnie. Tylko co się tu stało, gdzie jest sam Witcliff, skoro indianie wszystkich zabili to gdzie ta misja co to ma ocalić Arizonę i cały świat, o której mówił ojciec Casas ?

Znowu miałem sen – mała indianka biegła do kościoła bez krzyży i śpiewała głosem mojej siostry dziecinną piosenkę: „..oto wieża, oto kościół, wejdź do środka, policz gości…”. No i wszedłem, we śnie, a tam z krokwi zwieszali się w kajdanach ludzie z popodrzynanymi gardłami, niektórzy jeszcze kopali nogami w konwulsjach, a krew z rozciętych gardeł kapała na podłogę przeklętego kościoła jak deszcz… Obudziłem się z krzykiem ale teraz już Fox się nie śmiał.

Następnego dnia pogrzebaliśmy w końcu z Octaviem ciała „wiernych”, a Ben doczytał kolejne strony z dziennika tego diabła Witcliffa. Fox chciał już zjeżdżać do studni i wyciągać stamtąd te ciała, kiedy Mały Wilk poczuł swym indiańskim nosem że ktoś się zbliża. No i rzeczywiście – do osady zbliżał się Emil Bouchard z dziesięcioma banditos. Wracał po złoto, które Witcliff zostawił po sobie. Zanim zaczęła się strzelanina dowiedzieliśmy się, że Indianie zabili Witcliffa i że Bouchard dostarczał diabelskiemu kaznodzieji żywych ludzi po 200 $ za człowieka i że raz porwał indiańską dziewczynkę – to ją widziałem we śnie. Ale handlarz nie przyjechał tu żeby się zwierzać, chciał złota !

No i zaczęła się kanonada ! Bandyci rozdzielili się, pięciu strzelało od przodu, czyli od strony bramy, Fox odstrzeliwywał się im z dachu na  którym obłożył się deskami, Meksykanin Octavio Laborda też próbował, ale dostał kulkę i spadł z muru prosto pod moje nogi. Ben znowu zaczął czarować tymi swoimi kartami, podglądając przez szparę w bramie, ale jak im szło nie widziałem, bo wolałem się zza muru nie wychylać, bo strzelam kiepsko, a i widzę nie najlepiej. Już wcześniej podłożyłem dynamit w jednej chałupie na lewo od kościoła i czekałem aż się banditos od tyłu dostaną do tej budy. Ale okazało się że się nie doczekałem – Mały Wilk wystrzelał z łuku pięciu z sześciu kowbojów którzy podchodzili od tyłu ! W tym czasie Ben i Fox ostro sponiewierali Boucharda, niedobitki bandy skoczyły na konie i dalej w prerię !

Bouchard poddał się nam i opowiedział jak to było z Witcliffem i Apaczami.

Bandyta złapał raz małą indiańską dziewczynkę i sprzedał ją temu diabłu, podobno myślał że ten tych ludzi sprzedaje gdzieś dalej. Ale którejś nocy potem na osadę napadli Apacze, wystrzelali wszystkich a potem w wielkim ognisku stopili złoto które znaleźli i wlali je przeklętemu kaznodzieji w gardło ! Widzieli to dwaj ludzie Boucharda, którzy akurat wtedy byli w pobliżu. Koniec Witcliffa, koniec sekty.

Ale kiedy my z Benem tak sobie gwarzyliśmy z bandytą i handlarzem ludźmi, Mały Wilk znalazł ślad szóstego z tych którzy wchodzili od tyłu. Prowadził przez okno do kościoła… Najpierw próbowaliśmy go stamtąd wypłoszyć, potem weszliśmy do środka ale nikogo nie było. Uciekł ? Zaczęliśmy szukać po całej osadzie. A może cały ten kościół to wielka paszcza pożerająca ludzi ? Fox i nasz Indianiec postanowili to sprawdzić i zagonili do środka nieszczęsnego Boucharda, ale nic się nie stało. Potem znowu rozleźliśmy się szukać po osadzie i wtedy Fox, strzelając po całej plebanii na oślep wpadł na klapę w podłodze prowadzącą wgłąb ziemi. Skrzyknął nas i we trójkę: Fox, Ben i ja zeszliśmy na dół. Mały Wilk został pilnować Boucharda, a Laborda leżał prowizorycznie opatrzony w jednej z chałup.

