Orient Express – Opis Sesji X

Orient Express sesja 10
czyli
“Mało nas, mało nas, do pieczenia chleba!”

Wszystko wskazywało na to, że dzień pełen będzie niespodzianek. Wpierw na Belgradzkim dworcu z Orient Expressu wyniesiona trumnę z domniemanym Fenalikiem, a krótką chwilę później, przy akompaniamencie pełnego ulgi westchnienia lokomotywy pociąg opuściła Madame Budzienskaja! Gorącokrwistej Rosjance znudziły się wakacje w Szwajcarii i wybrała się w podróż, by wspomóc towarzyszy niezawodną radą, znajomością bon tonu i żelazną pięścią.

Po radosnym przywitaniu (Kevin Morris, jak przystało na prawdziwego profesjonalistę ani nie mrugnął gdy Madame podała mu bochen do ucałowania) badacze bez zwłoki zaokrętowali się na pokład podmiejskiej kolejki, która miała ich dowieść w okolicę Oraszaka. Cóż to była za kolejka i cóż to była za podróż! Może nie było komfortowo, ale na pewno było wesoło. Duża ilość alkoholu wypijanego przez Serbów i ich naturalne skłonności do zabawy sprawia, że ich towarzystwo jest bardzo miłe, dopóki nie wywiązuje się jakaś bójka. Podczas kilkugodzinnej podróży na szczęście do rękoczynów nie doszło, badacze tylko troszeczkę się ululali a Stanley usiłował przez tłumacza poderwać jakąś lokalną pannę, która stwierdziła, że chętnie wyjedzie do Ameryki, ale z tatusiemJ.

Wreszcie ciuchcia doturlała skład na miejsce przeznaczenia i trzeba się było rozejrzeć za mniej zaawansowanym, za to bardziej elastycznym środkiem transportu, którym można by się było udać w dalszą drogę. Śnieżek przy tym popadywał równo i badacze zaczęli badać okolicę w poszukiwaniu sań. Ich dociekliwość została szybko wynagrodzona, spotkali bowiem chłopinę z Oraszaka, który bez wahania przyjął całą szóstkę na swoje sanki (koń chyba był ślepy, bo gdyby widział, co mu się na wóz pakuje, to zasymulowałby atak wyrostka robaczkowego, byle tylko nie ciągnąć).

Wybór przewoźnika okazał się nadzwyczaj trafnym. Chłopek nie dość, że częstował wódką to chętnie opowiadał o wsi, o popie, o tajemniczych figurkach. Dowiedzieli się od niego badacze niemało, także tego, że pop Filipowicz akurat tego samego dnia wybrał się do Belgradu, ale przed nocą powinien wrócić. I chyba nie miał ze sobą ręki.

W opowieściach chłopiny przewinęły się też postacie nader istotne dla dalszego rozwoju wydarzeń: popadia, babka z lasu i smolarz Vladim. Na szczęście we wsi nie było ani śladu Turków i Badaczom zaczęła świtać nadzieja, że oto ich plany odniosły skutek i tym razem do walki o kolejny członek Simulacrum stają bez garba w postaci szajki śniadych dżentelmenów.

W końcu sanie dojechały do celu (nikt nie miał odwagi sprawdzić, w jakiej kondycji jest koń). Okazawszy przewoźnikowi wdzięczność w twardej walucie i zapewniwszy sobie jago usługi na przyszłość, nie zważając na niemłodą już godzinę badacze wybrali się w gości do popa. Drzwi otworzyła im popadia, niewiasta słusznej postury i o surowych rysach, ale z grubsza przyjaźnie nastawiona. Zaprosiła do środka, dyskretnie spytała dlaczego goście wyglądają jak chodzący arsenał i podała kolację.

