Orient Express – Opis Sesji XI

Drogi wuju Gerwazy,

W ciągu ostatnich tygodni całe moje życie stanęło na głowie. To , co jeszcze w Londynie wydawało mi się ważne, teraz jest nieistotne, a to, co brałem za bredzenie szaleńca, dziś przyjmuje jako rzecz oczywistą i pewną.

Niech więc Cię nie zdziwi, że dalej opiszę rzeczy, które normalnego człowieka przyprawiłyby o troskę nad słabością mojego umysłu. Wszystko co widziałem i przeżyłem, widziałem i przeżyłem naprawdę.

W poprzednich listach opisałem Ci zadziwiające wydarzenia, których uczestnikami byliśmy w Belgradzie i Oraszaku. Po zdobyciu Ręki, postanowiliśmy się rozdzielić – Stanley i Madame zabrali naszą zdobycz do Szwajcarii, a my udaliśmy się Orient Ekspresem do Zagrzebia. Już wcześniej rozmawialiśmy o takiej ewentualności, ale tak do końca, nie wiem, co nas do tego skłoniło – może chęć znalezienia sprzymierzeńca? A może po prostu żądza przygody – choć na brak tych ostatnich, raczej nie cierpimy.

W Zagrzebiu było cicho, ciemno i zimowo. Nie nagabywani specjalnie przez nikogo trafiliśmy do hotelu, gdzie spędziliśmy spokojną noc, po czym , wypoczęci zebraliśmy się na krótką naradę. Szybko uznaliśmy, że najrozsądniejszym pomysłem będzie skontaktowanie się z miejscową cyganerią – jeśli oni nie będą wiedzieli niczego o Panu Snów, nikt nie będzie wiedział.

Muszę przy okazji wspomnieć o tajemniczym zielonym specyfiku zabranym przez Dave’a z Lozanny. W Zagrzebiu specyfik ów stał się aktywny i omal nie wykipiał z butelki, kiedy Dave na chwilę odemknął korek. Najwyraźniej, jesteśmy bardzo blisko Krainy Snów.

Zapytany o knajpę w stosownej konwencji portier bez namysłu wymienił lokal w wdzięcznej nazwie Czarny Kot. Ale ponieważ otwierano go dopiero wieczorem, dzień postanowiliśmy spędzić wałęsając się po starówce.

A tam, gdzie nie spojrzeć pełno było przegranych artystów, ubogich muzyków i głodujących malarzy oferujących za symboliczną (dla nas) opłatą swoje usługi. Obrazy były w przeważającej większości mroczne i oniryczne – właśnie o to nam chodziło! Zaczepiony przez nas artysta bez ogródek mówił o sennych inspiracjach, ezoteryźmie i okultyźmie, a na koniec dał nam adres prawdziwego lokalu cyganerii – Czarny Kot jak się okazało to był tylko nocny klub z dziwkami, dla oficjeli i gangsterów.

Gdy zapadł zmrok udaliśmy się pod wskazany adres. Tam oczywiście wino lało się strumieniami i nie brakowało też innych, bardziej egzotycznych używek, na czym skrzętnie skorzystał Dave. Niestety, malarze z którymi rozmawialiśmy, do koncepcji podróży astralnej i fizycznego niejako przeniesienia się do krainy sennych marzeń byli nastawieni bardzo sceptycznie, twierdząc, że to stare, zapomniane koncepcje sprzed lat. I już wydawało się, że zabrnęliśmy ślepą uliczkę, kiedy nasi gospodarze wskazali mi niemłodego już i mocno zużytego artystycznym stylem życia człowieka, który samotnie siedział przy stoliku pod ścianą.

Miał na imię Blaszko i od razu opowiedział o bardzo interesującej osobie, Tomisławie Vuku Zdanowiczu, który zniknął podczas Wielkiego Trzęsienia w 1880 a który wydawał się być idealnym kandydatem na Pana Snów. Podobno pisał pamiętnik, ale ten też zaginął.
Blaszko był z kolei zaintrygowany informacją, że posiadamy specyfik mogący przenieść umysł człowieka na drugą stronę sennej kurtyny. Z początku nie bardzo wierzył i podchodził do rzeczy ostrożnie, ale kiedy zaproponowaliśmy mu wspólną wycieczkę do krainy marzeń sennych, zgodził się bez większego wahania. Osobiście znał kiedyś Zdanowicza i jego obecność mogła okazać się przydatną.

Zanim jeszcze opuściliśmy lokal, Dave przy pianinie dał popis swoich muzycznych talentów i pewnym niepokojem natchnął mnie fakt, że podczas gry, wydawało się, jakby już prawie dotknął Krainy Snów – czyżbyśmy byli aż tak blisko?

W końcu jednak oderwaliśmy go od muzyki i wróciliśmy do hotelu. Dave dzierżył flaszkę z miksturą – wpierw chcieliśmy by ktoś pozostał i czuwał nad śpiącymi, ale po tym, co Dave przeżył w Lozannie, bardziej prawdopodobne było, że każdy z nas będzie bardziej pożyteczny po drugiej stronie, niż tutaj. Dave wyciągnął korek z butelki i natychmiast otoczyła nas zielonkawa mgła. Po chwili byliśmy już w Zagrzebiu Snów. Czyżby?

