Sesja 3

Po pokonaniu nieczystego Franka Abernathy’ego Mister Fox pojechał do Boiling Springs po szeryfa, a my w tym czasie leżeliśmy pod oknem z którego zwisał gospodarz. Tak nas zastał Raoul – przerośnięty, zadowolony z siebie Meks, w ciuchach pozbieranych chyba po trochu ze wszystkich elegancików za całym Zachodzie. W końcu przyjechał też szeryf Monroe, ze swoimi zastępcami i Foxem, zarzygali ś.p. Frankowi chałupę (Fox nie rzygał rzecz jasna), no a jak już im przeszło to szeryf kazał nam stawić się w ciągu miesiąca po wyrok, po czym puścił zatrzymując Mr. Foxa jako gwarancję.

Raoul obiecał (cokolwiek mętnie) doprowadzić nas do Kanionu Kojota, gdzie wedle znalezionej u Franka mapy ukryte było złoto Konfederatów zrabowane przez Piekielników Halsteeda. Po zwiedzeniu kilku kanionów, z których każdy zwał się wg Meksa Kanionem Kojota trafiliśmy wreszcie do tego właściwego. Tu Mały Wilk znalazł butelkę po „Howley’s Genuine Medicine Water” – mała rzecz, ale może istotna więc przypominam.

Niestety oprócz tej flaszki niewiele znaleźliśmy. W miejscu zaznaczonym na mapie był około metrowy, stary dół, w którym Raoul (chyba) znalazł tylko cztery przedwojenne 20-to dolarówki, jedyny ślad po ukrytym tu niegdyś skarbie i kapitanie Halsteedzie. Mały Wilk swym indiańskim nosem wyczuł jednak wokół coś złego, chyba niespokojnego ducha. I nie pomylił się – co prawda cały dzień buszowaliśmy bez przeszkód po kotlince z dołem po skarbie, ale w nocy, kiedy spaliśmy w obozie u stóp osypiska doszły nas stamtąd głosy, a potem jeden strzał i zobaczyliśmy samotną błyskawicę uderzającą z nieba w niewidoczną dla nas z dołu kotlinkę. Ani chybi tragedia która rozegrała się tu 13 lat temu dzieje się wciąż na nowo, a duch zabitego w rytuale porucznika nie opuszcza tego miejsca !

Mieliśmy szczery i bohaterski zamiar obejrzenia sobie całego spektaklu ze szczytu osypiska, ale Benowi zaczęła paprać się rana na głowie no i gorączka zaczęła go zżerać, tak że musieliśmy zawieźć go szybko do pobliskiego miasteczka Benford na kurację. Tu zwiedziliśmy dwie sklepo-knajpki (specjalnością jednej z nich była – wytwarzana już od kilkunastu lat – owa „Howley’s Genuine Medicine Water”, z której butelkę znalazł Mały Wilk w Kanionie Kojota (to pewnie nic nie znaczy, ale wspominam na wszelki wypadek :))) i rusznikarza – Hiszpana, który sprzedał mi wyjątkową pukawkę – 3-lufowy strzelbo-karabin. Od niego też dowiedzieliśmy się że jakieś pół dnia drogi na południowy wschód od Benford jest meksykańska osada,  w której ludzie mają kłopoty. Jest z nimi katolicki ksiądz – mieszaniec, ojciec James Casas. Jako że już od czasu cudownego ocalenia ręki chciałem się wyspowiadać, no i też dlatego że Hiszpan dawał 10$ upustu na strzelbę za dobre serce, obiecałem „zająć się” tym kłopotem.

Jakoś w międzyczasie przypadkiem usłyszeliśmy imię lokalnego szeryfa – Jereboam Halsteed ! Gość był ponoć dziwny, mieszkał samotnie parę godzin od miasteczka już od jakichś 10 lat, nie miał zastępców, ale z banditos wszelkiej maści radził sobie całkiem nieźle. Wybraliśmy się do niego no i okazało się że mieliśmy rację, mając go za zmarłego tragicznie 13 lat temu porucznika kawalerii Unii. Gość miał w domu – smętnym jak kostnica – wygrzebaną w ziemi piwniczkę, a w niej ślady po skrzyniach z pieczęciami Konfederacji, których resztki (skrzyń a nie pieczęci rzecz jasna) znalazł Mały Wilk niedaleko chałupy. Trzy końskie tropy wiodły z chałupy na południe.

I tu się zemściło dobre Abe’owe serce (i 10$ upustu :)). Zamiast jechać za wyprzedzającym nas o trzy dni Halsteedem ruszyliśmy do wioski Meksów, żeby solidarnie zająć się ich kłopotem. Ojciec Casas był bardzo uczynnym człowiekiem – nie dość że mnie wyspowiadał, to jeszcze podleczył głowę Bena i nogę Małego Wilka, powiedział nam też wespół ze swoim kościelnym i jego piękną żoną o kłopotach wieśniaków. Najpierw coś zaczęło zagryzać zwierzęta, na truchłach były ślady jakby cienkich zębów, a zwierzaki nie miały krwi. Potem zaczęli ginąć ludzie, kościelny – odważny człowiek – zaczaił się sam jeden ze strzelbą, ale coś go otumaniło i uśpiło tak że nic nie widział, ani nie słyszał. No i w końcu Meksykanie pozamykali się na noc i pozwolili temu czemuś dalej zagryzać zwierzęta. W wiosce gadają że to na pewno Chupacabra – Meksykański Diabeł !

Wziąłem od księdza trochę święconej wody na diabła i pojechaliśmy do wsi, a robiło się już ciemno. Na miejscu nikt nie chciał nam drzwi otworzyć, więc konie przywiązaliśmy przed domem no i wtedy zwierzęta na drugim końcu wsi zaczęły kwiczeć. Ruszyliśmy tam wolno, ale jak już byliśmy blisko nasze konie zaczęły szaleć. Pędem wróciliśmy do koni i wtedy to coś skoczyło mi na plecy !

Różne rzeczy już widziałem, żywe trupy i inne takie, ale jak spojrzałem w te czerwone ślepia to mi się kolana zaczęły trząść, tak że ani z piąchy nie mogłem trafić, ani nawet przypomnieć sobie jak się nazywa Święty Franciszek, co mam jego obrazek. Próbowałem wody święconej, ale ta bestia ani myślała się jej bać ! Na to wszystko jeszcze zaczęły mi śmigać koło uszu strzały Małego Wilka i kule tego Meksa Raoula, który mnie zresztą w końcu trafił w ręke. Ta cała Chupacabra też mnie w międzyczasie mocno poharatała i już prawie byłem na glebie, kiedy Raoul się w końcu opamiętał, przestał we mnie strzelać, podszedł i dał maszkarze w zęby tak że ją z miejsca położył trupem. Tak po prostu. Podszedł, przywalił i sssss… już się obleśny futrzak zamienił w śmierdzącą pianę, a potem w popiół. No i po Chupacabrze.

Wtedy jednak zdarzyło się chyba najgorsze – Ben próbował mnie poleczyć tymi swoimi karcianymi sztuczkami, ale coś mu nie poszło i jego własna ręka rzuciła mu się do gardła, tak że ledwo udało się Raoulowi i Małemu Wilkowi uratować go od samouduszenia ! Trzeba mu było tą rękę przywiązać na plecach paskiem. Tak też wróciliśmy do księdza Casasa, a za nami przyjechał jeden wieśniak z pretensjami. No bo powiedzieliśmy im że z Chupacabrą koniec, a właśnie znowu znaleźli kogoś zabitego…

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Deadlands, DL po raz pierwszy ,

Comments are closed.