Gospodyni była nadzwyczaj rezolutna i na pierwszy rzut oka widać było, że nie jest tylko posłuszną żoną swego męża. I jak na żonę chrześcijańskiego kapłana ze zbytnim zapałem opowiadała o kulcie Baby Jagi i pokazywała przynoszone z lasu posążki. Ponoć w lesie mieszka jakaś stara babka, ostatnia wyznawczyni starej, zapomnianej religii, która takich posążków ma od groma. Jakież było zdziwienie badaczy, gdy na pytanie o Rękę, popadia oznajmiła, że a i owszem, babka ma coś takiego i na pewno da się z nią ubić interes. Wydało się to tak nieprawdopodobnym, że pojawiły się domysły iż popadia z babką zabytkowe przedmioty fabrykują i pokątnie sprzedają, ale przedstawiony przez gospodynię opis Ręki był zadziwiająco dokładny. Pozostawało tylko zaczekać do następnego poranka, kiedy to prowadzeni przez znanego już ze słyszenia smolarza Vladima badacze mieli zagłębić się w prastare serbskie lasy i spotkać w nich babkę.

Przy okazji jeszcze należy wspomnieć, że wraz z przybyciem Madame, zwiększyły się możliwości lingwistyczne grupy – jako Rosjanka, Madame summa sumarum lepiej dogadywała się z miejscowymi niż Felix, który ostatnimi tygodniami siedział nad rozmówkami niemiecko-serbskimi.

Nagle drzwi się otwarły i stanął w nich pop – i mało tego, że stanął, zaczął gadać po angielsku! Kiedy tylko dowiedział się, kim są goście, autentycznie się ucieszył i zaczął naciągać na opowieści i wspólne picie, odsuwając w cień szanowną małżonkę. Oczywiście zaproponował nocleg – i tu wydarzyło się coś niespodzianego. Otóż, pop zaproponował, by część badaczy udała się na nocleg do sołtysa, gdzie będzie wygodniej, na to popadia dziko zaprotestowała, ziejąc jadem na siostrę sołtysa, która ponoć miała być czarownicą. Kiedy mąż zlekceważył protesty gospodyni, była wściekła, a kiedy wręcz zaproponował, by goście udali się z nim na wieczorną popijawę do sołtysa, popadia o mało nie wykipiała. Ale cóż, w patriarchalnej rodzinie nie miała innego wyjścia jak posłusznie odprowadzić gości do drzwi.
Jej niewspółmierna do sytuacji reakcja zaniepokoiła badaczy i Kevin został oddelegowany do tego, by pod pretekstem szukania zgubionego zegarka Felixa wrócił do domu popa i rzucił okiem co też takiego porabia popadia.

U sołtysa zaraz zrobiło się wesoło. Na zabawę zwaliło się chyba pół wsi, zaraz odbito korki w butelkach z rakiją a muzykanci zaczęli grać skoczną, bałkańską muzykę. Pop rozpłynął się w tłumie, a sołtys kręcił się po domu i pilnował, żeby goście dobrze się bawili. Stanley, Vincent, Dave i Madame rzucili się w tany, ale Kevin (który wrócił z domu popa z informacją, że popadia odprawiała tam jakieś gusła) i Felix pozostali czujni, skutecznie unikając nachalnie gościnnego gospodarza.

Nagle pojawiła się siostra sołtysa – poważna niewiasta, właścicielka przeszywającego spojrzenia i paskudnego, czarnego kocura. Kocur zaczął parskać i prychać na Vincenta, Dave’a i Madame, na widok czego Maria (bo takie było imię domniemanej czarownicy) zniknęła w czeluściach domu. Wróciła z miską w której pływało kurze jajo i dalejże czarować!

Felix i Kevin czujnie weszli jej w drogę i zaczęli wypytywać, o co w ogóle chodzi. Kobieta była nieufna, ale nie wydawała się wrogo nastawiona i badacze postanowili zagrać w otwarte karty i opowiedzieli o Fenaliku, bo, jak się domyślili, to “pamiątki” po nim niepokoiły kocura.

Na to Maria potwierdziła ich przypuszczenia – Fenalik podąża za głosem własnej krwi, krążącej w żyłach jego ofiar. Powiedziała też, że istnieją czary, które mogą zmylić wampira i sprowadzić go na fałszywy trop. Sprytni badacze od razu wyczuli, że “nic za darmo” i poprosili czarownicę o wymienienie ceny.