Miasto nie przypominało w ogóle Zagrzebia. Leżało na łagodnie schodzącym do morza zboczu i nie widać było śladów znajomej architektury. Blaszko był szczególnie tym faktem zaniepokojony, ale cóż, dziwniejsze rzeczy mogły tu nas przecież spotkać.

Wokół było cicho, słuchać było tylko tupot przebiegających dzieci, które biegły w milczeniu, co dzieciom wręcz nie przystoi. Wiatr przywiał do nas kartkę, najwyraźniej kartkę z pamiętnika Zdanowicza. A więc nie myliliśmy się. Był tutaj.

Ruszyliśmy na jego poszukiwanie. I o ile, jak zapewne pamiętasz, Lozanna ze snów przypominała koszmar, to miejsce, w którym się znaleźliśmy było raczej jak sen morfinisty – pełne dziwacznych postaci, dziwacznych, piętrowych skojarzeń i surrealistycznych obrazów. Wciąż czaił się za naszymi plecami hrabia Fenalik, wraz z sługą swym Terrence’m Gordonem (czyli sprawdziły się niestety nasze obawy) ale nie wydawali się groźni. Kilkakrotnie spotykaliśmy Księcia, który swoją hałaśliwą i nieprzyjemną osobą zakłócał poetycki urok tego sennego miejsca. Oprócz niego byli też inni mieszkańcy, wszyscy bez wyjątki dziwni i intrygujący. Dowiedzieliśmy się, że Zdanowicz pod imieniem Władcy Wszelkiej Wiedzy mieszka w zamku, ale w zamian za podzielenie się wiedzą, żąda zapłaty. Jakiej? Tego mieliśmy się dopiero dowiedzieć.

I rzeczywiście, trafiliśmy w końcu do majestatycznej twierdzy. W środku niemal od razu spotkaliśmy osobę, a raczej byt, który kiedyś był Tomisławem Vukiem Zdanowiczem. Wyjaśniło się też, że ceną za wiedzę stanowi rozum. Jak mogliśmy nie wpaść na to wcześniej? Komnata w której rozmawialiśmy z Panwem Snów była zimna niczym kosmiczna otchłań, a my dopiero tutaj pojęliśmy miałkość naszych nadziei na odnalezienie sprzymierzeńca.

Mieliśmy jednak masę pytań i byliśmy gotowi zapłacić za odpowiedzi.

Pierwsze pytanie zadał dla nas Blaszko, w podzięce za wprowadzenie go do świata snów, świata, w którym zamierzał już na zawsze pozostać.

Później pytali Kevin i Dave. Tak wskazał los – pytanie, które ja zadałem było zbyt miałkie by Pan Snów zechciał na nie odpowiedzieć. Przy okazji jednak, dowiedzieliśmy się kilku drobiazgów na temat Księcia.
Jednak inne odpowiedzi były dla nas bardziej istotne. Oto okazało się, że Simulacrum nie można zniszczyć, zabrać je może tylko ten, kto ofiarował je ludziom – czyli bóstwo znane nam pod imieniem Bezskórego. Aby pozbyć się statuy i wywoływanych przez nią efektów, należało wezwać Bezkórego, a następne skłonić go do zabrania swego dzieła.

Dave dowiedział się jak znaleźć Krainę Snów i jak z niej powrócić. Jednak to wszystko to były tylko proste pouczenia, bo formuły konkretnych czarów były kosztowne, a aż tak bardzo ryzykować nie chcieliśmy.

Opuściliśmy zamek z dziwnym przeczuciem, że kiedyś będziemy musieli tu powrócić.

W drodze powrotnej znów zdybał nas Książe. Namawiał do współpracy, wreszcie zaczął straszyć, ale nie poddaliśmy się i po kolei, siłą swych umysłów wydostawaliśmy się z Kariny Snów. Najdłużej pozostałem ja i Dave, ale kiedy sprawa wydawała się już przegrana, naszym towarzyszom udało się wreszcie nas wybudzić.

Zastaliśmy na zawsze już uśpione ciało Blaszko, oraz pustą butelkę po zielonej miksturze – napój wyparował. Na szczęście, Dave był już blisko samodzielnego przenoszenia się do Krainy Snów.

Pozbywszy się śpiącego Blaszko wybraliśmy się na dworzec – przedtem odwiedzając muzeum i kopiując z muzealnych zbiorów zachowane fragmenty pamiętnika Zdanowicza. Znowu zahuczał gwizdek Orient Ekspresu i wyruszyliśmy do Sofii.

Zawsze kiedy trafiam do Krainy Snów budzi się we mnie nadzieja drogi wuju. To byłoby dla Ciebie idealne miejsce. Czekaj cierpliwie.

Twój kochający siostrzeniec

Felix

Tomasz F. Misiorek

About Tomasz F Misiorek

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
ZC Orient Express, Zew Cthulhu ,

Comments are closed.