Orient Express – Opis Sesji XIII

Trzynastka to pechowa liczba. Na szczęście limit pecha na jedną drużynę badaczy wyczerpaliśmy zeszłym razem i od pechowej wpadki w hotelu Sheraton może już być tylko lepiej.

Wpierw jednak trzeba było wykaraskać się jakoś z pudła. Noc w areszcie upłynęła na próbach odstraszenia hrabiego, który czynił zakusy na nasze szyje, ale w końcu udało się doczekać świtu, choć u obsługi zasłużyliśmy chyba na etykietkę świrów. Dzięki inicjatywie i pomysłowości naszych ozdrowiałych z żołądkowych przypadłości towarzyszy oraz fantastycznym łapówkom którymi szastaliśmy na lewo i prawo, rano byliśmy już wolni. Bez broni i paszportów, ale wolni.

Oczywiście, pierwsze za co się zabraliśmy to poszukiwania Dave’a, do których wprzęgliśmy też służby oczyszczania miasta. Brygada (a wręcz, jak chciał Strasznik, cała armia) kanalarzy zabrała się żwawo do roboty i niebawem nasz pechowy muzyk został odnaleziony! W mizernej kondycji i mocno zfenalikowany ale zawsze. Przyda się chociaż na to, żeby grą na saksie zarabiać dla nas na poszukiwanie Simulacrum, gdy kranik z pieniędzmi Stowarzyszenia wreszcie wyschnie.

Po opuszczeniu aresztu udaliśmy się do oficera, z którym kolaboruje Stanley. Okazało się, że Bułgar zgromadził sporo informacji, z których na nasze szczęście wynika, że jesteśmy poczytalni i historii i dziwacznie pozszywanych ciałach, podmienionych oczach i innych takich nie wyssaliśmy z palca. Udało nam się przy okazji co nieco odbudować zaufanie organów ścigania nadszarpnięte poważnie przez akcję w Sheratonie.

W międzyczasie Kevin dostał tajemniczy list w którym jakaś równie tajemnicza osoba prosiła o kontakt z nami. Zgodziliśmy sie, już nawet nie tyle zaintrygowani co płynący na fali wisielczego nastroju. Tajemniczym ktosiem okazał się detektyw z Mediolanu, który pracował (poniekąd bezwiednie) dla Bractwa Skóry i przyszedł odkupić swoje grzechy! Czuł się odpowiedzialny za porwanie i tortury Stanleya. Zapewne liczy na to, że szybko o chłodno go spławimy, a on tym samym uleczy zwichnięte sumienie – próbował przepraszać. Ale nasze okrucieństwo nie ma sobie równych. Przez godzinę mordowaliśmy go szczegółami naszych poszukiwań, pokazywaliśmy wysypki i opowiadaliśmy niestworzone rzeczy o Turkach, czarach i zapomnianych bogach bez skóry. Że facet nam nie zwiał w połowie, to zawdzięczamy chyba tylko jego żelaznym nerwom. Na koniec on zaproponował swoje usługi w charakterze podwójnego agenta, na co się skwapliwie zgodziliśmy – a czemuż by nie? Po czym rozstaliśmy się w pokoju.

Nie wspomniałem jeszcze i jednym – pod komisariatem obserwował nas jakiś Turek, ale mieliśmy na tyle szczęścia (na pewno więcej niż rozumu) że Kevin zdążył spisać rejestrację jego wozu.

Na razie siedzieliśmy bezczynnie w hotelu i dyskutowaliśmy o dręczących nas problemach równocześnie starając się nie zwracać uwagi na Dave’a, którego objawy zdradzały krańcowe stadium obsesji i psychozy. A może jakiejś innej choroby psychicznej? Tego nie wiem, ale jedno wiem na pewno – gdybyśmy teraz odwiedzili Charenton, David już by tam został, bez dwóch zdań. Postanowiliśmy (za jego zgodą) że bezpieczniej będzie przywiązywać go w nocy do łóżka. Tak na wszelki wypadek.

Bezczynność dała się we znaki Kevinowi, który jako jedyny z naszej gromadki nie potrafił usiedzieć na miejscu i wybrał się śledzić Terry’ego. Było to poniekąd ryzykowne zadanie, ale jak przystało na pracownika agencji Pinkertona, Kevin nie znał co to strach, druczek L4 ani rabat na usługi detektywistyczne. My na tomiast postanowiliśmy wziąć sobie wolne i czekaliśmy spokojnie na rozwój wypadków.

A te rozwijały się całkiem przyzwoicie. Nasz bułgarski łącznik (tj. bułgarski Turek – detektyw, którego Stanley wynajął jeszcze przed całą tą aferą z policją) sprzedał nam trochę pożytecznych informacji a my z kolei przekazaliśmy je lokalnym władzom. Okazało się, że spisany przez Kevina numer rejestracyjny samochodu to był strzał w dziesiątkę. Ale o tym może później.