Sprawy tak się miały: W okolicy znajdował się prastary Święty Gaj, do którego prawa rościły sobie dwa kulty, starszy, Czarnej Kozy z Lasu z Tysiącem Młodych, którego przedstawicielką była Maria oraz młodszy, Baby Jagi, której aspektu inkarnacją (!!!) była popadia. W lesie podobno znajdowała się też starsza Baba Jaga, którą na następny dzień mieli odwiedzić badacze, a smolarz Vladim to ich jedyny wierny wyznawca. Baba Jaga chętnie widziałaby nowych wiernych i pragnęła rozszerzenia swojej strefy wpływów.

A czego pragnęła Maria? Ano, chciała, żeby badacze wykradli Babie Jadze ohydny posążek, o którym Maria mówiła jako o “młodym”. Jedno “młode” już miała i pokazała je badaczom. Figurka była mackowata, zębata i przywodziła na myśl najgorsze okropności, ale czarownicy bardzo na niej zależało. W zamian obiecała odprawić wspomniany czar, a nawet jeszcze większy, taki, który pozwoli znaleźć wampira (mówiła o nim “Vraci” i naprawdę dużo o takich rzeczach wiedziała) w ciągu dnia, kiedy jest bezbronny. Mogła też dać badaczom jakiś sposób, który pomoże im w starciu z Babą Jagą.

Odpowiedzi bohaterowie mieli udzielić następnego ranka.

Niestety, zdania były podzielone. Większość nie ufała czarownicy i wreszcie Stanley zablokował dyskusję, stwierdzając, że on żadnych posążków wykradał nie będzie, chce dostać Rękę i się stąd wynosić. I na też tym stanęło.

Po nocy, podczas której badacze zachowali wszelkie środki ostrożności na wypadek gdyby w okolicy zjawił się hrabia Fenalik, Felix i Stan odbyli rozmowę z popadią, starając się wybadać czy ona, lub jej tajemnicza znajoma z lasu również byłyby władne pomóc w rozprawie z krwiopijcą. Nie wiedzieć czemu (wyjaśniło się to dopiero dużo później) popadia od razu wyczuła, że cudzoziemcy próbowali już się wąchać z czarownicą i nie była zachwycona – tym niemniej zgodziła się dać im przewodnika, który zaprowadzi ich do leśnej kryjówki babki.

Maria również była podejrzliwa wobec badaczy, kiedy ci przyszli oznajmić jej, że z umowy nici. Nie okazywała jednak otwartej wrogości, a nawet niechęci.

I tak , będąc po trochu spalonymi na obu frontach badacze pod przewodnictwem smolarza Vladima i z błogosławieństwem (???) popadii, zagłębili się w matecznik.

Wędrówka trwała dość długo i nasi dzielni przedstawiciele zachodniej cywilizacji zdołali się niemal doszczętnie zgubić, kiedy ich oczom ukazała się polanka, a na niej mały biały  domek otoczony białym płotkiem. Vladim wydał z siebie serię zachęcających pochrząkiwań i zatrzymał się na skraju lasu, zaś nieustraszeni bohaterowie zbliżyli się do chatki, która zdawała im się choćby z piernika.

W chatce od razu gorąco przywitała ich gorąca dziewucha, ale szybko wyjaśniło się, że to nie babka po ziołowej kuracji odmładzającej, ale jej (chyba) wnuczka – to by się zgadzało z koncepcją trzech Bab Jag – babki, matki i dziewczyny. Od wewnątrz domek sprawiał całkiem miłe wrażenie, tylko ten wielki piec chlebowy – brrr… Ponadto, pod sufitem ktoś poutykał całą masą wszelakich figurek i figurynek. Czyżby to tu, w tej bezładnej obfitości znajdować się miała Ręka? Dziewucha nie miała żadnych śladów wysypki na ręce, a co miała w miejscach zakrytych sukniami, tego nawet Stanleyowi sprawdzić nie pozwoliła. W ogóle, to tylko cały czas się uśmiechała, robiła słodkie oczy i kazała czekać na babcię, która pono “wyszła po chrust i wróci przed zmierzchem”. Takie długie czekanie nie bardzo badaczom leżało, ale ku ich zdziwieniu, wokół chatki już niemal zapadał zmrok! A przecież przyszli tu ledwie po południu.