Korytarze w lewo i prawo, najpierw w prawo, potem skrzyżowanie, cztery korytarze, znowu w prawo, mały jakby pokój i drabina w górę. Wyleźliśmy w jednym z dormitoriów. Z dołu zduszony krzyk. Z powrotem i w prawo, znowu skrzyżowanie, cztery drogi, no to w prawo, pokój, większy a na środku czarny kamień, z jakby płaską miską, wilgotna krew. Przeklęty kamień go zeżarł !!! Drabina do góry, do kościoła ! Od kamienia jakby wżarte w skałę czerwone nitki – wgłąb korytarzy. Ben powiedział że pewnie korytarze układają się w pentagram, w każdym rogu jeden budynek, a w środku…. studnia z trupami na dnie. Nagle z góry dochodzi wołanie Małego Wilka, wychodzimy.

Do osady podjechali Apacze – wódz i kilku wojowników. To oni zabili Witcliffa, w zemście za zamordowaną córeczkę wodza. Ale ich szaman miał widzenie: „wąż, który pełzał po ziemi teraz pełzna pod nią, a zabić go można tylko jego własnym zębem”. Wrócili więc, ale boją się wejść, życzą nam tylko szczęścia albo śmierci godnej wojownika. A gdzie zabrali ciało Witcliffa ? Zostawili przy ognisku, tam gdzie zalali mu gardło płynnym złotem… O Boże !!!

Ziemia drży, Abe przypomina sobie nagle o zostawionym w jednym z dormitoriów Octavio – biegnie po niego, ale pomieszczenie jest puste ! Mały Wilk biegnie po zostawionego na plebanii Boucharda, ale jego też już nie ma ! Ziemią znowu targają wstrząsy… Z przeklętego kościoła wytacza się postać… Stąpa sztywno, we wzniesionych wysoko rękach dzierży kamienny sztylet ze złotą rękojeścią, gardło i brzuch ma spalone, w dziurach połyskują złote krople… „Ukorzcie się przed Ephraimem Witcliffem” – rzęzi. Fox rzuca dynamit w czerniejący za chwiejnie idącym ku nim trupem otwór upiornej studni, upływa dużo czasu zanim do jego uszu dobiegnie, jakby z wielkiej odległości, cichutkie „pum”. To na pewno nie jest już 60 stóp. Ben sięga do kart, ale nagle jego ręka rzuca mu się znowu do gardła – tak jak powiedział ojciec Casas – jeśli zawiedzie, boży dar zostanie cofnięty. Mały Wilk wyciąga tomahawk i obiega Witcliffa, Abe strzela dwoma srebrnymi kulami ale trup idzie dalej. Abe rzuca się do szopy po szpadel. Ale na wszystko jest już za późno – Ephraim Witcliff dopełnił rytuału, zdołał złożył ostatnie trzy ofiary -Labordę, Boucharda i jego bezimiennego kompana. Teraz jego mroczny Kusiciel jest wolny !

„A gdzie moja nagroda ?!?!” – ryczy przez spalone gardło trup Witcliffa. Z głębi studni odpowiada mu ryk daleko potężniejszy i nagle wielka, szponiasta, cętkowana łapa wypryskuje z otworu i porywa przeklętego truposza, wciągając go w piekielną czeluść. Z szopy nadbiega Abe, widzi porzucony kamienny sztylet – „ząb węża” – porywa go i cały czas wierząc w swoje posłannictwo rzuca się wraz z nim w otchłań studni za Witcliffem. Pozostali mają jednak mniej odwagi a więcej rozumu – próbują rozerwać magiczny krąg sporządzony przez czarownika, wysadzić dynamitem łuk nad bramą, ale słoma z gliną mają twardość stali. Biegną więc do zejścia do podziemi i stają nad  ciemną  czeluścią, pełną jakiejś złej obecności. Ben nie wytrzymuje, walcząc z własną, próbującą go udusić ręką nie ma dość siły by zejść na dół i zmierzyć się z tym demonicznym czymś. Ale Fox i Mały Wilk schodzą, powoli idą korytarzem ku pełznącej ku nim nieprzeniknionej mgle… potem z mgły wyskakują nagle powykręcane manitou, porywają obydwu i wciągają w głąb otchłani, gdzie razem z Abem zostaną rozerwani na sztuki i skąd ich ciała wyjdą na świat by nieść dalej zepsucie i rozkład.

Wśród demonicznego wycia, szeptów i pomruków ożywionej ziemi, w upiornym czerwonawym blasku zachodzącego słońca samotny Ben wskakuje na konia i ucieka jak najdalej od otchłani Ephraima Witcliffa.

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Deadlands, DL po raz pierwszy ,

Comments are closed.