Póki co, mieliśmy wysyp gości. Pojawił się pan Cromwell ze Scotland Yardu (sic!) który był bardzo zainteresowany sprawą Makryata i chciał się od nas czegoś na ten temat koniecznie dowiedzieć. Troszeczkę go rozczarowaliśmy tym, że nie znaliśmy Makryata osobiście (choć ta kwestia wywołała w naszych szeregach dyskusję) ale kontynuując politykę przyjętą w rozmowie z mediolańskim łapsem, zasypaliśmy biednego angola masą szczegółów dotyczących Simulacrum i tajemnych spraw ze statuą związanych. On odwdzięczył się nam opowiadając o podejrzeniach, jakoby Makryat miał zamiar “podstawić” jakąś ważną osobistość. No, no! Czyżby nasz drogi Mehmet pożądał statuy z bardziej przyziemnych powodów niż nam się to z początku zdawało? W sumie, to coraz bardziej okazuje się, że nie bardzo możemy mu ufać. W każdym razie trochę jeszcze obsmarowaliśmy Gordona i zapewniliśmy sobie na najbliższą przyszłość porządny kontakt z angielską policją. Dobre i to.

Tak minęły nam trzy dni. Przy okazji jeszcze policja zwinęła handlarza antyków na którego mieliśmy namiar. Zwinęli go za monety “zniknięte” z muzeum wraz z głową.

Nie był to koniec błyskotliwych działań bułgarskiej policji. Po przekazanych przez nas informacjach gliniarze capnęli trójkę Turków z Bractwa Skóry, w tym jednego, który dziwnym trafem cieszył się parą ślicznych, błękitnych oczu… Trzeba było widzieć reakcję Stanleya. Od tego czasu chodzi ze scyzorykiem i łyżeczką. I się odgraża. Na razie Turcy są podejrzani o udział we włamaniu do muzeum i morderstwie, do tego Stanley dołożył jeszcze oskarżenie o porwanie w Mediolanie, co dodatkowo zwiększyło szanse na pogrążenie bandziorów. Dobrze im tak.

Wtem, znowu przyszedł list. I to nie byle jaki list, bo podpisany “M. Makryat” ostrzegający nas przed kultem i zawierający propozycję spotkania.

I tu okazało się jak cennym nabytkiem jest dla nas Kevin. Jego śledztwo wskazywało jasno na to, że list został sfabrykowany przez Gordona, a spotkanie to pułapka. Po krótkiej i burzliwej dyskusji postanowiliśmy załatwić naszego antagonistę dokładnie w ten sam sposób, w jaki on uprzednio załatwił nas. Niestety, mieliśmy bardzo niewiele czasu i jedyne co udało nam się wydębić od oficera dyżurnego, to wysłanie patrolu na przedmieścia, na których miało odbyć się spotkanie.

Stan wynajął hotelowego ochroniarza, zapakowaliśmy się do taksówek i wyruszyliśmy na rubieże. Do wyznaczonego miejsca podeszliśmy ostrożnie, ale gliniarze wszystko zepsuli pojawiając się znienacka, legitymując nas i głośno obwieszczając światu, że są upośledzeni na umyśle. Nic to. Strzymamy.

Przed samym wejściem do domku niektórych członków naszej drużyny zaczęły opadać wątpliwości. A co, jeśli Terry postanowił wykorzystać nasz patent i w domku jest bomba? W końcu okazało się, że do środka wchodzę tylko w towarzystwie dwóch niedorozwiniętych Bułgarów dla których praca w policji była zapewne jedyną alternatywą wobec przytułku.

Nagle zaczęło się dziać. W wąską uliczkę wjechał luksusowy Ferrari z którego wysiadła elegancko ubrana para. Mężczyzna, Włoch w typie playboya zaraz zaczął narzekać na niemożność znalezienia w Sofii dyskretnego miejsca na randkę, a jego towarzyszka zaraz zaczęła czarować Vincenta… Tak, tak, nie mylicie się, oto naszym oczom ukazało się nowe wcielenie Fenalikowej flamy, Andrea we własnej, upiornie ślicznej osobie. Zrobiło się nieprzyjemnie.

W tym czasie drzwi domku się otwarły i stanął w nich nie kto inny jak bułgarski przyjaciel Terence’a i najwyraźniej sługa Fenalika. Był oślizgle grzeczny i widać było, że choć jego pułapka spaliła na panewce, nasz plan również zawiódł. Tymczasem na zewnątrz…

W krótkich słowach – oczarowany przez Andreę Vincent wdał się w sprzeczkę z Włochem, ten sięgnął po broń, ale został obezwładniony, Andrea próbowała zwiać autem, ale Dave odpalił w nią racę i wampirella pomknęła chyżo przez opłotki (to już drugi raz widzimy, jak przed nami zmyka!). Wszystko na oczach hotelowego detektywa i dwóch półgłupich, ale bądź co bądź policjantów.

Tryumfalnie powróciliśmy do hotelu. Na drugi dzień miała odbyć się rozprawa, ale w świetle nowych poszlak mogących świadczyć przeciwko Gordonowi, termin rozprawy został przesunięty o tydzień. I wydawało się, że utkniemy w Bułgarii na dłużej, ale adwokat zadzwonił z rewelacyjną wiadomością – uzyskał dla nas tymczasowe paszporty! Hura! Spływamy z Sofii, wracamy dopiero na rozprawę. Następna stacja: Oraszak. Trzeba już koniecznie odfenalikować Dave’a, który wciąż chce patrzeć na nasze jajko-kompas, widzi słoniki w toalecie i ma takiego świra, że lepiej nie mówić.

Tomasz F. Misiorek

About Tomasz F Misiorek

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
ZC Orient Express, Zew Cthulhu ,

Comments are closed.