Wreszcie pojawiła się długo zapowiadana babcia. Najpierw wygnała Dave’a z ogródka (muzyk nie miał ochoty wchodzić do chaty i kręcił się w pobliżu, nie zważając na śnieg i mróz) a potem przywitała się ze wszystkimi. W ogóle, to babcia najlepszego wrażenia nie zrobiła – była podejrzanie żwawa i miała dość roszczeniowe pojęcie o gościnności. O Ręce wiedziała podejrzanie dużo i oczywiście nie chciała nawet słyszeć o zapłacie w dolarach – jej życzeniem było (oczywiście!) żeby badacze przynieśli jej drugie “młode”.

Na pytanie o Fenalika, zapewniła, że poradzi sobie z hrabią, niech no jej tylko podejdzie. Zdziwiła się nieprzyjemnie słysząc, że Felix mówi o wampirze “Vraci” i stwierdziła, że ona zna takie stwory pod nazwą “Upisz”. Zaproponowała, żeby badacze zaczekali u niej na przyjście hrabiego, a ona mu łeb ukręci. Pokazała też zainteresowanym sekretny przedmiot pożądania, czyli Rękę.

Ta oferta wymagała przemyślenia, ale babcia nie dawała za dużo czasu, przechodząc od dobrotliwego przekonywania do zawoalowanych gróźb i żądania rekompensaty za to, że badacze nie przynieśli jej prezentu (choć Stanley się starał jak mógł!) . W mgnieniu oka upiekła chleb (piec był wielki i gorący!), którego, pomimo niewątpliwych zalet olfaktoryczno-smakowych nie chciał jeść nikt poza Felixem, zdecydowanym wreszcie stanąć po którejś ze stron, a nie wciąż zwodzić wszystkie spotkane czarownice mętnymi obietnicami (także małżeństwaJ).

Wtedy chyba babka się poorientowała, że nie będzie miała z badaczy wielkiego pożytku – chyba, że wymusi na nich służbę poprzez szantaż (życie oszołomionego pieczywem Felixa), albo zje na kolacyjkę (musiała mieć spust, pięciu chłopa plus Madame, no, no!).

I kiedy już negocjacje wisiały na włosku, Stanley omal podjął męskiej decyzji odstrzelenie babci z derringera, ale w ostatniej chwili zawahał się i grupa podjęła jedynie próbę wyciągnięcia Felix a z chatki na siłę.

To się babci nie spodobało. Piec otworzył ognistą paszczę, chatka zakołysała się na kurzej nóżce (!!!) a babka zabrała się za pakowanie badaczy w rozżarzone czeluści za pomocą łopaty!. Wypracowana przez lata praktyki reakcjia obronna Kevina nic nie dała – babuszka była kuloodporna i silna jak trzy cholery.

Zaczął się młyn. Madame zmagała się z najmłodszą Babą Jagą, która też okazała się nielichą siłaczką, Felix zaczął się powoli otrząsać z uroku, a reszta badaczy w ten czy inny sposób zaatakowała babcię. Stanley postanowił obejść chatkę i przez dach dostać się do Ręki, ale solidnie się zdziwił, kiedy chatka pomknęła w las, a pozornie słomiana strzecha okazała się zrobiona z ludzkich i nader agresywnych kości!
Walka była nierówna i trwała długo. W międzyczasie, otrzeźwiony lekko Felix odnalazł drugie “młode” które natychmiast wczepiła się w jego rękę i zaczęło pić krew, ale równocześnie dało mu moc do walki z urokiem Jagi. Babcia z pomocą sprzętów gospodarstwa domowego rozstawiała badaczy po kątach, kiedy wreszcie, po kilku nieudanych próbach, dzięki zgranej współpracy badaczom udało się wepchnąć ją do pieca! W chwilę później za babką poleciała wnuczka, która (jakżeby inaczej!) przegrała zapasy z Madame (na oko, to zapasy z Madame przegrałby nawet niedźwiedź brunatny).

Niestety, chatka pędziła jak szalona, do tego, po drodze strząsnęła Stanleya. Nasi bohaterowie popisali się szybką orientacją w sytuacji i zanim zostali zbyt głęboko wyniesieni w las, wyszarpali Rękę z pomiędzy roztomaitych figurek i salwowali się ucieczką.

Najwyraźniej babka za nic miała przepisy bhp, bo nigdzie nie było napisu: “zabrania się wyskakiwania z chatki podczas jej biegu” i na skutek braku tej arcyważnej informacji, Madame boleśnie zwichnęła nóżkę.

Na szczęście złośliwy budynek nie zdążył odbiec za daleko i grupa szybko połączyła się ze Stanleyem. Wokół wyły wilki, a Madame trzeba było ciągnąć na włókach. Zaczęła się powrotna przeprawa przez las, a na pomoc przewodnika rzecz jasna już nie liczyli.

Okazało się, że nieładnie jest wątpić w bliźnich. Vladim zjawił się, a i owszem, i choć nie pokazał im drogi do wsi, to zasztyletował Kevina i dał się zastrzelić Stanleyowi. Tak oto na włókach znalazło się dwóch członków drużyny. Na całe szczęście grupa była na tyle duża, że wilki bały się podejść i nad ranem, bohaterowie znaleźli się z powrotem w Oraszaku.

Tam nowina – popadię znaleziono martwą i wyschniętą na wiór! A więc Maria nie myliła się, związki Filipowiczowej z Babą Jagą były nie tylko towarzyskie. Zresztą Maria zaraz zajęła się ratowaniem życia Kevinowi i nawet nie była zła na badaczy za ich uprzednie niezdecydowanie. Więcej nawet, była szczerze zachwycona, że dostała drugie “młode” – nadmienić przy tym należy, że Stanleyowi nie podobały się jej gusła i za nic nie chciał oddać zdobyczy, został jednak przegłosowany i nie miał innego wyjścia, jak się zgodzić.

W ogóle, to trzeba przyznać, że choć Maria rannymi zajęła się fachowo, to jej religia coraz mniej się badaczom podobała. Była mowa o ofiarach, krwi i tym podobnych rzeczach. No ale, darowanej Czarnej Kozie z Lasów z Tysiącem Młodych nie patrzy się w zęby, a czarownica obiecała odprawić czary antyfenalikowe, co było grupie bardzo na rękę.

Rychło okazało się, że do każdego czaru niezbędne są jajka i staza do przetaczania krwi – albo wymiennie wina. No cóż, widać taka osobliwość lokalnej magii. Wpierw Maria zostawiła wampirzemu hrabiemu fałszywy trop, przenosząc trochę jego krwi z pogryzionych badaczy na schwytane w lesie sarny. Drugi rytuał, ten, który miał dać kompas wskazujący hrabiego, miał się odbyć w lesie, ze względu na duży stopień ryzyka (gulp!).

Tu trzeba wspomnieć, że Maria wiele badaczom o wampirach powiedziała. Wyjaśniło się też, dlaczego Baby Jagi od razu wiedziały, że ich goście rozmawiali z czarownicą – otóż używany przez nią termin “vraci”, którym posługiwał się również Felix, jest terminem znacznie starszym niż pospolity “upisz” i nigdzie indziej jak u Marii usłyszeć go nie mogli.

Nadszedł czas ostatniego zaklęcia. Był to ponury czar odprawiany w mrocznym lesie, a co najgorsze, magia przywołała słabego wampira, który mocno poharatał Stanleya. Na szczęście dzięki dostarczonej przez Marię broni udało się krwiopijcę odpędzić. Czar przyniósł efekt w postaci (a jakże!) jajka,  które wskazywało jak daleko i w jakim kierunku znajduje się hrabia. Okazało się, że ciągła przed nim obawa była bezpodstawna, bo wszystko wskazywało na to, że pojechał on za nieszczęsnym Terrence Gordonem z powrotem do Anglii.

Jedyną sprawą do załatwienia było jeszcze wyjaśnienie tubylcom dziwnej wyprawy do lasu i jeszcze bardziej tajemniczego powrotu, który podejrzanie zbiegł się w czasie ze śmiercią popadii. W sukurs przyszły tu badaczom lokalne uprzedzenia – zwalili wszystko na Vladima kreując go na psychopatę-odludka. To się spodobało sołtysowi i nie zatrzymywani dłużej, zwycięscy (hurra!) choć nieco poobijani poszukiwacze Simulacrum wybrali się w drogę powrotną do Belgradu.

Tomasz F. Misiorek

About Tomasz F Misiorek

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
ZC Orient Express, Zew Cthulhu ,

Comments are closed.